poniedziałek, 27 marca 2017

Moschino Funny!

Cześć Dziewczyny!
Perfumy marki Moschino znane mi są od lat, ponieważ dawniej często kupowałam Moschino I love love;) Jest to marka, która oferuje głównie lekkie i radosne zapachy podane w niesztampowych, często zabawnych flakonikach. Większość flaszek Moschino reprezentuje styl młodzieżowy, który nie każdemu przypadnie do gustu, ale mnie ich opakowania się podobają. Z wyjątkiem tego, które jest stylizowane na spray do szyb;) Jakiś czas temu moją zapachową kolekcję zasiliła woda toaletowa Moschino Funny więc dziś poprowadzę monolog o tym czy przyniosła mi ona choć trochę radości i beztroski;) 

„Pełen życia i spontaniczności. Delikatny, energetyzujący i promienny. Wyraźny jest akord kwiatowy z akcentem owocowym.”


Nuty zapachowe:
nuta głowy: gorzka pomarańcza, różowy pieprz, czerwona porzeczka
nuta serca: jaśmin, piwonia, fiolek, zielona herbata
nuta bazy: ambra, mech, cedr, piżmo.


Moschino Funny otrzymujemy w kartonowym opakowaniu przyozdobionym serduszkami. Sam flakon jest bardzo poręczny i uroczy. Moja wersja to oczywiście 50ml gdyż preferuję niewielkie lub umiarkowane pojemności;) Flakonik utrzymany został w niebieskiej tonacji, a dodatkowe ozdoby stanowią różowa wstążeczka oraz korek w kształcie serca;) Z estetycznego punktu widzenia design ten może wydawać się lekko kiczowaty tudzież infantylny, ale… jakże słodki i  uroczy;) 

Zapach Moschino Funny najtrafniej można by zaklasyfikować do wiosenno-letnich lecz ja z przekory nigdy nie zachowuję ścisłego podziału na zapachy letnie lub zimowe. Niekiedy wręcz bardzo potrzebuję użyć typowo letniego, świeżego zapachu właśnie zimą. Zapachy takie dodają mi sił gdy za oknem pada śnieg i najchętniej zapadłabym w sen zimowy niczym niedźwiedź;) Kiedy na zewnątrz panuje chłód lub szarówka, potrzebuję zdecydowanie więcej „paliwa do życia” w porównaniu do wiosny lub lata. Takie dodatkowe „dopalacze” często stanowią dla mnie perfumy o świeżych i soczystych aromatach jak np. Funny:) Warto wspomnieć, że perfumy te miały swą premierę w 2007r i nadal są w obiegu;)
A jak pachnie dla mnie Moschino Funny? Według mnie jest to zapach cytrusowo-kwiatowy. Jego otwarcie jest typowo „kwaśne” i owocowe. Następnie do głosu dochodzi nuta mrożonej zielonej herbaty, która czyni ten zapach jeszcze bardziej świeżym. Wyczuwam również kwiatową nutę, z której wyodrębniam głównie jaśmin. Piwonię czuję jedynie subtelnie. W nucie bazy wyczuwam przede wszystkim piżmo i cedr. Szczypa różowego pieprzu nadaje odrobiny zadziorności. Perfumy Moschino za zwyczaj kojarzą mi się właśnie z wyraźnie piżmową nutą, która wybija po ok. godzinie od spryskania skóry. A ja akurat najbardziej lubię piżmowe nuty bazy;) Jest to zapach bardzo świeży i pozytywnie wpływający na samopoczucie. Lekki i niezobowiązujący. Rześki i nieprzesłodzony. Jest on odpowiedni przede wszystkim do stosowania na co dzień:) Dodatkowo na jego korzyść przemawia dość przystępna cena:)


Zapach Moschino Funny dostępny jest m.in. w perfumerii Elnino


Znacie Moschino Funny lub inne perfumy tej marki?
Czytaj dalej »

sobota, 25 marca 2017

Shinybox marzec 2017 – Pani Wiosna!

