czwartek, 22 czerwca 2017

Shinybox 5th anniversary Celebration Time wersja XXL, czerwiec 2017!

Cześć Dziewczyny!
Kilka lat temu kiedy pierwsze kroki stawiały te najbardziej komercyjne dziś boxy kosmetyczne, wiele osób zastanawiało się czy taki biznes ma sens i jak długo przetrwa? W tym miesiącu świętujemy 5 lat istnienia Shinybox, więc już wiemy, że owy pomysł na pudełka niespodzianki wcale nie był chybiony i mimo, że zawartość nie zawsze jest perfekcyjna to nieustannie jest na nie popyt i zdarza się, że pudełko zostaje wyprzedane jeszcze przed pierwszą wysyłką albo niedługo po niej:) W tym miesiącu kurier Poczty Polskiej wywiązał się ze swego zadania bezbłędnie i swoje czerwcowe pudełko Shinybox 5th anniversary Celebration Time otrzymałam już dzisiaj rano. To był jeden z niewielu przypadków gdy zawartość poznałam zaglądając do własnego pudełka, a nie szukając zdjęć produktów na FB opublikowanych przez klientów:) Co zatem skrywa się w jubileuszowym wydaniu Shinybox?


W tym miesiącu można by rzec, że „zależnie od zasług” ekipa Shiny zaserwowała 3 rodzaje pudełek: Standard (9 produktów + 2 upominki), XXL (10 produktów + 2 upominki) oraz VIP (13 produktów + 2 upominki). Myślałam, że jako Ambasadorka „jestę Vipę”, ale jednak jestem XXL (też miło;)). Pudełko jest naprawdę XXL. Dużo większe niż standardowe. Szata graficzna jest przyjemna dla oka, z sugestywną piątką symbolizującą jubileusz Shinybox. A co z zawartością?

