sobota, 29 września 2018

Laneige Time Freeze EX – esencja do twarzy i serum pod oczy!

Markę Laneige darzę sentymentem, gdyż była jedną z pierwszych, która pokazała mi, że mogę znaleźć dobre koreańskie kosmetyki dla siebie:) Niezaprzeczalnym hitem jest dla mnie całonocna maska do ust, bardzo lubię też pomadki Stained Glasstick. Miło wspominam także maskę pod oczy i Water Bank Essence. Serię Laneige Time Freeze właściwie miałam wypróbować już w ubiegłym roku. Jednak postawiłam wtedy na dwa inne produkty z tej marki (były niebieskie, więc wiecie;)). Ale co się odwlecze, to nie uciecze i tak oto trafiłam nawet na lekko odnowione kosmetyki Laneige Time Freeze EX (a przynajmniej tak wynika z oficjalnej strony Laneige). Jak się u mnie sprawdził ten srebrny duecik w postaci esencji do twarzy i serum pod oczy?

Laneige Time Freeze EX


Laneige Time Freeze



Jest to seria kosmetyków przeciwzmarszczkowych składająca się z serum pod oczy, esencji, kremu oraz maseczki ujędrniającej. Ja wypróbowałam serum pod oczy oraz esencję do twarzy. Seria polecana jest dla osób w wieku 25-35, więc nawet jestem w tym przedziale. Choć jak pewnie wiecie bardziej kieruję się potrzebami cery i intuicją niż widełkami wiekowymi podanymi przez producenta. Mówiąc wprost, na ogół wiem co dla mnie dobre w kwestii pielęgnacji. Cała seria ma za zadanie łagodzić objawy starzenia, znosić szorstkość, poprawiać elastyczność i zapobiegać powstawaniu zmarszczek.


Laneige Time Freeze Essence EX


Laneige Time Freeze Essence EX

Esencję do twarzy Laneige z serii Time Freeze otrzymujemy w kartonowym opakowaniu. Wewnątrz znajdziemy smukłą, srebrną puszeczkę, która prezentuje się naprawdę elegancko. Nawiasem mówiąc srebro również zalicza się do jednej z moich ulubionych barw;) Minusem jest jedynie to, że trudno się je fotografuje, gdyż podwajają się napisy na opakowaniach;) Dozowanie esencji jest bardzo wygodne i nic się nie zacina. Otwór fabrycznie posiadał białą osłonkę, której warto użyć, jeśli chcemy zabrać produkt w podróż. Pojemność opakowania wynosi 40ml i należy je zużyć w ciągu 12 miesięcy. Po boku puszeczka posiada przezroczysty pasek, dzięki któremu możemy na bieżąco obserwować poziom zużycia. I muszę przyznać, że esencji szybko ubywa z opakowania. Wystarcza jej na kilka tygodni stosowania. Wczoraj zresztą pokazywałam Wam na Insta Story owy pasek z pustą już przestrzenią.
Laneige esencja Time Freeze
Esencja posiada jasną barwę i lekką konsystencję. Nie jest ona jednak wodnista. To raczej coś w rodzaju delikatnego mleczka lub lekkiej emulsji. Zapach mnie nie zachwycił. Jest perfumowany, ale jest to bliżej nieznana mi elegancka nuta zapachowa. Myślę, że może się podobać biorąc pod uwagę gust statystycznej kobiety (że tak to niezgrabnie ujmę bo w praktyce coś takiego nie istnieje). Ale mojego serca ten zapach nie skradł. Plusem jest jednak to, że owa woń jest lekka i mogłam używać esencji nawet, gdy byłam chora i wszystko mnie drażniło. Także podczas silnych bólów głowy, z którymi lekarze jakoś sobie nie radzą;) Esencja podczas rozprowadzania staje się wilgotna i świetnie się wchłania. Zwłaszcza po przyciśnięciu skóry dłońmi na zakończenie (to już taki mój codzienny rytuał;)). Nie jest to produkt matujący. Pozostawia raczej zdrowe, pół-satynowe wykończenie. Idealnie nadaje się pod makijaż. Obojętnie czy pod podkład czy pod puder:) Nic się nie warzy, a dzięki szybkiemu wchłanianiu można sprawnie przechodzić do rzeczy;) Esencja postawia po sobie przyjemny, nietłusty film ochronny, który daje poczucie gładkości i elastyczności przez większość dnia. Co ciekawe świetnie sprawdziła się, jako jedyny produkt pielęgnacyjny na twarz, szyję i dekolt na dzień. Myślałam, że będę musiała stosować jeszcze krem lub serum, a ona okazała się być samowystarczalna:) A muszę przyznać, że nie zdarza mi się to zbyt często bo jestem raczej zwolenniczką warstwowego nakładania produktów:) Rano oczyszczałam twarz pianką Neogen, następnie przecierałam skórę wodą różaną i od razu kładłam na to esencję. Potem mogłam od razu przejść do wykonania makijażu. Wieczorem lubiłam nałożyć również odrobinę pod krem Huxley, o którym niebawem. Czy esencja zamroziła czas?:) Na pewno podczas stosowania, jakość mojej cery nie pogorszyła się;) Stała się bardziej elastyczna, lepiej nawodniona i mięciutka w dotyku, a dzięki temu drobne linie mniej widoczne. Nawilżenie było na naprawdę wysokim poziomie. Ja takie kosmetyki traktuję przede wszystkim prewencyjnie:) Nie ma mowy o prasowaniu zmarszczek, ale można zaryzykować stwierdzenie, że czas się zatrzymał:D Przynajmniej podczas stosowania, czyli na tych kilka tygodni, bo przecież kosmetyki działają wtedy kiedy ich używamy;) Przyznam jednak, że esencja bardzo miło mnie zaskoczyła. Zwłaszcza, że okazała się być produktem praktycznie samowystarczalnym. Zdecydowanie polecam.


