wtorek, 30 października 2018

Tonymoly Cat’s Purrfect Day Cream – słodki wygląd, a jaka zawartość?

Któregoś wrześniowego dnia podczas wizyty w Sephorze moją uwagę zwróciła nowa kocia seria Tonymoly Cat’s Purrfect składająca się z maseczki całonocnej, kremu do twarzy i sztyftu pod oczy. Oczy mi się zaświeciły na ich widok, ale nie skusiłam się wtedy na żaden z produktów. Dość szybko jednak koci krem lub maska pojawiły się na mojej wishliście i już pierwszego dnia października po seansie w kinie nadrobiłam zaległości;) Kosmetyki Tonymoly mają dość nierówną jakość. Jedne są tylko ładne i bez większych fajerwerków, a inne zarówno ładne i skuteczne. A jak jest z kocim kremem na dzień? Czego można się po nim spodziewać?


Tonymoly Cat’s Purrfect Day Cream


Tonymoly Cat’s Purrfect Day Cream


Według producenta jest to kojąco-nawilżający krem na dzień, który ma zapewnić skórze super miękkość. Krem zawiera aminokwasy pozyskane z kokonów jedwabników. Mają one za zadanie wygładzać i odżywiać skórę twarzy.

Koci krem Tonymoly otrzymujemy w przezroczystym kartoniku. Wewnątrz znajdziemy przeurocze, słodkie aż do bólu opakowanie z milutkim białym kotkiem:) Z pewnością nie do każdego będzie przemawiać takie opakowanie, ale we mnie obudziło dziecięcą radość;) Pojemność to standardowe 50ml, PAO 12 miesięcy. Po odkręceniu kociej główki napotkamy na dodatkowe papierowe zabezpieczenie. Mamy więc pewność, że nikt nie otwierał produktu przed nami. 

Krem posiada konsystencję typu „memory shape”, czyli taką „inteligentną”, samo-wygładzającą się lub jak kto woli „pamiętającą” żeby wrócić do poprzedniego stanu. Podobny bajerek mamy np. w masce Hada Labo Tokyo. Lubię tego typu formuły, gdyż dzięki nim kosmetyk zawsze wygląda estetycznie. Sam krem jest lekki/mokry i szybko się wchłania. Warto jednak pamiętać żeby po rozsmarowaniu „przycisnąć” twarz dłońmi celem jeszcze lepszej absorpcji. U mnie fajnym patentem okazało się też stosowanie z urządzeniem do masażu twarzy. Dzięki swojej nieobciążającej formule, krem stanowi idealną bazę pod makijaż. Obojętnie czy to pod podkład czy jedynie sam puder:) 
Tonymoly Cat’s Purrfect Day Cream konsystencja
Zapach kremu jest bardzo delikatny i nie ma w sobie nic zachwycającego. Wydaje mi się jakbym skądś już go znała, choć nie jestem pewna skąd:) Po kilku dniach stosowania właściwie przestałam go czuć. To dla mnie nawet plus bo przynajmniej nie męczy;) Zresztą ja bardzo lubię pielęgnację twarzy o subtelnym zapachu. 
Tonymoly Cat’s Purrfect
Przejdźmy zatem do działania. Szczerze mówiąc nie miałam względem tego kremu wygórowanych oczekiwań. Kupiłam go bo był ładny i była promocja -20%. Akurat skończyła mi się wtedy esencja Laneige, więc postanowiłam zaryzykować i wypróbować;) Przyznaję, że Cat’s Purrfect z esencją Laneige równać się nie może, ale to też jakby nie patrzeć inny profil działania, więc nie ma sensu porównywać:) Prawdą jest, że rzeczywiście krem zapewnia skórze miękkość i gładkość, a przy regularnym stosowaniu (ja zawsze stosuję sumiennie, a nie tak jak niektórzy, że codziennie coś innego!) również odżywia. Parę razy miałam miejscowe przesuszenia na policzkach i o dziwo krem dość szybko to ogarnął. Nie jest to produkt do zadań specjalnych, ale jako pielęgnacja dzienna i baza pod makijaż sprawdza się naprawdę bez szczególnych zarzutów. Nadaje się również do zastosowania na noc w połączeniu z czymś więcej, np. serum (ja mam Neogen White Truffle). Dodatkowo kocia postać skutecznie uprzyjemnia ten mały poranny lub nawet wieczorny rytuał. Cena mogłaby być co prawda niższa jak na krem nawilżający, ale nie powiem żebym żałowała:) Choć trzeba jeszcze zaznaczyć, że nie należy on do wydajnych, gdyż używam od początku miesiąca, a niewiele mi już zostało (pokażę potem na Insta Story). Ale tak jak wspomniałam, stosowałam go codziennie rano, a dodatkowo po ok. 2 tygodniach włączyłam również do wieczornej pielęgnacji.


Znacie linię Tonymoly Cat’s Purrfect?


Czytaj dalej »

niedziela, 28 października 2018

Rituals The Ritual Of Happy Buddha - mgiełka oraz kosmetyki do pielęgnacji!

Pierwsze moje spotkanie z marką Rituals miało miejsce ponad 2 lata temu. Skusiłam się wtedy na zestaw The Ritual Of Sakura, który swoją drogą w tym miesiącu dotarł do mnie ponownie:) Ale dziś nie o nim! Weźmiemy na tapetę kilka kosmetyków Rituals The Ritual Of Happy Buddha. Jak się u mnie sprawdziły?
Rituals The Ritual Of Happy Buddha mgiełka