Pierwszymi produktami, które były reklamowane jako gwarantowane, czyli mające znaleźć się w każdym pudełku są dwa kosmetyki Kueshi: tonik i balsam do ciała i rąk. Kueshi Rewitalizujący tonik do twarzy ma za zadanie nawilżyć i zrównoważyć skórę zapewniając jej wrażenie miękkości i świeżości. Jest produktem idealnym do cery wrażliwej. Obecnie używam Multi Essence 4w1 z Bielendy i jestem bardzo zadowolona, ale myślę, że z tonikiem Kueshi również mamy szansę się polubić. Zwłaszcza, że producent deklaruje jego łagodność. Drugim produktem jest Kueshi Kremowy balsam do ciała i rąk. Ten produkt również mnie ucieszył, ponieważ jestem w stanie wetrzeć w siebie każdą ilość balsamu do ciała, a ten jest dodatkowo do rąk, więc i one będą mogły na tym skorzystać. Ma on za zadanie pozostawiać skórę miękką, gładką i cudownie pachnącą;) Jedyny zgrzyt mam w kwestii opakowania, ponieważ na karcie produktów widnieje butelka z wygodną pompką, a w rzeczywistości opakowanie jest tej pompki pozbawione. Zważywszy na dużą pojemność (500ml), może być trochę niewygodnie. Kolejnym produktem jest kosmetyk Evree z linii Pure Neroli. Można było trafić na 1 z 4. Ja trafiłam na Normalizujący krem do twarzy, więc całkiem nieźle. Choć tak jak już wspominałam kremów do twarzy mam stanowczo za dużo w zapasie. Dlatego jeszcze nie wiem jak to z nami będzie. Krem przeznaczony jest do cery tłustej z niedoskonałościami, czyli niekoniecznie mojej, ale też nie do końca nie mojej:D Ładnie pachnie – wyczuwam już przez zamknięte opakowanie. Zamiast Evree można było też trafić na wodę z kwiatów róży Remedium Natura. Kolejnym produktem jest kosmetyk do pielęgnacji dłoni spod szyldu Mincer Pharma. W moim pudełku znalazłam Vitamins Philosophy N˚ 1026. Jest to Wzmacniające serum do dłoni i paznokci. Jak najbardziej się przypada, ponieważ produktów do dłoni nie mam w zapasie w nadmiarze. Oby serum działało naprawdę intensywnie:) Marka jest na ogół chwalona. Dobrze wspominam ich maseczkę do twarzy, więc liczę na to;) 
Z produktów do włosów mamy Schwarzkopf Micelarna odżywka z linii profesjonalnej. Mam wersję Repair Rescue o pojemności 50ml. Jest to zatem produkt, który może się przydać na wyjazdach. Z kosmetyków typu travel size, mamy również Kneipp Olejek do kąpieli tajemnica piękna. Ma on wystarczyć na 1-2 użycia. Swego czasu miałam olejki Kneipp i byłam z nich zadowolona. Choć akurat tej wersji nie próbowałam;) Mamy też pełnowymiarowe produkty w saszetkach: SheFoot Sól do kąpieli stóp z minerałami z morza martwego oraz Efektima Mineral SPA peeling+maska+krem myjący do twarzy. Sól do stóp oddam mamie, ponieważ ja niezbyt często sięgam po takie produkty, a dla niej są pomocne. Kiedyś podarowałam jej kulki Delia Good Foot z innego pudełka Shiny i bardzo sobie chwaliła, więc może sól też jej przypadnie do gustu. Ma ona skutecznie zmiękczać naskórek;) Jeśli chodzi o maskę 3w1 Efektimy to wiecie, że z reguły nie jestem zwolenniczką masek w saszetkach (chyba, że coś mnie zainteresuje tak jak ostatnio np. Bielenda Jelly Mask). Pomyślę czy użyję. W boxie znalazł się też jeden produkt z kolorówki (klasyczna kredka do ust lub automatyczna kredka do ust). Mnie trafiła się klasyczna kredka do ust Smart Girls Get More w odcieniu 01 Nude Pink. Kilka miesięcy temu marka ta była dość mocno obecna w blogosferze, ale przyznam, że nigdy nie czułam się do niej przekonana. Nie podoba mi się, że kredkę trzeba temperować. W przypadku kredek do powiek jest to dla mnie jeszcze do przyjęcia, ale do ust wolę te automatyczne. Myślę, że przejmie ją siostra. W mojej wersji XXL pojawiły się też dwa upominki: próbka Nivelazione Intensynie regenerująca kuracja do S.O.S do Stóp oraz Trind odżywka do paznokci. Odżywek do paznokci z reguły nie używam, a kurację może wetrę w stopy. W pudełku znalazłam jeszcze zabawną podwójną saszetkę Farmona Tutti Frutti składającą się z szamponu i olejku do kąpieli. Owy produkt opatrzony jest napisem: Nie żałuj na festiwalu. Serce szybciej załomoce gdy poczujesz łowoce!;) Tego produktu nie ma na karcie i początkowo sądziłam, że jest to dodatek dla Ambasadorek, ale jedna z Was napisała w komentarzu, że jest to normalna próbka dla każdego oprócz wersji standard;)
Produktem absolutnie nie dla mnie jest Hello Slim dwuetapowy program Teatox. Zestaw składa się z dwóch kroków: Hello Slim Good Morning oraz Hello Slim Good Night. Mamy więc detoksykujące herbatki na dzień dobry i na dobranoc. Przy moich 40kg żywej wagi jakikolwiek produkt spożywczy z napisem „slim” nie jest mile widziany (czekam aż zaczną dodawać jakieś hmm plus size?). Ale obserwując poczynania znajomych i części rodziny, w kwestii zdrowego odżywiania i dbania o linię, sądzę, że niejedna kobieta mimo wszystko ucieszy się z takiego zestawu. Zwłaszcza, że jest on dość drogi (97zł). Ja od razu wiedziałam, że to nie dla mnie, więc wysłałam zdjęcia składów mojej siostrze, która ćwiczy i dba o zdrowy styl życia. Odrzekła, że składy są dobre i chętnie przejmie owe herbatki, które stanowiłyby dla mnie zbędny balast:) Cieszę się zatem, że siostra będzie mogła wypróbować coś co być może okaże się dla niej całkiem niezłe;) 
Oprócz tego w boxie pojawiło się trochę kuponów rabatowych. Tym razem do Hello Slim i Neauty Minerals. Całkiem ciekawe produkty można było otrzymać będąc VIP’em – Rss Professional Cosmetics Beauty Cleaner, czyli produkt do mycia gąbek i pędzli do makijażu oraz zestaw Dove Ritual SPA. 


Jak oceniam zawartość urodzinowego Shinybox w wersji XXL? Nieszczególnie mnie cieszą produkty w saszetkach, kredka do ust i odżywka do paznokci, a detoksik jest zupełnie nie dla mnie. Natomiast podoba mi się Kueshi, Mincer oraz Evree. Myślę, że każdy wybierze z tego boxa coś dla siebie, ale takiej pełnej satysfakcji tutaj nie ma. Mimo wszystko zakup boxa jest jak najbardziej opłacany:) Zwłaszcza jeśli ktoś ma chęć na herbatki, które są dość drogie. Na pewno nie można zarzucić temu zestawowi braku różnorodności;)


Czerwcowe pudełko w ramach subskrypcji zostało już wyprzedane. Można jedynie zamawiać jako pojedynczy box lub pakiet. 