Cześć Dziewczyny!
Marcowe pudełko Shinybox Pani Wiosna rozbudziło moją ciekawość już w dniu zapowiedzi:) Kiedy tylko poznałam motyw najnowszego boxa od razu pomyślałam: no i fajnie! Nareszcie powiew radości, a nie tylko zima i zima, której taaak bardzo nienawidzę!:) Umrę jeśli wiosna w końcu nie pojawi się na dobre;) A jak tym razem wypadły oczekiwania vs. rzeczywistość? Już Wam mówię!

Szata graficzna marcowego Shinyboxa Pani Wiosna jest może nieco kiczowata, ale za to jaka energetyczna i wiosenna;) Także oceniam ją pozytywnie:) Tym razem pudełko było dobrze zabezpieczone i nie doznało żadnej krzywdy;)

Pierwszym produktem, który był szumnie zapowiadany na FB przez dobre 3 tygodnie jest serum do rzęs LashVolution. A ja na to… jak na lato:) Kobiety dzielą się na przeciwniczki i zwolenniczki serum do rzęs. Ja zdecydowanie należę do tych drugich. Często mam w użyciu serum do rzęs. Próbowałam już Xlash, Revitalash, Bodetko, Regenerum i AA, więc porównanie mam niemałe. Chętnie wypróbuję zatem również LashVolution:) Wydaje mi się, że to właśnie obecność serum sprawiła, że pudełko zostało wyprzedane jeszcze przed pierwszą wysyłką! Wcale mnie to nie dziwi, ponieważ wartość serum przekracza koszt pudełka, a jednocześnie  każda z nas marzy o rzęsach do nieba;) Haczyk? Serum należy zużyć do 9/17. Kolejnym produktem, którego obecność była już wiadoma z podpowiedzi (a dokładniej ankietowani zadecydowali o jego dołączeniu) jest Glov Quick Treat. Jest to co prawda jedynie wersja na paluszek, ale i tak mnie satysfakcjonuje, ponieważ… rękawica Glov to produkt, który odmienił moje życie. Serio!:D Używam go głównie do demakijażu powiek oraz brwi i muszę powiedzieć, że jest to moja ulubiona forma zmywania makijażu, która niemal całkowicie wyparła uwielbiane niegdyś przeze mnie płyny dwufazowe:) Wersja Quick Treat zważywszy na kompaktowy rozmiar rekomendowana jest m.in. do poprawy makijażu w ciągu dnia, np. gdy rozmaże nam się tusz lub kredka;) Wystarczy mieć wtedy Glov w torebce i problem z głowy. Mnie akurat takie rzeczy raczej się nie zdarzają, więc będę jej używać bardziej tradycyjnie, a tą konkretną sztukę przeznaczę do zmywania szminek, których ostatnio często używam:) 
Kolejnym kosmetykiem z zakresu pielęgnacji jest Papka do cery trądzikowej marki Jadwiga. Jest to produkt, który miałam już okazję poznać – recenzja. Umieszczenie tego typu kosmetyku w boxie może budzić kontrowersje, ponieważ nie każdy posiada cerę trądzikową. Ale… ja też nie mam tego typu cery, a z papki byłam swego czasu zadowolona. Wszak niemal każdemu od czasu do czasu coś wyskoczy i warto mieć wtedy tego typu produkt w pogotowiu. Nie znam absolutnie nikogo, kto posiada cerę bez skazy i nigdy (przenigdy!) nic mu nie wyskoczyło;) Jest też maseczka marki Bielenda. W moim przypadku Mikrodermabrazja 3-fazowy zabieg wygładzający. Jej obecność oceniam na plus. Pomijając fakt, że nie lubię maseczek w formie saszetek. Co tu dużo mówić – trochę mnie irytuje gmeranie palcem w saszetce:) Choć ostatnio dałam sobie na wstrzymanie i zużyłam wszystkie, które miałam. Zatem tą też zużyję. Podobnie jak w poprzedniej edycji pudełka - Winter SPA dołączono produkt Delia z serii Good Foot. Tym razem jest to krem do stóp regulator potliwości. Nieszczególnie mnie on kręci gdyż moje stópki szczęśliwie nie mają skłonności do wydzielania brzydkich zapaszków:) Ale prowadząc „obserwacje na mieście” dochodzę do wniosku, że dla większości osób stosowanie tego typu produktu byłoby wielce wskazane:) Zwłaszcza gdy powoli robi się coraz cieplej.