Laneige Time Freeze Eye Serum EX

Laneige Time Freeze Eye Serum EX, Laneige esencja Time Freeze

Serum pod oczy z serii Time Freeze wygląda właściwie identycznie jak esencja do twarzy. Z tą różnicą, że ma o połowę mniejszą pojemność (20ml) i jego opakowanie również jest mniejsze. Po boku także mamy paseczek pozwalający na kontrolę zużycia i według mnie serum pod oczy ubywa wolniej, ponieważ je jeszcze mam. 
Laneige Time Freeze Eye Serum EX
Serum posiada lekką kremową konsystencję, dzięki której produkt wchłania się błyskawicznie, co jest szczególnie pomocne, jeśli chcemy stosować je pod makijaż. Nie nakładałam już na nie kremu pod oczy. Zapach jest bardzo podobny jak w przypadku esencji, czyli perfumowany i niekoniecznie w moim guście. Jest jednak delikatny. Nigdy nie zdarzyło się żebym wyczuwała go już po wklepaniu. Zawsze jedynie przed rozprowadzeniem. To dość ważne, ponieważ produkty pod oczy nie powinny posiadać zbyt mocnych zapachów. Jeśli chodzi o działanie to muszę przyznać, że esencja do twarzy sprawdziła się u mnie lepiej niż serum pod oczy. Bardziej spektakularnie i aż żal, że się skończyła. Jednak serum również posiada swoje plusy, a zalicza się do nich przede wszystkim lekka, nieobciążająca formuła.Tak jak wspomniałam - w sam raz na dzień. Choć ja starałam się stosować je również na noc, a dodatkowo jak wiecie używałam też płatków pod oczy dla wzmocnienia i uzupełnienia pielęgnacji. Serum pod oczy Laneige Time Freeze przede wszystkim nawilża, wygładza i uelastycznia skórę, a przy tym jej nie obciąża. Przy regularnym stosowaniu staje się ona mniej szara:) Choć muszę przyznać, że mój poprzedni krem - Mamonde pielęgnował intensywniej, był taki bardziej odżywczy:) Warto jednak zaznaczyć, że moja skóra pod oczami jest wymagająca i czasami potrzebuje połączenia sił:) Mimo wszystko uważam, że i serum pod oczy Laneige znajdzie sporo zwolenniczek. Zwłaszcza wśród osób poszukujących lekkich konsystencji. Jeśli jednak ktoś musiałby wybrać między esencją do twarzy, a serum pod oczy to doradziłabym esencję:) Działa silniej i jest trochę jak kosmetyk 3w1:) Z serii Time Freeze ciekawi mnie jeszcze maseczka na noc i krem.

Kosmetyki Laneige znajdziecie na Jolse

Znacie kosmetyki Laneige Time Freeze? Lubicie esencje do twarzy i sera pod oczy?
Czytaj dalej »

środa, 26 września 2018

SecretKey Marine Racoony Hydro-Gel Eye & Multi Patch!

Płatki pod oczy to jedne z moich ulubionych koreańskich kosmetyków. Choć przewrotnie nie zawsze mam je w zanadrzu;) Dlaczego więc ulubione? Próbując podobnych tego typu produktów europejskich marek rzadko mogłam się dopatrzeć jakichkolwiek efektów. W dodatku „nasze” płatki nie występują w takich fajnych zbiorczych opakowaniach, a ich ceny nie są korzystne. Dałam więc sobie z nimi spokój i stawiam na koreańskie. Dotychczas wypróbowałam Koelf, Petitfee, Skin79 aż w końcu przyszła pora na wyjątkowo urocze SecretKey. Czy i tym razem było warto?

SecretKey Marine Racoony Hydro-Gel Eye & Multi Patch
 

SecretKey Marine Racoony Hydro-Gel Eye & Multi Patch


 
koreańskie płatki pod oczy

Marka SecretKey posiada w swej ofercie 3 rodzaje płatków z serii Racoony. Pierwszą wersją, która rzuciła mi się w oczy była Gold Racoony, a następnie Pink Racoony. Jednak długo się wahałam w obawie, że pod słodkim opakowaniem kryje się słaby produkt. Bodajże pod koniec zimy pojawiła się wersja Secret Key Marine Racoony Hydro-Gel Eye & Multi Patch i po paru miesiącach stwierdziłam, że swoją przygodę z płatkami tej marki zacznę właśnie od niej;) Wszak dla fanki wszelkich nadmorskich klimatów jak znalazł;) Płatki zawierają m.in. kolagen, wodorosty, fasolę i wiele innych naturalnych składników. Mają one za zadanie odżywić suchą i zmęczoną skórę za pomocą 24-karatowego złota oraz kompleksu morskiego.
SecretKey Marine Racoony

Płatki SecretKey otrzymujemy w przesłodkim kartoniku z uroczym stworkiem – szopem;) Wewnątrz znajdziemy równie radosny plastikowy słoiczek. Opakowanie zawiera 60 płatków i trzeba je zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Słoiczek jest dobrze zabezpieczony przed wysychaniem lub rozlaniem się esencji, w której zanurzone zostały płatki. Mamy nie tylko sreberko, ale i dodatkową wewnętrzną osłonkę. Powinna być chyba jeszcze szpatułka, ale jej nie znalazłam. Niewykluczone, że wypadła mi gdzieś w tym szale otwierania paczki. Zastanawiałam się też czy przypadkiem nie przełożyłam jej do kartonika z kremem Huxley, bo tam akurat szpatułka była. Ale jednak wygląda nieco inaczej, więc chyba nie. Dla mnie nie był to problem, ponieważ w tym przypadku z powodzeniem nakładałam palcami. Dłuższe paznokcie nawet mi to ułatwiały;) Zapach płatków jest delikatny, nie powinien nikomu przeszkadzać. Mnie całkiem szczęśliwie skojarzył się z morzem, słońcem i plażą. Zdecydowanie relaksujący i bez nietypowych nut:) Płatki posiadają oliwkowy kolor i kształt półksiężyca. Są mocno nasączone esencją i niezbyt grube.
płatki pod oczy SecretKey Marine Racoony

Morskie płatki są „multi”, czyli przeznaczone nie tylko pod oczy, ale i na dowolne partie twarzy, jeśli tylko mamy na to ochotę. Można nakładać bezpośrednio na twarz i skórę pod oczami lub rozpuścić płatek w wodzie by uzyskać kojąco-nawilżającą esencję. Pomysł z uzyskaniem esencji jakoś do mnie nie przemówił. Choć chyba nie byłby taki zły. Ale jednak byłam nastawiona na to bardziej tradycyjne stosowanie, czyli pod oczy i ewentualnie wybrane partie twarzy. Pierwsze użycie pod oczy trochę mnie zirytowało, ponieważ najpierw umyłam i tonizowałam twarz, a następnie na twarz (pomijając okolice oczu) nałożyłam krem i po chwili nie tracąc czasu położyłam też po jednym płatku pod oczy. Zdarzało mi się tak robić z innymi i ładnie się trzymały, ale te się niestety ześlizgiwały i co chwilę musiałam poprawiać. Aż do momentu, gdy łaskawie się uspokoiły;) Kolejne aplikacje były już więc na umytą i przetartą tonikiem twarz, ale jeszcze nie pokrytą dalszą pielęgnacją. To zdecydowanie ułatwiło sprawę, choć też w pierwszych minutach próbowały mi trochę zjeżdżać. Za to minusik, bo jednak cenię sobie, gdy nic mi z twarzy nie spada:) Zdarzało mi się też nakładać na taką idealnie już wchłoniętą wieczorną pielęgnację. Późno się kładę, więc tak naprawdę od mycia i pielęgnacji aż do spania za zwyczaj mija parę godzin. 
SecretKey eye patch
Na stosowanie płatków najczęściej znajduję czas wieczorem, choć super jest też móc zastosować rano. Jeśli ktoś sądzi, że dzięki płatkom będzie mógł zrezygnować z pielęgnacji okolic oczu to powinien lekko pohamować entuzjazm. Chyba, że mowa o młodziutkich osobach, które potrzebują czegoś, co ukryje zmęczenie po imprezach;) Jednak według mnie płatki SecretKey stanowią świetne uzupełnienie dla codziennej pielęgnacji:) Pozostawią po sobie kojące uczucie chłodzenia, które jest mile widziane przede wszystkim w przypadku skóry pod oczami. Dodatkowo fajnie wygładzają i napinają skórę, a relaksujący zapach zachęca do stosowania:) Po użyciu skóra ma taki zdrowy połysk;) Warto zastosować je również przed większym wyjściem, kiedy nasze spojrzenie wygląda na zmęczone lub po nieprzespanej nocy. Mogłyby jedynie nieco lepiej trzymać się skóry zaraz po nałożeniu. Może to kwestia dużej ilości esencji, którą zawiera opakowanie. Gdy płatek trochę „podeschnie” to już nie zjeżdża. Tak czy inaczej oceniam je jak najbardziej na plus:)


Używacie płatków pod oczy lub do twarzy? Znacie markę SecretKey?
Czytaj dalej »

niedziela, 23 września 2018

Promocja w Rossmannie -55% na kosmetyki do makijażu październik 2018!

