wtorek, 31 lipca 2018

Laneige Stained Glasstick 06 Red Spinel i 08 Peach Moonstone!

Pomadki Laneige Stained Glasstick kusiły mnie od momentu, gdy zobaczyłam je w sekcji nowe produkty na Jolse. Nie spieszyłam się jednak z wypróbowaniem, gdyż, co jak co, ale szminek to mi nie brak. A ich zużywanie przy takiej ilości wcale nie idzie mi tak kolorowo jak ich odcienie;) Ale ktoś tam mówił, że kolorówki nie musisz zużywać. Ważne, że używasz. W czerwcu pomyślałam sobie więc, że od dwóch nowych szminek Wisła się nie zarwie;) A jak wypadły w użyciu?

Laneige Stained Glasstick to gama 10 odcieni szminek, które nadają ustom kolor z połyskiem i jednocześnie chronią przez wysuszeniem. 


Pomadki zapakowane zostały w srebrne kartoniki. Wewnątrz znajdziemy również srebrne i dość smukłe opakowania. Każde z nich zawiera 2g sztyftu. Niewiele, ale jak na tego typu produkt wystarczająco:) PAO niestety nie mogłam się dopatrzeć, ale bodajże 12 miesięcy. Wizualnie bardzo  mi się podobają i stąd też tyle zdjęć produktowych:)

Spośród wszystkich 10 odcieni od razu wpadł mi w oko 01 Blue Topaz, ponieważ posiada niebieski sztyft;) Ach <3 Jednak jest on odcieniem ochładzającym i stwierdziłam, że przy mojej karnacji może wyglądać niezbyt stylowo;) Postawiłam więc na czerwień – 06 Red Spinel i delikatesik 08 Peach Moonstone. Co ciekawe, więcej razy użyłam czerwieni. Choć za zwyczaj nakładam ją delikatniej niż na zdjęciach:) Na zdjęciach mocniej, ponieważ obawiałam się, że efekt nie będzie widoczny po ich przesłaniu;) Delikatniejszego odcienia zaczęłam używać zdecydowanie później, ale nawet udało mi się dorobić zdjęcie w podobnym klimacie;) Pomadek nie brałam w plener, ponieważ byłam pewna, że to skończy się utrąceniem sztyftów;)

Pomadki Laneige mają przyjemne delikatne zapachy, które ciężko mi porównać do czegoś konkretnego. Są jakby lekko owocowe. Zapachy wyczuwam jednak jedynie przed nałożeniem:)

Warto też zwrócić uwagę na miłe dla oka wyrzeźbienie sztyftów:) Nie da się ukryć, że pomadki Laneige prezentują się naprawdę godnie:) Mogłyby leżeć na jednej półce z Diorem, YSL lub Givenchy:) Przy czym są od nich znacznie tańsze:) 

Konsystencja pomadek jest fajna, gładka. Zdecydowanie nie sucha. Pomadki rzeczywiście nie wysuszają ust, a nawet je trochę nawilżają i zmiękczają:) Jednak jeśli przed nałożeniem nasze usta są wysuszone to po nałożeniu trochę produktu może się zebrać w tych suchych miejscach. U mnie potrafi się wtedy trochę zebrać w bocznej części ust. Oczywiście przytrafiło mi się to w dniu zdjęciowym, gdyż kilka godzin wcześniej byłam na tyle zajęta, że zapomniałam użyć balsamu;) Niemniej za zwyczaj pilnuję się w kwestii nawilżania. Zresztą dobrze o tym wiecie;) 



Odcień 08 Peach Moonstone jest delikatny, idealny na co dzień i dość uniwersalny. Powinien pasować do większości typów karnacji. Choć zapewne u każdego będzie prezentował się trochę inaczej:) Jak już niejeden raz wspominałam, jeszcze mi się nie zdarzyło żeby ten sam odcień wyglądał identycznie u mnie jak u innej osoby;) 

Odcień 06 Red Spinel to już z kolei odcień idący w kierunku czerwieni, ale jakby z lekką domieszką różu?:) Jakiś czas temu zapytałam w ankiecie na Insta Story, który odcień podoba Wam się bardziej. Wyniki były niemal wyrównane, ale wygrał delikatesik:) Nie jest to zaskakujące, ponieważ subtelne odcienie zawsze są bardziej uniwersalne:) A czerwień bądź co bądź jest już nieco bardziej zwracająca uwagę. Choć tak jak wspominałam, za zwyczaj nakładam ją delikatniej niż na zdjęciach. Sama bardziej polubiłam 06:) Jeśli miałabym wskazać różnicę między tymi odcieniami to 08 jest bardziej jak delikatny balsam koloryzujący, a 06 może być już szminką;) 