Z produktów do makijażu ekipa Shiny postawiła na róż Bell High Definition Photo Creamy Rouge w moim przypadku odcień 02. Uwielbiam róże do policzków, ale przyznam, że mam już swoje ulubione egzemplarze i nie należą do nich formuły kremowe;) Niemniej róż to produkt w sam raz na wiosnę, więc zamysł jak najbardziej na plus:)

Shinybox zadbał również o nasze owłosienie, a dokładniej o jego świeżość;) Tym razem w pudełku znalazł się mini suchy szampon Schwarzkopf got2b Fresh it Up oraz szampon Schauma z linii Nature Moments. Po suche szampony sięgam tylko w wyjątkowych okolicznościach i mam już sprawdzony produkt Klorane, więc nie wiem czy po niego sięgnę. Prawdopodobnie trafi więc do siostry, która regularnie korzysta z tego typu kosmetyków. Jeśli zaś chodzi o Schaumę to milion lat nie używałam produktów tej marki. Wydaje mi się, że nigdy jakoś szczególnie mi nie służyły. Możliwe więc, że powędruje do mamy, u której zdarza mi się widywać kosmetyki Schauma. 


Podsumowując, nie wszystkie produkty zawarte w Shinybox Pani Wiosna są dla mnie „skrojone na miarę”, ale uważam, że zostały dobrane całkiem logicznie i z pomysłem. Po prostu mi trudno w pełni dogodzić:) Dla mnie gwiazdą zestawu jest oczywiście serum LashVolution oraz słodziak Glov:) Uważam, że obecność tych dwóch produktów całkowicie rekompensuje ewentualne niedostatki. Mogli jeszcze dodać ciasteczko!;) To które pojawiło się w boxie miesiąc temu bardzo mi smakowało:D  


Pudełko zostało wyprzedane i można już zamawiać kwietniowe, którego motywem przewodnim jest – Spełnij marzenia! Pozostaje mieć nadzieję, że moje zostaną spełnione… Kolor najnowszego pudełka bardzo do mnie trafia;)

A Wy co sądzicie o zawartości marcowego Shinybox?
Czytaj dalej »

czwartek, 23 marca 2017

BodyBoom – Truskawkowy Kusiciel oraz Czarująca Dama!

Cześć Dziewczyny!
Na temat peelingów kawowych BodyBoom rozpływałam się już nie raz! To naprawdę moje wielkie odkrycie 2016 roku i zarazem produkt, którego opakowań zużyłam już sporo. Co w moim przypadku jest dość zaskakujące, ponieważ jestem raczej niewierna. Po prostu rzadko wracam do tego samego produktu nawet gdy są fajerwerki. W przypadku peelingów kawowych było jednak inaczej:) Co więcej obdarowałam nimi sporo kobiet i jeszcze żadna nie narzekała. No może jedynie Ruda Maruda miała jakieś tam drobne obiekcje, ale ona to osobny rozdział!:*:D Wszystkie inne przejawiały zachwyt. Nawet moja siostra, która nie jest zbyt skłonna do wydatków na kosmetyki uznała, że warto go kupić. Przy okazji sprzedała mi swój sposób użycia – otóż ona często stosuje mieszając go z żelem pod prysznic i dzięki temu podobno jest bardziej wydajny;) Ale! Nie o peelingach dzisiaj mowa gdyż one już były i można o nich przeczytać tutaj i tutaj. Dziś pochylimy się nad balsamem do ciała Truskawkowy Kusiciel oraz glinką niebieską Czarująca Dama:) Brzmią kusząco, a jak działają?




BodyBoom balsam do ciała Truskawkowy Kusiciel



„Cześć, gotowa na wielką miłość? Jestem polskim balsamem do ciała, który sprawi, że już nigdy nie pomyślisz o innym! Moja unikalna formuła uczyni Twoją skórę cudownie odżywioną i nawilżoną, a zawarte we mnie starannie dobrane składniki zapewnią Ci wszystko, co najlepsze”.

