czwartek, 17 stycznia 2019

Ile wydaje na kosmetyki blogerka urodowa rocznie?

Pomysł na dzisiejszy wpis zaskoczył nawet mnie, ponieważ nie jestem „typem kalkulatora” i osoby, która wszystko wylicza;) Mam dość lekką rękę do pieniędzy, a z matematyką zawsze było mi nie po drodze;) Z perspektywy czasu dochodzę jednak do wniosku, że niewiele straciłam poprzez swoją ignorancję;) Mój ostatni z tych najbardziej pokręconych i zbędnych kontaktów z tą dziedziną nauki miał miejsce na studiach (logika oraz teoria mnogości). Teraz już tylko procenty, mnożenie i dzielenie, dodawanie i odejmowanie, a także netto/brutto;D I tak pewnego dnia postanowiłam wykorzystać tą podstawową wiedzę do sprawdzenia ile wydałam na kosmetyki w ciągu całego minionego roku?

Ile na kosmetyki wydaje blogerka urodowa

Sprawdzenie ile pieniędzy przeznaczyłam na kosmetyki przez cały rok nie było trudne, ponieważ regularnie pokazuję na blogu kosmetyczne nowości. Wystarczyło przelecieć po etykietach i podsumować;) W tych wpisach ukazują się zarówno produkty, które kupiłam jak i takie, które dostałam jako paczkę PR, prezent czy też w ramach współpracy etc. Niemniej zawsze jest dość wyraźnie napisane to, co kupiłam sama. Po drugie mam doskonałą pamięć do mało istotnych rzeczy, więc nie miałam żadnego problemu żeby szybko to zweryfikować;) We wpisach pokazywałam wszystko pomijając waciki, patyczki do uszu i inne bzdety, którymi szkoda męczyć mój aparat w telefonie;) Czasem pomijałam też pokazanie drobnych kosmetyków, które kupiłam po raz kolejny (takich jak tani szampon czy niektóre balsamy do ust). Do zestawienia brałam pod uwagę rzeczywiście poniesione koszty, czyli najczęściej ceny promocyjne;) Nie wyliczałam co do grosza, ale +/- wiedziałam ile dana rzecz kosztowała i na jakiej promocji ją kupiłam;) Na 3 miesiące od grudnia do lutego zrobiłam sobie detoks od zakupów kosmetycznych. Stąd też wydatki na kosmetyki w styczniu i w lutym wynosiły okrągłe zero złotych. Dane z poszczególnych miesięcy zostały zaokrąglone;)

Moje wydatki na kosmetyki 2018



Styczeń – 0zł

Luty – 0zł

Marzec - 350zł

Kwiecień – 385zł

Maj – 125 zł

Czerwiec - 140zł

Lipiec – 190zł

Sierpień – 90zł

Wrzesień – 0zł

Październik – 200zł

Listopad – 90zł

Grudzień – 870zł


Łącznie 2440zł wydanych na kosmetyki przez 12 pełnych miesięcy roku, co daje średnią 203zł miesięcznie. Aczkolwiek 3 miesiące zamknęłam z wynikiem 0zł;) Najbardziej odstaje grudzień, ale wyczytałam gdzieś ostatnio, że najdroższy prezent powinno się kupić sobie i radośnie stwierdziłam, że widocznie tak też uczyniłam. Zwłaszcza, że poza tym były jeszcze przeróżne prezenty niekosmetyczne;)

Czy prawie 2,5 tysiąca złotych przeznaczonych na kosmetyki w ciągu roku to dużo?


Wszystko zależy od punktu widzenia. Z jednej strony mogłabym nie wydać prawie nic. Z drugiej dużo więcej. Średnia 203zł miesięcznie wydaje mi się bardzo rozsądną kwotą. Nieco rozwinę tę kwestię niżej;)

czy blogerki kupują kosmetyki


Jaki był mój plan kosmetycznych wydatków w ciągu roku?


Trzy miesiące bez żadnych zakupów kosmetycznych (pierwszy wypadał jeszcze w grudniu wcześniejszego roku) były dla mnie formą luźnego eksperymentu i rozrywki:) Nie wyznaczałam sobie ścisłego czasu bez zakupów, ale było to dla mnie na tyle zabawne, że bez trudu pociągnęłam to przez 3 miesiące z rzędu, a potem powtórzyłam jeszcze we wrześniu. Moim celem nie było umartwianie się i odmawianie sobie wszystkiego za wszelką cenę. Po prostu miałam wtedy taki czas, że mogłam bez większych rozterek i dramatów odsunąć od siebie przeróżne zachcianki;) A zapasy i nowości, które napływały do mnie z zewnątrz powodowały, że zawsze miałam czego używać;) Skóra mi nie uschła, brudna nie chodziłam, malować się też miałam czym;) Nie jestem typem chytrusa, który tylko patrzy jak tu kupić jak najmniej za swoje;) Biorąc pod uwagę przeróżne produkty, które do mnie trafiały w wyniku prezentów, paczek PR i współprac, na upartego mogłabym już prawie nic nie kupować. Ale lubię zakupy i sprawiają mi one tą chwilową przyjemność:) Moim celem było nie tyle zaoszczędzenie, co zmniejszenie zapasów i kupowanie rozsądniej:) Nie zakładałam sobie jednak żadnych limitów, których miałabym nie przekroczyć;) Podchodziłam do tego z rozsądkiem, ale na luzie. Przez większość roku miałam poczucie, że wydaję niezwykle mało, prawie nic! Okazało się jednak, że w porównaniu z jeszcze wcześniejszym rokiem wydałam jakieś 850zł więcej:D Czy zatem poniosłam porażkę na tym polu? Zdecydowanie nie, ponieważ tak jak wspomniałam – moje podejście było zdroworozsądkowe i chodziło bardziej o samo zapanowanie nad zapasami oraz ograniczenie zbędnych zakupów niż zaciskanie pasa:) A przy okazji spełniałam różne zachcianki;) Zapasy skutecznie udało mi się opanować. Oczywiście nadal je mam, ale większość z nich wynika z prezentów. Wśród nich jest tylko kilka rzeczy, które sama kupiłam i jeszcze nie otworzyłam;) Kupowałam przede wszystkim kosmetyki, których chciałam od razu używać (poza drobnymi wyjątkami;)). Szczególnie łatwe było to w kwestii kolorówki i zapachów, ponieważ w tych kategoriach lubię mieć wybór, więc nie czekam na zużycie poprzednich. Zwłaszcza, że z kolorówką ten moment mógłby nigdy nie nastąpić:D Co innego pielęgnacja, bo tutaj nie dopuszczam szczególnego urozmaicenia;) Wyjątkiem są chyba tylko maseczki, bo mam otwarte np. 3 na raz. Z pozostałych kategorii pielęgnacji 1-2. Wyrzutów sumienia nie mam. Zwłaszcza, że poczyniłam wiele trafionych zakupów, a kosmetycznych bubli, które sama kupiłam było zaledwie 3 (z czego jeden pochodził z wcześniejszych zapasów:P). 