Rituals The Ritual Of Happy Buddha mgiełka do ciała i włosów


mgiełka Rituals The Ritual Of Happy Buddha

Mgiełkę otrzymujemy w radosnym pomarańczowym kartoniku, wewnątrz którego znajdziemy smukłą butelkę o pojemności 50ml. Do wyboru mamy dwa rodzaje mgiełek. Jedna jest do ciała i pościeli, a druga do ciała i włosów. Zdecydowałam się na tę drugą, ponieważ lubię sobie „wejść w mgiełkę zapachu”;) Poza tym podczas sprawdzania testera wydała mi się taka lekko nawilżająca, co potwierdziła też pani z Sephory. Nawiasem mówiąc, tego sierpniowego dnia nie miałam zamiaru nic kupować, ale zapach mgiełki mnie przycisnął i po chwili wróciłam sfinalizować transakcję kupna;) 
Jeśli chodzi o zapach to czułam, że mi się spodoba jeszcze na długo przed tym zanim go poznałam:) Zachwalała go kiedyś Marti, a ja jeszcze się nie zawiodłam na niczym z jej polecenia (mamy chyba dobrą synchronizację). Choć paradoksalnie nie ufam nikomu:D Na stronie Sephory wyczytamy, że zapach łączy w sobie pulsującą rześkość słodkiej pomarańczy z wigorem drzewa cedrowego. No cóż, lepiej bym tego nie ujęła:) Zapach jest wibrujący i energetyczny:) Energii od dłuższego czasu mi co prawda brak, ale latem gdy zaczęłam go używać działał na mnie naprawdę nieźle;) Wielbicielki cytrusowych zapachów powinny być zadowolone. Trwałość na początku była u mnie powalająca, gdyż potrafiłam czuć ten zapach przez cały dzień. Jednak teraz gdy zużyłam już ponad połowę buteleczki (mgiełka nie należy do wydajnych), zapach utrzymuje się u mnie dużo krócej. Możliwe, że się do niego po prostu zbyt mocno przyzwyczaiłam. Kwestia trwałości zapachów jest jednak czynnikiem mocno indywidualnym, więc nie jest powiedziane, że tak będzie u każdego. Mimo wszystko z mgiełki jestem bardzo zadowolona. Chociaż miałabym może jeszcze jedno zastrzeżenie. Podczas stosowania zaczęły mi się robić kołtuny we włosach. Zwłaszcza gdy mam zrobioną kitkę, a następnie rozpuszczam włosy. Obojętnie czy po nocy czy w ciągu dnia. Nie jestem jednak pewna czy to od mgiełki czy może olejek do włosów zaczął na mnie źle wpływać. Macie jakieś sposoby na zapobieganie kołtunom?:D


Rituals The Ritual Of Happy Buddha zestaw

Rituals The Ritual Of Happy Buddha zestaw

Mini zestaw do pielęgnacji ciała dostałam od Ani na urodziny. Niestety zdążyłam go wypaprać już jakiś czas temu;) Pokrótce jednak opowiem jak mi się używało:) Mini set zawiera piankę pod prysznic, peeling do ciała i krem do ciała. Wszystkie te produkty miałam już wcześniej lecz z serii Sakura;) Wspominam o tym, gdyż pomijając zapach, konsystencje i działanie są bardzo podobne. Zapach wszystkich produktów Happy Budhha jest rewelacyjny. Rzeczywiście taki „happy”:D Chyba tylko mojej mamy nie ujął gdy pewnego razu podczas wizyty w Sephorze powiedziałam jej – o, zobacz! Takie mam w domu!;) 
Rituals The Ritual Of Happy Buddha pianka

Zaczynając jednak od początku pianka pod prysznic ma formułę żelu, który po wyciśnięciu zmienia się w przyjemną, kremową piankę:) Przyjemność przy mini produkcie była wprawdzie krótka, ale konkretna! Z pewnością odkupię pełnowymiarową wersję. Poluję też na większe zestawy prezentowe. Póki co się nie pojawiają, ale liczę, że bliżej świąt będą bo chciałabym komuś podarować;) 
Rituals The Ritual Of Happy Buddha peeling

Peeling do ciała umieszczony został w małym słoiczku. Po otwarciu jest wrażenie jakby był on wypełniony tylko do połowy, ponieważ część cukrowa i oleista się „rozchodzą”, ale wystarczy wstrząsnąć i wszystko wraca do normy. Moc peelingu to od łagodnej do średniej. Zawiera on mnóstwo drobinek, ale nie podrażnia skóry. Całkiem przyjemnie nawilża, pozostawiając po sobie delikatną warstewkę oraz boski zapaszek. Ale nie jest to na tyle żeby nie móc użyć balsamu. Pojemność to 50ml.
Rituals The Ritual Of Happy Buddha krem

Krem do ciała występuje w 70ml tubce. Wiedziałam, że jak na moje łapczywe ciało to niewiele, więc zaszczytu jego stosowania dostąpiły jedynie nogi. Choć w sumie ekonomiczniej byłoby na górne partie:D Krem posiada średnio-gęstą konsystencję i trochę bieli podczas aplikacji, ale generalnie całkiem nieźle się wchłania. W momencie gdy go stosowałam byłam zadowolona z działania. Nogi były przyjemnie nawilżone. W dodatku zapach utrzymywał się naprawdę długo, więc czułam go jeszcze rano:) 


Kosmetyki Rituals od jakiegoś czasu bez problemu kupicie w Sephorze. 


Znacie The Ritual Of Happy Buddha lub inne kosmetyki Rituals? Lubicie? 

Zobacz też: KUP MISIA 2018

Czytaj dalej »

piątek, 26 października 2018

Kup misia 2018 piękna akcja fundacji TVN Nie jesteś sam!

Kochani, jak co roku spieszę z wiadomością, że już 1 grudnia 2018 kolejna - 13 edycja akcji Kup Misia, która jak zawsze organizowana jest przez fundację TVN Nie jesteś sam!

Podaruj Misia 2018
Fot. Fanpage Podaruj Misia. Miś Maja projektu Mai Ostaszewskiej i Łukasza Jemioła.

Jak zawsze w sprzedaży będą 4 misie. Będzie można je kupić w dwóch wersjach. Na Allegro w cenie 50zł i z bezpłatną przesyłką. Natomiast w drogeriach Rossmann dostępne będą misie z dodatkowym misiem breloczkiem w cenie 80zł
Kup Misia 2018 misie
Fot. Fanpage Podaruj Misia


Osobiście bardzo cenię tę akcję. Piszę o niej, co roku od samego początku powstania bloga i myślę, że warto pomagać! Moją kolekcję już rozdałam po znajomych, ale nadal chętnie kupuję misia na prezent:) Wpisy z poprzednich kilku edycji akcji Kup Misia znajdziecie w górnym panelu bloga w zakładce Inne - Kup Misia. Dokładnie TUTAJ.
Jakie misia w akcji kup misia 2018
Fot. Fanpage Podaruj Misia

 
Kup Misia 2018
Fot. Fanpage Podaruj Misia. Miś Kasia projektu Katarzyny Kolendy-Zaleskiej i Just Paul.
Na Fanpage Podaruj Misia pojawiły się już pierwsze przecieki i zdjęcia dotyczące tegorocznej akcji. Stamtąd też pochodzą wszystkie zdjęcia. 

Imiona Misiów w 2018 13 edycja - Miś Maja (Maja Ostaszewska i Łukasz Jemioł), Miś Piotruś (Piotr Kraśko i Tomasz Ossoliński), Miś Kasia (Katarzyna Kolenda-Zaleska i Just Paul), Miś Agnieszka (Agnieszka Woźniak-Starak i Bohoboco).
Kup misia 2018 akcja fundacji TVN Nie jesteś sam
Fot. Fanpage Podaruj Misia. Miś Piotruś projektu Piotra Kraśko i T. Ossolińskiego.