 
Już w październiku kolejna promocja w Rossmannie -55% na kosmetyki do makijażu! Kiedy kupimy kolorówkę 55% taniej?

Promocja w Rossmannie -55% na kosmetyki do makijażu pażdziernik 2018


Promocja w Rossmannie na kolorówkę trwać będzie w dniach 9.10 – 18.10.2018 lub do wyczerpania zapasów! Dla wybranych klientów VIP promocja obowiązuje już od 29.09!



Oferta skierowana jest do członków KLUBU ROSSMANN, dla których zniżka wyniesie -55%.


Rabat -55% na kosmetyki kolorowe będzie obowiązywał  przy zakupie 3 różnych produktów do makijażu. Z promocji można skorzystać 3 razy.

Promocja obowiązuje na kosmetyki kolorowe (kolorówkę), czyli produkty do makijażu takie jak np. podkłady, pudry, tusze, kredki, pomadki, lakiery, korektory, kosmetyki do brwi. Niekiedy jednak promocja obejmuje również takie produkty jak balsamy do ust czy odżywki do rzęs i tym razem również:)


Pełna lista produktów objętych promocją dostępna jest w regulaminie na stronie Rossmann.


Podejrzewam, że jak zawsze kilka dni wcześniej będzie można się także spodziewać podobnej akcji w Super-Pharm:)

Co warto kupić podczas promocji -55% na kolorówkę w Rossmannie?



 Bourjois
Paznokcie: Hybrydy Escala,
Brwi: L'Oreal 1, Loreal 2
Usta: , Bell, Eveline olejek
Rozświetlacze i bronzery: Bell, Bourjois,
Bazy: Bielenda, Bell baza pod cienie
Bibułki matujące - Wibo


Czy zamierzam skorzystać z październikowej promocji w Rossmannie na kosmetyki do makijażu?


Na pewno jak zwykle zajrzę lub pobuszuję w sklepie internetowym, ale nie mam jeszcze planów zakupowych. Być może coś wpadnie mi w oko:) 

Planujecie skorzystać z promocji w Rossmannie -55% na kolorówkę w październiku? Lista zakupów przygotowana?

Zobacz też:


Czytaj dalej »

piątek, 21 września 2018

Joanna Botanicals For Home SPA – Cannabis Seed i Oat Milk!

Od kilku miesięcy regularnie poznaję nowości kosmetyczne Laboratorium Joanna. Jakiś czas temu marka wprowadziła do sprzedaży serię Botanicals For Home SPA, która dzieli się na linie – Cannabis Seed, Oat Milk i Black Rose. Każda zawiera krem do rąk, żel pod prysznic, balsam do ciała i peeling. Produktów do pielęgnacji ciała zużywam sporo, a ta seria zainteresowała mnie właściwie od razu;) Najpierw zużyłam Cannabis Seed, a chwilę potem jak na zawołanie trafiły do mnie kosmetyki Oat Milk. Którą z serii wspominam lepiej?

Joanna Botanicals For Home SPA Cannabis Seed


Joanna Botanicals For Home SPA Cannabis Seed

Linia Cannabis Seed posiada przyjemne dla oka opakowania z zielonymi etykietami. Muszę przyznać, że szata graficzna zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. W ogóle nie widać, że są to produkty w tak przystępnych cenach. Najbardziej obawiałam się zapachu, gdyż kosmetyki na bazie konopi za zwyczaj nie pachną zbyt zalotnie. Dla przykładu linia Hemp z The Body Shop pachnie naprawdę swoiście. Mnie ten zapach kojarzy się nawet trochę z kurzem. Da się używać, ale nie należy do przyjemnych;) Zapach Joanny okazał się jednak OK. Nie mogę powiedzieć żeby mnie zachwycił, bo troszkę kojarzy mi się jednak z zapachami kosmetyków sprzed dekady albo nawet dwóch, ale na tle TBS wypada dużo bardziej normalnie. Zauważyłam nawet, że zyskał sporo zwolenniczek. Ja bym się do nich raczej nie zaliczyła, ale każdy ma inny gust. Najważniejsze, że nie był dla mnie męczący. W moim odczuciu był po prostu świeży, kosmetyczny. Trochę nawet przypominał zapach prania. 


Seria zawiera 4 produkty: krem do rąk, żel pod prysznic, peeling i balsam. Zużyłam wszystkie prócz żelu, który podarowałam siostrze. Seria Cannabis Seed posiada działanie nawilżające.
Joanna Botanicals For Home SPA Cannabis Seed krem do rąk

Krem do rąk Cannabis Seed występuje w wygodnej i ładnej zielonej tubce o pojemności 75ml. Jego wydajność nie była wysoka, gdyż oscylowała w granicach niespełna 2 tygodni stosowania na noc, ale u mnie to raczej nie nowość;) W przypadku kremu początkowo trochę doskwierał mi jego zapach (pachniał najintensywniej z całej serii), ale po 2-3 dniach się przyzwyczaiłam. Krem posiada jasną barwę i kremową konsystencję, która łatwo się rozprowadza. Ja oczywiście nakładałam zawsze nieco grubszą warstwę i na parę minut zakładałam rękawiczki, gdyż kremy do rąk stosuję tylko wieczorem, a taki kompres zawsze zadziała lepiej. Muszę przyznać, że pomijając trochę zbyt mocny zapach krem spisał się u mnie całkiem nieźle, dłonie pozostawały nawilżone i wygładzone przez większość kolejnego dnia.
Joanna Botanicals For Home SPA Cannabis Seed peeling

Peeling do ciała Cannabis Seed został umieszczony w przezroczystej 200ml tubie dość dobrze znanej z wielu innych peelingów Joanny. Opakowanie to jest całkiem wygodne pod prysznicem. Peeling posiada dość gęstą żelową konsystencję, w której zatopiono mnóstwo drobinek. Dzięki konsystencji łatwo przylega do skóry i nie ma tendencji do spływania. Moc ścierania jest tutaj raczej delikatna, więc nadaje się do regularnego i częstego stosowania. Nie podrażniał ani nie wysuszał mojej skóry. Efektem stosowania było przede wszystkim wygładzenie i subtelne nawilżenie. Nie jest to produkt, który pozostawia po sobie odżywczą warstewkę tudzież zwalnia z użycia balsamu;) Był w porządku, ale nie wyróżniał się niczym szczególnym, więc nie trafił do grona moich ulubieńców.
Joanna Botanicals For Home SPA Cannabis Seed balsam