Balsam Truskawkowy Kusiciel zamknięty został w plastikowym pojemniczku o pojemności 200ml, który jest częściowo przezroczysty:) Z tego co pamiętam balsam należy zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Mnie to zajęło w okolicach 3 tygodni, ale ja jestem wyjątkowo trudnym przypadkiem – balsamo-holikiem, „papraczem” (dobrze, że nie partaczem!:)). Balsam ma lekko różową barwę. Według BodyBoom kolor może ulec subtelnej zmianie z uwagi na zastosowanie naturalnych barwników, ale osobiście nic takiego nie zauważyłam. Pewnie dlatego, że szybko upłynniam balsamy;) Z góry przepraszam za to, że dodaję zdjęcie „wymacanego” produktu, ale już tak pod koniec jego używania, czyli na początku lutego miałam nadmiar energii i uznałam, że zrobię zdjęcia jeszcze raz. Brawo ja!;) Konsystencja produktu według mnie jest jogurtowa, a sam zapach również kojarzy mi się z jogurtem truskawkowym z dodatkiem lekkiej nutki oranżadki w proszku. Smak dzieciństwa;) Dość długo utrzymywał się na skórze, ale w żadnym wypadku nie był duszący. Osobiście marzy mi się jeszcze poszerzenie oferty zapachowej o banan, mango i oczywiście kawusię;) Truskawkowy kusiciel zawiera aż 93% składników pochodzenia naturalnego, a muszę przyznać, że naturalne balsamy na ogół dobrze mi służą. Tak było też w przypadku tego osobnika;) Pomimo lekkiej konsystencji balsam zarówno silnie nawilżał, zmiękczał oraz wygładzał jak i lekko natłuszczał moją skórę. Efekt był 24h więc dla mnie w pełni zadowalający:) Mam nadzieję, że w przyszłości pojawią się kolejne wersje zapachowe.


BodyBoom glinka niebieska Czarująca Dama



„Jestem unikalna i wyjątkowo delikatna. Przywracam skórze świeży wygląd, poprawiam jej teksturę i delikatnie wygładzam. Zawarte we mnie minerały i witaminy sprawią, że Twoja skóra będzie oczyszczona, odżywiona i wygładzona jak nigdy dotąd! Idealnie sprawdzę się też podczas zabiegów detoksykacji, usuwania cellulitu oraz masażu złuszczającego. Kto lepiej wie jak zadbać o kobietę, niż druga kobieta? Poznajmy się bliżej i zawalczmy razem o idealne ciało!”

Czarująca Dama występuje w dość podobnym opakowaniu jak w przypadku balsamu. Z tą różnicą, że jest ono w pełni zakryte:) Wizualnie bardziej do mnie trafia, ponieważ posiada niebieskie etykiety, a ja lubię takie smerfne akcenty;) Opakowanie zawiera 200g glinki, czyli całkiem sporo. 
Dobra wiadomość jest taka, że glinka BodyBoom jest gotowa do użycia. Nie jest to żaden proszek, który trzeba potem mieszać z wodą. A ja o ile lubię glinki to nie przepadam za ich samodzielnym przygotowaniem więc taki gotowiec jest dla mnie wybawieniem, a w dodatku zwiększa szansę na regularne stosowanie:) Jest to oczywiście dość istotne w przypadku pielęgnacji. 
Przechodząc do walorów wizualnych wnętrza produktu, muszę przyznać, że kolor produktu nie nastraja pozytywnie. Jest to zgniło-zielone błotko, a gdy zanurzymy w nim palce naszym oczom ukazuje się szarawa maź:) Glinka kameleon;) Niemniej powiedzmy sobie szczerze, która glinka wygląda romantycznie? Niewątpliwie żadna, ale przecież liczy się wnętrze, a raczej działanie:) 
Zanim do niego dojdziemy słówko o zapachu. Otóż moim zdaniem Czarująca Dama pachnie ziemniakiem. Takim świeżo obranym i wrzuconym do wody;) Nie ma się jednak o co martwić, ponieważ zapach ten jest bardzo delikatny i ulatnia się krótko po aplikacji na skórę:) 
Według producenta glinka niebieska świetnie sprawdzi się w przypadku cery suchej, dojrzałej i wrażliwej. Moja jest mieszana, ale delikatna i właśnie dlatego wybrałam tą wersję:) Glinka niebieska może też znaleźć zastosowanie w przypadku pielęgnacji ciała, m.in. zabiegów detoksykujących i złuszczających. Ja jednak stosowałam jedynie na twarz. Produkt pozornie posiada gładką i jednolitą konsystencję. Jednak w kontakcie ze skórą wyczuwalne jest coś w rodzaju drobnych „farfocli”. Nie wpływa to jednak na mój komfort użytkowania, ponieważ produkt aplikuje się sprawnie i gładko. Po jakimś czasie glinka trochę zasycha na twarzy więc warto lekko ją zwilżyć np. mgiełką. BodyBoom poleca zostawić glinkę na 10 min w przypadku twarzy oraz na 30min w przypadku ciała. W przypadku mojej twarzy najczęściej jest to 5 minut, ponieważ dla mojej cery jest to optymalny czas:) Zmywanie ręczne jak to w przypadku glinek bywa nie jest najlepszym pomysłem więc warto zaopatrzyć się w specjalną gąbeczkę (polecam Calypso), dzięki której wszystko zejdzie szybko:) Glinka niebieska nie wywołuje u mnie żadnego podrażnienia, zaczerwienienia ani uczucia nieprzyjemnego ściągnięcia. Zaraz po zmyciu skóra jest gładka i rozjaśniona, a dodatkowo oczyszczona z nadmiaru sebum. Dzięki czemu wszelkie produkty pielęgnacyjne lepiej się wchłaniają.