Co sądzicie o urodzinowym Shinyboxie? Otwieracie już szampana czy może zawartość Was zawiodła?

Czytaj dalej »

środa, 21 czerwca 2017

Lily Lolo rozświetlacz Champagne Illuminator i stożkowy pędzel do konturowania Tapered Contour Brush

Cześć Dziewczyny!
Przetestowałam już kilka rozświetlaczy Lily Lolo: Bronzed Illuminator, Sculpt & Glow Contour Duo, Coralista, ale ten najsłynniejszy – Champagne Illuminator bardzo długo budził we mnie wątpliwości. Bardzo długo byłam przekonana, że nie jest to rozświetlacz dla mnie, ponieważ zapewne będzie za jasny i zbyt chłodny. Jednak po wcześniejszych doświadczeniach z rozświetlaczami tej marki, postanowiłam dać mu szansę i sprawdzić czy do siebie pasujemy;) Przy okazji wypróbowałam również nowy pędzelek do konturowania Tapered Contour Brush, co do którego dla odmiany nie miałam żadnych wątpliwości:)


Lily Lolo Champagne Illuminator


„Prasowany rozświetlacz Lily Lolo Champagne Illuminator to ultra lekki, przepięknie odbijający światło kosmetyk, który może być nałożony na szczyty kości policzkowych, ramiona i dekolt. Za jego pomocą Twoja skóra będzie pięknie rozświetlona, a Ty stworzysz look idealny”.


Champagne Illuminator tradycyjnie opakowany został w biały kartonik, wewnątrz którego znajdziemy płaską, okrągłą puderniczkę wyposażoną w lusterko.  Prezentuje się on identycznie jak Bronzed Illuminator, różni je jedynie odcień zawartości;) Gramatura wynosi 9g i teoretycznie należałoby ją upłynnić w ciągu 12 miesięcy od otwarcia. Dla mnie jako dla osoby, która posiada niejeden rozświetlacz, a w dodatku maluje tylko siebie, jest to nierealne. Ale wiem, że dla niektórych wykonalne:) 


Rozświetlacz posiada przyjemną pudrową konsystencję, nie pyli i nie osypuje się nadmiernie. Jego pigmentacja na dłoni wydaje się intensywna. Natomiast w rzeczywistości jest to subtelny i elegancki rozświetlacz odpowiedni do codziennego stosowania:) Drobinki zawarte w rozświetlaczu są niemalże niezauważalne, więc nie musimy się obawiać efektu dyskotekowej kuli:) Jeśli chodzi o mnie to lubię zarówno mocniejsze rozświetlenie, jak i to subtelniejsze. Tutaj zdecydowanie mamy do czynienia ze skutecznym lecz dyskretnym upiększaniem naszej cery:) Z trwałością nie ma problemów. Na mojej mieszanej cerze rozświetlacz utrzymuje się przez większość dnia. Wydajność jest bardzo wysoka, jak na kolorówkę przystało;) Jak już wspomniałam we wstępie, długo obawiałam się odcienia. Uwielbiam rozświetlacze, ale miewałam już mało udane  przygody z dość osobliwymi reprezentantami tego gatunku, które wyglądały na mojej średniej karnacji wręcz tragicznie, nadając jej odcień… mąki (wcale nie żartuję). Właśnie tego się obawiałam w tym przypadku:) Jednak gdy tylko rozpakowałam przesyłkę, od razu odetchnęłam z ulgą, gdyż rozświetlacz wcale nie wyglądał na „nieprzyzwoicie jasny”;) Jego odcień jest całkiem normalny, szampański jak jego nazwa wskazuje i wcale nie typowo chłody. Powiedziałabym raczej, że neutralny. Rzeczywiście można by się pokusić o stwierdzenie, że będzie pasował do większości karnacji. Uff;) Champagne Illuminator sprawdza się zarówno na szczytach kości policzkowych, pod łukiem brwiowym, w kącikach oczu, jako subtelny cień do powiek, a także nad ustami:) Większych wad nie odnotowałam. Dla niektórych wadą może być nieco specyficzny zapach kosmetyków mineralnych, ale ja już jestem do niego przyzwyczajona. Można by też oczywiście dyskutować nad ceną lecz jako że nie jest to najdroższy rozświetlacz z mojej kolekcji – uważam, że jest ona do przełknięcia;)


Lily Lolo Tapered Contour Brush


„Idealny pędzel do podkreślania rysów twarzy. Tapered Contour Brush to wielofunkcyjny pędzel, który ma lekko spiczaste włosie idealne sprawdzające się przy aplikacji rozświetlaczy i pudrów bronzujących”.


