piątek, 18 sierpnia 2017

Nourish odżywcze serum peptydowe do skóry tłustej i mieszanej - naturalna energia i równowaga cery!

Cześć Dziewczyny!
Kosmetyki typu serum do twarzy wpisywały się w moją pielęgnację jeszcze na długo przed założeniem bloga:) Dawniej nie zawsze trafiałam na dobre sera. Wiele z nich pozostawiało sporo do życzenia. Z czasem jednak nauczyłam się słuchać swojej intuicji, a także bazować na wcześniejszych doświadczeniach oraz wiedzy i… zaczęłam trafiać coraz lepiej. Często jest wręcz tak, że każde kolejne serum jest jeszcze lepsze od tego poprzedniego:) Dzisiaj o takim właśnie serum Nourish! Nourish  Balance Nutritius Peptide Serum to kosmetyk, który miło mnie zaskoczył:)



Nourish odżywcze serum peptydowe do skóry tłustej i mieszanej


„Unikalne połączenie witamin i minerałów sprawia, że serum jest bardzo efektywnym, lekkim produktem nawilżającym, po użyciu którego skóra jest wyciszona, jędrniejsza i wyraźnie zdrowsza. Polecane dla cery mieszanej. Serum pomaga przywrócić skórze jej naturalną równowagę”.


Serum Nourish Balance Nutritius Peptide otrzymujemy w minimalistycznym, ale budzącym naprawdę pozytywne skojarzenia, kartonowym opakowaniu:) Wewnątrz znajdziemy jeszcze ładniejszą buteleczkę o standardowej pojemności 30ml, której zawartość powinniśmy zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Pojemniczek posiada wygodny atomizer, który możemy dodatkowo zablokować tak żeby mieć pewność, że zawartość nie wydostanie się w sposób niekontrolowany np. podczas przewożenia;) 
Zdjęcie odżywczego serum peptydowego Nourish do cery tłustej i mieszanej

Serum posiada jabłkowy zapach, który ja określiłabym jako lekko cukierkowy. Jest on delikatny i wyczuwalny głównie podczas aplikacji i parę minut później. Przyznam, że aromat ten przypadł mi do gustu. Wszak nieczęsto miewam z takimi do czynienia w przypadku pielęgnacji twarzy:) Zawsze to jakieś urozmaicenie. Również konsystencja serum jest bardzo ciekawa. W opakowaniu przypomina coś w rodzaju emulsji, po wyciśnięciu jest zaś bardzo lekka, niemal wodnista. A z kolei podczas rozprowadzania daje poczucie, że jest to preparat odżywczy. Wyczuwalna jest zarówno lekkość jak i natychmiastowe odżywienie. Takie ciekawe połączenie:) 
Zdjęcie Nourish Balance Nutritius Peptide Serum

Kosmetyk bardzo dobrze się wchłania nie pozostawiając po sobie tłustej ani lepkiej warstwy, ale jednocześnie zapewnia wspomniane uczucie odżywienia. Pielęgnuje naprawdę dobrze. Z tego powodu niekiedy zdarzało mi się je nakładać solo (tzn. bez kremu, ale z zastosowaniem innych pielęgnacyjnych kroków), a muszę przyznać, że to u mnie dość niespotykane;) Co ciekawe, na opakowaniu wyczytałam, że serum może być aplikowane na dwa sposoby: pod krem – w celu uzyskania efektu zmatowienia lub na krem – w celu zapewnienia efektu rozświetlenia. Ja jestem bardziej przyzwyczajona do tradycyjnej aplikacji (pod krem) więc najczęściej stosowałam w ten sposób, ale zdarzyło mi się wypróbować tę drugą opcję lub czasem nawet bez użycia kremu;) Do kosmetyku podchodziłam nie bez obaw, ponieważ z jednej strony intuicja podpowiadała mi, że się sprawdzi, a z drugiej z naturalnymi kosmetykami do pielęgnacji bywa u mnie różnie. Mnogość ekstraktów zawartych w tego typu kosmetykach niekiedy sprawia, że na któryś z nich moja skóra potrafi się zbuntować;) Na szczęście nie zaobserwowałam jednak nic niepokojącego, a wręcz przeciwnie – serum otrzymuje ode mnie wysoką notę:) Za zwyczaj bywało u mnie tak, że kosmetyki przeznaczone do cery tłustej i mieszanej nie zapewniały mi maksimum pielęgnacji. Działały na jeden problem, ale zdecydowanie niedomagały w kwestii pozostałych aspektów, np. nawilżenia. Dlatego też mimo, że jestem posiadaczką cery mieszanej (czasem bardziej w kierunku tłustej, a czasem nieco w kierunku suchej) to rzadko sięgałam po sera przeznaczone do tego typu cery. Po prostu zwykle czegoś mi w nich brakowało:) Tutaj jednak jest inaczej. Cera odzyskała większą równowagę w kwestii wydzielania sebum (choć w ciągu dnia wspieram się jeszcze odpowiednim makijażem), a dodatkowo jest w dobrej kondycji. Szczególnie zauważalne było u mnie to odżywienie cery, a także nawilżenie. Skóra wygląda zdecydowanie zdrowiej. Sprawia wrażenie mocniejszej. Tak jakby dostała zastrzyk energii, naturalnej energii:) Serum nie zapewnia tzw. płaskiego matu, ale dzięki temu spektrum jego zastosowania jest bardziej kompleksowe. Działanie serum można wzmocnić używając go w połączeniu z kremem z tej samej linii. Serum bardzo dobrze spisuje się również pod makijaż. Zwłaszcza mineralny:) Świetnie współgra także z masażerem do twarzy, który wspomaga wchłanianie substancji aktywnych.


Produkty Nourish znajdziecie w sklepie Costasy. W ofercie jest jeszcze m.in. linia nawilżająca, kojąca i rozświetlająca. Również wydają się one godne zainteresowania.


Znacie markę Nourish? Lubicie stosować serum na twarzyczkę? Czy też uważacie, że trudno o dobre serum do cery tłustej i mieszanej?
Czytaj dalej »

środa, 16 sierpnia 2017

Wierzbicki & Schmidt Academy eliksiry i esencje do włosów od profesjonalistów made in Poland!

Cześć Dziewczyny!
Jestem raczej na bieżąco z nowościami pojawiającymi się w drogeriach Rossmann, więc kosmetyki do pielęgnacji włosów WS Academy stworzone przez znany fryzjerski duet Wierzbicki & Schmidt zwróciły moją uwagę jeszcze w zeszłym roku:) Eliksiry i esencje do włosów z miejsca mnie zainteresowały, więc wiedziałam, że prędzej czy później na pewno je wypróbuję. Kilka miesięcy później zostałam zaproszona na spotkanie z panami. Miałam akurat inne plany na ten dzień, ale jakiś czas później przybyła do mnie niespodzianka od marki. Jestem fanką profesjonalnych kosmetyków do pielęgnacji włosów, więc szybko postanowiłam je sprawdzić;) Czy kosmetyki im się udały?
zdjęcie kosmetyków WS Academy
W skład kolekcji kosmetyków WS Academy wchodzą 4 serie: Czarna Orchidea, Paczula Wonna, Bezzapachowa oraz Eukaliptus i Rozmaryn. Ja miałam okazję wypróbować eliksir i esencję z serii Czarna Orchidea oraz eliksir bezzapachowy.


WS Academy Eliksir myjący linia bezzapachowa

Zdjęcie eliksiru myjącego WS Academy

„Profesjonalny szampon do włosów z wyciągiem z alg Nori. Delikatnie myje, pielęgnuje włosy oraz skórę głowy. Pominięcie kompozycji zapachowej sprawia, że produkt ten nie zawiera alergenów. Specjalnie dobrane składniki aktywne takie jak ekstrakt z winogrona i płynna keratyna działają wielokierunkowo. Chronią i zabezpieczają przed negatywnym działaniem środowiska, wnikając w głąb włosa, odbudowują zniszczenia oraz intensywnie wzmacniają”.