Oczywiście z tym tytułem ile wydaje blogerka na kosmetyki mam tu na myśli wyłącznie siebie. Jest to więc taki skrót myślowy. Pozostałym do portfela nie zaglądam:D
ile wydają blogerki na kosmetyki rocznie


Jak będą wyglądały moje wydatki na kosmetyki w bieżącym roku?


Czas pokaże… Myślę jednak, że podobnie jak w poprzednim. Niewykluczone, a nawet prawdopodobne, że suma końcowa będzie wyższa, ale na pewno będzie rozsądnie, co do ilości i kategorii kupowanych kosmetyków. Bez wielkiego zaciskania pasa, ale z rozumem. Możliwe, że będzie też jakiś mały detoksik. Nadal będę się też starała utrzymać zapasy w ryzach. Nie będę się martwić, jeśli coś bezwiednie zasili moje zapasy, jako trafiony prezent etc. Jednak podczas zakupów będę brała pod uwagę to, co jeszcze mam na zaś, czas potencjalnego zużycia i zapotrzebowanie. W tej chwili nie ma u mnie ani jednej rzeczy, którą przetrzymuję w komodzie dłużej niż od wiosny. Postanowiłam też wrócić do zapisywania wpływów i wydatków.




Tak wygląda moje kosmetyczne rozliczenie roczne:D Liczyliście ile pieniędzy przeznaczyłyście na kosmetyki w zeszłym roku? Jakie macie podejście do kosmetycznych zakupów? Wyznaczacie sobie jakieś limity? Mieszka w Was mały zakupoholik czy może jesteście gdzieś pośrodku?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Delia pomada do brwi za grosze!

Długo czułam się bardzo niepewnie w temacie makijażu brwi. Jeszcze nie tak dawno w mojej rodzinie mawiało się, że brwi malują tylko stare pudernice albo tapeciary;) A mnie samą „instabrwi” przyprawiały o zawroty głowy i niedowierzanie jak można się tak malować?;) Brwi oczywiście malowałam, ale jak się potem okazało - niepoprawnie:D Po części dlatego, że skoro brwi miałam źle wyregulowane to i malowałam je źle;) Przyznaję jednak, że typowo dla mego charakteru pełnego sprzeczności, pewnego dnia uznałam, że jednak czas zacząć malować brwi mocniej i sięgnąć po coś, co może zapewnić różne efekty, czyli pomadę do brwi:) Już szykowałam się do zakupu osławionej pomady Wibo, a tu akurat zapukał do mnie kurier z pokaźnym przekrojem produktów do brwi marki Delia Cosmetics. Kosmetyków było co nie miara, różne formuły i odcienie. Zostawiłam sobie z tego naprawdę niewielką część, ponieważ nie każdy produkt był dla mnie odpowiedni czy to pod względem rodzaju, formuły czy koloru;) Jednak wśród tych wszystkich wynalazków znalazła się jedna perełka w świetnej cenie. Mowa właśnie o pomadzie do brwi:) Po jakichś 10 miesiącach odkąd ją mam, przyszła w końcu pora na kilka słów o niej:)

Delia Stylist Brow Pomade, pomada delia opinie

Delia Stylist Brow Pomade została zapakowana w papierowy kartonik, wewnątrz którego znajdziemy pomadę w niewielkim plastikowym opakowaniu przypominającym pojedynczy cień do powiek oraz dwustronny aplikator wyposażony w skośny pędzelek i szczoteczkę do przeczesywania brwi. Większość osób nie korzysta z akcesoriów dołączonych przez producenta, ale moim zdaniem owy przyrząd jest całkiem w porządku i spełnia swe zadanie. Poza tym przyznaję, że nie miałam nic szczególnie lepszego pod ręką;) 
pomada delia opinie, pomada delia blog
Pomada do brwi Delia występuje w 3 kolorach, więc możliwe, że nie każdy znajdzie odpowiedni dla siebie, ale dla mnie odcień Dark Brown okazał się w sam raz:) 
Odcienie produktów do brwi porównanie
Od paznokcia - Wibo Feather Brow Dark Brown, L'Oreal Brow Artist Paradise Extatic Pomade Brunette, Delia Stylist Brow Pomade Dark Brown.

Konsystencja produktu jest taka jakby woskowa. Była to moja pierwsza pomada, więc przyznaję, że nie wzbudziło to moich podejrzeń. Później przeczytałam parę opinii, że przez tą konsystencję pomada Delia nie do końca przypomina tradycyjną pomadę. Czy to źle? Myślę, że są plusy i minusy. Po kilku miesiącach stosowania dokupiłam pomadę L’Oreal żeby sprawdzić taką bardziej tradycyjną pomadę i rzeczywiście różnica w formule zauważalna jest od razu. Uważam jednak, że pomada Delia jest idealna na początek, a jej woskowa konsystencja sprawia, że produkt rozprowadza się bardzo komfortowo. Po jej życiu brwi są miłe w dotyku i takie subtelnie lśniące. Przy jej użyciu nie osiągniemy takiego typowego pudrowego efektu. Zatem to czy produkt przypadnie Wam do gustu w dużej mierze zależeć będzie od Waszych oczekiwań.

Czy się rozmazuje? Przyznaję, że zdarzyło się raz podczas ogromnych upałów. Ale biorąc pod uwagę, że często używałam jej w tych warunkach, (ponieważ jak wiecie latem ostro zapuszczałam brwi) to uznaję, że był to wypadek przy pracy;)
Delia pomada dark brown efekty, delia pomada na twarzy
Przykładowe zdjęcie z czasów gdy praktycznie połowa mojego łuku była domalowana pomadą Delia:D Jestem na nich umalowana jedynie pomadą oraz lekko tuszem do rzęs. I ubrana w szeroki uśmiech, ale stwierdziłam, że to się wytnie:D
Jakie efekty możemy uzyskać przy użyciu pomady Delia? Naprawdę przeróżne. Udało mi się to przetestować, ponieważ najpierw stosowałam ją na tym moim nieszczęsnym, źle wyregulowanym łuku brwiowym, malując głównie po włoskach, a potem już zupełnie inaczej. Zarówno uzupełniając ubytki, czyli rysując fikcyjną linię brwi jak i na „odbudowanych” już niemal brwiach;) Przy użyciu tej pomady można uzyskać zarówno delikatny efekt, przy którym widoczne są niemalże pojedyncze włoski jak i mocno kryjący;) Przyznaję, że nie zawsze mi się udawało ładnie podkreślić brwi. Czasami uzyskiwałam efekt idealny, a czasem zdarzało mi się trochę przesadzić robiąc takie naprawdę mocne krechy:) Niemniej to tylko dowodzi o możliwościach tego produktu:) Pomada jest bardzo wydajna. Zdjęcia zrobiłam we wrześniu, czyli już po kilku miesiącach użytkowania (mam ją od kwietnia).