Stożkowy pędzel do konturowania oznaczony jest jako nowość w ofercie marki, więc tym bardziej mnie zainteresował;) Wytypowałam go do przetestowania z myślą o rozświetlaczach oraz ewentualnie różach i bronzerach;)  Design Tapered Contour Brush jest typowy dla pędzli tej marki. Mamy tutaj dość ciemne włosie oraz białą rączkę z logo marki. Ten konkretny model jest dość smukły i cienki (długość wynosi ok. 177ml), więc na szczęście udało mi się go zmieścić do mojej pędzlowej kosmetyczki z przeznaczeniem do częstego stosowania;) Włosie jest przyjemne oraz delikatne w dotyku, co nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem, ponieważ miałam już pędzle tej marki. Czyści się go łatwo, zwłaszcza za pomocą płytki do mycia pędzli. Nie zauważyłam tendencji do gubienia włosków. Czy spełnia swe zadanie? Oczywiście. Najbardziej lubię go używać do nakładania rozświetlaczy. Dzięki temu, że pędzel posiada niewielkich rozmiarów „główkę” oraz lekko spiczaście ścięte włosie, jest on bardzo precyzyjny i pozwala na aplikację produktu nawet w niewielkich ilościach. Dokładnie tam gdzie sobie życzysz;) Dobrze sprawdza się również do aplikacji różów i bronzerów. Zwłaszcza gdy chcemy je nałożyć subtelnie, a nie niczym „rosyjska laleczka”;) Nie lubię zbyt przerysowanych, teatralnych makijaży, więc ten pędzel bardzo do mnie trafia ze swym zastosowaniem;) Pozwala na subtelne uwydatnienie tego co chcemy podkreślić. Jeśli chcemy mniej subtelnie to oczywiście możemy nałożyć więcej produktu;) W obu przypadkach polecam.


Kosmetyki Lily Lolo znajdziecie w Costasy


Znacie Champagne Illuminator lub Tapered Contour Brush z Lily Lolo? Jak wrażenia?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Oświadczenie w sprawie fałszywych maili – nie daj się oszukać


Drodzy,
Wczoraj dowiedziałam się, że ktoś się pode mnie podszywa, oferując firmom współpracę polegającą na przetestowaniu produktów i późniejszym ich opisaniu na łamach mojego bloga! Kłamstwo ma krótkie nogi, ponieważ maile zostały rozesłane wczoraj i jeszcze tego samego dnia, dzięki jednej z Was otrzymałam sygnał, że mają miejsce próby oszustwa i wyłudzenia pod przykrywką mojej osoby! Dziś dostałam kolejne sygnały (screen poniżej), zatem nie jest to jednorazowy incydent, a próba masowego oszustwa bazującego na moim miejscu w sieci. 
Apeluję więc o czujność. Dodałam stosowną adnotację we wszystkich zakładkach na blogu i to samo polecam innym blogerom, ponieważ tego typu próby podszywania się mogą dotyczyć każdego. Bądźcie czujni. Nie pozwólmy żeby ktoś żerował na naszej pracy. Do każdej współpracy podchodzę z pełnym profesjonalizmem i nie zgadzam się na jakiekolwiek przejawy oszustwa i wyłudzenia. 

Podszywanie się pod innych jest w Polsce przestępstwem, za które grozi do 3 lat pozbawienia wolności.

Art.190a Kodeks karny

„§ 1. Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby jej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotnie narusza jej prywatność,
podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto, podszywając się
pod inną osobę, wykorzystuje jej wizerunek lub inne jej dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej.
§ 3. Jeżeli następstwem czynu określonego w §
1 lub 2 jest targnięcie się pokrzywdzonego na własne życie, sprawca
podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.
§ 4. Ściganie przestępstwa określonego w §
1 lub 2 następuje na wniosek pokrzywdzonego.”


Dziękuję za uwagę oraz za czujność osób, które mnie poinformowały o zaistniałej sytuacji. 