Efekt można oczywiście stopniować, co próbowałam pokazać na dłoniach;) Jeśli zaś chodzi o zdjęcia na twarzy to wszystkie robiłam w ten sam dzień. Choć jak to zwykle bywa światło było kapryśne i miałam problem z uchwyceniem prawdziwego odcienia cery etc;) Starałam się, ale takie zabawy to nie jest moja ulubiona rozrywka:) Nie lubię robić też zdjęć ust bo mam je jakby trochę krzywe;)

Jeśli chodzi o trwałość to u mnie jest to jakieś 2 godziny w przypadku tego lekkiego odcienia i 3 w przypadku tego bardziej wyrazistego. Pomadki schodzą dość ładnie i równomiernie. Nawet gdy trochę się już zetrą to na ustach pozostaje pigment, czyli troszkę jak w przypadku tintów. Ich demakijaż nie wymaga wyszukanych produktów i zabiegów:) 


Laneige Stained Glasstick miło mnie zaskoczyły. Zwłaszcza, że udało mi się trafić z kolorami:) 


Znacie pomadki Laneige albo jakieś inne fajne koreańskie szminki?
Czytaj dalej »

sobota, 28 lipca 2018

Oriflame Love Nature woda kokosowa i melon na letnie upały?

Lato nastraja na soczyste, owocowe zapachy i niemal każda marka wypuszcza jakąś wakacyjną linię zapachową do pielęgnacji ciała. Oriflame postawiło na rozszerzenie serii Love Nature o letnią edycję limitowaną o zapachu wody kokosowej i melona. Brzmi zachęcająco? Dla mnie brzmiało, więc postanowiłam wypróbować. Jak to w moim przypadku bywa już jakiś czas temu zdążyłam je zdenkować, więc śmiało mogę się pokusić o ostateczną opinię;) 

zdjęcie kosmetyków  Oriflame Love Nature z wodą kokosową i melonem

W skład Oriflame Love Nature z wodą kokosową i melonem wchodzą 3 produkty – mydełko w kostce, żel pod prysznic oraz balsam do ciała. Oprócz tego w serii Love Nature znajdziemy również typowo melonowy balsam do ust. Do mnie trafił balsam i żel pod prysznic. Opakowania produktów są proste, ale zachęcające. Szata graficzna i kolory niewątpliwie w moim typie;)

Oriflame Love Nature żel pod prysznic z wodą kokosową i melonem

zdjęcie Oriflame Love Nature żel pod prysznic z wodą kokosową i melonem

Żel występuje w przezroczystym 250ml opakowaniu z nakrętką otwieraną od góry, ale dość często się myliłam próbując ją wciskać:D Kosmetyk posiada niebieską barwę i żelową, średnio gęstą konsystencję. Zapach jest egzotyczny jak to na połączenie melona z kokosem przystało;) Jest przyjemny i miło mi się go używało, choć nie określiłabym tej woni jako 100% naturalnej. To jednak dość typowe przy takich połączeniach zapachowych. A przynajmniej mam takie wrażenie;) W składzie zawiera SLES, więc też nie do końca taki „love nature” jakby nazwa wskazywała;) Ale jak wiecie, ja akurat nie stronię od żeli z tego typu składnikami. Zużyłam cały, jak zwykle nic się nie stało. Żyję, nie umarłam;) Z tego co wyczytałam w obietnicach producenta to z tym Love Nature chodzi głównie o biodegradowalną formułę. Powracając jeszcze do zapachu, cały czas miałam wrażenie, że już go znam;) I pomyślałam sobie, że być może lata temu podobna seria była już w ofercie Oriflame albo innej marki. Zapach nie jest długotrwały, utrzymuje się na skórze tylko podczas kąpieli. W moim przypadku nie wysuszył i nie podrażnił skóry. Spełnił też swoje podstawowe zadanie, czyli oczyszczanie i odświeżanie skóry;) Nie należał do wydajnych, ale jak wiecie ja za bardzo nie znam wydajnych żeli i balsamów, więc norma;)

Oriflame Love Nature balsam z wodą kokosową i melonem

 
zdjęcie Oriflame Love Nature balsam z wodą kokosową i melonem

Balsam otrzymujemy w 200ml miękkiej tubie, którą zużyłam dokładnie, gdyż jeszcze ją na koniec przecięłam;) Niektórzy z Was pewnie nawet widzieli to na moim Insta Story;) Zapach jest taki sam jak w przypadku żelu, czyli świeży i egzotyczny. Konsystencja natomiast lekka. Coś pomiędzy lotionem, a balsamem. Dla wielu osób będzie to więc właśnie formuła idealna na lato. Dla mnie to akurat nie jest kluczowe, gdyż nawet podczas upałów nie przeszkadzają mi treściwsze masełka. Niemniej lekkie konsystencje mają niewątpliwą zaletę w postaci ekspresowego wchłaniania się w skórę;) Tak też było w tym przypadku;) W przypadku balsamu zapach dłużej utrzymywał się na skórze, subtelnie poprawiając mi humor;) Była to jednak woń dobrze wyważona, tj. nie nadmiernie intensywna, (bo np. banan z TBS okazał się być dla mnie nieco zbyt aromatyczny). Kosmetyk wygładzał i nawilżał skórę pozostawiając ją miękką i gładką w dotyku. Poziom nawilżenia oceniłabym jako odpowiedni dla skóry normalnej. Choć nawet przy mojej suchej przy regularnym stosowaniu radził sobie nieźle. Nie powiem, żeby to był ocean nawilżenia, ale z suchą skórą Oriflame mnie nie zostawiło;) Myślę, że ten duet jest całkiem przyjemny do stosowania na lato;)