Znacie pomady Delia? Jakie pomady polecacie?
Czytaj dalej »

piątek, 11 stycznia 2019

MIYA nowości do pielęgnacji ciała – peelingi myMAGICscrub i mySOSscrub oraz balsam GLOWme!

Pielęgnacja ciała jest dla mnie tak naturalna jak mycie zębów. Te parę chwil dziennie, które poświęcam swojej skórze sprawia, że staje się ona miękka i gładka, a ja czuję się w niej bardziej komfortowo. Ale to także czas dla mnie, chwila refleksji i odpoczynku po całym dniu albo coś na dobry jego początek w zależności od czasu i ochoty:) Pacierza i pielęgnacji nie odmawiam!;) Stosuję ją systematycznie, niezależnie od pory roku. Jestem w pełni świadoma wszystkich korzyści, jakie z niej płyną, więc nie trzeba mnie przekonywać:) A ile to razy usłyszałam: ale Ty masz gładką skórę, czego używasz?! Częściej to ja przekonuję innych, ponieważ z moich obserwacji wynika, że kobiety bardzo chętnie się malują, ale już z pielęgnacją nadal często są na bakier:) W pielęgnacji ciała stawiam przede wszystkim na skuteczne działanie i piękne, ale niemęczące zapachy. Potrafię pójść na kompromis w kwestii formuły i niestraszne mi nawet te bardziej treściwe. Ale nie zimą… Chcę żeby moja skóra była w dobrej kondycji przez cały rok, lecz w okresie jesienno-zimowym, jako typowy zmarzluch po wyjściu spod prysznica marzę już tylko o tym żeby jak najszybciej wbić się w którąś z moich radosnych „piżdzamek” i niebieski szlafroczek! Dlatego tej zimy postawiłam na nowości Miya Cosmetics:) peelingi myMAGICscrub i mySOSscrub oraz balsam GLOWme pielęgnują i upiększają w kilka minut, a ja nie muszę marznąć w łazience!
Miya nowości do pielęgnacji ciała
Marce MIYA towarzyszę właściwie od samego początku, kiedy to w swej ofercie mieli jedynie 4 kremy myWONDERBALM. Gdy na rynku kosmetycznym pojawia się nowy gracz, zaliczając „mocne wejście” często zastanawiamy się jak długo potrwa taka dobra passa. Czy firma będzie inwestować w badania i nadal się rozwijać dotrzymując kroku coraz bardziej wymagającym konsumentom? Czasami obserwujemy szybki start i równie spektakularny upadek, ale nie w tym przypadku. Wystarczy wejść na profile społecznościowe marki i poczytać opinie klientek;) Bywało, że w chwili premiery nowego produktu w sklepie firmowym padały serwery, takie było zainteresowanie! Wspomniałam już, że nieraz zdarzało mi się zachęcać kogoś do regularnej pielęgnacji. Ale nie dlatego, że Polki nie są jej świadome. Najczęstszymi odpowiedziami na pytanie, dlaczego nie używasz balsamu i peelingu były: bo są tłuste, długo się wchłaniają, więc nie mam na to czasu, efekty są niewspółmierne do włożonego w to wysiłku, a po peelingach trzeba jeszcze myć wannę. Problem w tym, że nie;) Wystarczy postawić na lżejsze balsamy i łatwe w użyciu peelingi. Często słyszę: masz taką ładną skórę… Ale Ty też możesz i wcale nie musisz spędzać połowy dnia w łazience albo w SPA. Ja w SPA nie byłam nigdy i raczej się nie zanosi żebym się zdecydowała na jakieś zabiegi na ciało. Jeśli już to na twarz;)


MIYA mySOSscrub Ekspresowy peeling glinkowy do ciała


MIYA mysosscrub Ekspresowy peeling glinkowy do ciała

To peeling, który kupiłam jak tylko się pojawił. A wszystko to z sentymentu do olejku mySUPERskin. Liczyłam bowiem, że będzie pachniał w podobnej nucie:) I nie zawiodłam się. Zapach jest dokładnie taki jak sobie wymarzyłam. Owocowy, przypominający mi zarówno olejek jak i krem Hello Yellow oraz z taką subtelnie malinową nutką. Dla mnie piękny! Jego aromat i działanie poniosły mnie tak bardzo, że stosowałam go na całe ciało co drugi dzień. Mimo, że spokojnie wystarczyłoby 2x w tygodniu;) Niestety nie mogłam się powstrzymać i tym samym z pierwszym opakowaniem pożegnałam się dość szybko;) 
MIYA mysosscrub peeling glinkowy

Zacznijmy jednak od początku, czyli od opakowania. Czerwony 200g słoiczek ekspresowego peelingu glinkowego MIYA jest plastikowy, dzięki czemu zapewnia nam wygodę i bezpieczeństwo stosowania. Niejeden raz bowiem widziałam oczyma wyobraźni ten upadający na stopę szklany słoiczek, powodujący nieprzyjemne obrażenia;) Moją uwagę zwróciła także nalepka zabezpieczająca produkt przed otwarciem. To ważne zwłaszcza, gdy kupujemy kosmetyk stacjonarnie. 
MIYA mySOSscrub konsystencja

Peeling ten został skomponowany na bazie czerwonej glinki oraz oleju kokosowego, makadamia i z nasion z malin, a także z kryształków cukru i soli. Zainteresowała mnie obecność czerwonej glinki, ponieważ z reguły nie występuje ona w peelingach do ciała:) Częściej spotkamy ją w maseczkach do twarzy. Posiada ona naturalne właściwości oczyszczające, które pozwalają na skuteczną absorpcję zanieczyszczeń skóry. Nadaje się ona również do skóry wrażliwej i naczynkowej, ponieważ zapobiega rozszerzaniu się naczynek i jednocześnie jest łagodniejsza niż glinka zielona. Dzięki zawartości glinki czerwonej skóra zyskuje naturalny blask oraz pozostaje świeża na dłużej. Jest to peeling cukrowo-solny, a jak wiemy sól potrafi szczypać skórę. Zwłaszcza, jeśli mamy jakieś mikro-ranki. Na szczęście skład jest tak wyważony, że moja sucha i wrażliwa skóra nie odczuwała żadnego dyskomfortu:) Przeciwnie, stała się bardziej jędrna i gładka. Peeling ma również za zadanie wspomagać redukcję cellulitu i rozstępów. W tym aspekcie się nie wypowiem, ponieważ jak wiecie – szczęśliwie ich nie posiadam. Jednak przezorny zawsze ubezpieczony i z pewnością nie zaszkodzi stosować zapobiegawczo. Nawiasem mówiąc po użyciu peelingu najbardziej spektakularną gładkość czułam właśnie w okolicach ud, pośladków oraz brzucha:) Scrub posiada gęstą, ale jednocześnie nieco sypką konsystencję. Polecam, więc go nakładać małymi porcjami na poszczególne partie ciała. Tak żeby całe dobro zawsze trafiało na naszą skórę, a nie na dno wanny:) Po użyciu ciało jest gładkie i bardziej jędrne. Złuszczone jak należy, ale niepodrażnione. Dodatkowo pozostaje po nim lekka, ale nietłusta warstewka nawilżająca oraz delikatny zapach. Jeśli nie chcemy już używać balsamu, susza nas nie spotka. Jeśli jednak jesteśmy fankami kompletnej pielęgnacji (tak – to ja) to spokojnie możemy nałożyć porcyjkę lekkiego balsamu (ale o tym za chwilę). Pewnie interesuje Was jeszcze czy dużo bałaganu pozostawia po sobie ten Jegomość? Otóż nigdy nie musiałam dodatkowo szorować wanny po kąpieli z jego udziałem. Drobinki sprawnie się rozpuszczają, więc wystarczy tylko opłukać wannę. U mnie pozostałości znikały samoistnie podczas zmywania maski do twarzy, ponieważ obowiązuje u mnie pewna kolejność wykonywanych zabiegów:D 