I zapraszam na dzisiejszą recenzję maseczki Skinfood

Czytaj dalej »

Skinfood Freshmade Watermelon Mask – arbuzowa maseczka do twarzy z efektem zero;)

Cześć Dziewczyny!
Niedawno pisałam o udanych spotkaniach z maską do ust Laneige oraz płatkami pod oczy Koelf. Idąc więc za ciosem, dziś recenzja najsłabszego ogniwa. Arbuzowa maseczka do twarzy Skinfood Freshmade Watermelon Mask. Kusiła mnie od dawna. Jakiś czas temu pojawiła się w Sephorze i mogłabym ją mieć od ręki. Ale jako że cena była ok. 40% wyższa, a ja odczuwałam dziwną niepewność co do potencjalnego zadowolenia z tego produktu, postanowiłam skorzystać z ebay’a. Jak oceniam maseczkę i co poszło nie tak? Zaraz Wam wyśpiewam!:) 


Na stronie Sephory przeczytamy, że Skinfood Freshmade Watermelon Mask to maseczka do spłukiwania o działaniu chłodzącym i nawadniającym, o przyjemnym arbuzowym aromacie.

Maska do twarzy Skinfood umieszczona została w plastikowym opakowaniu o pojemności 90ml. Estetyka opakowania nieszczególnie do mnie trafia. Nie ma w nim nic wielce przyciągającego. Jedyne co mi się w nim podoba to arbuz oraz to, że nie jest saszetką;) Produkt posiada bardzo przyjemną, jakby żelowo-musową konsystencję. Jest ona bardzo lekka i dość rzadka, ale na szczęście nie spływa z twarzy. Zapach jest przyjemny i rzeczywiście arbuzowy, ale znika bardzo szybko, jeszcze zanim zdążymy zmyć maseczkę. 
Kosmetyk nakładamy na bodajże 15 minut, a następnie zmywamy (nie jestem pewna, gdyż na moim opakowaniu widnieją jedynie „krzaczki”;)). Ze zmyciem nie ma żadnego problemu, ponieważ maska jest bardzo lekka i ładnie schodzi. Najchętniej stosuję ją będąc pod prysznicem. Po nałożeniu maski odczuwam przyjemne uczucie chłodu, więc właściwości chłodzące faktycznie tu występują:) A co po zmyciu? Hmmm… „myślę, że nie stało się nic”. Maska nie nawadnia, nie nawilża, nie wygładza. Jedyne co robi to daje poczucie chłodu gdy mamy ją na twarzy. Dawałam jej już wielokrotnie szansę, ale za każdym razem jest tak samo. Pokarmu dla swojej skóry absolutnie nie otrzymałam. Produkt zużyję ze względu na uczucie chłodu i przyjemny choć bardzo ulotny zapach, ale na pewno do niego nie wrócę i Wam również nie polecę;) Do wyboru jest jeszcze wersja Lemon, Coconut i Cranberry, ale chyba sobie daruję. Plus, że napisałam ten wpis w 10minut bo nie ma działania - nie ma gadania:P


Znacie maseczki Skinfood z linii Freshmade? Jakie są Wasze odczucia względem ich stosowania? 

Ps. uwaga na fałszywe maile rzekomo ode mnie. Mój adres blogowy to tylko i wyłącznie secretaddiction86@gmail.com.
Czytaj dalej »

sobota, 17 czerwca 2017

Promocja w Rossmannie 2+2 gratis w klubie Rossmann na produkty niezbędne na wakacjach – lipiec 2017!

Cześć Dziewczyny!

Wylegując się dzisiaj w łóżku niemalże do 14stej (czy ktoś jest w stanie mnie przebić?;)), trafiłam na kolejną radosną nowinę skierowaną wprost do mniejszych i większych zakupoholików;) W lipcu szykuje się kolejna promocja 2+2 w klubie Rossmann! Co tym razem? Jaki znaleźli sposób na opustoszenie naszych kieszeni?:D


* Zdjęcie przypadkowe - w Rossmannie nie ma Pharmaceris.
Rossmann 2+2 gratis produkty niezbędne na wakacjach

Promocja trwać będzie w dniach 10-19.07.2017r lub do wyczerpania zapasów. Tylko w klubie Rossmann 2+2 na produkty niezbędne na wakacjach – (olejek do opalania, krem z filtrem do twarzy, aerozol na komary, kosmetyczki etc, czyli kosmetyki z filtrami i pomocne latem gadżety). Spis produktów objętych promocją jak zawsze w stosownym czasie pojawi się na www.rossmann.pl/klub. Tradycyjnie z promocji skorzystać można tylko raz i należy kupić 4 różne produkty. Mogą być np. 4 olejki do ciała, ale każdy z nich musi być inny. 


Czy skorzystam?


Jak dotąd nie ominęłam żadnej promocji w Rossmannie, ale tym razem CHYBA naprawdę nie skorzystam, ponieważ jestem już ubezpieczona w produkty z filtrami etc. 

Co kupić? Na jakie nowości można zwrócić uwagę?