Znacie limitowaną serię Oriflame Love Nature z melonem i wodą kokosową? Lubicie takie zapachy i lekkie formuły na lato?
Czytaj dalej »

środa, 25 lipca 2018

Lily Lolo róż Life’s a Peach i błyszczyk Bitten Pink!

Kosmetyki Lily Lolo znam bardzo dobrze gdyż niejedno już wypróbowałam:) W czerwcu zdecydowałam się poznać kolejne produkty, które nie były dla mnie takimi zupełnymi nowościami, ponieważ miałam już kosmetyki z obu kategorii, ale w innych odcieniach:) W takich sytuacjach zwykłam mówić, że to jest to samo tylko, że inne;) 

zdjęcie Lily Lolo róż Life’s a Peach i błyszczyk Bitten Pink


Lily Lolo róż Life’s a Peach

zdjęcie różu Lily Lolo Life’s a Peach

Róż do policzków Lily Lolo tradycyjnie znajdziemy w białym kartoniku oraz okrąglutkiej spłaszczonej puderniczce o niewielkich rozmiarach. Całość została wyposażona w lusterko. Pojemność wynosi 4g, a PAO 12 miesięcy. 

Do wyboru mamy 8 kolorów. Wcześniej miałam Just Peachy, a teraz wypróbowałam Life’s a Peach, którego odcień według producenta został utrzymany w kolorze dojrzałej brzoskwini:) Według mnie jest bardzo twarzowy i pasuje do tych cieplejszych cer. Przy chłodniejszych pewnie lepiej sprawdziłoby się coś bardziej różowego? Mieliście okazję go już oglądać we wpisie na temat Innisfree;) Róż ten jak to na Lily Lolo przystało posiada łagodną formułę, nie zawiera substancji zapachowych ani talku, a wręcz przeciwnie – posiada naturalne ekstrakty o właściwościach nawilżających i odżywczych. Róż jest przyjemny w aplikacji i nie nastręcza trudności. Choć jak wiecie ja zwykłam malować się na hura-bura i często zdarzają mi się pewne niedociągnięcia w makijażu;) Oczywiście zwykle dostrzegam je dopiero na zdjęciach albo po całym dniu noszenia:D Niemniej jeśli chodzi o ten róż to uważam, że efekt jaki zapewnia jest świeży i naturalny. Można go stopniować, ale na pewno nie musimy się obawiać, że już jedna warstwa zapewni nam lico niczym u Matrioszki;) Co ciekawe przy poprzednim egzemplarzu wyczuwałam swoisty zapach, tutaj natomiast prawie go nie czuję. Możliwe jednak, że jestem już po prostu za bardzo przyzwyczajona do minerałów. Jeśli chodzi o trwałość to moim zdaniem bez zarzutów. Trzyma się na twarzy przez większość dnia tudzież wieczoru, pod warunkiem, że nie majstruję przy twarzy;) A staram się tego nie robić;) Osobiście nie widzę różnicy między trwałością różu mineralnego, a np. różów marek selektywnych;)