Szampon, a właściwie eliksir myjący otrzymujemy w ciemnej plastikowej buteleczce o pojemności 250ml. Na etykiecie znajdziemy wizerunki znanego m.in. z programu „Ostre Cięcie” duetu Wierzbicki & Schmidt. Nie ma więc możliwości żeby się pomylić. Osobiście lubię ten program i zdarza mi się oglądać, ale we wpisie skupię się jedynie na kosmetykach:) Dodam tylko, że Panowie bywają bardzo krytyczni w swych ocenach, więc i ja postanowiłam dokładnie przyjrzeć się działaniu ich kosmetyków. Zwłaszcza, że jest to marka aspirująca do profesjonalnej;) 


Szampon posiada żelową konsystencję i dość dobrze się pieni. Nie zagłębiałam się w składy, ponieważ dla mnie jest to sprawa drugorzędna. Zwłaszcza w przypadku kosmetyków do pielęgnacji włosów bo paradoksalnie te najbardziej eko dziwnym trafem za zwyczaj służą mi najmniej:) Ja jestem zdania, że nie należy aż tak bardzo bać się chemii, ale każdemu służy co innego, więc nie będę Wam tu pisać, że jest tylko jedna racja i ja ją mam:) W końcu każdy przypadek jest inny;) Eliksir jest bezzapachowy, ale ja wyczuwam w nim delikatną, lekko wapienną nutę. Trochę kojarzy mi się z zapachem ściany, ale zapewne nie każdy to wyczuje. Mój nos jest jednak mistrzem wykrywania nietypowych subtelnych woni więc doszliśmy do ściany;) Przyznam, że eliksir bardzo przypadł mi do gustu. Według mnie jest naprawdę łagodny dla skóry głowy. Oczyszcza delikatnie, nie plącząc przy tym włosów, a jednocześnie skutecznie, ponieważ ich nie obciąża. Za zwyczaj myję włosy co drugi dzień, a przy tym szamponie czasami zdarzało mi się wydłużyć przerwę o jeszcze jeden dzień jeśli miałam jakiś drobny kryzysik;) Udało mu się też w dużej mierze uspokoić moją skórę głowy bo niestety po naturalnym serum z Bionigree sytuacja nie wyglądała najlepiej. Mimo, że nawilżenie i wygładzenie jest odczuwalne to nie ma żadnego wpływu na szybsze przetłuszczanie się włosów. A wręcz przeciwnie. Jest trochę tak jakby szampon jednocześnie regulował przetłuszczanie się skóry głowy. Naprawdę bardzo fajny szampon. Zdecydowanie może się równać z wieloma innymi profesjonalnymi, a to nasza Polska marka! Myślę, że rzeczywiście spokojnie można polecić ten szampon alergikom, pod warunkiem, że oczywiście nie występuje u nich uczulenie na żaden ze składników szamponu. 


WS Academy eliksir i esencja Czarna Orchidea


„Seria ma właściwości zarówno pielęgnacyjne, jaki i lecznicze. To propozycja dla osób szukających rozwiązań na problemy z wypadaniem włosów czy łojotokiem. Szampon i odżywka zwiększają wytrzymałość oraz sprężystość włosów, wygładzając je i dodając pięknego połysku”.
zdjęcie esencji czarna orchidea WS Academy

Z serii Czarna Orchidea poznałam zarówno eliksir i esencję;) Eliksir opakowany jest identycznie jak ten w wersji bezzapachowej. Ma on już jednak mniej łagodny skład i posiada zapach, który określiłabym jako przyjemny i elegancki. Sam w sobie nie utrzymuje się długo na włosach, ale w połączeniu z esencją już tak. Szampon dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy. U mnie nie powoduje podrażnień ani szybszego przetłuszczania się, a raczej podobnie jak wersja bezzapachowa nawet ogranicza tego typu przypadłość. 


Esencja odżywcza z kolei zapakowana została w plastikowy słoiczek o pojemności 250ml, który wewnątrz posiada dodatkową osłonkę chroniącą zawartość. 
Esencja posiada białą barwę i pośrednią konsystencję, która nie jest ani przesadnie gęsta ani nazbyt lekka. Bardzo dobrze rozprowadza ją się po włosach. 
Co ciekawe można ją stosować na dwa sposoby. Bez spłukiwania jako odżywkę do włosów cienkich i delikatnych lub ze spłukiwaniem, z przeznaczeniem do włosów potrzebujących odbudowy. W takim przypadku należy nałożyć kosmetyk nieco hojniej na 5-10min, a następnie spłukać. Ja preferuję odżywki do spłukiwania, a po ich zastosowaniu ewentualnie dokładam serum lub olejek , więc stosowałam w ten drugi sposób:) Esencja spłukuje się bardzo dobrze nie obciążając w żaden sposób włosów. Ja najczęściej nakładałam na jakieś 3-5 minut, co było w pełni wystarczające. 
Na początku nie mogłam się przyzwyczaić do zapachu, ponieważ jest on dużo bardziej intensywny niż ma to miejsce w przypadku szamponu z tej samej serii. Jest taki bardzo elegancki i wytworny;) Przy pierwszych użyciach wyczuwałam go wręcz do następnego mycia, co niezwykle rzadko mi się zdarza. Na szczęście po kilku użyciach mój nos zaakceptował ten zapach i nie wyczuwał go aż tak długo:) 
A co z efektami? Muszę przyznać, że miło mnie zaskoczyły i co ciekawe – zostały dostrzeżone nie tylko przeze mnie:) Nie farbowałam włosów już od maja zeszłego roku, a ostatnio często jestem pytana czy zmieniłam kolor bo stał się jakiś inny, ładniejszy i bardziej błyszczący. Doszłam do wniosku, że to zasługa głównie tej esencji:) Dodatkowo włosy stały się bardziej miękkie i sprężyste oraz lepiej nawilżone. Podobnie jak w przypadku szamponów, nie zauważyłam żeby odżywka obciążała włosy. Najbardziej ucieszył mnie ten efekt ładniejszego koloru:) Choć muszę przyznać, że sama już nie wiem jaki obecnie mam, gdyż w niektórym świetle wygląda jak brąz, w innym zaś jak ciemny blond z jakąś poświatą;) Ważne jednak, że prezentuje się całkiem przyzwoicie:) Tym bardziej, że z racji zapuszczania włosów, od ponad roku nie podcięłam jeszcze nawet końcówek, a fryzjer ocenił kondycję moich włosów jako dobrą:) Myślę, że w przyszłości wypróbuję jeszcze wersję bezzapachową i paczulę wonną:) 


Kosmetyki WS Academy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Swoją jakością nie odbiegają od L’Oreal Professionnel, a to nasz polski produkt! Jestem bardzo zadowolona i mam nadzieję, że marka będzie się rozwijać wypuszczając kolejne produkty bo eliksiry i esencje dla mnie są strzałem w 10!


Zbliża się promocja w Rossmannie -49% na kosmetyki do pielęgnacji, więc tym bardziej postanowiłam podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Może akurat ktoś rozważa zakupy:) 


Znacie kosmetyki WS Academy? 