Kup Misia 13 edycja akcji
Fot. Fanpage Podaruj Misia. Miś Agnieszka projektu Agnieszki Woźniak-Starak i Bohoboco.


Ps. Magda prowadząca profil na Instagramie potrzebuje wsparcia - zbiera na pompę insulinową. Jeśli ktoś z Was ma ochotę pomóc to informacje znajdziecie TUTAJ.


Jak Wam się pododają misie z 2018 roku? Lubicie akcję Kup Misia?
Czytaj dalej »

środa, 24 października 2018

Ministerstwo Dobrego Mydła balsam w sztyfcie śliwka!

Pamiętacie jak w styczniu rozpływałam się nad śliwkowym peelingiem marki Ministerstwo Dobrego Mydła? Od razu naszła mnie chęć na więcej śliwkowych atrakcji. Zamarzył mi się balsam w sztyfcie śliwka, z Ministerstwa oczywiście! Nie miałam jednak do końca przekonania do balsamu w sztyfcie, a po drugie miałam dziwne przeczucie, że może nie być warty swej ceny. Nie jestem skąpa. Lubię kupić dobry balsam, ale owe 56zł za niewielki 75g sztyfcik przy moich zużyciach wydawało mi się trochę nieproporcjonalną kwotą. Mimo, że zdarzało mi się wydawać dużo więcej na tradycyjny balsam czy masło. Już widziałam oczyma wyobraźni jak zużywam go w kilka dni;) Ale… Ruda wygrała go w konkursie i wiedząc, że mi się marzy podesłała mi w formie zajączka na Wielkanoc. Od razu go wtedy otworzyłam odurzając się jego zapachem, ale… finalnie zdarzyło się coś dziwnego. Cóż takiego?
 

Ministerstwo Dobrego Mydła balsam w sztyfcie śliwka


Ministerstwo Dobrego Mydła balsam w sztyfcie śliwka



Balsam w sztyfcie śliwka otrzymujemy w czarnym, ale budzącym nawet pozytywne skojarzenia opakowaniu. Wszak według mnie wyróżnia się na tle innych produktów. Owe opakowanko przypomina albo dużą pomadkę albo dezodorant w sztyfcie. Pojemność to jak już wspomniałam 75g. Używa się tego na pozór wygodnie. Otwieramy, wykręcamy i smarujemy. Konsystencja jest dość zwarta, twarda. Nie roztapia się i nie łamie. Przed pierwszym użyciem producent zaleca powoli wysunąć, a następnie ogrzać wierzch balsamu dłonią i dopiero potem bezpośrednio rozprowadzić balsam po wybranych partiach ciała. Zapach na początku bardzo mi się podobał, ponieważ przypominał wspomniany wcześniej peeling. Jednak z czasem pachniał słabiej, aż w końcu stwierdziłam, że to wcale nie jest ten sam zapach. Zaczęły dominować w nim masła i oleje. Co ciekawe druga moja sztuka peelingu śliwkowego też już nie pachniała tak fenomenalnie jak pierwsza. Czułam bliżej nieokreśloną niemrawą woń. Nie mam pojęcia z czego to wynikało. Data ważności była w porządku, ale zapach inny. Konsystencja też trochę inna. 


Z reguły lubię kosmetyki nietypowe, ale formuła balsamu w sztyfcie nie przypadła mi do gustu. Używanie tradycyjnego balsamu jest zdecydowanie przyjemniejsze. Tutaj zaś coś twardego sunie po skórze i to wcale nie tak żwawo. Śmiałam się nawet, że obija się o kości i że to chyba po prostu nie jest balsam dla chudzinek:P Ale w miejscach gdzie tłuszczyku jest trochę więcej np. brzuch czy pośladki, również nie używało mi się tego komfortowo. Szczególnie na brzuchu czułam dyskomfort w postaci lekkiego ucisku. OK., może zbyt mocno przyciskałam do skóry, bo jednak jestem trochę brutalem, ale takie lekkie mizianie pozostawiało po sobie zbyt mało produktu. Balsam w sztyfcie można stosować na różne miejsca wymagające nawilżenia, odżywienia czy regeneracji. Można użyć na usta, łokcie, kolana lub po prostu całe ciało (do twarzy według mnie się nie nada). Ja zdecydowałam się używać do ciała, więc wtedy na usta już nie bo jednak trochę brzydziłoby mnie przejechanie po pośladku, a potem bach na usta (brzydliwa jestem;)) Właściwie to forma sztyftu nie wydaje mi się zbyt higieniczna. Zawsze poprzyklejały się do niego jakieś paproszki. No, ale spoko. Jechałam sobie po ciele zależnie od potrzeb, pozostawiając na nim tłustawą warstewkę tego wynalazku. Zdarzało mi się również stosować na grzbiet dłoni. Niestety nie zauważyłam żeby odżywcza formuła przekładała się na odżywcze działanie. Bywało, że leciutkie balsamy dawały mi więcej nawilżenia, odżywienia i regeneracji, a przy tym były przyjemniejsze w stosowaniu. Sztyft miał być więc wygodą, a okazał się utrudnieniem. 
Na koniec to najbardziej zaskakujące;) Wiecie jak dużo balsamów zużywam. Wetrę w siebie dosłownie każdą ilość. Zużywam jeden i otwieram następny. A tego sztyftu nie udało mi się zużyć od marca. I to nie dlatego, że jest taki wydajny, a dlatego, że jest tak upierdliwy. Tak sobie u mnie wegetuje, gdyż za bardzo wkurza żeby używać jak normalnego balsamu. Chciałabym się zachwycić, ale niestety nie zrozumieliśmy się z tym produktem. Balsam w sztyfcie Ministerstwo Dobrego Mydła zwany też pomadą to nie moja bajka. 


Znacie balsam w sztyfcie Ministerstwo Dobrego Mydła? Używaliście czegoś podobnego?
Czytaj dalej »

sobota, 20 października 2018

Czarszka Aksamitny balsam do mycia twarzy? Nie dla mnie!