Kosmetyki znajdziecie w sklepie BodyBoom:)


Znacie Czarującą Damę lub Truskawkowego Kusiciela? Lubicie produkty BodyBoom?
Czytaj dalej »

wtorek, 21 marca 2017

Rau Cosmetics O2 Moist Fluid z hialuronem i ekstraktem z miłorzębu

Cześć Dziewczyny!

Rau Cosmetics to niemiecka marka kosmetyków, która powstała w 2009 roku. Jej celem jest tworzenie kosmetyków niezawierających olejów mineralnych i parabenów. Jeszcze w zeszłym roku miałam okazję wypróbować jeden z produktów - Rau O2 Moist Fluid, który miał za zadanie dotlenić i nawilżyć moją cerę. Kosmetyk ten udało mi się zużyć już dłuższy czas temu, ale przez różne zawirowania jego recenzję publikuję dopiero dziś. Jeśli jesteście ciekawe jak wypadł, zapraszam do dalszej części wpisu.





RAU O2 Moist Fluid jest doskonałym produktem dla odwodnionionej i źle ukrwionej skóry w każdym wieku. Może być stosowany samodzielnie lub pod krem. Podobnie jak wszystkie produkty w naszej serii O2 fluid wspomaga dotlenienie skóry, dlatego szczególnie polecany jest do skóry o niskiej zawartości tlenu, bladej i zmęczonej jak również dla osób z tzw 'skórą palacza'. Jest również świetną odpowiedzią na potrzeby regeneracji skóry oraz zwalczania śladów po zmianach skórnych (np. wypryskach) .

Nawilżający fluid marki Rau Cosmetics otrzymujemy w wygodnym, plastikowym opakowaniu wypozażonym w pomkę, która działała bez zarzutów od początku aż do ostatniej kropli;) W miarę zużycia zawartość opakowania „podchodzi do góry”, co można zaobserwować na załączonych zdjęciach, które zrobiłam już pod koniec stosowania, czyli na początku lutego. Pojemność fluidu wynosi 50ml, czyli jak stanadrowy krem:) Przyznam, że spoglądając na opakowanie byłam nieco zaskoczona gdyż w miejscu gdzie podana jest data przydatności od otwarcia widniało „XXX”. Zastanawiałam się czy może chodzić o 30 miesięcy, ale byłoby to zbyt długo jak na tą kategorię produktu więc zapytałam producenta. Okazało się, że nastąpił błąd w druku i kosmetyk należy zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia.