Czytaj dalej »

niedziela, 13 sierpnia 2017

Organique mgiełka do ciała Mango – rytuał zapachowy;)

Cześć Dziewczyny!
Marka Organique jest mi doskonale znana, choć od jakiegoś czasu nie piszę już o niej tak często jak dawniej. Po prostu zbyt wiele pokus z innych stron:) Niemniej na bieżąco śledzę nowości i zawsze wiem co w Organique’owej trawie piszczy;) Jakiś czas temu marka wprowadziła Rytuał Zapachowy składający się z 4 nawilżających mgiełek inspirowanych ich popularnymi liniami do pielęgnacji ciała. Mamy zatem kwiatowa i kobiecą Bloom Essence, elegancką Czarną Orchideę, soczyste i energetyczne Mango oraz winogronową mgiełkę Grecką, której woń jest niesztampowa:) Niestety rzadko jest mi po drodze do salonów Organique, ale gdy pewnego dnia znalazłam się w Manufakturze, wiedziałam, że muszę zajść i sprawdzić zapachy:) Wszystkie te zapachy stanowią według mnie wierne odwzorowanie poszczególnych linii i przyznam, że bardzo mnie to ucieszyło. Miałam wejść tylko powąchać, ale nie mogłam sobie odmówić zabrania do domu wersji Mango. Choć mam chrapkę jeszcze na Grecką;) Jako że lato w pełni, postanowiłam napisać kilka słów o mojej mgiełce mango:)
Zdjęcie mgiełki Organique o zapachu mango

„Pachnąca i pielęgnująca skórę mgiełka do ciała, wzbogacona nawilżającymi składnikami aktywnymi, takimi jak pantenol, kwas hialuronowy czy emolient z masła Shea. To świetna alternatywa dla ciężkich perfum w gorące dni. Delikatna i bogata formuła mgiełki sprawia, że skóra po jej użyciu staje się gładka, miękka i przyjemnie pachnąca. Mgiełka na długo otula ciało zapachem słodkiego, aromatycznego mango. Mgiełkę można stosować jako odświeżający tonik na ciało. Konsystencja i zapach dodaje energii, zapewnia odświeżenie i dobre samopoczucie”.
zdjęcie mgiełki mango Organique

Mgiełka Organique o zapachu mango występuje w ciemnym plastikowym opakowaniu o pojemności 100ml. Szata graficzna jest bardzo minimalistyczna, ale przyznam, że w tym przypadku nawet mi odpowiada. Po prostu wszystko to ładnie się ze sobą zgrywa:) Butelka jest dobrej jakości i z powodzeniem można ją nosić w torebce (nawet w moich się mieści, choć nie we wszystkich;)). Jedynie etykieta może ulec drobnym zarysowaniom. Atomizer posiada nieco duży otwór i ma niestety tendencję do dość hojnego oblewania produktem;) 
Nie jest to klasyczna mgiełka, ponieważ posiada ona również delikatne właściwości pielęgnujące skórę. Z powodzeniem możemy ją stosować niemalże na dowolne miejsca na ciele. Jednak warto w takim przypadku rozpylić kosmetyk równomiernie gdyż w przypadku zastosowania większej ilości pozostaje nieco lepka warstewka na skórze. Ja najczęściej pryskam nią te same miejsca, które traktowałabym perfumami, ale zdarza mi się też użyć na całe nogi i ręce gdy mam odkryte;) Warto też dodać, że mgiełkę należy zużyć w ciągu 6 miesięcy od momentu otwarcia. Przyznam, że gdybym stosowała codziennie na całe ciało to pewnie upłynniłabym ją w tydzień. Z kolei w przypadku stosowania zamiast perfum może być delikatny problem ze zużyciem w terminie;) Dlatego czasem stosuję jak typową mgiełkę, a czasem na większe partie ciała. Jeśli chodzi o zapach to nie mam żadnych zastrzeżeń. Mgiełka pachnie rewelacyjnie soczystym mango. Jeśli znacie i lubicie inne kosmetyki Organique z linii Mango np. piankę lub balsam to na pewno nie będziecie zawiedzione! Nie jest to woń która jakoś szczególnie ewoluuje. Jest raczej jednostajna, ale ja akurat lubię ten jej niemalże niezmienny zapach:) Oprócz zapachu mgiełka zapewnia skórze uczucie orzeźwienia i delikatnie ją zmiękcza. W razie potrzeby może zastąpić lekki balsam po porannym prysznicu. Choć oczywiście nie zapewni takiego odżywienia jak ten tradycyjny albo masło shea z tej samej linii:)
Jeśli chodzi o trwałość to pani w salonie poinformowała mnie, że zapach utrzymuje się do 6 godzin, ale jak wiadomo jest to kwestia indywidualna i u każdego może być trochę inaczej. Ja zapach wyczuwam do kilku godzin zależnie od tego jakiej ilości użyję i jaka jest pogoda;) To tylko mgiełka, więc nie wymagam trwałości rodem z Black Opium YSL i uważam, że jak na tego typu produkt jest satysfakcjonująco:) Z mgiełki jestem bardzo zadowolona i jak najbardziej polecam:) W tym miesiącu Organique świętuje swoje 17 urodziny, więc są różne prezenty i rabaty dla klientów:) Być może wybiorę się po jeszcze jedną sztukę jeśli będę w pobliżu;)


Znacie Rytuał Zapachowy Organique? Który zapach podoba Wam się najbardziej?
Czytaj dalej »

piątek, 11 sierpnia 2017

Jak robić zdjęcia na bloga gdy niewiele masz? Moje zdjęcia wczoraj i dziś. Ten sam aparat - różne efekty;)

Cześć Dziewczyny!
Od jakiegoś czasu coraz częściej dostaję pytania czy zmieniłam aparat bo zdjęcia wyglądają lepiej. Odpowiedź jest jednak zaskakująca – NIE!


Cały czas ten sam aparat


Od początku istnienia bloga (czyli końcówki 2013 roku) robię zdjęcia cały czas tym samym aparatem. Przy pierwszych wpisach zdarzało mi się też robić zdjęcia telefonem (był to wtedy Iphone 4S). Aparat, który posiadam to żaden wypasiony model ani tym bardziej lustrzanka. Co więcej ukradłam go siostrze tzn. przywłaszczyłam go sobie i w końcu już pozwoliła mi go zachować <3 Jest to mały i poręczny Sony Cyber Shot DSC-W730, który swoją premierę miał w 2013 r. 


A efekty całkiem różne


Lekką smykałkę do fotografii miałam chyba od zawsze. W gronie znajomych często byłam proszona o wykonanie zdjęć na różne portale etc. Było to jednak fotografowanie ludzi. Nie miałam zielonego pojęcia o wykonywaniu zdjęć produktowych. Po założeniu bloga robiłam więc zdjęcia jakiekolwiek. Byleby było widać recenzowany produkt;) Co ciekawe wydawało mi się wtedy, że są całkiem spoko:D Zdjęcia do pierwszych paru wpisów wykonałam swoim ówczesnym smartfonem i wtedy siostra zapytała mnie dlaczego nie skorzystam z aparatu? Moja cyfrówka wtedy już praktycznie umarła, więc podebrałam aparat siostrze. Tak już zostało po dziś dzień bo nigdy go jej nie oddałam i pozostał u mnie przez zasiedzenie;) 
Długo wydawało mi się, że zdjęcia są nieistotne. Do dziś zresztą uważam, że ważniejsza jest treść niż zdjęcia i nie powinniśmy dać się zwariować:) Niekiedy na blogach, w przypadku których pierwsze skrzypce grają zdjęcia - brakuje treści i to jest moim zdaniem smutne. Być może autorzy tak się napracują przy robieniu zdjęć, że gdy przychodzi pora by coś napisać to wena znika. Myślę, że powinniśmy sobie zadać pytanie czy nasz blog ma być blogiem w szerokim rozumieniu tego słowa czy tylko foto-blogiem?;) Ja stawiam na to pierwsze i uważam, że nie powinniśmy dać sobie wmówić, że zdjęcia są najważniejsze! Super gdy są ładne, ale to nie zdjęcia powinny determinować wartość naszego miejsca tylko treść.
Na początku robiłam zdjęcia albo na czerwonym kocu od swojej kanapy albo ustawiałam produkt na biurku przy drukarce i trzaskałam zdjęcia bez żadnej refleksji:) Co ciekawe robienie zdjęć na bloga zawsze zajmowało mi dużo czasu, zarówno „wczoraj” jak i „dziś”. Dużo więcej niż przygotowanie tekstów. Mimo, że kiedyś robiłam to w pełni bezrefleksyjnie to i tak zabierało mi to mniej więcej tyle samo czasu co teraz;) Magia prawda?