Coraz częściej youtuberzy i blogerzy wypuszczają swoje produkty. Nie inaczej było z Czarszką, która jeszcze w zeszłym roku wypuściła serię balsamów do mycia twarzy;) Co więcej kosmetyki te są tworzone przez nią osobiście:) Jak wiecie, mój stosunek do vlogów urodowych jest raczej chłodny lub po prostu obojętny. Wolę przeczytać 10 wpisów na blogach niż obejrzeć choćby 1 filmik o kosmetykach na YT. Urodowy YT jakoś do mnie nie trafia, ale o tym będzie jeszcze w osobnym wpisie, który za jakiś czas:) Z Czarszką w moim przypadku było tak, że zrobiła na mnie dobre wrażenie jako youtuberka. Jest wesoła i energetyczna, ale i tak szybko mnie zmęczyła i nie zostałam stałym odbiorcą jej treści. To nic osobistego, po prostu ciężko skupić moją uwagę na takich kanałach. Wolę inne tematy, ale o tym też w obiecanym wpisie:) Patrząc jednak na Czarszkę, przez te kilka filmików przeszła mi przez głowę myśl, żeby kupić jej kosmetyk. Ale okazało się, że to nie takie proste. Nie wystarczy wejść do sklepu i dodać do koszyka, gdyż balsamy są wystawiane na sprzedaż tylko raz w tygodniu i szybko znikają. A przynajmniej tak było w momencie, w którym się o nich dowiedziałam;) Machnęłam więc ręką bo przecież produktów w sklepach nie brakuje. Aż tu nagle w marcu zawitał do mnie prezent od Interendo, w którym znalazłam jeden z wytworów Czarszki. Data ważności była do końca czerwca, więc z otwarciem zwlekałam tylko 2 dni. Ten romans nie trwał jednak długo. Dlaczego?


Czarszka Aksamitny balsam do mycia twarzy


Czarszka Aksamitny balsam do mycia twarzy

Jest to balsam do demakijażu i oczyszczania twarzy o aksamitnej konsystencji i cytrusowym zapachu. W sklepie Czarszki znajdziemy kompleksowe oraz rzetelne informacje na temat jego składu i stosowania, a w razie wątpliwości są również odrębne filmiki na YT.
Czarszka balsam aksamitny

Aksamitny balsam do mycia twarzy został umieszczony w szklanym 100ml słoiczku, który wizualnie sprawia dobre wrażenie. Jest eko i jednocześnie ładny. Choć nie jest zbyt dobrą opcją w podróży. PAO to z tego co pamiętam 6 miesięcy od daty wykonania produktu. Konsystencja balsamu rzeczywiście sprawiała wrażenie aksamitnej,  a jego zapach był przyjemny i cytrusowy. Choć dla mnie dość długotrwały i po pierwszym użyciu dostałam mega migreny. Może to się wydawać dziwne, ale czasami tak reaguję na zapachy. 

Pomijając epizod z zapachem. Samo stosowanie balsamu jest bardzo przyjemne i relaksujące. Balsam oczyszczający jest pierwszym krokiem w oczyszczaniu dwuetapowym, nadaje się także do masażu twarzy. Jednak jeśli nasze oczy są wrażliwe to nie zaleca się stosowania do demakijażu oczu z uwagi na zawartość olejków eterycznych. Ja przenigdy nie zmywam oczu żelami, balsamami, piankami ani micelami, więc nie było to dla mnie wadą;) Balsam z moim makijażem poradził sobie wzorowo. Aczkolwiek w marcu używałam jedynie formuł pudrowych, a te z reguły nietrudno zmyć. W każdym razie nie da się ukryć, że dużo łatwiej niż podkład. W kontakcie ze skórą balsam przybiera postać olejku i pewnie dlatego jest tak przyjemny w użyciu. Niestety w swoim składzie nie zawiera emulgatora, więc nie rozpuszcza się całkowicie w kontakcie z wodą. Zmywa się go trudno. U mnie potrzebne było nawet dwukrotne mycie bo wciąż pozostawała tłustawa powłoczka na skórze. Jednak gdy już udawało się zmyć, twarz była cudownie gładka i miła w dotyku. Prawdziwie pielęgnujący produkt oczyszczający

Ale… już po paru godzinach, spoglądając przypadkiem w lustro zauważyłam, że coś nie gra. Moja skóra była wprawdzie milutka w dotyku, ale dostrzegłam na niej sporo drobnych wypukłości. Coś w rodzaju kaszki. Już wtedy wiedziałam, że się pogniewamy, bo co mi z tej gładkości i przyjemności stosowania skoro za chwilę stan cery się pogarsza? Jak po żadnym innym produkcie, bo, mimo, że moja cera jest mieszana to szczególnej skłonności do zapychania nie ma. A jeśli już to bardziej w okolicach oczu, a tam tego produktu nie zastosowałam. Ciężko mi sobie nawet przypomnieć, kiedy napisałam, że jakiś kosmetyk mnie zapchał, bo to się praktycznie nie zdarza. Serio!;) Musiałam mieć więc wyjątkowego pecha do balsamu Czarszki. Prawdopodobnie mojej skórze nie spodobał się któryś ze składników balsamu. Patrząc na INCI aksamitnego balsamu nie widzę co prawda nic podejrzanego, ale to chyba dowód, że to co naturalne nie zawsze jest dobre dla mojej skóry. Między innymi dlatego nie jestem jedną z tych osób, dla których skład jest na pierwszym miejscu. Jeśli macie jakieś pomysły który ze składników mógł wywołać taki efekt to chętnie się dowiem. Miałam potem jeszcze parę podejść do tego balsamu, ale za każdym razem rezulat był ten sam. Najpierw cudowna gładkość, a potem pełno drobnych "pagórków". Obawiałam się bardziej długotrwałego pogorszenia stanu cery, więc szybko go odstawiłam;) Słyszałam jednak sporo pozytywnych opinii na jego temat, więc wyszłam z założenia, że to iż nie sprawdził się u mnie nie oznacza, że nie sprawdzi się u innych. Dlatego też oddałam go siostrze. Ona z kolei zapach oceniła jako prawie niewyczuwalny i żadnych niedoskonałości ani uczulenia nie doświadczyła. Bez problemu zużyła słoiczek do końca w swoim domowym zaciszu. Choć gdy zapytałam ją o opinię to zachwytów nie wyraziła. Ot, w porządku i tyle. Nie odkupiłaby go sobie.
czarszka balsam oczyszczający

Jak widać moja przygoda z kosmetykiem Czarszki nie zakończyła się pozytywnie, gdyż nie po to czegoś używam żeby pogarszać kondycję swojej skóry... Do wyboru są jeszcze dwie wersje i pewnie mogłabym wziąć pod uwagę ultradelikatną, ale raczej nie poświęcę 60zł na ten niepewny eksperyment. Szkoda bo z przyjemnością bym pochwaliła gdyby wszystko było w porządku.