MIYA myMAGICscrub Ekspresowy peeling do ciała


 MIYA mymagicscrub Ekspresowy peeling do ciała

Trochę się rozpisałam, a tu jeszcze przed nami magia (uwielbiam te nazwy:)). Parametry dotyczące opakowania mamy takie same, czyli plastikowy 200g słoiczek. Ta wersja z miejsca jednak przyciąga miętowym kolorem pojemniczka. To taka wdzięczna barwa. W każdym razie mnie od razu poprawia nastrój:) 
MIYA mymagicscrub konsystencja

Konsystencję również mamy podobną. Zdecydowanie różni je jednak zapach. Jeśli znacie myBEAUTYESSENCE w wersji kokosowej to mój nos wyczuwa praktycznie ten sam zapach. Może jedynie trochę bardziej słodki. Jego woń jest bardziej intensywna w porównaniu do czerwonego kolegi i dłużej utrzymuje się na skórze po użyciu. Zwłaszcza, jeśli dodatkowo wykonamy nim peeling dłoni. A nadaje się do tego idealnie, gdyż mam wrażenie, że pielęgnuje nawet skórki wokół paznokci. Gdy chcemy zatrzymać zapach na jeszcze dłużej, warto użyć również maseczki oraz esencji;) 

W składzie myMAGICscrub znajdziemy kryształki cukru i soli, olej kokosowy, z dzikiej róży i ze słodkich migdałów, a także glinkę, ale tym razem różową;) Glinka różowa stanowi połączenie glinki czerwonej i białej, zachowując tym samym właściwości obu tych glinek. Jest odpowiednia do stosowania w przypadku skóry delikatnej i wrażliwej, a nawet ze skłonnościami do alergii i podrażnień. Poprawia stan skóry, koi i odpręża, pozytywnie wpływając na jej witalność. Moc peelingu jest średnia. Nie podrażnia, ale też nie pozostawia uczucia niedosytu. Według mnie jest optymalna, gdyż pomaga zachować balsans między nawilżeniem, a złuszczeniem:) Peeling będzie mocniejszy jeśli zastosujemy go na suchą skórę. Ja jednak preferuję na zwilżoną. Bardziej mnie to relaksuje, a przecież pielęgnacja to również przyjemność:) Jeśli mamy ochotę, oba peelingi możemy dowolnie ze sobą łączyć. W przypadku problematycznych partii ciała warto postawić na dokładny masaż, a nawet pozostawić peeling na skórze na dodatkowe 2 minuty. Zadziała wtedy jak maska. Skóra będzie jeszcze bardziej nawilżona i lepiej napięta. 


MIYA GLOWme Rozświetlająco-nawilżający balsam do ciała i dekoltu


MIYA Glowme Rozświetlająco-nawilżający balsam do ciała i dekoltu

Zapewne każdy już wie, że jestem nieanonimowym balsamo-holikiem. Przy mojej wrażliwej i skłonnej do przesuszenia skórze nawilżenie to podstawa. Nie ma takiej siły żeby w mojej łazience zabrakło balsamu. Rzadko jednak można spotkać u mnie produkt, który łączy w sobie właściwości nawilżająco-ujędrniające i rozświetlające. Dzieje się tak dlatego, że jeśli balsam jest rozświetlający to zazwyczaj konkret. W wolnym tłumaczeniu odznacza to, że brokatowe drobiny dostrzeżemy z daleka. Nawet mając astygmatyzm i krótkowzroczność;) Jeśli więc stosowałam takie balsamy to raczej latem, jako akcent na opaloną skórę, tj. na niektóre partie ciała, takie jak np. łydki, ręce czy dekolt. Przyznam, że bywało to dla mnie męczące, ponieważ wolę, jeśli produkt z powodzeniem można stosować na całe ciało i nie tylko latem, ale i całorocznie;) 
MIYA GLOWme

Dziewczyny z MIYA chyba pomyślały podobnie serwując nam wygodną 200ml tubkę zawierającą produkt pielęgnujący, ale i rozświetlający. Z tą różnicą, że w odpowiednio wyważony sposób. Bez nachalnych drobinek, które zdają się być potem wszędzie;) Dzięki miękkiej tubce produkt aplikujemy bez wysiłku, bo musicie wiedzieć, że Ewelina ma siłę (nie wiesz jak wielką;)), ale tylko tą wewnętrzną;) Plus jest też taki, że pod koniec tubkę możemy rozciąć, zużywając produkt do ostatniej kropli. Ja niestety szybko zużywam balsamy, więc te dobre zawsze rozcinam;) Balsam posiada przyjemną kremową konsystencję, która gładko się rozprowadza. Najbardziej jednak zaskoczył mnie jego subtelny znajomy zapach:) Przypomina mi on Euphorię CK, czyli perfumy, które dekadę temu szalenie mi się podobały, ale nie mogłam ich nosić, ponieważ powodowały u mnie migreny. Teraz mogłam na sobie poczuć podobną woń, ale bez dodatkowych atrakcji;) Balsam jest lekki i szybko się wchłania, co jak wspominałam, zimą jest dla mnie szczególnie ważne. Regularnie stosowany balsam (u mnie = codziennie) sprawia, że skóra staje się bardziej gładka, jędrna, a także optymalnie nawilżona. Znika uczucie szorstkości i ściągnięcia. Efekt rozświetlenia i blasku uzyskamy dzięki zawartości złotej miki, a także olejku ze słodkiej pomarańczy. Natomiast za nawilżenie, wygładzenie i poprawę sprężystości skóry odpowiadają witamina E i prowitamina B5, sok z aloesu, olej ze słodkich migdałów, masło shea i masło mango. Z uwagi na właściwości rozświetlające skóra jest nie tylko wypielęgnowana, ale wygląda na zdrowszą, bardziej promienną. Złociste drobinki ładnie podkreślają moją karnację nawet zimą.