Konsystencja produktu dość trafnie odzwierciedla jego nazwę, ponieważ nie jest to ani typowy krem ani serum. Nazwa fluid wydaje się więc być trafna. Sam kosmetyk ma jak widać przepiękną błękitną barwę. Zapach produktu był dość intensywny z przyjemną, ale nieco męską nutą. Długo utrzymywał się na skórze i muszę przyznać, że wyczuwałam go nawet pod pudrem. Dla mnie był zdecydowanie zbyt mocny i długotrwały, często dający o sobie znać. Osobiście preferuję bardziej subtelne wonie w przypadku kosmetyków do twarzy lub ewentualnie inną nutę zapachową. Niemniej wiem, że wiele kobiet lubuje się w takich zapachach więc nic straconego;) Fluid można stosować samodzielnie lub pod krem. Ja z uwagi na nieco ciężki zapach często używałam go pod krem, co pozwalało na zmniejszenie jego intensywności przy jednoczenym zachowaniu właściwości;) W kwestii działania ciężko stwierdzić czy Moist Fluid zwiększał wchłanianie tlenu przez skórę, ale stosowałam go nawet podczas silnych mrozów oraz chorób, które zimą przesadnie często mnie nawiedzały i moja skóra nie wykazywała symptomów łuszczenia, swędzenia tudzież odwodnienia. Nawilżenie jakie zapewniał mi fluid określiłabym więc jako optymalne. Jeśli potrzebujecie lekkiego, ale porządnego nawilżacza to polecam. Dla mnie jedyną wadą był zbyt długo utrzymujący się zapach. 


O2 Moist Fluid dostępny jest w sklepie Rau Cosmetics. Znajdziecie tam również pełne składy INCI. 


Znacie kosmetyki Rau Cosmetics? Czy taki produkt znalazłby u Was zastosowanie?

Czytaj dalej »

niedziela, 19 marca 2017

Anatomicals botaniczne maseczki w płachcie oraz żel do mycia ciała kawa z pianką

Cześć Dziewczyny!

W pierwszej połowie lutego miałam okazję wypróbować 3 kosmetyki angielskiej marki Anatomicals. Pierwszy raz miałam z tą marką styczność za sprawą pudełka Shinybox gdyż z tego co pamiętam parę lat temu dołączony został do niego balsam do ust. Jak przez mgłę świtało mi, że z balsamu byłam zadowolona więc zgodziłam się wypróbować coś jeszcze. Wybór padł na botaniczne maseczki w płachcie oraz kawowy żel pod prysznic:) Całe to trio dawno już zużyłam więc pora napisać coś więcej;)





Anatomicals botaniczne maseczki do twarzy w płachcie


Maseczki w płachcie marki Anatomicals można kupić jako set składający się  z dwóch sztuk. Taki zestaw zawiera maskę różaną oraz maskę z olejem z drzewa herbacianego. W przypadku marki Anatomicals warto zwrócić uwagę na jak ja to mówię „radosne opisy producenckie”. W przypadku masek w płachcie brzmią one tak:


„Pozuj, pozuj, pozuj, pozuj, zoom duży wyłącznie dzięki róży. Wejdz do naszego ogrodu, kochana. To salon piękności, któremu szefuje matka natura. Niech nasza maseczka z łagodzącym ekstraktem z róży sprawi, że twoja skóra stanie się nieskazitelne i rozświetlona, bez jakichkolwiek oznak suchości, niedoskonałości i innych dolegliwości. Zbliżenie… Rozkwitłaś nam jak kwiat”.

„Precz z zaskórnikami – zaleź im za skórę. Nie możemy się porównywać z Rewolucją Francuską i innymi historycznymi zmianami, bo przecież hasła nieskazitelność, piękno i blask nigdy nie zastąpią wolności, równości i braterstwa. Jednak nasza maseczka z olejkiem z drzewa herbacianego na swój sposób zmienia dzieje historii doskonałości skóry. Ludzie, dołączcie do Republiki Rewitalizacji!”