Nawilżający balsam do ciała Cannabis Seed występuje w wygodnej przezroczystej butelce z pompką. Jego pojemność to 240ml. Pompka przez cały czas działała bez zarzutów. Jedynie pod koniec musiałam odkręcić opakowanie celem wylania na siebie resztek zawartości;) W przypadku balsamu zapach według mnie był najdelikatniejszy, więc byłam usatysfakcjonowana. Mogłam go nakładać na całe ciało od góry aż po stopy. Balsam jest średniej gęstości, ale sprawnie się rozprowadza. Wchłanianie trwało od kilku do kilkunastu minut. Balsam pozostawiał po sobie delikatny film ochronny. Z poziomu nawilżenia moja sucha skóra była zadowolona. Ciało było gładkie i nawilżone przez większość dnia. Nie odczuwałam nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia.

Joanna Botanicals For Home SPA Oat Milk


Joanna Botanicals For Home SPA Oat Milk

Tak jak wspomniałam, zaraz po zużyciu Cannabis Seed trafiły do mnie produkty Oat Milk i postanowiłam od razu wziąć je w obroty. Ta linia również składa się z 4 produktów. Mamy żel pod prysznic, balsam, peeling oraz krem do rąk. Tutaj podobnie żel podarowałam siostrze, gdyż miałam w użyciu inny tego typu produkt;) Opakowania są tutaj bardzo podobne. Różnią się jedynie kolorami i pod tym względem Cannabis Seed wypada lepiej, gdyż zieleń przemawiała do mnie bardziej niż te złoto-kremowe etykiety ożywione pomarańczą;) Ale nie opakowanie jest najważniejsze. Liczy się działanie:) Na plus zapach, który zdecydowanie przypadł mi do gustu o wiele bardziej. Produkty z mleczkiem owsianym pachną subtelnie, lekko słodko i nieco mlecznie. Bardzo przyjemnie i nie nachalnie. To jeden z tych zapachów, który umila stosowanie, ale się nie narzuca;) Seria Oat Milk posiada przede wszystkim działanie odżywcze.
Joanna Botanicals For Home SPA Oat Milk krem do rąk

Krem do rąk Oat Milk występuje w jasnej tubce o pojemności 75ml. Posiada on przyjemny delikatny zapach oraz kremowo-żelową konsystencję, która wydała mi się nieco lżejsza niż w przypadku konopnego brata. Zastosowany w niewielkiej ilości wchłania się błyskawicznie pozostawiając po sobie lekki film ochronny i subtelny zapach. Natomiast przeze mnie nakładany był tradycyjnie na noc grubszą warstwą;) Podobnie jak w przypadku poprzedniego kremu, z działania byłam zadowolona. Skóra dłoni była dobrze nawilżona i gładka przez większość doby.
Joanna Botanicals For Home SPA Oat Milk peeling

Peeling do ciała Oat Milk występuje w identycznym opakowaniu jak ten z zielonej serii. Różnią się tylko etykietą;) Peeling posiada kremowo-żelową konsystencję, która jest według mnie bardziej przyjemna. Moc złuszczania określiłabym jako od delikatnej po średnią. Dodatkowo delikatny zapach uprzyjemnia stosowanie. Efektem jest przede wszystkim wygładzenie i zmiękczenie skóry, ale zauważyłam także subtelne odżywienie. Choć również nie jest to peeling, po którym nie trzeba już używać balsamu. Nie jest fenomenalny, ale wypadł w moich oczach lepiej niż ten konopny:)
Joanna Botanicals For Home SPA Oat Milk balsam

Balsam do ciała Oat Milk występuje w przezroczystej butelce wyposażonej w wygodną pompkę. Pojemność wynosi 240ml. Balsam posiada przyjemny subtelny zapach, dzięki czemu bardzo chętnie go używałam na każdą partię ciała. Po wchłonięciu na ciele zostaje jeszcze subtelny blisko-skórny zapach;) Nie musimy się więc obawiać, że zmęczy otoczenie. Balsam posiada jasną barwę i lekką kremową konsystencję. Na pierwszy rzut oka wydaje się ona podobna do Cannabis Seed, ale wchłania się zdecydowanie lepiej i szybciej. Nawilżenie jest długotrwałe. Powiedziałabym, że porównywalne z dobrymi balsamami aptecznymi. Najczęściej stosowałam go codziennie wieczorem, ale nawet jeśli zdarzyło mi się co drugi dzień to moja skóra nadal pozostawała nawilżona. Dodatkowo balsam przyjemnie zmiękcza, wygładza i odżywia skórę. To zdecydowany faworyt spośród wszystkich 6 zużytych przeze mnie produktów.


Jeśli miałabym odpowiedzieć, która seria jest lepsza to w moim odczuciu zdecydowanie Oat Milk. Przyjemniejszy zapach, formuły i działanie. Z nimi bardziej poczułam się jak w SPA. Polecam zwłaszcza balsam. Ceny kosmetyków Joanna Botanicals For Home SPA są bardzo przystępne. Wprawdzie nie widziałam ich jeszcze nigdzie stacjonarnie, ale Google podpowiada, że jest to od 6,50zł do 12zł za jeden produkt. Zakup całej serii oscyluje gdzieś w granicach 40zł. 


Znacie serię Joanna Botanicals For Home SPA?
Czytaj dalej »

wtorek, 18 września 2018

Nourish Regenerująca maska probiotyczna z minerałami!

Wypróbowałam już niemało kosmetyków angielskiej marki Nourish i muszę przyznać, że mimo iż nie jestem z tych osób, które składy stawiają na pierwszym miejscu to bardzo lubię te produkty. Przede wszystkim za to, że są wysokiej jakości i naprawdę miło się ich używa. Dziś pora na kolejny produkt tej marki, który trafił do mnie jeszcze w czerwcu. Jak przedstawiają się moje wrażenia po zużyciu?