MIYA Cosmetics znajdziecie na miyacosmetics.com oraz w popularnych drogeriach - Hebe, Super-Pharm, Kontigo, Pigment i w wybranych drogeriach Rossmann. 

Znacie już nowości do pielęgnacji ciała MIYA?
Czytaj dalej »

środa, 9 stycznia 2019

Neogen Vita Duo Cream Have A Joan Day & Night - podwójny krem do twarzy!

Neogen należy do grona moich ulubionych koreańskich marek. Można to było zresztą dość wyraźnie zaobserwować czytając wpis z moimi koreańskimi hitami 2018 roku:) Kiedy więc przypadkiem zauważyłam nowy krem w ofercie tej marki – poczułam się mocno zaintrygowana. Od razu wiedziałam, że będę musiała wypróbować Neogen Vita Duo Cream Have A Joan Day & Night by Joan Kim;) Dziś kilka słów o moich wrażeniach;)
Neogen Vita Duo Cream Have A Joan Day & Night


Neogen Vita Duo Cream Have A Joan Day & Night


Najnowszy krem Neogen powstał we współpracy z koreańską influencerką Joan Kim. Zanim zwróciłam uwagę na sam produkt, jej osoba była mi zupełnie nieznana. Trudno się dziwić gdyż na dobrą sprawę nie śledzę nawet naszych polskich gwiazd Instagrama. O niej więc tym bardziej nie słyszałam;) Skoro jednak Neogen postanowił ją wyróżnić w ten sposób to z pewnością jest to osoba, która się liczy w świecie K-Beauty:) 

Krem otrzymujemy w kartonowym opakowaniu, którego nie uwieczniłam na zdjęciach;) Wewnątrz znajdziemy dość prosty zielony słoiczek z białą nakrętką, który został wyposażony w dodatkową osłonkę oraz szpatułkę do aplikacji. Opakowanie posiada sporą pojemność – aż 100g. A to dlatego, że zawiera ono tak naprawdę dwa kremy – na dzień i na noc:) Przyznaję, że zawsze chciałam mieć tak funkcjonalne opakowanie kremu. Choć osobiście zaprojektowałabym je inaczej – z pewnością posiadałoby mniejszą pojemność i tym samym mniejszy słoiczek. Krem Neogen jest bowiem fajnie wymyślony, ale jego gabaryty bardziej przypominają balsam do ciała niż krem do twarzy. Troszkę zawalidroga na łazienkowej półce;) 

Otwierając słoiczek mamy wyraźny podział na krem na noc i krem na dzień, więc z pewnością nic nam się nie pomyli. Nie ma tutaj złota i luksusów, ale pojemniczek prezentuje się estetycznie. Z góry wybaczcie, że krem jest tak „wypalcowany”, ale już od jakiegoś czasu nie zawsze trzymam się zasady „najpierw zdjęcie, potem używanie”. Ten produkt jest tego wyraźnym przykładem, ponieważ zdjęcia zrobiłam dopiero jak już sobie trochę poużywałam, czyli w grudniu, ale nie od nowości;)

Do kluczowych składników kremu na dzień (zielona połowa) należy ekstrakt z zielonej herbaty i witamina C. Składniki te posiadają właściwości kojące, antyoksydacyjne i wspomagające oczyszczanie. Dzięki nim skóra ma być bardziej rozświetlona, elastyczna i w lepszej kondycji ogólnej. 

Krem na dzień posiada zielonkawą barwę oraz dość gęstą, kremową konsystencję. Już na pierwszy rzut oka wydał mi się cięższy niż jego kompan na noc, przez co parę razy sprawdziłam czy aby na pewno to on jest na dzień;) Wszystko się jednak zgadzało, więc nie pozostawało nic innego jak dalej używać;) Owa konsystencja powoduje, że tuż po nałożeniu na skórę pojawia się na niej biała maź. Wolę kremy, które rozprowadzają się bez śladowo niż te, które zdają się krzyczeć - patrz, to ja! Jestem Twoim kremem i teraz będę Cię nawilżał! Ale nie tak szybko Moja Droga... Ja nie jestem taki łatwy. Najpierw gra wstępna;) Kosmetyk trzeba więc starannie wklepać, co niestety zajmuje nieco więcej czasu niż w przypadku lżejszych konsystencji. Na szczęście mimo swojej gęstości krem szybko się wchłania i nie zostawia białej poświaty już po wklepaniu. Wręcz zaskakujące jest to jak lekki się staje już po wchłonięciu. Nie pozostawia po sobie praktycznie żadnego filmu, skóra jest po nim subtelnie zmatowiona. Wersja na dzień posiada słabo wyczuwalny zapach, który sam w sobie nie powinien nikomu przeszkadzać. Jakie są efekty stosowania tego kremu? Z powodzeniem mogłabym powtórzyć obietnice producenta. Krem dobrze się wchłania (pomijając to, że trzeba się przyłożyć przy rozprowadzaniu;)), więc skóra oddycha i nie jest obciążona. W moim odczuciu mógłby być nawet troszkę cięższy, gdyż dla mojej mieszanej cery stosowany solo w tych bardziej skłonnych do przesuszania partiach byłby nieco zbyt lekki na zimę. Na szczęście ja akurat mam w zwyczaju praktycznie zawsze stosować serum. Nie zaobserwowałam zapychania porów czy nadmiernego pojawiania się niedoskonałości. Mimo, że krem wchłania się do matu to zapewnia taką naturalną promienność cery. Jest ona również bardziej elastyczna i gładka;) Krem dobrze współgra z makijażem, również tym mineralnym.

Do najważniejszych składników kremu na noc należy lawenda, która nie tylko zapewnia zapach, ale także posiada właściwości kojące i antyoksydacyjne. Witamina E ma dodatkowo wzmocnić barierę ochronną skóry oraz zadbać o jej odżywienie. 

Konsystencja kremu na noc jest ultra-lekka, przypomina krem wodny;) Bardzo komfortowo się rozprowadza pozostawiając po sobie uczucie odświeżenia i wilgoci. Co ciekawe, mimo dużo lżejszej formuły wersja na noc otula skórę przyjemnym, nietłustym filmem ochronnym, którego troszkę brakuje w kremie na dzień. Kwestią dyskusyjną może być lawendowy zapach kremu. Niewątpliwie nie jest on taki bez powodu, ponieważ jak powszechnie wiadomo lawenda odstresowuje, ułatwia zasypianie i koi zmysły (przynajmniej w teorii). Osobiście nie należę do fanek owej woni, więc nie napawa mnie ona optymizmem. Jest jednak dla mnie akceptowalna. Nie poczułam bluesa do tego zapachu, ale też nie mogę powiedzieć żeby mnie dobijał zuchwale świdrując w nozdrzach;) Jest to zapach w stylu dam ci po nosie, ale ulotnię się szybciej niż myślisz! Na plus mogę zaliczyć też to, że woń jest naturalna. Żadna tam chemiczna lawenda;) Jeśli chodzi o efekty to krem na noc mocniej przypadł mi do gustu:) Nie dość, że jest leciutki i przyjemnie się rozprowadza to jeszcze pozostawia po sobie delikatny film ochronny, świetnie nawilża, odżywia i koi. Skóra jest po nim gładziutka i jednocześnie świeża. Nie przetłuszcza cery.