Och, ach! Mam nadzieję, że przeczytaliście;) A teraz czas na moje wrażenia:) Pierwszą maseczkę zużyłam bodajże jeszcze w tym samym dniu, w którym do mnie dotarła i była to Oczyszczająca maseczka z olejkiem z drzewa herbacianego. Maska nie budziła żadnych podejrzeń, tj. wyglądała tak samo jak azjatyckie maski w płachcie. Choć w przypadku tamtych występują zarówno maski zwykłe, czyli bez ozdobników oraz z ozdobnikami np. z wymalowaną psią mordą etc;) Obie maseczki Anatomicals zaliczają się do tych tradycyjnych, czyli same płachty bez kotków, piesków i innych ozdobników. Na moją twarz tradycyjnie były za duże, ale twarz mam bardzo drobną więc ciężko się dziwić:) Jeśli chodzi o maski w płachcie moje uczucia względem nich są raczej ambiwalentne.  Od czasu do czasu czuję, że chcę ich użyć, ale jednocześnie dość mocno mnie mierzi moment, w którym nakładam ten zimny „placek” na twarz. Brrrr! Na szczęście potem jest już tylko lepiej;) Po masce oczyszczającej spodziewałam się specyficznej woni olejku z drzewa herbacianego, za którą nie przepadam;) Na szczęście w tym przypadku zapach jest delikatny i daleki od woni czystego olejku:) 
Niestety nie pamiętam na jak długo producent zalecał nałożyć maskę, ale wydaje mi się, że było to te standardowe 20min. Po zdjęciu maski twarz była śliska i trochę lepka. Część esencji wklepałam więc w skórę, a „lepki nadmiar” delikatnie zmyłam. Moja twarz była po niej zrelaksowana i odświeżona. Jeśli chodzi o oczyszczenie to przebiegło ono w sposób delikatny. Nie jest to produkt silnie oczyszczający tudzież ściągający. 
Na drugi ogień poszła nawilżająca różana maseczka na twarz. Muszę przyznać, że jakiś czas wcześniej rozdrapałam sobie podskórną krostkę, która dzięki temu zamieniła się w pokaźną podskórną gulę. A że miałam ochotę skorzystać z maski i jednocześnie producent umieścił informację by nie stosować na podrażnioną skórę, uznałam, że zalepię niedoskonałość plastrem i nakładam;) Ja to mam pomysły, co? Maska różana miała już nieco intensywniejszy zapach, ale nadal w granicach rozsądku. Kiedyś nie znosiłam różanych kosmetyków, ale z czasem doceniłam ich działanie i mi przeszło:)

W przypadku maski różanej efekty były lepsze gdyż produkt pozostawił po sobie uczucie nawilżenia i odżywienia, a także lekko rozświetlił cerę. Widać, że wersja ta jest lepszą opcją dla mojej 30letniej skóry;) Obie maski oceniam pozytywnie. Jedyną wadą jest brak długotrwałych efektów, ale uważam, że to normalne w przypadku tego typu produktów. Najlepiej byłoby stosować je regularnie, ale tak jak już wspominałam, nie zawsze mam na to dzień:) 


Anatomicals żel do mycia ciała kawa z pianką


„Może się zdarzyć, że stosowanie zwykłego żelu pod prysznic będzie Ci nie w smak, ale nasz  kawowy żel pachnie tak smakowicie i pieni się tak wyśmienicie, że używając go poczujesz się w swojej własnej łazience jak gorrrące, aromatyczne cappuccino. Zachodzi jednak niebezpieczeństwo, że po kąpieli zastaniesz u siebie amatorów kofeiny, zwabionych tym niebiańskim aromatem… Może lepiej załóż już na siebie ten ręcznik”.



Żel pod prysznic Anatomicals kawa z pianką otrzymujemy w 300ml opakowaniu wyposażonym w pompkę. Kolor opakowania niezbyt mi się podoba, ale poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń co do mechanizmu jego działania;) Jak widać powyżej opis żelu jest dość sugestywny:) A co z zapachem i działaniem? W kwestii działania nie miałam zastrzeżeń gdyż żel mnie nie uczulił ani nie podrażnił, ale muszę też dodać, że nie mam ku temu skłonności. Produkt oczyszczał należycie, a po użyciu skóra była gładka. Ja oczywiście zawsze dodatkowo stosowałam produkt nawilżający. Jeśli chodzi o zapach to rzeczywiście jest cappuccino. Muszę jednak przyznać, że aromat ten jest delikatny. Ja bym mu dodała jeszcze 100% do intensywności:) 


Te i inne produkty marki znajdziecie w oficjalnym sklepie Anatomicals.



Znacie kosmetyki Anatomicals? Jak je oceniacie?
Czytaj dalej »