Znacie balsam Czarszka? Czy jeszcze u kogoś się nie sprawdził?
Czytaj dalej »

środa, 17 października 2018

Oriflame Milk & Honey Gold!

Milk & Honey Gold to jedna z ciekawszych serii do mycia oraz pielęgnacji marki Oriflame. Sama poznałam ją już dawno temu i do niektórych kosmetyków kilkukrotnie wracałam:) Co jest sekretem tej linii? Myślę, że przede wszystkim piękny zapach, ale i całkiem przyjemne działanie. Dziś przedstawię trzy produkty, z czego dwa były powrotem, a jeden jest nowością w ofercie marki;)

Kosmetyki Oriflame Milk & Honey Gold


Oriflame Milk & Honey Gold wygładzający scrub do rąk


Oriflame Milk & Honey Gold wygładzający scrub do rąk

Kremowy scrub do rąk Oriflame znajduje się w typowym dla serii Milk & Honey Gold opakowaniu. W tym wypadku jest to wygodna 75ml tubka, którą należy spożytkować w ciągu 12 miesięcy od otwarcia. Oriflame Milk & Honey Gold wygładzający scrub do rąk posiada jasną barwę i delikatną, kremową konsystencję. W swoim składzie zawiera ekstrakty z mleka i miodu oraz drobinki złuszczające z łupinek migdałów. Jak przystało na serię Milk & Honey pachnie bardzo przyjemnie i elegancko. W moim odczuciu jest to połączenie miodu i mleka z kwiatową nutą. To jeden z tych zapachów, które wiele osób doceni. Dzięki delikatnej kremowej konsystencji, scrub nie podrażnia cienkiej skóry dłoni, a jednocześnie dobrze radzi sobie z ich złuszczaniem poprawiając miękkość i gładkość skóry. Wiele osób nie widzi sensu używania osobnego peelingu do rąk, ale ja lubię mieć taki produkt na umywalce. Dzięki temu używam regularnie i z przyjemnością. 
Oriflame Milk & Honey Gold wygładzający scrub do rąk


Oriflame Milk & Honey Gold wygładzający scrub do ciała


Oriflame Milk & Honey Gold wygładzający scrub do ciała

Scrub do ciała podobnie jak ten do dłoni został umieszczony w złotej, ale już większej – 200ml tubce. Również zawiera on ekstrakty z mleka i miodu oraz naturalne składniki złuszczające. Jego konsystencja jest już jednak inna. To złoty żel z dużą ilością maleńkich drobinek. Jest on już nieco mocniejszy niż peeling do rąk. Choć ogólnie jego moc złuszczania należy do tych średnich. Robi to co trzeba, ale jednocześnie nie podrażni skóry. Bardziej masuje niż drapie:) Nadaje się do stosowania na całe ciało (w moim przypadku było to aż po stopy). Zapach jest taki sam jak w przypadku wersji do dłoni, więc i tutaj przyjemność stosowania gwarantowana. Z tej serii z resztą bardzo fajny jest też krem do ciała, o którym kiedyś pisałam. Peeling oczyszcza, wygładza i zmiękcza skórę, ale nie zostawia po sobie tłustej nawilżającej warstwy. 
Oriflame Milk & Honey Gold wygładzający scrub do ciała



Oriflame Milk & Honey Gold kremowa pianka do kąpieli


Oriflame Milk & Honey Gold pianka do kąpieli

Kremowa pianka do kąpieli znajduje się w niewielkiej jak na tego typu produkt przezroczystej 300ml butelce. Jej konsystencja to dość gęsty krem. Nadaje się jednak zarówno do kąpieli jak i pod prysznic. Przyznam, że ja jestem bardziej prysznicowa niż wannowa, ale gdy sprawdziłam zapach tej nowości pocierając kartkę w katalogu, wiedziałam, że będzie równie przyjemna:) I rzeczywiście tak jest. Dla mnie zapach Milk & Honey jest wyjątkowo relaksujący. Choć pozornie mógłby się wydawać nie w moim guście. Jeśli chodzi o ilość piany jaką jest w stanie stworzyć ten produkt to po pierwsze trzeba go sporo zużyć żeby coś uczynić, a po drugie nie jest to taki efekt jak z filmów:) Wiecie co mam na myśli? Taka piana wręcz wystająca poza brzeg wanny;) Niemniej ja mieszkam na ostatnim piętrze i podobno ciśnienie wody jest u nas słabsze. Coś chyba w tym jest, ponieważ takiej mega piany aż po same brzegi nie doświadczyłam już od lat. Mimo tego pianka jest bardzo przyjemna, a jej zapach pozytywnie wpływa na zmysły. Można się zrelaksować:) Byle nie za długo bo nie przepadam za długim przesiadywaniem w wannie (choć kiedyś lubiłam;)). 


Znacie serię Milk & Honey z Oriflame?
Czytaj dalej »

niedziela, 14 października 2018

Lip Smacker Chupa-Chups – Cola pod prysznicem!

Jesteście „smakoszami” Pepsi albo Coca-Coli? Przyznam szczerze, że ja chętnie sięgam zarówno po Pepsi jak i Coca-Colę, a także po różne przysmaki o tym smaku;) W dzieciństwie na wyjazdy zawsze zabierałam żelki Haribo w kształcie butelek z Coca-Colą, a moimi ulubionymi lizakami były Chupa-Chups (no zgadnijcie) właśnie o smaku Coli, choć lubiłam również jabłkowe;) Nie da się jednak ukryć, że te wszystkie napoje i słodycze o smaku Coli nie należą do zdrowych i raczej nie powinno się ich nadużywać. A gdyby taka namiastka jednego z ulubionych aromatów pod prysznicem? Marka Lip Smacker, która jest znana przede wszystkim z fikuśnych balsamów do ust (Coca-Cola, Sprite, Fanta etc) uznała, że da się zrobić! Czemu nie? Żaden problem! W sierpniu wypróbowałam Colowy lizaczkowy żel pod prysznic i dziś parę słów o nim;)