Krem oraz szerszy opis producenta wraz z przybliżeniem obu konsystencji znajdziecie na Jolse.


Lubicie produkty Neogen? Znacie krem Joan Kim?
Czytaj dalej »

niedziela, 6 stycznia 2019

Jak zapuścić brwi? Krótka historia moich brwi!

W maju ubiegłego roku we wpisie pt. 75 urodowych faktów o mnie wyznałam Wam, że poprawna regulacja brwi „odmieniła moje życie”. Z rozbrajającą szczerością muszę zaznaczyć, że byłam o tym święcie przekonana;) W końcu to kosmetyczka, czyli osoba, która (teoretycznie) się na tym zna, wyznaczyła mi taką, a nie inną linię brwi;) Sądziłam, że nie mam powodów żeby jej nie zaufać w takiej jakby się mogło wydawać – błahej kwestii, więc uwierzyłam jak dziecko i wzięłam to za prawdę objawioną;) Przez lata powielałam ten schemat w domu i od czasu do czasu odwiedzałam też kosmetyczkę;) Któregoś razu wysłałam mojej siostrze selfie na messengerze;) Napisała, że spoko tylko te… „brwi wyjebki”, takie cieniutkie… Ja oczywiście na to:, ale jak to? Kosmetyczka tak mi je wyregulowała, więc pewnie takie do mnie pasują;) Siostra wspomniała jednak, że jej koleżanka po nieudanym makijażu permanentnym brwi (pigment się nie utrzymał) szukała mniej trwałej alternatywy i trafiła na salon, w którym wykonuje się tzw. pudrową hennę brwi wraz z profesjonalnym wyznaczeniem łuku brwiowego za pomocą rysunków i pomiarów;) Z efektów była zadowolona, więc stwierdziłam, że też się wybiorę i przy okazji spróbuję również liftingu rzęs z botoksem i koloryzacją;) Muszę przyznać, że jeśli chodzi o lifting rzęs to byłam zadowolona jedynie przez chwilę;) Bez niezrobionych brwi było widać jakiś tam efekt, ale już po tej pudrowej hennie, kiedy to brwi stały się naprawdę wyraziste – rzęsy i cała reszta twarzy zeszły na drugi plan;) Poczułam się trochę jak człowiek, który ma już brwi, ale za to stracił rzęsy i twarz:D Łuk brwiowy został perfekcyjnie wyznaczony, ale henna była tak mocna, że byłam w lekkim szoku;) Do galerii handlowej weszłam w okularach przeciwsłonecznych, ponieważ czułam się bardzo nienaturalnie;) Z jednej strony wiedziałam, że usługa została wykonana należycie, ale z drugiej te brwi były dla mnie zbyt mocne;) Efekt miał się utrzymać do 2 tygodni na skórze i 6-8 tygodni na włoskach;) Po 2 dniach moje brwi wyglądały już tak jak na zdjęciu profilowym (zrobiłam je właśnie wtedy), czyli widać było już prześwity, a po 5 dniach nie zostało już nic. Ani na skórze ani na włoskach;) Moje brwi są bardzo oporne na hennę, więc nie byłam zaskoczona. Choć zaręczano mi, że ich henna jest wyjątkowo trwała i u każdego utrzymuje się super. Gdyby tak było to muszę przyznać, że pewnie korzystałabym regularnie;)

jak zapuścić brwi sposoby

Wiem… długi wstęp, ale chciałam precyzyjnie nakreślić sytuację;) Już po przekroczeniu drzwi gabinetu usłyszałam, że rzęsy mam ładne, ale te brwi to kto mi tak wyskubał? Ano inna kosmetyczka:D Radosna nowina brzmiała, że moje brwi jak najbardziej są do odratowania, ale będę musiała współpracować, czyli zaprzestać ich wyrywania;) Kosmetyczka oznajmiła, że od tego momentu mam zacząć je zapuszczać.

Ale jak ja mam zapuścić brwi? Przecież to się nie uda!


Long 4 Lashes na wzrost brwi

Zapytałam z niedowierzaniem, ponieważ z moich informacji wynikało, że jeśli ktoś przez lata nadmiernie wyrywał brwi to stają się one coraz słabsze aż w końcu przestają rosnąć i już ich się nie zapuści choćby nie wiem co;) Kosmetyczka zapewniła jednak, że moje z pewnością odrosną (a wyrywane były przez 12 lat);) Wystarczy na jakiś czas całkowicie zaprzestać samodzielnego wyrywania brwi i pozwolić im żyć swoim życiem;) W międzyczasie żeby nie wyglądać dziwnie, należy domalowywać brakujące włoski lub regularnie pojawiać się na takiej właśnie pudrowej hennie;) Z uwagi na to, że pudrowa henna okazała się u mnie nietrwała, a wydatek rzędu 80zł co 5 dni byłby już lekką przesadą – poszłam tą drugą drogą;) Byłam bardzo sceptyczna, co do tego, że samo pozostawienie brwi w spokoju pozwoli im wyjść na prostą, więc dopytywałam co jeszcze mogę zrobić? Pani powiedziała, że na koniec wizyty dostanę dwie szczoteczki – jedną do rzęs, a drugą do brwi. Tą drugą miałam energicznie czesać, wręcz drapać brwi – tak żeby pobudzić je do wzrostu. Ten sposób nie przekonał mnie zbyt mocno, ponieważ (i tu śmieszna anegdotka) mając 12 lat udało mi się wytrzeć brwi od częstego pocierania ich palcami;) Autentycznie;) „Stukałam” sobie brwi palcami, po pewnym czasie stały się one drapiące, a dalsze tego typu praktyki sprawiły, że brwi częściowo mi się wytarły (tak, odrosły wtedy:D). Wiedziałam więc, że z tą szczoteczką nie mogę być zbyt nadpobudliwa;) Niemniej praktykowałam to przez jakiś czas w nadziei, że zadziała;) Taka szczoteczka to niewielki wydatek (jeśli musimy zakupić we własnym zakresie), więc myślę, że mimo wszystko warto spróbować. A nuż coś da;) Ostatnią poradą, jaką usłyszałam były oczywiście odżywki:) Można sięgnąć po specjalną odżywkę do brwi lub używać tej przeznaczonej do rzęs. Miałam otwarte Long 4 Lashes serum przyspieszające wzrost rzęs, które od czasu do czasu stosowałam zgodnie z przeznaczeniem, więc postanowiłam tym razem wypróbować je na brwiach:) Po jakimś czasie pomyślałam, że dołączę do niego również Delia Cosmetics Creator, czyli serum przyspieszające wzrost brwi i rzęs. Oba te sera okazały się być dobrym pomysłem. Być może bez nich brwi również by odrosły, ale możliwe, że przebiegałoby to wolniej i z nieco gorszym skutkiem. Najważniejsze było jednak to, że połączenie wszystkich tych zaleceń, czyli powstrzymywanie się od „skubania”, używanie szczoteczki i odżywek przyniosło zamierzone efekty. 
zapuszczanie brwi efekty