Jak robić zdjęcia na bloga mając niewiele do dyspozycji?


W pewnym momencie swojego blogowania uświadomiłam sobie, że niektórzy robią naprawdę ładne zdjęcia. Zaczęłam się wtedy zastanawiać jak oni to robią? W wielu przypadkach za tymi pięknymi zdjęciami stały doświadczenie (bo mało kto od razu robił te super zdjęcia na bloga) oraz  profesjonalny sprzęt i zaawansowane programy graficzne, co do których osobiście nie widziałam sensu żeby inwestować. Później trafiłam na kilka wpisów z cyklu jak robić zdjęcia na bloga i też w poradach najczęściej znajdował się dobry aparat (najlepiej lustrzanka za 3K), Photoshop, dodatkowe obiektywy, blendy, lampa pierścieniowa i różne inne cuda na kiju;) Moim zdaniem nie sztuką jest zrobić dobre zdjęcia mając do dyspozycji te wszystkie rzeczy. Oczywiście to nie lustrzanka robi zdjęcia tylko Ty. Najpierw trzeba się oswoić z tą lustrzanką, nauczyć jej obsługi, poznać różne ustawienia manualne, poćwiczyć, ogarnąć programy graficzne, ale to wszystko jest do przyswojenia. Po prostu wymaga czasu i chęci. Potem już tylko z górki. Co jednak gdy nie posiadasz ani lustrzanki ani designerskich wnętrz ani tych wszystkich wspomagaczy? Pierwszą w miarę niskobudżetową rzeczą, na którą trafiłam były tła do zdjęć w postaci tapet lub oklein. Na początku zakup tapety czy okleiny tylko po to żeby robić na nich zdjęcia wydał mi się co najmniej absurdalny, ale w końcu kupiłam dwie okleiny i jedną tapetę w Castoramie tudzież Leroy Merlin. Okazało się wtedy, że faktycznie jest coś na rzeczy i zdjęcia wychodzą lepiej niż te na tle drukarki, czerwonego koca czy na białym biurku:P A jak już jesteśmy przy tłach to jakiś czas temu trafiłam na tła Printea. Długo się opierałam, ale w końcu uległam i kupiłam swoje pierwsze dwie sztuki. Zastanawiałam się gdzie je będę przechowywać, ale dobra wiadomość jest taka, że tła Printea wysyłane są w tubie. Po użyciu można je zwinąć i z powrotem schować do tuby:) Powiem szczerze, że jest w czym wybierać i chętnie przygarnęłabym jeszcze parę sztuk:) Ubolewam jedynie, że nie są trochę tańsze:) Dodatkami do zdjęć mogą być różne rzeczy. Z rozbrajającą szczerością przyznam, że większość z nich podpatrzyłam u innych i częściowo zmodyfikowałam pod swoje potrzeby bo przecież można mieć te same dodatki co pół blogosfery, a jednak efekt zupełnie inny, prawda? Do moich podstawowych dodatków należą m.in. dywanik i podstawki z Ikei, kwiaty (niektóre żywe, a inne sztuczne), świece zapachowe, plecione podkładki i taca z Pepco, kapelusz plażowy, kostium kąpielowy i pareo, kryształki, które po prostu znalazłam w szufladzie, cekiny, które znalazłam w jednej z przesyłek, mydelniczka kwiatek, talerz motyl, gazety i inne bzdety. Jakby się zastanowić trochę tego jest i część z tych rzeczy kupiłam wyłącznie na potrzeby bloga, ponieważ do niczego innego nie były mi potrzebne! Można nie mieć lustrzanki i programów, ale kompozycja niestety sama się nie zrobi:(

Co mnie zmotywowało żeby spróbować zrobić choć trochę lepsze zdjęcia na bloga? Jeden nieprzychylny komentarz;) Na początku wkurzyłam się no bo jak to? Poświęcam tyle czasu, pasji i serca żeby regularnie (!) przygotowywać te wszystkie wpisy, robię co mogę i jeszcze ktoś mi wbija szpilę? Już zabijałam w myślach tę osobę:D Po chwili jednak pomyślałam – właściwie to spróbuj.  Czemu nie? Uznaj to za konstruktywną krytykę.
Możliwości mam niewielkie, ponieważ zdjęcia mogę wykonywać tylko na kanapie, a moje wnętrza nie należą ani do najjaśniejszych ani do wystawnych, ale pomyślałam, że spróbuję robić to choć trochę lepiej;) Wtedy właśnie małymi kroczkami zaczęłam próbować testować różne rozwiązania. Czasami choćbym stanęła na głowie, zdjęcia i tak wyjdą marne bo a to za ciemno, a to za jasno, a to wyobraźni brak;) Wybieram wtedy jedną z dwóch dróg – albo poprawiam innego dnia albo zostawiam tak jak jest, ponieważ niekiedy nie mam ani siły ani czasu żeby robić wszystko od nowa. Trudno… jestem tylko człowiekiem, a zdjęcia nie są najważniejsze na świecie. Liczy się treść.
Stare zdjęcia


Zrób zdjęcie, które nie będzie wymagało wielkich poprawek


Zdjęć typu selfie robionych swoim aparatem do dziś nie ogarnęłam, ponieważ ma on tendencję do gubienia kolorów i efektów. Nawet jeśli mam dobry tusz czy fajne cienie do powiek to i tak albo efekt wyjdzie przekłamany albo aparat „udaje, że nie widzi” tych cieni czy szminki. Walka z wiatrakami;) Kiedy więc zdobędę się na selfie, którego „instytucji” nie jestem fanką, a wręcz przeciwniczką to robię je telefonem (jego w przeciwieństwie do aparatu zmieniłam i obecnie jest to Iphone 7), a następnie korzystam z ustawień wbudowanych w tenże aparat w telefonie lub edytuję podstawowe ustawienia na Instagramie. Selfie z telefonu pod względem kolorystycznym też niekiedy wypada mi przekłamane bo najczęściej moja cera wychodzi jaśniejsza niż w rzeczywistości, ale za to łatwiej oddać kolor szminki czy cienia. Z tuszem to już niestety średnio;) Co ciekawe potrafię zrobić telefonem całkiem ładne zdjęcia przyrody albo ptaka na Instagram, ale zdjęcia kosmetyków to już niekoniecznie. Choć nieraz i takie dodaję właśnie na Insta (bo łatwo i szybko:P). 
Jeśli chodzi o aparat i zdjęcia produktowe to na początku blogowania po prostu włączałam i cykałam fotki bez żadnych ustawień (miałam włączone tylko makro). Co ciekawe, obecnie również nie korzystam z ustawień aparatu. Mam włączone jedynie makro i dodaję trochę jasności żeby zdjęcia nie wychodziły bure. Staram się robić zdjęcia tak żeby nie wymagały szczególnej obróbki, ponieważ jedynym programem do obróbki zdjęć, z którego jak do tej pory korzystam jest Picasa, czyli stary program, który dawno przestał być już aktualizowany przez Google. Nie uskuteczniam żadnej ciężkiej obróbki, usuwania niedoskonałości, kadrowania etc. Jedyne funkcje, które wykorzystuje w Picasa to światła i cienie. Czasem lekko wyostrzam. Tylko 3 funkcje! Czasami korzystam też z funkcji utworzenia kolażu zdjęć i to tyle jeśli chodzi o zdjęcia z aparatu. Od lat tego samego aparatu;) Wiem, że polecanych jest także szereg innych bezpłatnych, nowszych i dużo lepszych programów, ale przyznam, że po dziś dzień nie podjęłam wysiłku żeby je zainstalować;) Nie mając lustrzanki i zaawansowanych programów graficznych za Chiny Ludowe nie osiągnę niektórych efektów, ale robię tyle na ile pozwala mi mój aparacik i wspomniana Picasa. Ach, zapomniałabym, że czasem korzystam jeszcze z Worda. A dzieje się tak w przypadku gdy chcę żeby zdjęcie miało kształt koła - tak jak moje obecne zdjęcie profilowe. W prosty sposób można zmienić kształt zdjęcia na okrąg właśnie w Wordzie;)