Lip Smacker Chupa-Chups żel do kąpieli i pod prysznic Cola


Lip Smacker Chupa-Chups żel do kąpieli i pod prysznic Cola


Lip Smacker Chupa-Chups żel do kąpieli i pod prysznic Cola

Żel pod prysznic występuje w pękatym 300ml opakowaniu stylizowanym na lizaka Chupa-Chups o zapachu Coli. Żel pod prysznic Lip Smacker Chupa-Chups Cola mimo swojego kształtu jest dość kompaktowy, więc nie zajmuje wiele miejsca pod prysznicem:) Dodatkowo posiada wygodny dozownik w formie pompki. Właściwie mógłby się sprawdzić również w roli mydła w płynie, ciesząc oko swą szatą graficzną na umywalce;) Choć przyznam, że dla mnie pocieszny był napis „bagno” na opakowaniu, który w rzeczywistości oznacza po prostu łazienkę, więc wszystko się zgadza;) 
Chupa-Chups żel pod prysznic Cola
Według producenta żel jest łagodny, nie podrażnia skóry i nadaje się do stosowania u dzieci. Przyznam, że nie zaprzątałam sobie głowy sprawdzaniem jego składu, ponieważ był małym druczkiem i nie mogłam się dopatrzeć. Ale jak pewnie wiecie, skóra mojego ciała na produkty pod prysznic wrażliwa nie jest. Tak naprawdę nie przypominam sobie żadnego podrażnienia czy alergii w wyniku zastosowania produktu do mycia, choć jednocześnie cenię sobie nawilżające apteczne olejki. Ten żel dla mnie miał jednak przede wszystkim pachnieć colą. I pachniał! Idealny apetyczny zapach Coli! Po wysuszeniu ciała i nałożeniu balsamu (szkoda, że Lip Smacker nie ma w ofercie balsamu Chupa-Chups) zapach zanikał, ale co jakiś czas dawał o sobie znać. Któregoś dnia obudziłam się z myślą hmmm co tak ładnie pachnie? A to zapach colowego lizaka Chupa-Chups został na pościeli:) Żel posiada nieco rzadką konsystencję, więc nie należy do najwydajniejszych (zresztą u mnie prawie żaden nie należy). Nie zauważyłam żeby wysuszał skórę. Powiedziałabym nawet, że ją wygładzał. Z myciem radził sobie wzorowo, więc nigdy nie miałam uczucia niedomycia. Myję się zresztą regularnie zatem takich odczuć nie mam nigdy;) Cena nie należy do najniższych, ale bywają dużo droższe kąpielowe umilacze. Dla nieprzepadających za wonią coli jest jeszcze wersja cherry, strawberry and cream i apple. Dla każdego coś dobrego;) 


Znacie jakieś kosmetyki o zapachu coli? Używaliście produktów Lip Smacker?
Czytaj dalej »

czwartek, 11 października 2018

Huxley Cream Anti-Gravity - silna pielęgnacja i zniewalający zapach!

Huxley Cream Anti-Gravity to pierwszy pełnowymiarowy produkt tej marki, który wypróbowałam. Wahałam się nad kilkoma potencjalnie trafionymi opcjami, ale uznałam, że to właśnie ten krem będzie dobrym wyborem na przetarcie szlaków;) Cóż to za smarowidło i jak się u mnie sprawdziło?

Huxley Cream Anti-Gravity

Huxley Cream Anti-Gravity


Jest to bogaty w antyoksydanty krem ujędrniający, który w swoim składzie zawiera 51% ekstraktu z opuncji, witaminę E, kwas linolowy, a także certyfikowany organiczny olejek z nasion kolczastych Sahary. Jest to krem hipoalergiczny, nie zawiera olejów mineralnych, ftalanów, parabenów, siarczanów ani sztucznych barwników. Posiada on działanie silnie wygładzające, nawilżające i odżywcze. Chroni skórę przed wolnymi rodnikami i czynnikami środowiskowymi. Nadaje się do wszystkich typów cery.
Huxley kosmetyki gdzie kupić

Krem Huxley Anti-Gravity otrzymujemy w kartoniku kojarzącym się z Saharą;) Wewnątrz znajdziemy dość ciężki szklany słoiczek o pojemności 50ml. PAO wynosi 12 miesięcy. Kosmetyk posiada subtelnie niebieską barwę i dość zwartą, masełkową konsystencję. Jego zapach jest boski:) To jeden z najładniej pachnących kremów do twarzy, jakie miałam. Chętnie zaopatrzyłabym się w więcej specyfików o takim zapachu:) Jego woń zdecydowanie działa na zmysły;) Jedynie intensywność zapachu mogłaby być nieco mniejsza;) A jakie skojarzenia miałam z tym zapachem? Dla mnie ten krem pachnie kaktusem;) Od razu przypomniało mi się danie, które kiedyś jadłam pt. ekstaza Indianki na kaktusie;) Zaraz potem sok z kaktusa. Choć krem Huxley posiada jakby bardziej wyrafinowane nuty zapachowe. Dla mnie pachnie wyjątkowo i optymistycznie, tak relaksująco. Najlepiej powąchać samemu;) 
Huxley Cream Anti-Gravity opinie
Krem po otwarciu może niektórych lekko przerazić, gdyż jego konsystencja jest zbita. Ja jednak miałam ochotę na coś bardziej odżywczego na kończące się lato i nadchodzącą jesień, podczas której w moich okolicach zwykle wieje i skóra staje się bardziej wrażliwa na czynniki zewnętrzne. Mimo masełkowej konsystencji, krem nie zmienia się w żaden tłusty olejek;) Rozprowadza się całkiem sprawnie i nie wchłania się godzinami. Kluczowe jest jedynie dokładne wklepanie kremu w celu lepszej absorpcji;) 
Huxley krem Anti-Gravity opinie
Huxley Anti-Gravity był moim kremem na noc. Nakładałam go po demakijażu i oczyszczeniu cery pianką, a następnie przetarciu jej wodą różaną. Zdarzało mi się również nakładać pod niego odrobinę esencji Laneige. Jednak początkowo używałam go solo żeby poznać jego możliwości. A te są naprawdę niczemu sobie:) Krem przede wszystkim doskonale regeneruje, nawilża, wygładza i silnie odżywia. Przy dłuższym stosowaniu cera sprawia wrażenie bardziej jędrnej. Działa niczym skoncentrowana maska całonocna, dzięki której rano skóra jest bardziej wypoczęta i ma ładniejszy koloryt. Świetnie radzi sobie również z drobnymi podrażnieniami. Nie zauważyłam żeby zapychał moją mieszaną cerę. Podzieliłam się nim również z mamą, przekładając jego porcję do osobnego słoiczka. A było to tak, że jakoś w połowie sierpnia moja mama stwierdziła, że potrzebuje czegoś na „zamszową twarz” (teraz już wiem, po kim mam te wszystkie powiedzonka;)). Szczerze mówiąc zamszowa twarz rozłożyła mnie na łopatki. Początkowo poleciłam jej maseczki i peeling, ale w miarę używania kremu Huxley zaświtało mi, że będzie idealny również dla niej:) Mama jest alergikiem i potrafi dostać podrażnienia nawet po jednorazowym użyciu nieodpowiedniego kremu. Natomiast krem Huxley nie przyniósł żadnych niepokojących objawów, a dodatkowo ładnie ukoił cerę (po innym felernym kremie) i zniósł szorstkość. Skóra stała się również bardziej jędrna. Można więc rzec, że to dobry krem i dla mamy i dla córki:) Moje pierwsze spotkanie z marką Huxley jest jak najbardziej pozytywne. Jedynie jego piękny zapach mógłby być nieco mniej intensywny, jeśli już miałabym się czepiać. A to dlatego, że jeśli wieczorem mocno bolała mnie głowa (podłoże pseudo-migrenowe) to zamiast niego używałam samej esencji Laneige. Jednak na pewno wypróbuję więcej kosmetyków Huxley. Najbardziej chciałabym balsam do ust, ale z jego dostępnością są największe problemy. Niemniej mam jeszcze na oku produkty do oczyszczania, maseczki, esencję i może jakiś kolejny krem:) Myślę, że warto zwrócić uwagę na asortyment Huxley.