Nie mam zbyt dużego doświadczenia z drogeryjnymi filtrami, ponieważ częściej sięgam po te apteczne. Mogę jednak polecić olejek Lirene, który recenzowałam w zeszłym roku. Aktualnie posiadam również Lirene Hydrolipidowy ochronny krem do twarzy SPF 50, ale nie miałam jeszcze czasu go opisać. W skrócie mogę napisać, że jest lekki, niemalże bezwonny. Szybko się wchłania praktycznie do matu, ale trzeba go ładnie wklepać, ponieważ ma lekką tendencję do bielenia. Dobrze nadaje się też do stosowania po zabiegach na twarz. Poziom nawilżenia określiłabym jako dobry, ale bez fajerwerków. Opis producenta można znaleźć tutaj. Ciekawym wynalazkiem jest Garnier Aqua Bomb Mist. Kremu nie zastąpi, ale całkiem wygodny w użyciu z niego filtr;) Jak coś jeszcze sobie przypomnę to napiszę. 


Skorzystacie z lipcowej promocji w Rossmannie 2+2 na produkty niezbędne na wakacjach?

 Zobacz też: KLUB ROSSMANN czy warto?




Czytaj dalej »

Bell Magic Jungle – prezentacja letniej kolekcji makijażowej;)

Welcome to the Jungle – Magic Jungle?
Dziś przygotowałam dla Was naprawdę króciuteńką (biorąc pod uwagę moje możliwości) prezentację limitowanej kolekcji makijażowej marki Bell. Kolekcja ta nosi nazwę Magic Jungle. Z miejsca skojarzyło mi się to z utworem „Welcome To The Jungle”, który otwierał debiutancki album zespołu Guns’N Roses nagrany w 1987 roku, czyli rok po moim urodzeniu;) Dżungla w nazwie to jednak jedyne co łączy ową piosenkę z kolekcją marki Bell;) A czy znajdziemy tutaj magię, czyli delikatne czary-mary?



PAZNOKCIE

Bell Magic Jungle Fluo Nail Enamel oraz Bell Magic Jungle Fluo Nail Base


W letniej kolekcji makijażowej znajduje się szybkoschnąca biała baza pod lakier, która ma za zadanie intensyfikować kolor lakieru. Jeśli zaś chodzi o kolory, mamy do wyboru typowo wakacyjne odcienie – żółty, zielony, pomarańczowy, kobalt i róż wpadający w fuksję. Od dawna nie używam już zwykłych lakierów, więc nie wypowiem się na ich temat. Gdybym miała wytypować, które kolory mi się podobają to na pewno nie będzie niespodzianką, że kobalt;)



USTA


Kolekcja Magic Jungle proponuje całkiem spory wybór produktów do ust. Niektóre z nich są „magiczne”, np. pomadki zmieniające kolor i błyszczyk wybielający zęby;)

Bell Magic Jungle White Smile Lip Gloss 




Produktem, który najmocniej zwrócił moją uwagę okazał się być błyszczyk optycznie wybielający zęby. Posiada on przyjemny zapach i wygodny aplikator. Nadaje ustom ładny połysk i lekko błękitną poświatę, która ma za zadanie optycznie wybielać zęby. Czy to robi? Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić. Muszę jednak przyznać, że sam produkt polubiłam. Ładnie błyszczy i jest bardzo komfortowy w noszeniu. Co najważniejsze – nie wysusza ust. Wręcz przeciwnie, po aplikacji wyglądają one na gładkie i zadbane:)

Bell Magic Jungle Chameleon Lipstick




Kiedy zobaczyłam te pomadki, pomyślałam: o nie, znowu jakieś dziwadło! Szybko jednak doczytałam, że są to pomadki zmieniające kolor. Uff… Pomadki występują w dwóch odcieniach – niebieskim i zielonym. Po nałożeniu każda z nich zmienia odcień w zależności od naturalnego koloru ust. Zielona wpada u mnie bardziej w róż. Natomiast niebieska idzie w kierunku fioletu. Pomadki mają formułę balsamu i naturalne wykończenie. Ani zbyt matowe ani mocno błyszczące. Mimo pozornie lekkiej formuły są bardzo trwałe i wcale nie tak łatwo je usunąć, a gdy wydaje się, że się udało, nagle może się okazać, że… jednak nie:) Miałam tak po pierwszym spotkaniu z wersją zieloną. Po zmyciu nałożyłam na usta maskę Laneige i jakiś czas później patrząc w lustro doszłam do wniosku, że moje usta wyglądają jakoś podejrzanie dobrze. Tak jakbym skorzystała z jakiegoś ulepszacza, który uczynił je ładniejszymi. Szybko zorientowałam się, że pomadka posiada właściwości tintujące i można by rzecz, że jej pozostałości weszły w reakcję z maską tworząc swego rodzaju nową jakość:) Bardzo mi się ten efekt spodobał. Nawet bardziej niż po nałożeniu samej pomadki, ponieważ wygląda to bardzo naturalnie i zdrowo;)  Taki tani produkt, a tyle radości;) Jedyne co mi się nie podoba w tych pomadkach to opakowania. Oj, grafik płakał jak je projektował:P Dawno nie widziałam czegoś tak kiczowatego, ale niech będzie, że to nie szata zdobi pomadkę;)