Lily Lolo błyszczyk Bitten Pink


zdjęcie błyszczyka Lily Lolo Bitten Pink

Błyszczyk otrzymujemy w smukłym plastikowym opakowaniu z czarną nakrętką. Pojemność to 4ml, a PAO aż 24 miesiące. Do wyboru mamy 9 odcieni. Miałam kiedyś High Flyer, a teraz zdecydowałam się na Bitten Pink. Błyszczyk posiada przyjemny czekoladowy zapach. W swoim składzie zawiera witaminę E oraz olejek Jojoba. Odcień opisywany jest jako soczysty różowo-czerwony błyszczyk z mieniącymi się drobinkami. Przyznam, że przed wyborem tego koloru przejrzałam na blogach jak prezentuje się u innych, ale nie sugerowałam się tym zbyt mocno, gdyż jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby ten sam odcień wyglądał u mnie tak samo jak u kogoś innego;) Z tego właśnie powodu zawsze twierdzę, że zdjęcia efektów wcale nie są takie przydatne jak mogłoby się wydawać:) Po kolorze w opakowaniu spodziewałam się mocniejszego różowo-czerwonego koloru, a otrzymałam bardzo delikatny odcień, idealny do noszenia na co dzień. Nie przeszkadza mi jednak to, gdyż lubię takie odcienie. Są niezobowiązujące i można ich używać niezależnie od okazji;) Na pewno nikt nie powie - uuu, ale się dziś wymalowałaś! Co może się np. zdarzyć przy czerwieni;) 
Błyszczyk nie podrażnia i nie wysusza ust. Utrzymuję się u mnie 2-3 godziny, czyli dość standardowo. Muszę bowiem zaznaczyć, że mam tendencję do częstego pocierania o siebie wargami;) Podsumowując – łagodna formuła i subtelny kolor w sam raz do lekkiego makijażu dziennego lub do mocniej podkreślonych oczu jeśli nie chcemy czuć się zbyt „zmalowane”;) Na zdjęciach w takim właśnie lekkim wydaniu (choć do zdjęć nałożyłam więcej niż za zwyczaj bo telefon zjada kolory;)) I jak widać jednak "mam czym oddychać":D
zdjęcie różu Lily Lolo Life'a a Peach i błyszczyka Bitten Pink na twarzy


Oba produkty znajdziecie na Costasy


Znacie róże lub błyszczyki Lily Lolo? Lubicie delikatne odcienie w makijażu?
Czytaj dalej »

wtorek, 24 lipca 2018

Rossmann promocja 2+2 gratis sierpień 2018! Zachowaj energię lata;)

Cóż to za miesiąc bez promocji w Rossmannie?;) Już aż ciężko mi sobie to wyobrazić:P W sierpniu szykuje się kolejna akcja 2+2 gratis dla członków Klubu Rossmann pt. zachowaj energię lata;) Co tym razem i dla kogo? 


zdjęcie informujące o promocji w Rossmannie 2+2 gratis w sierpniu 2018

Rossmann 2+2 gratis sierpień 2018



Promocja trwać będzie w dniach od 20 do 29 sierpnia 2018 lub do wyczerpania zapasów.
Oferta skierowana jest dla posiadaczy wirtualnej karty KLUB ROSSMANN

Zakupów można dokonać jednorazowo.

Żeby skorzystać z promocji należy kupić 4 różne produkty z kategorii pielęgnacja ciała, pielęgnacja ust, odżywki do włosów, odżywki do paznokci, maseczki do twarzy. Produkty muszą się różnić kodami kreskowymi. 

Lista produktów objętych promocją pojawi się na stronie Rossmanna przed rozpoczęciem promocji. Stacjonarnie produkty będą oznaczone etykietami.


Trzeba przyznać, że tym razem kategorie są dość różnorodne, więc nie trzeba robić zbędnych zapasów typu 4 balsamy do ciała, a można kupić np. po jednym produkcie z każdej kategorii. Całkiem sensownie;) 


Rosssmann 2+2 zachowaj energię lata 2018 – co warto kupić?
























Planujecie skorzystać z sierpniowej poromocji 2+2 w Klubie Rossmann?

Zobacz też: NUXE AQUABELLA
Czytaj dalej »

niedziela, 22 lipca 2018

NUXE Aquabella – 3 kroki dla pielęgnacji cery mieszanej!

Cera mieszana jest dość wymagająca w pielęgnacji. Tu zabłyśnie, tam się przesuszy… Czasami trudno nadążyć za jej humorami, nawet jeśli nie ma skłonności do trądziku. Dawniej przy pielęgnacji cery mieszanej stawiano przede wszystkim na ograniczenie wydzielania sebum bez zapewnienia jej odpowiedniej dawki nawilżenia. Dziś już niemal każdy, wie, że każdy rodzaj cery potrzebuje nawilżenia. Ważne jest, więc zachowanie balansu między nawilżeniem, a normalizacją pracy gruczołów łojowych. Kilka miesięcy temu marka NUXE wypuściła rytuał pielęgnacyjny Aquabella mający szczególnie zadbać o posiadaczy cery mieszanej. Na początku czerwca włączyłam je do swojej pielęgnacji porannej. Jak zareagowała na nie moja mieszana cera?