Znacie kosmetyki koreańskiej marki Huxley? Coś polecacie?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 8 października 2018

Neogen Bio Peel Gauze Lemon i Black Caviar Essential Mask!

Kosmetyki Neogen bardzo sobie cenię i na bieżąco podpatruję nowości w asortymencie. Wiele z nich nadal pozostaje dla mnie jeszcze nieodkrytych, ale mam nadzieję powoli je poznawać. Jednymi z najfajniejszych produktów tej marki są płatki peelingujące w trzech różnych wersjach. Dziś właśnie o płatkach Neogen Bio Peel Gauze Lemon. Nie są one dla mnie nowością, ponieważ miałam już wcześniej styczność z ich próbkami, a także pełnowymiarową wersją Green Tea. Ale może akurat kogoś zainteresuje owa cytrynka:) A na deser mam jeszcze maskę Black Caviar;) Co sądzę o tych kosmetykach?
Neogen kosmetyki gdzie kupić

Neogen Bio Peel Gauze Lemon

Neogen Bio Peel Gauze Lemon

Bio Peel Gauze to jednorazowe płatki przeznaczone do eksfoliacji skóry. Wersja Lemon zawiera ekstrakt z cytryny, który nawilża, oczyszcza oraz rozjaśnia matową skórę. Zawarty w trawie cytrynowej Cytral regeneruje, odżywia, a także wzmacnia naturalną barierę ochronną skóry. Płatki usuwają martwy naskórek oraz odświeżają cerę. 

Neogen płatki peelingujące

Płatki otrzymujemy w dużym plastikowym opakowaniu z żółtą etykietą. Wewnątrz mamy jeszcze dodatkowe zabezpieczenie sreberkiem. Ja go nie zrywam do końca żeby mieć pewność, że płatki nie wyschną mi przedwcześnie albo na wypadek gdybym nie domknęła opakowania. Choć w moim przypadku to raczej mało prawdopodobne. Słoiczek zawiera 30 sztuk płatków, które należy zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Płatki zaleca się stosować 2-3 razy w tygodniu. Poprzednie opakowanie wystarczyło mi dokładnie na pół roku. Polubiłam je tak bardzo, że troszkę oszczędzałam żeby nie skończyły mi się zbyt prędko;) 
Neogen Bio Peel Gauze Lemon płatki
Zacznę może od zapachu. Przyznaję, że woń płatków Green Tea podoba mi się mocniej, ponieważ w moim odczuciu jest bardziej wyjątkowa. Nie mogę jednak powiedzieć żeby wersja Lemon pachniała brzydko. Wręcz przeciwnie – zapach jest przyjemny, świeży i rzecz jasna cytrusowy. Pod względem zapachu na pewno wypada dużo lepiej niż peeling Mizon, który jest co prawda bardzo ciekawym i świetnym produktem, ale nie da się ukryć, że pachnie chemicznie i raczej daleko mu do naturalnej cytrynki:) 

Jak stosować płatki peelingujące Neogen pisałam już przy okazji recenzji wersji Green Tea, ale pokrótce przypomnę dla tych, którzy nie czytali;) Po pierwsze oczyszczamy twarz. W moim przypadku tym razem było to z użyciem pianki Neogen Cereal. Po osuszeniu twarzy chwytamy płatek, a następnie przy użyciu strony o drobniejszej fakturze (peelingującej) okrężnymi ruchami delikatnie masujemy skórę twarzy i szyi (opcjonalnie możemy użyć też na inne części ciała wymagające złuszczenia). Następnie odwracamy płatek na drugą stronę i powtarzamy tą samą czynność. To tyle! Teraz możemy już wyrzucić zużyty płatek, spłukać twarz letnią wodą i cieszyć się gładkością skóry. Płatki Neogen są solidnie nasączone i miłe w dotyku. Mimo swej delikatności świetnie radzą sobie ze złuszczaniem skóry twarzy, szyi i dekoltu. Uwielbiam ten moment, kiedy zmywam pozostałości produktu ze skóry. Twarz jest wtedy gładka, promienna i delikatnie nawilżona. Żadnych podrażnień. Może się zdarzyć jedynie lekkie zaczerwienienie wynikające z wykonania masażu. Znika ono jednak praktycznie od razu. Moja skóra twarzy nie przepada za zbyt częstym peelingowaniem. Niektóre produkty powodują u niej podrażnienie lub przyczyniają się do powstawania wyprysków. Płatki Neogen są jednak inne. To produkt wręcz stworzony dla wrażliwej skóry twarzy. Z pewnością będę chciała jeszcze sprawdzić działanie płatków innych marek, ale na razie król jest tylko jeden! Każdy powinien je poznać i prawdę mówiąc trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś mógłby być z nich niezadowolony. Dla bardziej „gruboskórnych” płatki mogą być produktem uzupełniającym. Natomiast przy wyjątkowo wrażliwych, słabo tolerujących peelingi lub niezbyt zanieczyszczonych cerach sprawdzi się również, jako jedyny produkt złuszczający. U mnie z racji otwartego już peelingu Mizon tym razem płatki stanowiły uzupełnienie. Natomiast wcześniej miałam już okazję stosować je jako jedyny produkt złuszczający. Jakkolwiek by nie używać i tak sprawdzają się rewelacyjnie! To z pewnością nie ostatnie moje spotkanie z płatkami Neogen.