Bell Magic Jungle Shimmer & Mat




To z kolei coś w rodzaju pomadki w płynie, która niby jest matowa, a jednak posiada delikatne drobinki. Pomadki są bardzo trwałe i nie rozmazują się, ale ich kolory nie do końca przypadły mi do gustu.

TWARZ


BELL Magic Jungle Liquid Strobing



Kolekcja trzech rozświetlaczy w płynie. Kolorystycznie podoba mi się tylko numerek środkowy, czyli wpadający w złoto. Najjaśniejszy to pastelowy róż, jest najbardziej perłowy i posiada najmniej drobinek, ale odcień zupełnie nie mój. Najciemniejszy zaś ma dość dziwny kolor. Bardziej przypomina mi róż niż np. bronzer. 
Wszystkie rozświetlacze zostały umieszczone w zgrabnych opakowaniach, ale niestety są dość lejące i jednym z nich udało mi się ubrudzić spodnie. Drobinki z odcienia złotego mają tendencję do migrowania po twarzy. Prawdę mówiąc nieszczególnie mnie przekonują. Wolę formuły pudrowe, ale być może fanki konturowania będą usatysfakcjonowane.

Bell Magic Jungle Summer Bronze Powder



Puder brązujący jest delikatnie połyskujący. Ze względu na swój dość ciepły odcień nie każdemu będzie odpowiadał. Ja nawet go polubiłam za przyjemną konsystencję i rodzaj wykończenia;)

Jak oceniam kolekcję? Podobają mi się pomadki zmieniające kolor, błyszczyk oraz bronzer. Reszta nie dla mnie:)


Kolekcja dostępna jest w sieci Biedronka. Ceny wahają się od 7,99 do 12,99zł.


Co sądzicie o limitowanej kolekcji Bell Magic Jungle? 


Czytaj dalej »

czwartek, 15 czerwca 2017

Koelf Ruby Bulgarian Rose Hydro Gel Eye Patch – płatki pod oczy nieidealnie idealne;)

Cześć Dziewczyny!
Zastanawiałam się czy napisać o hydrożelowych płatkach pod oczy Koelf Ruby Bulgarian Rose. W końcu jednak zdecydowałam, że przyda się jakiś powiew świeżości, czyli tzw. produkt, o którym pewnie mało kto słyszał:) Poza tym lubię kiedy jest u mnie różnorodnie;) Tok myślenia prowadzący do zakupu tego produktu był u mnie identyczny jak w przypadku maski do ust Laneige Lip Sleeping Mask, o której ostatnio pisałam:) Jednego dnia zamówiłam bowiem kilka produktów na Ebayu, ale miałam w sobie tyle fantazji, że każdy z nich pochodził od innego sprzedawcy;) Choć finalnie pod dwoma z nich kryło się Jolse, które jak się okazało sprzedaje pod dwoma nickami;)