Zapuszczanie brwi efekty
Nie robiłam dokładnej „dokumentacji fotograficznej”, ponieważ nie sądziłam, że stworzę wpis na ten temat. Pomyślałam jednak, że być może komuś się przyda i przy okazji pośmiejemy się trochę;) 
Na 1 zdjęciu od góry mamy brwi po 1,5 tygodnia bez żadnej regulacji, na 2 zdjęciu po ok. miesiącu, a na 3 zdjęciu po ok. 1,5 miesiąca, ale dodatkowo z henną. Myślę, że mimo słabej jakości zdjęć (były robione tak po prostu w łóżku zaraz po przebudzeniu;)) dość wyraźnie widać efekt;) Obecnie ubytków, czyli tych pustych pól niepokrytych włoskami jest jeszcze mniej (ostatnie zdjęcie powyżej zrobione zostało w połowie sierpnia).
zapuszczanie brwi efekty
Tutaj jeszcze aktualne zdjęcie. Brwi z henną, ale taką, która farbuje jedynie włoski, więc widać stan faktyczny. Efekt po hennie wykonanej w salonie wygląda dużo bardziej starannie niż tutaj, ponieważ tam zostały najpierw perfekcyjnie wyrysowane kontury brwi, a następnie zostało to zabezpieczone i dokładnie wypełnione henną również, w miejscach, w których nie było włosków. Dzięki temu efekt był taki równy. A przy swojej domowej hennie Refectocil, która "nie łapie" mi skóry, nie jestem w stanie tego osiągnąć:) Niemniej poprawa jest znaczna. Może z czasem wyrośnie jeszcze trochę brakujących włosków. Ciężko mi to ładnie uchwycić z bliska, ale macie taki ogólny zarys;)

Moje brwi nie są takie maksymalnie gęste, ale pierwotnie, czyli zanim zaczęłam jakąkolwiek regulację również takie nie były. Z natury pamiętałam je jako dość szerokie, ale nieco rzadkie;) Zresztą według mnie mało kto ma takie totalnie gęste brwi z natury. Sporo osób posiada takie wręcz niewidoczne brwi, które muszą stworzyć makijażem niemal od podstaw;) A ja chociaż powątpiewałam czy to się uda – z efektów jestem zadowolona. Efekt musi być naprawdę widoczny, ponieważ mnóstwo osób dostrzegło te moje odrodzone brwi wyrażając swoją aprobatę;) Większość komentarzy brzmiało, że zupełnie inny człowiek/inna twarz, super etc. A ja oglądając swoje stare zdjęcia podśmiewam się pod nosem;) Cóż… chociaż raz warto było posłuchać kogoś innego;) I chociaż henna zastosowana w salonie była u mnie nietrwała jak każda inna wcześniej mi znana to przynajmniej dowiedziałam się jak powinny wyglądać moje brewki;) Człowiek jednak uczy się przez całe życie;) A więc podsumowując…


Jak zapuścić brwi?


Delia Cosmetics Creator odżywka do brwi i rzęs


1. Zaprzestać regulowania brwi pozwalając im „wykiełkować”. Można oczywiście wyrywać pojedyncze włoski, które rosną poza ustalonym przez nas „łukiem idealnym”. 


2. Energicznie przeczesywać brwi za pomocą szczoteczki do czesania brwi, która może pomóc pobudzić ich wzrost (może to być nawet stara szczoteczka po tuszu). 


3. Sięgnąć po odżywki przeznaczone typowo do brwi albo do rzęs. Ja używałam serum przyspieszające wzrost rzęs Long 4 Lashes marki Oceanic i Delia Cosmetics Creator, czyli serum na wzrost rzęs i brwi. Można też oczywiście poeksperymentować z innymi odżywkami. U mnie wybór padł na te, ponieważ po prostu miałam je na stanie.


4. Można też posiłkować się metodami naturalnymi takimi jak np. olej rycynowy lub inne oleje. Ich zaletą jest to, że ładnie nawilżą i nabłyszczą włoski. Niemniej sama podczas swojej akcji zapuszczania brwi nie korzystałam z tej metody. Była mi ona już bowiem wcześniej znana i uważam ją za niezbyt skuteczną. Poza tym w moim przypadku po zastosowaniu tak tłustych produktów w okolicach powiek i brwi pojawiają się dość uciążliwe drobne krostki. 


5. Henna brwi i/lub makijaż brwi. Jeśli nie możemy patrzeć na te „kiełkujące włoski”, a na naszych brwiach henna dobrze się utrzymuje, warto po nią sięgnąć. Dla wielu osób usługa, o której wspomniałam na wstępie będzie super opcją, ponieważ w większości przypadków rzeczywiście utrzymuje się przez kilka tygodni (ja miałam pecha). Plusem jest to, że owa henna „łapie” też skórę, zatem dobrze maskuje ubytki. Dla opornych na hennę lub nieprzekonanych do niej pozostaje domalowywanie włosków kredką lub pomadą aż w końcu nie będzie takiej potrzeby. Ja czułam się naprawdę dziwnie domalowując sobie taką fikcyjną linię brwi, ale nie miałam innego wyboru;) Teraz już "jadę" po tej linii, która mi odrosła.

6. Jeśli nic nie działa - skorzystaj z prawa przyciągania:D Wizualizuj, że już masz te brwi aż w końcu odrosną:D


Czy każdy może skutecznie zapuścić i odbudować naturalny łuk brwiowy?


Niestety nie. Niektórym włoski nie odrastają mimo starań. Nie ma reguły, ale zawsze warto spróbować i może akurat się uda tak jak w moim przypadku? Mojej mamie np. włoski w obrębie łuku brwiowego nie rosną. W czasach jej młodości była moda na cieniuteńkie brwi i takie jej już pozostały. Choć na dobrą sprawę nie wiem jakie miała z natury. Musiałabym to sprawdzić na zdjęciach;) W ostateczności zawsze pozostaje makijaż permanentny brwi, który mnie osobiście kusi, ponieważ nie musiałabym już ich dodatkowo malować. W moim przypadku jest to jednak niepewna akcja, ponieważ z tego co się dowiadywałam bywa, że u osób, które słabo reagują na hennę (tak jak ja) pigment również się nie utrzymuje. Musiałabym spróbować żeby się przekonać. Chciałabym, ale z drugiej strony martwi mnie wizja kasy wyrzuconej w błoto. Także póki co pozostaję z tym co wyhodowałam, a koloru dodaję sobie kredką lub pomadą.