Nourish Regenerująca maska probiotyczna z minerałami


Nourish Probiotic Multi-Mineral Repair Mask

 

Nourish maska

Regenerująca maska probiotyczna z minerałami marki Nourish to silnie odżywczy produkt o właściwościach anti-ageing. W swoim składzie posiada drożdże probiotyczne, a właściwie minerały powstałe w procesie ich fermentacji. Dodatkowo maska wzbogacona została wodą z róży damasceńskiej oraz olejkiem z lawendy. Maska zawiera również magnez, cynk, miedź i żelazo. Jest zatem sporo minerałów wspomagających zdrowie i kondycję skóry. 
Nourish Probiotic Multi-Mineral Repair Mask

Maskę otrzymujemy w kartonowym opakowaniu, wewnątrz którego znajdziemy zgrabną przezroczystą buteleczkę z dozownikiem charakterystycznym dla wielu kosmetyków z wyższej półki. Jest on wygodny w stosowaniu, choć trzeba pamiętać o jego oczyszczeniu po użyciu. Maska posiada mniejszą niż standardowo pojemność, gdyż jest to 30ml. PAO wynosi 6 miesięcy. Jak na markę Nourish przystało, maska zawiera odpowiednie certyfikaty.
Nourish certyfikaty

Produkt posiada jasną barwę i kremową konsystencję. Zapach jest delikatny, ale dość specyficzny, co bywa dosyć częste w przypadku kosmetyków ekologicznych. Nieszczególnie przypadł mi do gustu. Pewnie dlatego, że w składzie mamy mieszankę substancji, które nie posiadają ulubionych przeze mnie zapachów. Wszak z lawendą i różą nie zawsze jest mi po drodze. Zapach ten jest jednak niedrażniący i wyczuwalny tylko przez chwilę po nałożeniu. Producent zaleca nałożyć grubą warstwę kosmetyku na oczyszczoną i osuszoną skórę. Po 5 minutach wystarczy zebrać nadmiar maski płatkiem kosmetycznym i przemyć skórę letnią wodą. Dla bardziej intensywnego efektu można pozostawić maskę na całą noc.  Ja najchętniej wybierałam opcję 5 minutową stosując pod prysznicem. Produkt nie podrażniał ani nie zapychał mojej mieszanej cery. Powiedziałabym wręcz, że posiada właściwości kojące i przeciwzapalne, więc spokojnie mogłam stosować nawet gdy wyskoczyła mi jakaś krostka lub miejscowe podrażnienie. Oprócz tego zauważyłam przede wszystkim działanie odżywcze i regenerujące. Świetnie sprawdziła się latem, ale myślę, że byłaby super również na zimę:)


Znacie już najnowszą maskę Nourish? Słyszeliście o probiotykach w kosmetykach?
Czytaj dalej »

sobota, 15 września 2018

Przegląd 5 nowości Nivea – które są dla Ciebie?

Dość regularnie trafiają do mnie nowości Nivea. Niektóre są dla mnie trafione idealnie w punkt tak jak np. Nivea Soft Mix Me, które spodobały mi się w tym roku chyba najbardziej czy chociażby olejek w balsamie, który również miło wspominam:) Nie ma jednak produktów dla każdego, więc naturalnie bywa, że część z nich sprawdza się lepiej u kogoś z rodziny niż osobiście u mnie. Ciężko bowiem żeby kosmetyki wysyłane jako niespodzianki były za każdym razem dopasowane do moich potrzeb, włosów, typu skóry etc. Dziś więc dla odmiany obiecany przegląd nowości Nivea zarówno z moimi spostrzeżeniami jak i poradami u kogo najlepiej sprawdzą się poszczególne kosmetyki (przynajmniej potencjalnie). Zaczniemy chronologicznie od najstarszego, a skończymy na totalnej świeżynce;)

Nivea olejek w balsamie kwiat pomarańczy i olejek awokado



Balsam otrzymujemy w zgrabnej butelce z wygodnym otwieraniem. Wszystko działało bez zarzutów, więc udało mi się go wydobyć niemal do ostatniej kropli. Pojemność mojego opakowania wynosiła 200ml, ale występują również 400ml i to byłaby lepsza opcja dla mnie;) Mój balsam był w wersji kwiat pomarańczy i olejek awokado, ale występuje jeszcze kilka innych zapachów. 

Balsam ten posiada lekką, śliską konsystencję, a jednocześnie nie do końca przypomina typowy balsam. W końcu to olejek w balsamie:) Mi jednak bardziej przywodził na myśl coś w rodzaju aksamitnego jogurtu do ciała. Chwilę później miałam jogurt do ciała z TBS i konsystencja była w pewnym stopniu podobna. Z tą różnicą, że produkt TBS sprawiał same problemy od zbyt intensywnego zapachu po słabe nawilżenie i rolującą się formułę. To był dramat:) Jak widać cena nie zawsze idzie w parze z jakością, gdyż tańszy kosmetyk Nivea sprawdził się o wiele lepiej. Nawilżał moją skórę przez większość dnia, przyjemnie wygładzał oraz pozostawiał po sobie delikatny zapach. W moim odczuciu był on co prawda bardziej jabłkowy niż przypominający kwiat pomarańczy, ale bardzo ładny i radosny:) Na pewno jeszcze do niego wrócę:) Dobra propozycja dla wszystkich balsamo-maniaków;) Natomiast jeśli ktoś nie lubi się smarować to raczej nie dla niego:)

Nivea Fresh Revive



Nivea Fresh Revive to suchy szampon do włosów występujący w 3 rodzajach do różnych odcieni włosów. Moje były farbowane na brąz, więc naturalnie wybrałam najciemniejszą wersję. Ku mojej uciesze, z niebieskimi akcentami na opakowaniu;) 


Innowacyjność tego szamponu polega na tym, że po wyciśnięciu naszym oczom nie ukazuje się biała maź tudzież proch, a w przypadku wersji dark jest to kolor idący w kierunku średniego tudzież jasnego brązu. Po słowie dark spodziewałam się czegoś ciemniejszego, ale z drugiej strony byłby problem gdyby był całkiem czarny;) Plus jest taki, że jeżeli kolor okaże się dobrze dobrany to poniekąd otrzymujemy w pakiecie produkt maskujący odrosty. Do moich włosów był ok., choć mógłby być trochę ciemniejszy. Suchych szamponów używam jednak wyłącznie w kryzysowych sytuacjach, więc finalnie oddałam go siostrze, która sięga po takie produkty częściej i w dodatku ma jaśniejsze włosy. Suchy szampon w kolorze posiada zarówno zalety jak i wady. Do wad należy to, że trzeba uważać żeby nie zabrudzić przestrzeni wokół siebie, czyli np. płytek w łazience oraz nie dotknąć do czegoś włosami. Ja przecierałam nasadę włosów ręcznikiem papierowym dla pewności. Szampon dobrze radził sobie z odświeżaniem włosów, a jednocześnie nie były one tak matowe jak po niektórych suchych szamponach. Myślę, że częste stosowanie takich produktów nie jest korzystne dla skóry głowy, ale awaryjnie taki produkt bywa pomocny. Choć w tym przypadku trzeba nieco uważać z aplikacją ze względu na zawartość pigmentu. Z tego co zauważyłam kosmetyk ten budzi kontrowersje w blogosferze i niektórzy mieli problem z jego zastosowaniem. Myślę, że nie ma w tym nic dziwnego. W końcu nie ma produktów uniwersalnych, skrojonych na potrzeby wszystkich konsumentów.