Stare zdjęcia


Kadrowanie, światło, kolor


Z kadrowaniem zdjęć produktów mam problem, ponieważ tak jak wspomniałam mam do dyspozycji tylko kanapę. Jedynie na niej (o odpowiedniej porze) można uświadczyć jako takie światło. Jako że mam niewiele miejsca to moje zdjęcia bywają źle wykadrowane. Jest to efekt celowy, ponieważ nie mam zbyt szerokiego pola manewru, a moje meble nie są na tyle wykwintne żeby prezentować na ich tle kosmetyki;) Z podobnych powodów produkty na moich zdjęciach najczęściej są na leżąco. Po prostu mam za mało miejsca by uchwycić je w pionie;) Jeśli zaś chodzi o światło, nie korzystam z żadnych lamp pierścieniowych i innych doświetlaczy. W grę wchodzi tylko światło dzienne w mieszkaniu gdyż domu z ogródkiem też nie posiadam;) Za zwyczaj rano jest u mnie ciemno, potem coraz jaśniej, a w pewnym momencie jest wręcz pełne słońce, tak ostre, że zdjęć już robić się nie da bo wychodzą zbyt „oświecone”:D W rzeczywistości mam więc niewiele czasu żeby złapać to odpowiednie światło i najczęściej zanim skończę sytuacja oświetleniowa już ulega zmianie;) A do tego dochodzą też wszelkie poza blogowe sprawy, więc rzadko kiedy mogę trafić na ten idealny moment. Często zaraz po rozpakowaniu przesyłki robię zdjęcia i produkty albo idą od razu do użycia albo chowam je do pudełek na zapas, więc rzadko kiedy czekam na odpowiedni moment. W niektórych przypadkach zdarza mi się robić zdjęcia już w trakcie użytkowania. Dotyczy to najczęściej tych produktów, których opakowania się nie niszczą. Zdarzało mi się też dodać zdjęcia pustego opakowania zamiast pełnego;) Przechodząc do kolorów nadmienię, że teraz modny jest minimalizm i stonowane barwy. Ale… co mnie to obchodzi? Żadna ze mnie minimalistka! Ja jestem kolorowym ptakiem;) Wolę kolorowe zdjęcia z różnymi niekoniecznie pasującymi do siebie dodatkami, dające mocno eklektyczny efekt niż szaro-buro i ponuro (bo tak wygląda minimalizm w wykonaniu mego aparatu);) Nie posiadam szczególnego zmysłu estetycznego i nieraz gdy połączę ze sobą różne dodatki to wychodzi mi niezły bigos! Ale to mój bigos!:) Z jednej strony minimalistyczne zdjęcia są fajne bo nie trzeba zbyt wiele myśleć nad dodatkami. Wydają się takie proste do zrobienia… Jednak w przypadku mojego aparatu i braku tych wszystkich profesjonalnych fotograficznych dodatków to się kompletnie nie sprawdza. Tego typu zdjęcia robione moim aparatem wychodzą ciemne i smutne, brakuje im życia. Nie jestem w stanie zrobić ich na tyle dobrze żeby móc je potem poprawić jedynie 2-3 funkcjami w Picasa bo wtedy niewiele to pomaga. Dlatego właśnie staram się stawiać na kolor, nawet jeśli ma wyjść zbyt przaśnie;) Kto wie, może za jakiś czas mi się odmieni i będę robić zdjęcia w zupełnie innym stylu, ale raczej nie będą to zdjęcia mroczne;)


Co jeszcze?


Nie robię odrębnej kompozycji do zdjęć każdego jednego produktu. Jeśli wpadnę na jakiś pomysł, korzystam z niego przez dłuższy czas, robiąc kolejne zbliżone do tych wcześniejszych;) Często robię zdjęcia produktów taśmowo, tego samego dnia;) Na razie nie odkryłam w sobie aż takich pokładów kreatywności żeby móc Was co chwilę zaskakiwać;) Poza blogiem istnieje jeszcze przecież życie „realne”, a ja… tak jak napisałam na stronie „o mnie” – nie znajdziecie u mnie zdjęć jak z katalogu Ikei, ale możecie liczyć na treść, a nie jedno zdanie i koniec wpisu;) Muszę mieć przecież jeszcze czas żeby tą treść przygotować;) Poza tym ja lubię tą pewną dozę powtarzalności;)

Czyje zdjęcia mi się podobają?


Najbardziej chyba Hushabyee. Obecnie zeszła ona co prawda na drogę minimalizmu i jej zdjęcia nie są już tak bardzo w moim stylu jak dawniej (choć nie można odmówić im kunsztu!), ale myślę, że była ona dla mnie inspiracją właśnie w kwestii koloru, którego dawniej było u niej co nie miara:) Bardzo podobają mi się też zdjęcia u Obsession, ale jest to już styl niemożliwy do wykonania bez sprzętu i programów, więc nawet o tym nie myślę:D Zresztą ja nie zamierzam nikogo kopiować. Ja to ja, więc moje zdjęcia mają w jakiś sposób odzwierciedlać mnie;) Świetne zdjęcia ma też Enestelia, Infallible, My strawberry fields, Agu Blog i pewnie jeszcze sporo innych. Oglądając niektóre można wpaść w kompleksy, ale jakby nie patrzeć u większości z nich poczynione zostały sprzętowe inwestycje, a ja na razie zostaję przy tym co mam:) 


Robienie zdjęć bez odpowiedniego zaplecza wcale nie jest takie łatwe, ale jedyne co możemy zrobić to próbować bo przecież zawsze może być lepiej. Choć trochę!:) Nie zawsze wyjdzie fajnie. Czasem choćby nie wiem co wyjdzie beznadziejnie, ale nie od razu Kraków zbudowano! Na tych wszystkich blogach gdzie zobaczycie zdjęcia jak z żurnala też początki nie były takie kolorowe, wystarczy przejrzeć archiwum! Wszystko przyszło z czasem:) Tak więc chyba dla każdego jest nadzieja. Powyższy tekst nie jest żadnym poradnikiem. To jedynie moja odpowiedź na często zadawane w mailach pytania;) Fajnie, że zauważyliście jakiś postęp. Mam nadzieję, że ciekawość została zaspokojona;)

A jak to wyglądało u Was? Może macie jakieś złote sposoby na robienie zdjęć bez zaawansowanego sprzętu, profesjonalnych programów i nienagannych wnętrz?;) 

Czytaj dalej »

środa, 9 sierpnia 2017

Nabla matowa pomadka Dreamy Matt Liquid Lipstick oraz cień do powiek Absinthe!

Cześć Dziewczyny!
O włoskiej marce Nabla Cosmetics usłyszałam dopiero kilka miesięcy temu. Rzadko oglądam urodowe YT, więc może to dlatego;) Jak to często ostatnimi czasy u mnie bywa, na początku nie planowałam wypróbować niczego z tej marki. Później jednak zobaczyłam u Iwony jeden z cieni do powiek i stwierdziłam, że może jednak warto spróbować. W międzyczasie na Instagramie kuszono pomadkami w płynie, więc nie oparłam się i tej pokusie;)


Nabla Cosmetics Dreamy Matt Liquid Lipstick Grand Amore


Według producenta pomadki z serii Dreamy Matt Liquid są produktami o wysokiej pigmentacji, które zapewniają efekt matowych i aksamitnych ust. Pomadki mają łatwo się rozprowadzać oraz zapewniać długotrwałe krycie. Każda ze szminek zawiera masło shea, mające za zadanie nawilżyć i odżywić usta. Szminki nie zawierają za to parafiny, parabenów oraz silikonów.