Koelf Ruby Bulgarian Rose Hydro Gel Eye Patch, czyli hydrożelowe płatki pod oczy z wyciągiem z bułgarskiej róży umieszczone zostały w przyjemnym dla oka różowym kartoniku (właściwie to nie lubię różu, ale to opakowanie wydawało mi się najładniejsze ze wszystkich trzech rodzajów płatków pod oczy, ponieważ są jeszcze złote i perłowe;)). Wewnątrz znajdziemy plastikowy odkręcany pojemniczek, w którym umieszczonych zostało 60 płatków pod oczy, czyli 30 par. Jest to ilość wystarczająca na 30 dni, ale jeśli ktoś nie ma ochoty stosować codziennie to opakowanie jest zdatne do użycia 2 miesiące od otwarcia, więc można używać co drugi dzień (ja używałam codziennie). Ale to jeszcze nie wszystko co znajdziemy wewnątrz opakowania. Producent zadbał również o komfort aplikacji, dołączając do pudełka specjalną szpatułkę mającą ułatwić nabieranie płatka, że tak się niezgrabnie wyrażę;) W pierwszym momencie miałam spisać ową szpatułkę na straty i grzebać w opakowaniu paluchami, ale na jednym z zagranicznych blogów wyczytałam, że naprawdę ułatwia ona stosowanie i warto z niej korzystać:) Sprawdziłam i rzeczywiście palcami idzie słabo, ponieważ wszystko wewnątrz się ślizga, a dodatkowo łatwo o dźgnięcie płatka paznokciem:) Poza tym przy takim opakowaniu zbiorczym byłoby to dość niehigieniczne. 
Lekko niepokoił mnie napis bulgarian rose, ponieważ obawiałam się zbyt mocnego zapachu. Zwłaszcza, że są to płatki pod oczy, czyli dość mocno sąsiadują z nosem;) Ale intuicja podpowiadała mi, że powinno być ok, a dodatkowo opakowanie tej wersji było najładniejsze. Zapach jest różany, ale dość delikatny i nie drażni nosa. Z powodzeniem mogłam stosować regularnie. A jak wyglądają same płatki? Pod okiem pokazywałam je kiedyś na Instagramie (zdjęcie jest słabej jakości, ponieważ robiłam je po północy;)). Płatki są dość duże, ponieważ pokrywają nie tylko okolicę pod oczami, ale także częściowo policzki. Czasem zastanawiałam się czemu te płatki pod oczy zawsze są takie duże. Jednak ostatecznie doszłam do wniosku, że właściwie… im większe tym lepsze. Same płatki jak to płatki – są nieco oślizgłe w dotyku i nasączone esencją (najmocniej te na spodzie opakowania). Wracając jeszcze do opakowania, jest ono dla mnie ogromną zaletą ze względu na swój zbiorczy charakter. Widzieliście coś takiego w Polsce? Bo ja nie! U nas z reguły są dostępne płatki w formie jednej pary lub ewentualnie kilku par. Co jest w tym najgorsze? Jak dla mnie sposób wyjmowania płatków, ponieważ z moim brutalnym podejściem zdarzało mi się rozerwać płatek nim zdążyłam nałożyć pod oczy:D A tutaj dzięki wygodnemu opakowaniu i szpatułce wszystko szło gładko:) Niebywałe, że piszę tyle o opakowaniu;) 
A co z działaniem? Otóż płatki Koelf „odmieniły moje życie”, a na potwierdzenie tych słów powiadam, że kupiłam jeszcze dwa opakowania tego typu płatków z innych firm. Co więcej stwierdziłam, że będę używać płatków już chyba do końca życia:D W tej radości jest jednak pewien paradoks, gdyż płatki te nie robią czary-mary;) Dlaczego więc tak je polubiłam? Otóż były to chyba pierwsze moje płatki, które „coś” robiły i które nie doprowadzały mnie do szału (jak ich polskie odpowiedniki w mini paczkach). Ich stosowanie było dla mnie przyjemnością i czystym, niczym niezmąconym relaksem;) Płatki należy umiejscowić pod oczami na 30minut. Czasami mogą lekko przesuwać się w dół, ale nie spadają z twarzy. Nie utrudniają codziennych czynności, więc bez problemu możemy np. jeść;) Ja nakładałam je zwykle przed kolacją. Płatki nałożone na skórę dają przyjemne uczucie chłodu, które jest odczuwalne jeszcze przez parę minut po ich zdjęciu. Po usunięciu płatków skóra jest przede wszystkim zrelaksowana, odświeżona, wygładzona i ukojona. Nawilżenie nie jest dogłębne, więc warto potem nałożyć jeszcze trochę kremu pod oczy. Dodatkowo skóra pod oczami sprawia wrażenie jaśniejszej, choć oczywiście nie jest to efekt permanentny, ponieważ jak wiadomo działanie kosmetyków jest powierzchniowe:) Jak widzicie nie jest idealnie, ale uważam, że dostałam od tych płatków dokładnie tyle ile było możliwe i teraz już wiem, że jeśli płatki pod oczy to niestety – tylko koreańskie:) Gdy przetestuję płatki innych firm (Petitfee, Skin 79 i może jeszcze jakieś inne) to pewnie przygotuję na blogu jakieś porównanie:) 


Płatki pod oczy Koelf kupiłam na Ebay w cenie ok. 32-35zł (już dokładnie nie pamiętam). Cena ta jest bardzo korzystna zważywszy na to, że w pudełku mamy 60 sztuk, czyli 30 par, a w Polsce często 1-2 pary niewiele wartych (niestety) płatków kosztuje 7-15zł i jeszcze musimy się męczyć z opakowaniem;) 

Używacie płatków pod oczy w opakowaniach zbiorczych? Jakie możecie mi polecić?
Czytaj dalej »