Nivea Hairmilk Natural Shine szampon i odżywka



W Nivea rozrosła się również seria Hairmilk, którą wzbogacono o szampon i odżywkę do włosów Natural Shine. Oba produkty występują w miłych dla oka różowych opakowaniach. Szampon to duża 400ml butla, natomiast odżywka to standardowe 200ml. Oba produkty posiadają przyjemne, świeże zapachy. Swego czasu miałam odżywkę Hairmilk w niebieskim opakowaniu, z której byłam bardzo zadowolona, więc wstępnie ucieszyłam się z tego duetu:) Jednak moje włosy mają skłonność do przetłuszczania. Zwłaszcza, gdy równocześnie stosuję typowo odżywcze kosmetyki zarówno do oczyszczania jak i nawilżania (lepiej się u mnie sprawdza opcja z typowo oczyszczającym szamponem i np. bardziej regenerującą odżywką). Dlatego po kilkukrotnym wypróbowaniu kosmetyki powędrowały do mojej siostry, która ma inny rodzaj włosów (tym bardziej, że byłam w trakcie stosowania czegoś innego). Powiedziałabym, że jej włosy są bardziej suche, sztywniejsze, ładnie się kręcą i jest ich dużo;) Moje są bardziej niesforne. Ze skłonnością do przetłuszczania u nasady i przesuszeń na końcach. W moim odczuciu te kosmetyki rzeczywiście pielęgnują, nawilżają i nabłyszczają włosy. W moim przypadku nawet je dyscyplinowały (stawały się bardziej proste). Tak naprawdę to już podczas mycia były wyczuwalnie gładsze i nic się nie plątało. Jednak ja jestem przyzwyczajona do mycia włosów co drugi dzień, a w przypadku nawilżająco-nabłyszczającego duetu tego drugiego dnia miałam już przyklap. Siostra z kolei może myć włosy rzadziej, a w międzyczasie odświeża je jedynie suchym szamponem w razie potrzeby. Osobiście ten duet poleciłabym właśnie do włosów suchych lub normalnych lub do częstego stosowania jeśli myjecie włosy codziennie:) 

Nivea Black&White Invisible Silky Smooth

Nivea Black&White Invisible Silky Smooth
Najnowszą nowością (która dotarła do mnie dopiero 6 września) jest antyperspirant Nivea Black&White Invisible Silky Smooth. Postanowiłam go jednak umieścić w zestawieniu nowości jako ciekawostkę, ponieważ antyperspirantów w sprayu i tak nie używam. Sięgam jedynie po te w kulce lub ewentualnie w sztyfcie. Sprawdziłam więc jedynie jak pachnie (całkiem przyjemnie i świeżo) i oddałam go do wypróbowania mamie. Mama również nie jest fanką tego typu formuł, ale podjęła wyzwanie i używa. Póki co nie nie wiem jak jej się sprawdza, ale postaram się dać znać na Instagramie lub w innym wpisie za jakiś czas. Nowy antyperspirant Nivea ma za zadanie zapewniać 48h ochronę przed poceniem, zapobiegać białym śladom i żółtym plamom, a także nadawać się do użycia nawet po depilacji. Dla zwolenniczek dezodorantów w sprayu opcja jest do rozważenia;)


Znacie, któreś z tych kosmetyków Nivea? Jak u Was wypadły?
Czytaj dalej »

piątek, 14 września 2018

Gdy nasza przesyłka jest zbyt duża dla kuriera!

Dość często mam styczność z firmami kurierskimi. Nie tylko jako blogerka, otrzymując paczki PR czy też podejmując współprace z markami, ale także jako zwykły konsument. Jak już wiecie, często decyduję się na zakupy online, nierzadko korzystając przy tym ze zniżek, rabatów i bonusów. Jest to dla mnie wygodne. Zwłaszcza, że mam zakaz dźwigania do końca życia, a niekiedy moje zakupy ważą niemało;) Za pośrednictwem tradycyjnego kuriera zamawiam różne rzeczy od drobiazgów dla siebie po przedmioty codziennego użytku lub prezenty. Kurierzy coraz częściej przyjmują nawet te mniej typowe zlecenia. Jednak każda firma kurierska realizuje transport przesyłek do określonego w swoim regulaminie gabarytu (wagi i wymiarów). Wtedy zaczynają się schody, ponieważ jednocześnie nie wszystko da się przewieźć własnym samochodem osobowym. Dawniej w razie potrzeby dogadywaliśmy się z sąsiadami lub znajomymi, którzy mieli odpowiednie auto i mogli pomóc np. przy przewozie mebli i nie wzięli za to milionów monet;) Jednak ludzie się wyprowadzają, a drogi z niektórymi znajomymi z czasem się rozchodzą i możesz liczyć już tylko na siebie lub przepłacać za usługi oferowane przez sklepy. 

transport oferty

Pamiętacie mój wpis o toaletce? Zimą zamarzyła mi się zmiana mebli. Najpierw sprzedałam stare, a następnie zamówiłam meble w Ikei, które wcześniej oglądałam stacjonarnie rozważając wszystkie za i przeciw. Zamawiałam nie tylko toaletkę, która była jedynie jednym z elementów nowego wystroju, ale także wszystkie inne meble do pokoju. Zakupy przebiegły dość sprawnie, ponieważ zamawiałam w sobotę rano, a transport mebli był już na poniedziałek. Był tylko jeden haczyk – dostawa w tym sklepie nie jest zależna od odległości od sklepu w km, a od wagi zamawianych mebli. Im więcej mebli tym więcej trzeba zapłacić. U mnie wyniosło to aż 189zł, ale gdybym zamówiła coś jeszcze to byłoby już 299zł. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to dużo biorąc pod uwagę, że transport był w obrębie mojego miasta. I nie ma znaczenia czy ktoś ma do Ikei 5 minut czy mieszka na drugim końcu miasta. Pamiętam zresztą jeszcze czasy, gdy dostawa mebli z wielu sklepów była bezpłatna. Nie byłam zachwycona, że muszę zapłacić aż tyle za przewóz, ale niestety nie udało mi się wtedy znaleźć innego rozwiązania. Sytuacje, w których ciężko samemu poradzić sobie z transportem, a kurier to za mało nie zdarzają się na szczęście codziennie. Nie są jednak zupełną rzadkością. We wtorek moja siostra zdała egzamin na prawo jazdy i właśnie rozgląda się za pierwszym autkiem. Idealnie jeśli uda się jej coś kupić w obrębie miasta, ale jeśli nie to bierze pod uwagę transport samochodu z zagranicy. Zwłaszcza, że czasami można trafić na niezłe okazje, a początkującemu wiele nie potrzeba. 
przewoz mebli, gielda furgonetka