A jak się mają Wasze brewki? Doświadczyliście jakichś śmiesznych historii albo wpadek na miarę Eweliny?;) Może znacie jakieś inne sposoby na pobudzenie brwi do wzrostu?
Czytaj dalej »

piątek, 4 stycznia 2019

Promocja w Rossmannie 2+2 gratis styczeń 2019 na produkty przyjazne naturze!

Klub Rossmann w 2019 roku nadal ma się dobrze i wkrótce startuje z kolejną promocją:) Już za parę dni promocja w Rossmannie 2+2 gratis na produkty najlepsze dla Ciebie i przyjazne dla natury;) Zatem coś dla miłośników tych „lepszych” składów;) Promocja nosi nazwę – Zadbaj o siebie, zadbaj o naturę;)
Promocja w Rossmannie 2+2 styczeń 2018, rossmann styczeń 2019

Promocja w Rossmannie 2+2 styczeń 2019


Akcja promocyjna skierowana jest dla członków Klubu Rossmann.

Promocja trwa w dniach od 9 do 18 stycznia 2019 lub do wyczerpania zapasów.


Promocja obejmuje zakup 4 różnych produktów z sekcji zdrowe odżywianie oraz produktów przyjaznych naturze, które oznaczone zostaną zieloną etykietą, a także zostaną podane w regulaminie na stronie Rossmann. Produkty mogą być z tej samej kategorii. Muszą się jedynie różnić kodami kreskowymi.


Nie wiem jak będzie w tym roku, ale rok temu oprócz produktów spożywczych można było kupić wybrane kosmetyki z tych nieco bardziej eko np. Yope, Alterra etc. Trzeba poczekać na listę produktów;)


Trzeba przyznać, że Rossmann od dłuższego czasu nie zaskakuje, ponieważ promocje są powtarzalne i przewidywalne, ale ma to też swoje plusy. Chociaż z drugiej strony przydałby się jakiś powiew świeżości;) Jeszcze nie wiem czy skorzystam tym razem z promocji, ale Rossmann ma sporo ciekawych przysmaków, więc niewykluczone, a jeśli chodzi o kosmetyki to już zależy od tego czy promocją zostanie objęte coś co będzie mi potrzebne;)


Zamierzacie skorzystać ze styczniowej promocji w Rossmannie?

Zobacz też:


Czytaj dalej »

środa, 2 stycznia 2019

Make Me Bio woda różana!

Jeszcze nie tak dawno, ponieważ jakieś 2-3 lata temu unikałam jak ognia kosmetyków, które miały cokolwiek wspólnego z różą. Uwielbiam dostawać róże i wcale nie są dla mnie oklepane, ale woń różanych kosmetyków często mnie odrzuca;) Zupełnie nie przypominają znanego mi delikatnego aromatu ciętych róż. Ich zapach najczęściej jest babciny i niezbyt zachęcający;) Niemniej któregoś razu „zatkałam nos” i postanowiłam dać szansę chociażby kremom i wodom różanym;) Obecnie mam już za sobą niejedno zużyte opakowanie wody różanej z kilku marek. Dziś o tej, którą zużyłam kilka dni przed świętami, czyli Make Me Bio
Make Me Bio hydrolat z róży



Hydrolat z róży damasceńskiej przeznaczony jest do wszystkich rodzajów skóry. Zwłaszcza zmęczonej, dojrzałej i wrażliwej. Ma on za zadanie przywrócić skórze blask, dokładnie ją oczyścić zmniejszając tym samym zmiany trądzikowe. Oprócz tego wygładza, nawilża oraz uelastycznia skórę. Może być stosowany nie tylko na twarz, ale i na włosy, sprawiając, że staną się one bardziej elastyczne i odżywione. 
Woda różana Make Me Bio

Woda różana Make Me Bio umieszczona została w zgrabnej plastikowej buteleczce o pojemności 100ml. Na opakowaniu nie mamy oznaczenia PAO, zatem obowiązuje data ważności. Opakowanie zostało wyposażone w atomizer, wodę można więc używać w formie mgiełki. Przyznam, że ja jednak wolę tradycyjne wylewanie na wacik, ponieważ tak jest dla mnie wygodniej i sprawniej;) Dlatego też odcięłam rurkę i używałam bardziej tradycyjnie odkręcając nakrętkę;) Z pewnością przyczyniło się to do zmniejszenia wydajności, ale nie ukrywam, że komfort stosowania jest dla mnie najważniejszy;)

Produkt Make Me Bio oparty jest w 100% na Rosa Damascena. Nie ma tu więc mowy o żadnym oszustwie jeśli chodzi o skład. Czysta woda różana. Hydrolat ten posiada przezroczystą barwę i jak na mój gust daleki od przyjemnego zapach;) Ale tak jak już wspomniałam na wstępie, wód różanych zdecydowanie nie używam w celach aromatycznych;) Muszę przyznać, że moja poprzednia woda różana prosto z Bułgarii pachniała bardziej znośnie. Przy tej natomiast pierwsze dni były ciężkie i nie byłam pewna czy nie zrobi mi się niedobrze od tej wątpliwej woni. No, ale cóż… jak wiecie hydrolaty dość często nie pachną zbyt zalotnie. Jak sięgnę pamięcią to miewałam gorsze, np. bodajże z rumianku. Postanowiłam więc nie rozczulać się zbytnio nad tym zapachem;) Na szczęście nie należy on do tych długotrwałych. Znika niemal od razu po aplikacji, a nałożenie dalszej pielęgnacji skutecznie załatwia sprawę. Także nie zrażajcie się;) Poza tym czytałam, że dla niektórych jest on cudowny także nie wnikam;) Wodę różaną stosowałam jako tonik po uprzednim oczyszczeniu twarzy pianką, czyli przed zastosowaniem dalszej pielęgnacji typu serum/krem i inne wynalazki. Przyznam, że bardzo dobrze spisała się ona u mnie w tej roli. Jej największą zaletą jest łagodność dla skóry. Nie odczuwałam żadnego ściągnięcia, a przyjemne ukojenie. Zwłaszcza gdy skóra była lekko podrażniona lub miejscowo przesuszona co niestety od czasu do czasu zdarza się zimą. Po jej użyciu cera zawsze była lekko rozświetlona i dobrze przygotowana na przyjęcie kolejnych kosmetyków. Jedynymi wadami był wspomniany zapach oraz mała pojemność, ponieważ te 100ml wystarczyło mi na jakieś 2 tygodnie stosowania. Mimo tego z działania byłam zadowolona i ciekawi mnie jeszcze woda waniliowa z tej marki. Cena należy do przystępnych, ponieważ jej koszt to kilkanaście złotych.

Lubicie wodę rózaną? Znacie hydrolaty Make Me Bio?

Czytaj dalej »