W ofercie jest 14 bardzo różnorodnych odcieni od delikatnych nudziaków i róży po te wyjątkowo wyraziste, a nawet ekstrawagancki błękit;) Prawdopodobnie każda kobieta znalazła by coś dla siebie;) Ja miałam wątpliwości co do koloru, ponieważ chciałam wybrać taki, który będzie inny niż wszystkie moje pozostałe, a jednocześnie zależało mi żebym mogła użyć go bez skrępowania nawet na co dzień;) Dokładnie obejrzałam wszystkie kolory u Aliny Rose, ale dobrze wiedziałam, że dobieranie koloru szminki na podstawie zdjęć jest ryzykowne, ponieważ już nie raz zasugerowałam się zdjęciem na kimś, a potem u mnie ten sam produkt wyglądał… zupełnie inaczej. I bądź tu mądry!;) Wstępnie wybrałam odcień Roses, choć nie miałam do końca przekonania. Jednak niestety mi wykupili i musiałam rozważyć inne odcienie. 
Ostateczny wybór padł na Grand Amore. Miałam wątpliwości czy nie będzie dla mnie za mocny, zwłaszcza, że u każdego wyglądał inaczej, ale Alina napisała, że jest to delikatna, naturalna, lekko zgaszona ciepła czerwień, która nie jest przesadnie intensywna. Coś mnie do tego koloru ciągnęło, więc uznałam, że zaryzykuję;) Z odcienia jestem bardzo zadowolona. Co prawda jak na moje realia wydaje się być jednak dość wyrazisty, ale o dziwo dobrze się w nim czuję. Pewnie dlatego, że podoba mi się jego tonacja. Co ciekawe czasem mam wrażenie, że wpada bardziej w zgaszoną czerwień, a innym razem jest jakby bardziej żywy, trochę w kierunku różowego. Najśmieszniejsze jest jednak to, że każda jego odsłona mi się podoba;) Kolor w moim przypadku utrzymuje się przez wiele godzin. Zwłaszcza gdy nałożę na gołe usta. Ściera się w kącikach jedynie po umyciu zębów. Jedzenie i picie mu nie straszne, ale lubi zostawić ślad na szklance. Gdy aplikuję na balsam, utrzymuje się ciut krócej, ale również satysfakcjonująco. Na tyle by stać się moją ulubioną matową pomadką:) Zapach płynnej pomadki Nabla również jest bardzo przyjemny. Mnie się kojarzy z krówką albo jakimś pysznym ciasteczkiem:) Najważniejsze, że nie ma swoistego zapachu farby;) Konsystencja jest bardzo komfortowa i według mnie pomadka nie wysusza ust, ale i tak najchętniej nakładam ją na balsam;) Warto zwrócić też uwagę na oryginalne pudełko przyozdobione gwiazdkami;) Jeśli zaś chodzi o opakowanie samej pomadki to jest ono dość klasyczne, eleganckie, ale bez fajerwerków:) W tej materii znam ładniejsze, czyli np. Diora albo Givenchy:) Opakowanie zawiera jedynie 3ml pomadki, ale żeby pokryć usta kolorem wystarczy cieniuteńka warstewka (tyle co kot napłakał:P) więc pomadka powinna być wydajna:) Właściwie to nigdy nie próbowałam dokładać drugiej warstwy, ale zapewne zintensyfikowałaby ona kolor;) Bardzo przypadła mi do gustu ta pomadka i choć nie mam jej długo to zdetronizowała wszystkie inne matowe pomadki, których przyszło mi używać. Prawdopodobnie będę chciała przygarnąć jeszcze jeden kolor albo zdecyduję się na którąś z tych w klasycznej formie:) Na zdjęciach cieniuteńka warstewka Grand Amore;) Swatche kilku odcieni możecie zobaczyć też u Fancy:)

Nabla Cosmetics cień do powiek Absinthe


Według producenta cienie Nabla są mocno napigmentowane i mogą być nakładane zarówno na sucho jak i na mokro.

W przypadku cienia do powiek skusiłam się na wkład. Nie był to super wybór, ponieważ właściwie nie planowałam skomponowania całej paletki Nabla. Dlatego też póki co stosowanie nie jest dla mnie zbyt wygodne i trochę już sobie ten cień zarysowałam. Tylko czekać aż upadnie i się połamie:(
Cień można nakładać zarówno na sucho jak i na mokro. Ja póki co aplikowałam jedynie na sucho. Odcień Absinthe bardzo mi się spodobał, ponieważ jest wielowymiarowy, taki nieoczywisty, a jednocześnie nadaje się do stosowania na co dzień:) To mieszanka beżu, zieleni i... lekkiej cegiełki? Najbardziej podoba mi się w nim, że daje taki efekt jakbym użyła nie jednego cienia, a trzech cieni;) Magia i coś w sam raz dla leniuszków! Przyznam szczerze, że ja go nakładam palcami, ale bardzo możliwe, że w przypadku aplikacji pędzlami można uzyskać jeszcze nieco inny efekt;) 
Pierwsze moje spotkanie z tym cieniem nie było udane, ponieważ nałożyłam bez bazy i utrzymał się na moich powiekach godzinę. Potem już zawsze nakładałam na bazę (w moim przypadku Bell Hypoallergenic) i problem braku trwałości został rozwiązany. Na bazie cień utrzymuje się u mnie przez wiele godzin. Podejrzewam, że podczas chłodniejszych miesięcy ten wynik będzie jeszcze lepszy. Jestem zadowolona i marzą mi się kolejne, może odcień Selfish;) Nie sądziłam, że marka zrobi na mnie tak pozytywne wrażenie:) 

Zdjęcia na twarzy robione telefonem, więc może nie są jakieś extra, ale jak na moje astygmatyczne oko... widać:P Może dlatego, że ja wiem, że ten malunek tam jest:D Poza tym lepszych zrobić i tak nie dam rady bo np. mój aparat w ogóle "nie widzi" cieni;) Pozostaje więc tylko telefon;) Zmierzam do tego, że jeśli skrytykujesz moje fotki zza firany to zginiesz (żarcik:D). 

Kosmetyki Nabla dostępne są w sklepach internetowych. Ja swoje pierwsze sztuki kupiłam na cocolita.pl.


Znacie kosmetyki Nabla? Jesteście w stanie polecić coś fajnego?:) Jeśli wiecie jak pozbyć się tego placka po drapanku na czole to też dajcie znać;)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Van Cleef Arpels Feerie – pachnąca dobra wróżka;)

Cześć Dziewczyny!
Pomyślałam sobie, że dawno nie było żadnego wpisu na temat perfum:) Zaczęłam się więc zastanawiać, o którym z moich zapachów napisać i decyzja nie była łatwa, gdyż trochę tego mam;) Przypomniałam sobie jednak o tym co przeczytałam jakiś czas temu na temat perfum Van Cleef Arpels Feerie. Podobno największy wzrost zainteresowania tym konkretnym zapachem odnotowuje się w grudniu, gdyż ze względu na swój bajkowy flakonik stanowi on idealny pomysł na prezent dla bliskiej osoby;) A jako że jestem osobą przewrotną (buntownik z natury;)) postanowiłam, że napiszę o nim teraz, w środku lata. W grudniu recenzja będzie jak znalazł czyż nie?;)



Zapach Feerie został wydany w 2008r, czyli już niespełna 10 lat temu, a jego twórcą był Antoine Maisondieu.