W takich i wielu innych sytuacjach z pomocą przychodzi serwis Giełda Furgonetka, który jest jednym z 3 serwisów spółki Furgonetka. Jest to spółka zrzeszająca zespół specjalistów branży e-commerce. Firma ma ugruntowaną pozycję na rynku oraz dobre opinie, więc nie trzeba się obawiać o nasze przedmioty. Odrębna platforma Giełda Furgonetka została stworzona właśnie po to by umożliwiać i ułatwiać transport dużych, nietypowych przesyłek. System działa bardzo sprawnie, ponieważ rejestrujemy się na platformie jako użytkownik i w momencie gdy potrzebujemy transportu dodajemy bezpłatne ogłoszenie. Przewoźnicy, którzy są w stanie zrealizować nasze zlecenie dodają swoje wyceny za takie zlecenie. To my jako zleceniodawcy wybieramy zleceniobiorcę, czyli przewoźnika, którego oferta odpowiada nam najbardziej. W ten sposób można zaoszczędzić nawet do 60% na każdym transporcie. Na platformie znajduje się ponad 4000 przewoźników, więc możemy liczyć na naprawdę zróżnicowane oferty i wybrać tą najkorzystniejszą dla siebie. Serwis daje gwarancję bezpieczeństwa, ponieważ każda firma transportowa jest przez niego wcześniej zweryfikowana. To bardzo ważne, wszak chodzi o przewóz naszej własności. Dostępna jest również aplikacja mobilna, dzięki której skorzystamy z serwisu wszędzie. Za pośrednictwem platformy możemy przetransportować nie tylko meble i samochody, ale także motocykle, sprzęty AGD, rzeźby, zwierzęta etc. Serwis jest również bardzo przydatny w trakcie przeprowadzek. W tej chwili np. może przydać się osobom, które zdecydowały się podjąć studia w innym mieście i czeka ich zmiana lokum. Tak naprawdę wszystko zależy od naszych potrzeb. Gdybym trafiła na niego kilka miesięcy temu, na pewno spróbowałabym dodać ogłoszenie i być może meble miałabym już w sobotę, a przede wszystkim z dostawą w niższej cenie. Myślę jednak jeszcze o paru zmianach, więc będę o tym pamiętać na przyszłość.


A jak Wy radzicie sobie w takich sytuacjach? Korzystacie z możliwości takich platform?  

Czytaj dalej »

środa, 12 września 2018

Tipli.pl – cashback łatwiejszy niż kiedykolwiek!

Muszę Wam coś wyznać… Jestem rozrzutna i zawsze tak było! Pieniądze zupełnie się mnie nie trzymają! Potrafię wydać niemal wszystko co mam bo np. miałam nietypową zachciankę lub chciałam sprawić komuś radość;) Jestem jedną z tych osób, o których mówi się, że „mają gest”. Uwielbiam robić prezenty, ale w ostatnich miesiącach zaczęłam jednak nieco rozważniej podchodzić do tych zakupów, które robię na potrzeby własne. Oczywiście wciąż zdarzają mi się spontaniczne zakupy bez czekania na promocje, ale coraz częściej „daję sobie na wstrzymanie” i czekam na lepszą okazję lub szukam zniżek i bonusów. Powoli zaczynam dostrzegać, że żyjemy w czasach nie tylko wielu możliwości na zarobkowanie, ale i oszczędzanie. Można wydawać i jednocześnie oszczędzać, np. dzięki Tipli.pl!  Jak to działa?

Tipli platforma cashbackowa


Czym jest Tipli?



Tipli jest platformą oferującą cashback. Dzięki niej na nasze konto osobiste możemy otrzymać zwrot za poczynione przez nas zakupy online. Do wyboru mamy naprawdę ogrom sklepów. W dodatku wszystko zostało podzielone na intuicyjne i wygodne kategorie, więc z łatwością odnajdziemy interesujący nas sklep. 


Jak skorzystać z Tipli?



Żeby wypróbować wszystkie korzyści platformy zarejestruj się bezpłatnie na Tipli i oszczędzaj na internetowych zakupach. Proces rejestracji przebiega bardzo szybko. Wpisujemy swój adres e-mail, ustalamy hasło i klikamy zarejestruj się za darmo. Po chwili na naszą pocztę przychodzi mail z linkiem aktywacyjnym. Po zalogowaniu otrzymujemy dostęp do wszystkich ofert Tipli. W ustawieniach konta wpisujemy dane niezbędne do korzystania z serwisu i wypłaty środków.  Żeby skorzystać z cashbecku logujemy się na swoje konto Tipli, wybieramy sklep, w którym chcemy dokonać zakupów i przechodzimy do niego za pośrednictwem platformy. Następnie logujemy się w wybranym przez nas sklepie, dodajemy produkty do koszyka i płacimy tak jak zawsze! Nic trudnego, prawda? Za każdy zakup otrzymujemy część pieniędzy z powrotem na nasze konto. 
tipli.pl cashback


Czy można zaoszczędzić na zakupie kosmetyków?



Pewnie! Na Tipli dostępne są sklepy internetowe z kosmetykami. Znajdziemy je w kategorii uroda i zdrowie. Wybór jest całkiem spory i zróżnicowany:) W jednej z moich ulubionych drogerii internetowych iperfumy.pl otrzymujemy nawet do 5% zwrotu. Nie dość, że perfumy są tam tańsze to jeszcze dostaniemy zwrot:) Jest również Sephora, Douglas, e-zebra i wiele innych. Każda kosmetykoholiczka znajdzie coś dla siebie:)


Ile możemy na tym zyskać?



Zależnie od sklepu cashback wynosi od 1 do nawet 10%. Dla przykładu na Allegro jest to 1%, ale już na Aliexpress nawet do 10%. W serwisie znajdziemy również bogatą ofertę zniżek. Aktualne zniżki znajdują się w jednym miejscu, więc nie musimy np. zaglądać na Fanpage ulubionego sklepu żeby sprawdzić czy aby przypadkiem nie oferują jakiegoś rabatu lub promocji na darmową dostawę. Podobnie jest z gazetkami promocyjnymi, które również znajdziemy w odrębnej sekcji. Dodatkowo możemy skorzystać z programu poleć i zyskaj. Wystarczy skopiować nasz unikalny link polecający dostępny w panelu i przesłać znajomemu lub udostępnić go np. na Facebooku lub Tweeterze.  Można również wpisać adresy mailowe znajomych i Tipli zaprosi ich do rejestracji w naszym imieniu. Za każdą rejestrację znajomego za naszym pośrednictwem otrzymujemy bonus w wysokości 25zł. W ten sposób możemy uzyskać nawet do 750zł bonusu:) Warto również zainstalować wtyczkę Tipli, dzięki której nie przegapimy żadnego zwrotu cashback.
cashback za zakupy tipli.pl


Czy to się opłaca?



Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o cashbacku parę lat temu, byłam sceptycznie nastawiona z uwagi na to, że te parę procent wydawało mi się grą niewartą świeczki. Potrzebowałam czasu żeby spojrzeć na to z innej perspektywy pt. – grosz do grosza, a będzie kokosza;) Zwrot za pojedyncze zakupy może być niewielki, ale jeśli często zamawiamy coś przez internet lub kupujemy droższe produkty to nawet z tych paru procent szybko uzbiera się niezła sumka:) Nie musimy ograniczać się do jednej kategorii np. kosmetyków. Możemy zamawiać ubrania, książki, elektronikę, produkty dla zwierząt i wiele innych. Poza tym rejestracja i korzystanie z serwisu tak jak wspomniałam są bezpłatne, więc nic nie tracimy. Możemy jedynie zyskać. Dodatkowo sporo ciekawostek oraz inspiracji znajdziemy również w sekcji Tipli magazyn. 