zdjęcie kosmetyków Nuxe Aquabella do cery mieszanej

NUXE Aquabella



W skład serii Aquabella wchodzą 3 produkty – Żel oczyszczający mikrozłuszczający do codziennego stosowania, Tonik-Esencja odkrywająca piękno skóry, Emulsja nawilżająca odkrywająca piękno skóry. Trzy proste i nieskomplikowane kroki przeznaczone do codziennej pielęgnacji cery mieszanej:) 
Kiedy zobaczyłam pierwsze wzmianki o tej linii, od razu pomyślałam, że widać tu inspirację azjatyckimi rytuałami pielęgnacji. Po pierwsze delikatnie złuszczający produkt do codziennego stosowania, a po drugie tonik-esencja. Brzmiało znajomo:) Cała linia rekomendowana jest przede wszystkim do cery młodej 18-25 lat. U mnie na liczniku już prawie 32 lata, ale ja nigdy nie stosuję się do „widełek wiekowych”, a jedynie do potrzeb skóry;) Seria Aquabella została oparta na bazie naturalnego kwasu hialuronowego oraz białej lilii wodnej. Każdy z produktów posiada roślinny, morski zapach, który zapewnia skórze poczucie świeżości i lekkości. Nie należy on do zapachów intensywnych i po niedługim czasie znika:) Również szata graficzna zrobiła na mnie pozytywne wrażenie ze względu na morski odcień opakowań:) PAO każdego z produktów wynosi 12 miesięcy. Całą serię stosowałam w ramach pielęgnacji porannej. Aquabella kojarzy mi się z piękną skórą dzięki wodzie, czyli wyjątkowo dosłownie;)

NUXE Aquabella Żel oczyszczający mikrozłuszczający do codziennego stosowania



Żel mikrozłuszczający został opakowany w miękką tubę o pojemności 150ml. Zamknięcie działa bez zarzutów, choć parę razy miałam problemy z otwarciem i musiałam to robić przez ręcznik;) Raz zamyśliłam się i większa ilość żelu wyleciała mi prosto do zlewu. Przyznaję, że przez jakiś czas wszystko leciało mi z rąk:D Produkt występuje pod postacią przezroczystego żelu o takiej półpłynnej konsystencji (dlatego trzeba trochę uważać żeby nie porozlewać). Dodatkowo wewnątrz żelu znajdziemy przezroczyste delikatne drobinki oraz większe niebieskie kuleczki. Podczas stosowania należy, więc omijać okolice oczu. Choć dla mnie to nie problem, gdyż raczej nie zmywam makijażu powiek żelami.
Producent poleca codzienne stosowanie żelu rano i/lub wieczorem. Muszę przyznać, że nie jestem zwolenniczką tak częstego peelingowania twarzy, więc podeszłam do tego kosmetyku z lekką obawą, że moja skóra stanie się nadwrażliwa lub pojawią się na niej niedoskonałości. Postanowiłam jednak zaryzykować stosując go codziennie rano. Mimo wyczuwalnych drobinek złuszczających żel nie należy do mocnych „drapaków”. Myje dokładnie, a peelinguje delikatnie. W kontakcie z wodą żel staje się bardzo przyjemny w dotyku, ładnie rozprowadza się po skórze i dobrze spłukuje. Jednocześnie roztacza świeży, morski zapach, który lekko pobudza do działania:) Ja kawy nie piję, więc wiecie... coś musi mnie aktywować do działania;) Po użyciu skóra jest czyściutka, gładka i miękka w dotyku. Choć oczywiście wymaga nałożenia kremu, bowiem stosowanie żelu mikrozłuszczającego bez późniejszego użycia dalszej pielęgnacji nie ma większego sensu. Wszak oczyszczamy i złuszczamy skórę m.in. po to by przygotować ją na przyjęcie dalszych kroków pielęgnacyjnych i żeby substancje w niej zawarte mogły zadziałać jeszcze intensywniej:) Niektórzy oczekują, że żel lub peeling zwolni ich z dalszej pielęgnacji, a przecież to tak nie działa:) Zawsze przecieram oczy ze zdumienia gdy czytam o nierealnych oczekiwaniach;) Żelu używała również moja mama i ona akurat podzieliła się ze mną jakże szczegółową opinią pt. "nie lubię go". Zapytałam, ale jak to? Zrobił Ci jakąś krzywdę albo za słabo oczyszcza? A ona odparła, że nie - dobrze myje i twarz po nim jest taka gładka! Czemu więc nie lubisz zapytałam? Bo ma drobinki, a ja nie lubię takich dodatków;) Warto jednak dodać, że mama jest alergikiem, a żel nie spowodował i niej żadnych nieprzyjemnych reakcji w obrębie skóry.


NUXE Aquabella Tonik-Esencja odkrywająca piękno skóry



Tonik-esencję otrzymujemy w smukłej 200ml butelce, przez którą możemy na bieżąco obserwować poziom zużycia. Pokazywałam Wam go zresztą kilka dni temu na Insta Story.
Produkt ma za zadanie zapewnić skórze odpowiednie ph, odświeżyć ją i przygotować na przyjęcie emulsji. Tonik aplikujemy przy użyciu wacika kosmetycznego, a następnie możemy lekko wklepać palcami. Jeśli chcemy by był bardziej wydajny warto aplikować za pomocą dłoni. Ja jednak jestem team waciki;) Kosmetyk posiada lekką, wodnistą konsystencję, która natychmiastowo wnika w moją skórę. Dodatkowo otula ją świeżym, morskim zapachem. Po użyciu skóra jest gładka, ukojona i delikatnie nawilżona. Nie pozostawia po sobie tłustego filmu. Przyjemny produkt w sam raz do porannego stosowania:) Można również nałożyć na niego drugi lekki produkt jeszcze przed użyciem emulsji (ja np. stosowałam Benton Snail Bee).