Nuty głowy: czarna porzeczka, fiołek, włoska mandarynka i czerwone jagody

Nuty serca: róża bułgarska i egipski jaśmin

Nuty bazy: irys i wetyweria


Perfumy Feerie zostały zapakowane w dość duży niebieskawy kartonik opatrzony błyszczącymi elementami. Zapach ten występuje zarówno jako woda toaletowa, jak i woda perfumowana. Ja wybrałam tę drugą opcję. Do wyboru są też dwie pojemności – 50 i 100ml, ale niestety ta pierwsza jest trudno dostępna. Wolę mniejsze pojemności, więc bliżej byłoby mi do pięćdziesiątki aniżeli do setki, ale niestety ta wersja była wręcz nieuchwytna;) Przyznam, że Feerie są moim pierwszym i jak dotąd jedynym zapachem duetu Van Cleef Arpels
Flakonik z tajemniczą wróżką (Feerie) dostrzegłam na półkach perfumerii już kilka lat temu. Wtedy jednak wydawał mi się tandetny i kiczowaty. Kojarzył mi się z baśniowymi opowieściami, za którymi nigdy szczególnie nie przepadałam. Jestem chyba zbyt mało odrealniona żeby odpływać w takie klimaty. Science-Fiction też nie lubię;) Wydaje mi się, że chyba nawet go wtedy nie wąchałam;) 
Jednak jakiś czas temu flaszka Feerie znowu rzuciła mi się w oczy. Tym razem spojrzałam na nią bardziej łaskawym okiem i stwierdziłam, że właściwie to owa wróżka jest bardzo ładna i niewątpliwie bajkowa. Może nie jest to do końca mój klimat pod względem estetyki, ale bardzo przypadł mi do gustu chabrowy kolor flakonu, a także wiernie oddane detale. Uznałam, że właściwie mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Lekko kiczowatym, ale jednak bardzo oryginalnym:) Schyliłam się więc żeby poznać zapach;) Pierwsza moja myśl brzmiała: hmm pachnie jakby… trupem;) Jednak po chwili było już tylko lepiej. Poczułam to co poczuć chciałam – czarną porzeczkę. Następnie do głosu doszły cytrusy, czyli nuty które podobno lubią niemalże wszyscy. Nie wiem jak jest ze wszystkimi, ale ja je niewątpliwie lubię;) W nucie głowy wyczuwalne są też leśne owoce – jak dla mnie jeżyny, które chyba najmocniej kojarzą mi się z nazwą tego zapachu. Po jakimś czasie zapach się rozwija i wyczuwalne stają się nuty kwiatowe. Głównie fiołek. Zawsze wydawało mi się, że niekoniecznie go lubię, a jednak;) W tej kompozycji układa się on bardzo ładnie na skórze. Dodaje zapachowi trochę ciężkości, ale jednocześnie nie jest typowo mdły i męczący. 
Zapach nie ma może ogromnej projekcji i nie ciągnie się za mną niczym ogon, ale jest zdecydowanie wyczuwalny dla otoczenia i najczęściej dobrze odbierany. Nawet mama i siostra uznały go za ładny:) 
Trwałość jest według mnie dobra. Wróżka utrzymuje się u mnie przez ładnych kilka godzin. 


Znacie perfumy Feerie Van Cleef Arpels? Podoba Wam się ich flakonik?
Czytaj dalej »

sobota, 5 sierpnia 2017

Jakoś to będzie. Szczęście po polsku, czyli polska odpowiedź na hygge

Cześć Dziewczyny!
Jeśli już recenzuję książkę to za zwyczaj staram się żeby była ona spójna z tematyką mojego bloga, czyli przede wszystkim uroda i zdrowie;) Gdy jednak dostałam informację, że pojawiła się polska odpowiedź na hygge (którego lektury nie zaliczam do owocnej) to stwierdziłam, że sprawdzę co mają na ten temat do powiedzenia Polacy i tak trafiło do mnie „Jakoś to będzie. Szczęście po polsku”. Z czystej przekory!



Dlaczego duńskie hygge zupełnie do mnie nie przemówiło?


Zanim przejdę do „Jakoś to będzie” pozwolę sobie napisać kilka słów odnośnie „Hygge” autorstwa Marie Tourell.  Książkę tą zakupiłam spontanicznie pod wpływem zdjęć na instagramie jeszcze w ubiegłym roku. Pomyślałam, że skoro tak się zachwycają to i ja sprawdzę. A nuż dowiem się czegoś nowego na temat szczęścia? Choć w to już z góry powątpiewałam, ponieważ nawet studia filozoficzne nie przyniosły mi odpowiedzi na wiele fundamentalnych pytań, więc co dopiero książeczka na temat „filozofii” szczęścia?  Filozofii w cudzysłowie i przez małe „f” bo osobiście nie nazwałabym tego stricte filozofią;) No, ale przecież świat idzie z duchem czasu i pewne sprawy są coraz bardziej upraszczane tak żeby mogły z powodzeniem trafić do szerszego grona odbiorców i stać się bestsellerami. A to w dzisiejszych czasach nie byłoby tak łatwe w przypadku tradycyjnego dyskursu filozoficznego;) Utarło się, że w naszym pędzącym świecie nie ma czasu na górnolotne dywagacje i trzeba podawać ludziom proste rozwiązania, które nie wymagają od nich umiejętności analitycznego myślenia. Czy jednak wszystko to musi być banalne aż do bólu? Przeczytanie Hygge zajęło mi ok. godzinę i jedyną rzeczą, którą uznałam za przydatną był przepis na domowego Snickersa;) Piękna okładka, ale niestety puste wnętrze. Mnóstwo banałów i powtórzeń, a także odmiana słowa hygge przez chyba wszystkie możliwe przypadki;) Zaś samo hygge nudne i mdłe do granic możliwości. Sens tej książki można by było przedstawić na jednej stronie;)  Czy naprawdę tak wygląda szczęście? Dokąd zmierza ten świat skoro ludzie zachwycają się i inspirują tak marnymi książkami? Takie były moje refleksje po przeczytaniu Hygge.  Byłam naprawdę zdruzgotana, że można się czymś takim zachwycić. Zgadzam się, że w czasach, w których przyszło nam żyć każdy pędzi i trzeba trochę dopasować formułę tak aby była łatwa w odbiorze, co regularnie przecież czynię pisząc bloga (kto by mi to czytał gdybym pisała niczym nadęta dama?), ale jednocześnie uważam, że nadmierne uproszczenia nie są dobre. Książka powinna dawać nam coś więcej. A tego Hygge zdecydowanie nie czyni. 


Jakoś to będzie. Szczęście po polsku.


Zniesmaczona lekturą Hygge, postanowiłam się zapoznać z naszą polską koncepcją szczęścia;) Pokiwałam głową już na sam tytuł: Jakoś to będzie. Ile razy powtarzałam to zdanie? Ile razy powtarzaliście to Wy? Założę się, że niejeden, oj niejeden;) Niejednokrotnie czytając lub słuchając o czymś myślę sobie: „to takie polskie”. Dlatego byłam ciekawa czy autorom udało się dobrze zobrazować naszą naturę i temperament;)


Od razu zaznaczę, że w Jakoś to będzie widać pewną inspirację Hygge. Ładna twarda oprawa, niewielka objętość tekstu (niby 348 stron, ale ze względu na dużą ilość ilustracji, stron tytułowych oraz czcionkę – tekst można by zmieścić na niemalże połowie tych stron;)), jest też przepis – tym razem na chleb;) No i oczywiście prosty przekaz;) 