Znacie Tipli.pl? W jaki sposób oszczędzacie na zakupach przez internet?
Czytaj dalej »

wtorek, 11 września 2018

Opuncja figowa w pielęgnacji twarzy i ciała oraz kropla grejpfruta!

W maju trafił do mnie interesujący zestaw produktów w postaci Oleju z nasion z opuncji figowej Saharacactus oraz balsamu z tym samym składnikiem i dodatkowo olejem arganowym o aromacie grejpfruta. Wpis z wrażeniami niestety dość mocno się opóźnił, ale dziś cofam się w czasie i powracam do nich pamięcią:)


Saharacactus olej z nasion z opuncji figowej


olej z nasion z opuncji figowej, opuncja figowa olejek

Olej z opuncji figowej występuje w dwóch pojemnościach 30ml oraz 15ml. Ja chciałam stosować go głównie pod oczy i jako dodatek do maseczek plus okazyjnie na całą twarz, więc uznałam, że mniejsza pojemność będzie wystarczająca. Nie lubię bowiem marnowania kosmetyków;) Olejek przychodzi w ładnym kolorowym opakowaniu. Wewnątrz znajdziemy szklany pojemniczek wyposażony w pompkę. Minusem jest tutaj to, że etykieta trochę się odkleja. Zwłaszcza, że zawsze coś na nią skapnie;) A także to, że pompka mogłaby podawać nieco mniej produktu. 
Saharacactus olej z nasion z opuncji figowej
Olej posiada żółtą barwę i typowo oleistą konsystencję. Wchłania się dość długo, więc najlepiej stosować wieczorem. Pod makijaż się nie nada. 
Olej z opuncji figowej w moim odczuciu pachnie bułką tartą;) Nie jest to uporczywy zapaszek,  raczej delikatny. 
Nie jestem wielką zwolenniczką stosowania olejów w pielęgnacji – wolę jednak sera, esencje etc. Ale wyczytałam kiedyś, że olej z opuncji figowej jest bardzo wartościowym produktem, więc postanowiłam świadomie dać mu szansę:) Olej ten posiada certyfikat Ecocert i nie jest żadnym oszustwem, ponieważ w składzie mamy 100% Opuntia ficus indica seed oil. Według producenta przeznaczony jest do pielęgnacji skóry dojrzałej, odwodnionej, wymagającej regeneracji i pokrytej zmarszczkami. Zawiera on dużą dawkę witaminy E zwaną „witaminą młodości”, która ma działanie antyoksydacyjne i ochronne. Olej z opuncji figowej zwany jest naturalnym botoksem;) Nie wiem czy powinnam określać moją niespełna 32 letnią skórę już jako dojrzałą (powoli chyba tak), zniszczoną to już na pewno nie. Ale latka lecą i profilaktyka nigdy nie zaszkodzi;) Zresztą myślałam głównie o stosowaniu pod oczami, a akurat ta strefa jest u mnie najbardziej problematyczna:) Olej ze względu na dość długie wchłanianie nadaje się przede wszystkim do stosowania na noc, o czym producent rzetelnie uprzedza. Produkt rzeczywiście jest tłustawy, więc w niektóre dni rezygnowałam z jego stosowania. Przy pielęgnacji olejami należy pamiętać o aplikacji na zwilżoną skórę, ponieważ nakładając na suchą skórę możemy osiągnąć efekt przeciwny od zamierzonego (wysuszenie, uczucie ściągnięcia). Dobrze jest też stosować olej w połączeniu z kremem lub serum. U mnie przez jakiś czas było to serum The Ordinary i to połączenie fajnie się sprawdzało, gdyż serum samo w sobie nie nawilżało, więc olejek uzupełniał niedostatki. Potem zaś najczęściej stosowałam z kremem lub niekiedy solo. Czy zauważyłam naturalny efekt botoksu? Ciężko stwierdzić, ponieważ botoksu nigdy nie miałam, ale powiedziałabym, że aż tak dobrze nie było. Niemniej rzeczywiście po jego zastosowaniu na noc, rano za zwyczaj skóra była bardziej jędrna i zwarta. Trzeba jednak uważać by nie nakładać oleju zbyt blisko linii rzęs, ponieważ pojawia się wtedy uczucie zamglenia, o które nietrudno przy tego typu konsystencji. Zaważyłam również właściwości kojące np. przy zatartej skórze (ja mam niestety skłonności do pocierania skóry pod oczami i bywa, że jest przez to sucha lub zaczerwieniona). Wpływu na nieszczęsne cienie nie zaobserwowałam, ale też nie zauważyłam żeby producent to obiecywał. Olej fajnie sprawdza się również jako dodatek do maseczek glinkowych. Na całą twarz stosowałam jedynie raz na jakiś czas gdy chciałam mocno odżywić cerę lub w przypadku drobnych podrażnień.


Beaute Marrakech Delikatny regenerujący balsam do ciała z olejem z opuncji figowej oraz Olej arganowy o zapachu grejpfruta


Beaute Marrakech balsam opuncja figowa

Balsam występuje w dużej 350ml butelce wyposażonej w pompkę, która działa bez zarzutów aż do końca. 
Beaute Marrakech balsam do ciała
Marka Beaute Marrakech posiada parę rodzajów balsamów. Ja wybrałam ten, ponieważ nie posiada składników zapachowych i jest polecany do skóry wrażliwej. Lubię piękne zapachy, ale bardzo cenię sobie również kosmetyki bezzapachowe. Są zawsze bezpieczne i przynajmniej mam pewność, że nigdy nie rozboli mnie od nich głowa. Balsam ten w mojej ocenie był praktycznie bezzapachowy, więc odpowiadało mi to. Konsystencja jest w tym przypadku lekka, a barwa biała. Wchłaniał się błyskawicznie. Niestety dla mojej suchej skóry w momencie gdy go stosowałam (czyli w maju) był trochę za słaby. Nawilżał przeciętnie. 
olej arganowy o zapachu grejpfruta

Postanowiłam go więc nieco wzbogacić olejem arganowym o aromacie grejpfruta, który był dodatkiem do balsamu. To było dobre posunięcie, gdyż dzięki niemu zyskałam lepsze nawilżenie i wygładzenie skóry ciała. Choć balsam nie był już wtedy bezzapachowy. Ale na szczęścicie aromat grejpfruta pochodzący z olejku jest naprawdę naturalny i przyjemny. Pozostałości oleju arganowego o aromacie grejpfruta zużywam jako olejek do skórek stosując na noc. Ładnie radzi sobie z nawilżeniem skórek, choć jak to w przypadku takich produktów bywa – trzeba być regularnym. A akurat o nałożeniu olejku na skórki nie zawsze pamiętam gdy wieczorem jestem już zmęczona. Na uwagę zasługuje też zwężony aplikator, który jest mega wygodny. Ten maluszek został właściwie moim ulubieńcem ze wszystkich 3 produktów.


Wszystkie 3 kosmetyki dostępne są w Maroko Sklep


Znacie olej z opuncji figowej? Stosowaliście kosmetyki na jego bazie?
Czytaj dalej »