NUXE Aquabella Emulsja nawilżająca odkrywająca piękno skóry



Emulsja Aquabella opakowana została w uroczy pojemniczek wyposażony w pompkę i zatyczkę chroniącą zawartość. Pojemność to standardowe 50ml, ale opakowanie jest bardzo kompaktowe i fajnie sprawdzi się nawet w podróży. Choć oczywiście Ewelina była na tyle zdolna, że pewnego razu zdejmując "kapturek" otworzyła cały górny panel obnażając dokładne wnętrze opakowania;) Wątłe dziewczę, ale jak szarpnie to można się zdziwić:D Na szczęście wystarczyło zacisnąć tak jak było pierwotnie i problem z głowy;)
Produkt posiada białą barwę i średnio-gęstą, ale nieobciążającą konsystencję. Zapach pobodnie jak w przypadku pierwszych dwóch kroków jest świeży i morski, choć nieco inny:) Wydaje mi się najłagodniejszy z całej serii. Emulsja stanowi oczywiście zwieńczenie całego porannego rytuału pielęgnacji:) Najlepiej nakładać ją bezpośrednio po zastosowaniu toniku-esencji lub dodatkowego produktu jeśli takowy stosujemy;) Emulsja przyjemnie się rozprowadza i szybko wchłania, nie obciąża skóry. W moim przypadku sprawdziła się nie tylko do stosowania na twarz, ale również na szyję i dekolt. Choć początkowo obawiałam się, że te dwie strefy zostaną zmatowione, a to nie byłoby wskazane zwłaszcza przy delikatnej skórze szyi i dekoltu. Na szczęście nic takiego się nie stało. Przeciwnie – odnotowałam nawilżenie w tych obszarach. Emulsja nie zapycha i nie pozostawia po sobie odczuwalnej warstwy. Jednak warto chwilę odczekać zanim przystąpimy do nakładania podkładu, ponieważ raz w pośpiechu podkład delikatnie mi się zrolował w niektórych miejscach. Choć w moim przypadku może to być związane z tym, że mam nikłą wprawę w stosowaniu podkładów, bo jak wiecie dopiero niedawno stał się cud, że zaczęłam;) Efekt zmatowienia po użyciu emulsji jest raczej delikatny. Cera wygląda świeżo i czysto, ale jednocześnie nie jest to długotrwały mat. Jest to zresztą przede wszystkim krem nawilżający:) Jeśli zależy nam na zmatowieniu cery na dłużej, warto dodatkowo zastosować bazę pod makijaż. Za to poziom nawilżenia, nawodnienia i wygładzenia cery po użyciu emulsji w moim przypadku był optymalny. Ani za dużo ani za mało. Dla cery mieszanej na lato w sam raz:)
Serię Aquabella oraz inne kosmetyki NUXE znajdziecie w aptekach oraz w dobrych perfumeriach.

Znacie nową serię kosmetyków Nuxe Aquabella? Jaki rodzaj cery posiadacie?
Czytaj dalej »

czwartek, 19 lipca 2018

6 produktów z Rossmanna, które mogą Ci się przydać w podróży i na wakacjach!

Pogoda ostatnio nie rozpieszcza. Upał wielu osobom doskwierał i narzekania było, co nie miara. Teraz, więc dla równowagi, co i rusz mamy deszcz;) Ja zawsze mówię, że pogoda się psuje przez tych, którzy narzekali na nadmiar słońca (kiedyś się policzymy!). Wczoraj wyszłam sobie beztrosko w krótkim rękawku i oczywiście co? W drodze powrotnej złapała mnie ulewa. Nie muszę chyba dodawać, że nie miałam parasola?:P Ale jak widać z cukru nie jestem i (jeszcze) się nie roztopiłam. Niemniej wszystko się kiedyś kończy, a zatem i deszcz musi kiedyś minąć. A wtedy? Można pomyśleć o jakiejś małej lub dużej podróży;) Co może się wówczas przydać? W drogerii Rossmann znajdziemy sporo produktów przydatnych na wakacjach. A oto niektóre z nich;)

Travel poduszka podróżna



Do wyboru jest kilka wzorów i muszę przyznać, że ten, który przypadł mi udziale najbardziej trafia w mój gust. Jest ona, co prawda czarna, ale flamingi świetnie ją rozweselają;) Jej cena jest bardzo korzystna (14,99zł). Zwłaszcza, że pod koniec czerwca zastanawiałam się nad zakupem tego typu poduszki i w innym sklepie kosztowała 50zł.  Poduszka posiada miłą w dotyku cienką i gładką poszewkę oraz wypełnienie z kulek polistyrenowych. Dzięki zawieszce fajnie sprawdzi się w podróży np. podczas długiego prowadzenia samochodu lub dla pasażera;) Nie wiem jak Wy, ale ja jako pasażer zawsze się męczę jazdą i lubię sobie przynajmniej trochę poleżeć bo o porządnym wyspaniu raczej nie ma mowy, gdyż w takich sytuacjach zwykle śpię „na czuwaniu”;) 