Czy zatem Jakoś to będzie jest kopią Hygge? Na szczęście nie. W porównaniu z Duńczykami, (choć trudno w to uwierzyć;)) Polacy są narodem o wiele bardziej dynamicznym i ta książka dość dobrze to obrazuje. Ze względu na swą nieskomplikowaną formułę nadal nie jest to pozycja najwyższych lotów, taka po której masz natłok myśli i nie możesz zasnąć, ale przemówiła do mnie o wiele bardziej niż Hygge. W Jakoś to będzie nie wałkuje się nieustannie jednego słowa. Znajdziemy tu zarówno wzmianki na temat kultury i historii, które w przystępny sposób subtelnie umacniają nasze poczucie tożsamości narodowej,  jak i elementy badań statystycznych oraz dawkę wypowiedzi znanych osób. A wszystko to okraszone nutką, nierzadko ironicznego humoru;) Podczas lektury dość często powtarzałam sobie w myślach: „no tak”, „tak było”, „coś w tym jest” albo „to takie polskie”;) 
Przytoczę Wam jeden fragment: „Jest i takie słowo, którego obcokrajowcy uczą się najszybciej. Usłyszane za granicą bezbłędnie pozwala namierzyć rodaków. W kraju zaś występuje nader często bo aż znajduje się w ścisłej czołówce użycia. To kurwa. I jak się nad tym zastanowić, nie ma w tym nic dziwnego. Jesteśmy przecież narodem żywiołowym i emocjonalnym. Zadziornym. Co za tym idzie nie stronimy od przekleństw.” I jak k… się z tym nie zgodzić?:)
W Jakoś to będzie nawet tytuły brzmią bardzo swojsko. Dla przykładu – Chlebem i solą, czyli gościnnie albo – Jeśli ktoś to zrobi, to Polacy, czyli z ułańską fantazją. To ostatnie jakże trafne. Często powtarzam, że zrobiłam coś z ułańską fantazją;) W Hygge nie ma dynamizmu. Są tylko świece, jedzenie i odpoczynek w domowym zaciszu pod miękkim kocykiem. U nas zaś to tak nie wygląda. Autorzy zauważyli zarówno niepodważalną skłonność narodu polskiego do narzekania jak i ogromną dozę zaradności, determinacji oraz pracowitości. Dość mocno podkreślona została też nasza różnorodność. Chociażby na przykładzie regionalizmów. Pierwszy przykład z brzegu: wychodzisz na – a) dwór b) pole c) plac? U mnie mówi się na dwór:)  Co jak co, ale trzeba przyznać, że Polacy nie są tak prostolinijni jak Duńczycy. Z jednej strony często powtarzamy sobie, że jakoś to będzie, ale z drugiej uwielbiamy narzekać, martwić się i stresować;) A kiedy jest dobrze zaraz mamy wrażenie, że coś nie gra;) Na dalszych stronach znajdziemy również ciekawostki na temat niektórych polskich miast, coś o modzie, o designie i oczywiście o jedzeniu;) 


Jakoś to będzie jest zbiorem felietonów podzielonym na 3 części. Zawiera mnóstwo anegdotek, wypowiedzi znanych dziennikarzy i artystów oraz wyniki badań. Większość z nich dla Polaków będzie czymś oczywistym, ale jako że książka nastawiona jest również na pozyskanie zagranicznych odbiorców to wiele rzeczy zostało przedstawionych w sposób dosadny;) Czy jednak odpowiada ona na pytanie czym jest szczęście? Nie do końca. Jakoś to będzie ma bardziej charakter otwartej dyskusji nad naszą polską mentalnością oraz tym co ją ukształtowało. Nie jest to typowy poradnik. Poza tym trudno byłoby zdefiniować czym jest szczęście z perspektywy wszystkich Polaków bo mimo wszystko każdy z nas jest inny;) Większość zagadnień została przedstawiona w telegraficznym skrócie, więc książkę czyta się szybko. W książce znajdziemy również dużo fotografii, które w odróżnieniu od tych, które znajdziemy w Hygge również są bardziej "żywe". A to dlatego, że zdjęcia w Hygge w większości wyglądają jak te, które możemy znaleźć na wszystkich tych blogach traktujących o minimalizmie. Natomiast w tych "naszych" jest więcej autentyzmu. 

Czytaliście Jakoś to będzie?
Czytaj dalej »

czwartek, 3 sierpnia 2017

Sisley L’Orchidee rozświetlający róż do policzków, który cieszy nie tylko oko;)

Cześć Dziewczyny!
Są takie rzeczy, które niebezpiecznie przyciągają nasz wzrok. To takie drobne kaprysy. Nie są nam niezbędne do życia, a mimo to nęcą i dręczą;) Znacie to uczucie? Ja tak miałam w przypadku rozświetlającego różu do policzków Sisley L’Orchidee, który zasilił moją kosmetyczkę jeszcze przed końcem ubiegłego roku - tak na dobry początek nowego;) Od tej pory stał się jednym z najczęściej używanych przeze mnie kosmetyków. Dlatego postanowiłam poświęcić mu parę słów w osobnym wpisie. Tym bardziej, że prawdopodobnie znajdzie się on w moich ulubieńcach roku:)


Sisley L’Orchidee rozświetlający róż do policzków


Według marki Sisley, Orchidea jest różem, który poprawia koloryt skóry i nadaje jej słoneczny blask. Aplikację można łatwo stopniować aż do osiągnięcia oczekiwanego efektu na twarzy.

Róż L’Orchidee otrzymujemy w kartonowym opakowaniu typowym dla marki Sisley. Wewnątrz znajdziemy przyjemną dla oka, lustrzaną puderniczkę przyozdobioną w paski oraz tytułową orchideę. Nie ma niestety dodatkowego welurowego woreczka na puderniczkę. Choć właściwie i tak rzadko z takich korzystam. Opakowanie jest dobrej jakości i nigdy nie otwiera się samoistnie. Jedynym minusem jest to, że dość łatwo pozostawić na nim odciski palców;) Jak na tego typu produkt, Orchidea według mnie posiada bardzo dużą gramaturę (15g). Z tego powodu bardzo długo wahałam się czy warto go mieć bo przecież nie dam rady go zużyć chyba przez najbliższych kilka lat;) Tym bardziej, że jest naprawdę wydajny. Po ponad 7 miesięcznym użytkowaniu, jego zużycie jest śladowe. 
Plus jest jednak taki, że tłoczenie w kształcie płatków kwiatu orchidei nadal prezentuje się niemalże nienagannie, a nie ukrywajmy, że to głównie ono sprawiło, że chciałam go mieć;) Wszak piękne kosmetyki bardzo często są kupowane właśnie po to by napawać nasz wzrok;) Tutaj tłoczenie jakie jest każdy widzi. Chyba mało kto powie, że nie robi pozytywnego wrażenia?;) 

Orchidea Sisley jest produktem drobno zmielonym i dość dobrze napigmentowanym, a jednocześnie lekkim, co sprawia, że naprawdę trudno zrobić sobie nim krzywdę. Nawet niewprawioną ręką:) Puder zawiera w sobie koralowy odcień różu, delikatny brąz oraz złote i lekko różowe drobinki. Dzięki takiemu połączeniu z powodzeniem uzyskamy efekt promiennej i wypoczętej cery pokrytej dobrze wyważonym kolorem:) Mój odcień jest idealny dla kobiet o ciepłym kolorycie cery. Natomiast dla chłodniejszych typów lepszym wyborem będzie Sisley L’Orchidee Rose. U mnie Orchidea spełnia dwie, a czasami nawet 3 funkcje. Kiedy zależy mi przede wszystkim na uzyskaniu świeżego rumieńca, przejeżdżam wąskim pędzlem jedynie po części różowej. Gdy mam ochotę na subtelnie rozświetlający bronzer, korzystam z części brązowej, która jest dodatkowo pokryta drobinkami. Jeśli natomiast mam ochotę na delikatny bronzer, ale z jeszcze mniej zauważalnym połyskiem – używam części, która jest ich niemalże pozbawiona:) Zdarza mi się też wymieszać wszystko razem:) Jeden produkt, a tak wiele możliwości:) Efekt można oczywiście stopniować, ale ja z reguły zachowuję umiar:) Wszystkie odcienie, które zostały w nim zawarte, są dla mnie idealnie dobrane:) Róż Sisley okazał się więc być dla mnie nie tylko uroczym kaprysem, ale także przedmiotem użytkowym, który bezbłędnie spełnia moje oczekiwania:) Jeśli chodzi o trwałość to tutaj również jest dobrze. Jedynie podczas upałów lub gdy często dotykam twarzy, utrzymuje się trochę krócej.


Znacie makijaż marki Sisley? Co sądzicie o Orchidei? Macie czasem nie do końca rozsądne zachcianki? 

Czytaj dalej »