For Your Beauty opaska na oczy



Opaska na oczy występuje w różnych wzorach. Nie jest to na pewno produkt dla każdego i muszę przyznać, że ja jeszcze nigdy nie używałam. Ale zaświtało mi, że również może się przydać, np. gdy chcemy się zdrzemnąć w trakcie jazdy, jako pasażer, a rozpraszają nas widoki;) A może też, jeśli nasza wakacyjna miejscówka będzie nadmiernie oświetlona nocą;) Szczerze mówiąc ja trafiałam już na różne. Choć na wyjazdach raczej nie myślałam o spaniu:D


Dax Sun - Kosmetyki z filtrem i po opalaniu



Jeśli słońce i plaża to warto postawić na kosmetyki z filtrem. Spory wybór produktów posiada firma Dax. Przy wrażliwej skórze i jasnej karnacji przyda się Emulsja ochronna SPF 50+, która chroni zarówno przed UV, IR oraz HEV. Z kolei dla wygodnickich i niewymagających aż tak wysokiej ochrony dobrym rozwiązaniem będzie Transparentny spray do opalania SPF 30+. Warto również zadbać o skórę po opalaniu. Szczególnie, jeśli mamy skłonność do podrażnień. Przydatne może okazać się Hipoalergiczne mleczko po opalaniu Dax Sun Dermo Line. Jest to produkt uniwersalny i bezzapachowy. Nadaje się do stosowania już od pierwszego miesiąca życia. Przyznam, że ja nie mam skłonności do podrażnień posłonecznych, ale chętnie zużyję, gdy wrócą upały;) Ta chłodząca formuła może być całkiem przyjemna;)

Isana pomadka do ust Berry Love



Balsamy do ust to takie produkty, które akurat w moim przypadku przydają się niezależnie od pory roku i miejsca, w którym się znajduję. Moją ulubioną pomadką z Rossmanna jest Alterra rumiankowa, ale jeżynowa propozycja Isany wydaje się być w sam raz na lato;) 


Do tej listy dodałabym oczywiście mini produkty, które świetnie sprawdzają się podczas krótkich wyjazdów, a także… milion innych rzeczy bo przecież lepiej nosić niż się prosić;)


Wakacyjne podróże jeszcze przed Wami czy już po? Jakie kosmetyki i gadżety zabieracie na wyjazdy?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 lipca 2018

Innisfree – My Lip Balm i My Drop!

Marka Innisfree w swej ofercie posiada nie tylko skuteczne serie kosmetyków przeznaczone do pielęgnacji twarzy, ale także kolorówkę, bazy pod makijaż i balsamy do ust zarówno te bezbarwne jak i z dawką koloru:) Kusił mnie ich podkład, który jest dość nowatorski, ponieważ można sobie dobrać zarówno poziom krycia jak i stopień nawilżenia;) Jednak nie byłam jeszcze wtedy na niego gotowa (może za jakiś czas;)), więc wybrałam coś bardziej uniwersalnego – My Lip Balm w odcieniu #Ruby Grapefruit Tea i My Drop w wersji Mattifying. Jak się u mnie spisały?

Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea

zdjęcie balsamu do ust Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Innisfree My Lip Balm opakowany został w dość długą i pojemną, bo aż 15g tubkę i wyposażony w ścięty aplikator. Sam w sobie jest on bardzo wygodny, lecz łatwiej by mi się nakładało produkt gdyby był jednak nieco węższy. W moim przypadku przydatne jest, więc lusterko, ale to raczej nie problem, bo po przemeblowaniu luster ci u mnie pod dostatkiem;) Barwa tubki zależy od odcienia balsamu. W moim przypadku jest to nr 10 #Ruby Grapefruit Tea, więc tubka jest biało-czerwona (dobrze, że już po mundialu;)).
zdjęcie przedstawiające Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Wersji My Lip Balm mamy aż 11, także każdy wybierze coś dla siebie:) Pierwsze 3 odcienie są bardzo delikatne, natomiast ja chciałam coś z czerwono-różowym akcentem. 
zdjęcie Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Polubiłam Innisfree Glow Tint Lip Balm i tak naprawdę chciałam żeby ten był do niego podobny:) Muszę przyznać, że z koloru jestem bardzo zadowolona:) Jest to moja ulubiona tonacja, ponieważ już jakiś czas temu zauważyłam, że w nude nie wyglądam najlepiej i że lepiej czuję się w nieco żywszych (ale nie przesadnych) kolorach:) Efekt można oczywiście stopniować zależnie od tego jak dużo balsamu nałożymy na usta. Co ciekawe balsam wygląda nieco inaczej zależnie od światła. Wszystkie zdjęcia na twarzy wykonałam tego samego dnia (te z samymi ustami są bez makijażu twarzy, a całościowe już w makijażu) i tak naprawdę na każdym ujęciu odcień prezentuje się nieco inaczej (na niektórych zdjęciach mam nałożone mniej, a na innych więcej). Niemniej w każdej odsłonie go lubię:) Muszę zresztą przyznać, że podczas robienia zdjęć „efektów” pogoda była niestety bardzo kapryśna, a światło chwiejne;) Wszystkie kolory zaprezentowane zostały w sklepie Jolse, aczkolwiek efekt zawsze będzie inny zależnie od wyjściowego koloru ust i z tego co widzę u mnie też wygląda nieco inaczej niż na stronie;)
zdjęcie Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea na ustach
Zarzutów co do tego produktu nie mam żadnych i nie będę udawać, że mnie to zaskakuje bo przerobiłam już kilka balsamów do ust Innisfree i każdy mi odpowiadał:) Nie jest to produkt mocno kryjący tudzież zastygający bo w końcu to koloryzujący balsam do ust. Posiada on więc cechy z pogranicza pomadki i balsamu;) Najlepsze cechy, gdyż zarówno nadaje ustom koloru, czyli je upiększa, a jednocześnie dba o ich kondycję nie dopuszczając do wysuszenia:) Mam jeszcze na oku parę wersji i możliwe, że w przyszłości się skuszę. Konsystencja produktu jest bardzo przyjemna i taka „gładka”. Natomiast zapach bardzo subtelny, prawie niewyczuwalny. Faktycznie jest to coś w rodzaju herbatki grejpfrutowej. Na ustach w ogóle tego zapachu nie czuć. Jeśli jesteście fankami takich nawilżających balsamów do ust z kolorem to szczerze polecam:) Podkreśli kolor ust i jednocześnie zadba o ich kondycję w ciągu dnia.
zdjęcie przedstawiające makijaż z Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea

Innisfree My Drop Mattifying


zdjęcie przedstawiające Innisfree My Drop Mattifying
Innisfree My Drop to stosunkowa nowość w ofercie marki, gdyż pojawiła się dopiero kilka miesięcy temu. Mamy do wyboru kilka wersji – nawilżającą, rozświetlającą, olejkową (którą można nakładać również jako bazę pod szminkę), matującą oraz wersje do rozjaśniania lub przyciemniania podkładów. Ja zdecydowałam się na Mattifying, ponieważ latem moja mieszana cera lubi sobie poświecić za dnia, a nie zawsze jest to mile widziane;) 
zdjęcie przedstawiające Innisfree My Drop Mattifying
Sam produkt występuje w opakowaniu, które jakiś czas temu zyskało moją sympatię (dawniej nie znosiłam takich buteleczek z pipetką). Może dlatego, że mój podkład Bell również występuje w podobnym opakowaniu? Jest ono przezroczyste i o niewielkiej lecz w pełni wystarczającej pojemności – 14ml. Takich produktów nie nakładamy bowiem kilogramami. Jeden lub dwa „dropsiki” wystarczą;) 
zdjęcie Innisfree My Drop Mattifying
Produkt posiada białą barwę, a jego konsystencja jest leciutka niczym lotion:) Rozsmarowuje się błyskawicznie nie pozostawiając po sobie lepkiego filmu ani koloru (nie rozbiela podkładu). My Drop jest praktycznie bezzapachowy, co stanowi dla mnie zaletę. 

Może być stosowany jako matująca baza pod makijaż na wybrane partie twarzy lub można zmieszać go z podkładem. Tego drugiego sposobu nie próbowałam, gdyż jak wiecie nie jestem zbyt biegła w aplikacji podkładów i wolałam nie kombinować;) Zdecydowanie wolę stosować tradycyjnie jako bazę pod podkład lub puder. Mój podkład Bell Nude Liquid Powder jest co prawda sam w sobie o pudrowym wykończeniu, ale po jakimś czasie zaczynam się świecić, a gdy przesadzę z pudrem wykończeniowym to moja twarz prezentuje się już zbyt pudrowo. Czasami więc lepszym rozwiązaniem podczas ciepłych lub stresujących dla mnie dni jest nałożenie bazy, a pominięcie już pudru lub aplikacja minimalnej jego ilości;) Muszę przyznać, że ta wersja zdaje u mnie egzamin i twarz pozostaje bez połysku na dłużej. Przy czym nie jest to płaski mat, a po prostu utrzymanie cery w ryzach:) Jestem jeszcze ciekawa tej olejkowej w ramach zastosowania na usta:)

Znacie My Drop lub My Lip Balm z Innisfree?

Czytaj dalej »