Neogen Black Caviar Essential Mask


Neogen maska w płachcie

Maska w płachcie Neogen Black Caviar ujędrnia, działa przeciwzmarszczkowo i rewitalizuje. Ponadto absorbuje nadmiar sebum i poprawia ukrwienie skóry. 
 Neogen Black Caviar Essential Mask

Maskę Black Caviar otrzymujemy w opakowaniu typowym dla maseczek w płachcie. Wewnątrz znajdziemy czarną jak smoła płachtę, która jest dość dobrze wykrojona, a materiał, z której została wykonana jest nieco grubszy niż wiele znanych mi masek. Być może dzięki temu całkiem nieźle przylega do twarzy. Z tego co wiem są zwolennicy i tych cieńszych i tych grubszych maseczek;) Dla mnie osobiście nie jest to kluczowe. Muszę jednak dodać, że mam bardzo drobną twarz, więc wiele masek źle na mnie leży;) Maska Neogen była nieco za długa, ponieważ górna część lekko nachodziła na nasadę włosów, a dolna trochę wystawała poniżej brody. Jednak z pewnością była to jedna z lepiej dopasowanych masek w płachcie z jaką miałam do czynienia. Ja mam jeszcze zresztą opaskę uszy kupioną w Skingarden, więc maseczki w płachcie od kilku miesięcy stosuje mi się bardziej radośnie niż przedtem;) Maska posiadała przyjemny i delikatny zapach. Tkanina, z której została wykonana była dobrze nasączona ampułką. W kwestii działania przeciwzmarszczkowego wiele oczywiście nie powiem, ponieważ miałam tylko jedną sztukę. Maska to taki produkt, który ma zapewnić natychmiastowy efekt, ale nie na wszystkich polach jest to możliwe. Przyznam jednak, że moje wrażenia po zdjęciu płachty były bardzo pozytywne. A miałam wtedy akurat wyjątkowo podły dzień;) Maska nie jest cudownym lekiem na całe zło świata, ale niewątpliwie moja skóra po jej zastosowaniu była dopieszczona na tyle na ile to było możliwe przez te 20 minut. Na Instagramie dostałam zresztą cynk, że maseczki Neogen są ulubieńcami wielu z Was, gdyż ich działanie jest naprawdę zauważalne:) I rzeczywiście coś w tym jest:) Ja przed jej zastosowaniem zrobiłam sobie prawdziwy Neogenowy rytuał;) Najpierw oczyszczenie pianką, potem ukochane płatki, a na koniec maska;) Po upływie ustawowych 20 minut moja skóra wyglądała na naprawdę wypoczętą. Dodatkowo zyskałam świetne nawilżenie i uczucie większej jędrności. Tego wieczoru nie stosowałam już dodatkowo dalszej pielęgnacji, więc całkiem nieźle. Muszę bowiem przyznać, że po niektórych płachtach muszę zastosować jeszcze krem. Tu pielęgnację miałam już z głowy do samego rana. Podejrzewam, że sięgnę jeszcze po maseczki tej marki.


Kosmetyki Neogen z polskiej dystrybucji znajdziecie w Skingarden oraz stacjonarnie i online w perfumeriach Douglas. Ceny są oczywiście sporo wyższe niż bezpośrednio w Korei, ale coraz częściej można trafić na promocje. Nawet rzędu 40% - akurat do dziś jest taka promocja na Skingarden.pl z kodem NEO. 


Znacie płatki peelingujące lub maseczki Neogen?
Czytaj dalej »

czwartek, 4 października 2018

Braun Satin Hair 7 Iontec!

O szczotkach do włosów Braun Satin Hair usłyszałam już dawno. Jednak dopiero w sierpniu miałam okazję sprawdzić ten gadżet na sobie. Doskonale wiedziałam, że opnie na ich temat są róże w zależności od wymagań użytkowniczek. Jedne chwalą, inne spodziewały się czegoś więcej. Ja jednak czułam czego mogę się spodziewać i nie pomyliłam się;) Dostałam dokładnie tyle ile podejrzewałam za możliwe do zrealizowania;)

Braun Satin Hair 7 Iontec BR750

Braun Satin Hair 7 Iontec BR750



Produkt mieści się w niewielkim czarnym pudełku przyozdobionym przez panią starannie czeszącą swoje włosy;) Po wyjęciu z opakowania pierwszym moim pozytywnym spostrzeżeniem było to, że szczotka do włosów Braun nie jest duża. Może nie nazwałabym jej kompaktową bo jednak ze zmieszczeniem się w moich małych torebkach łącznie ze wszystkimi niezbędnymi przedmiotami mogłaby mieć problem, ale okazała się być mniejsza niż przypuszczałam. Nie będzie więc problemu z zabieraniem jej w podróż. Model Braun Satin Hair 7 Iontec BR750 występuje w jasnym kolorze, a po włączeniu jej przedni panel podświetla się na zielono. Szczotka zasilana jest na baterie, które są załączone w zestawie. Z tego co wiem, jeden komplet wystarcza na kilka miesięcy stosowania. Szczotka posiada również zdejmowaną poduszkę. Nie musimy się więc martwić, że uszkodzimy któryś z mechanizmów podczas czyszczenia lub mycia. 
szczotka jonizująca Braun

Szczotka jonizująca Braun Satin Hair ma za zadanie podkreślić blask włosów, a także wyeliminować puszenie i elektryzowanie. Szczotka Satin Hair aktywnie wytwarza miliony jonów uwalniając je przez niewielkie zielone dysze. Jest to nawet możliwe do zarejestrowania, ponieważ w trakcie pracy szczotka wydaje z siebie odgłos cichutkiego szelestu. Produkt pomaga również przetransportować wilgoć z powietrza z powrotem do włosów, przez co zwiększa ich kondycję. 
jonizująca szczotka do włosów Braun

Nie miałam wcześniej do czynienia z inną tego typu szczotką, więc nie mam porównania. Jednak według mnie szczotka Braun jest dobrze wykonana, wygodnie leży w dłoni, a jej włosie nie wyrywa włosów. Nadaje się do rozczesywania, ale włosy podczas czesania powinny być suche. Natomiast ja rozczesuję włosy od razu po zdjęciu z nich ręcznika gdy są jeszcze mokre, a potem powtarzam czynność jeszcze kilka razy, gdyż moje włosy schną długo. Jeśli chcę by moje włosy były bardziej kręcone to nie czeszę ich już tyle razy, ale jeśli zależy mi na nieco prostszych to właśnie przeczesuję jeszcze parę razy zanim będą suche. Mam zresztą odrębną szczotkę do czesania mokrych włosów. Brauna używam więc gdy włosy są suche lub następnego dnia rano jeśli chcę by moje włosy szły w kierunku prostych;)
Braun Satin Hair szczotka jonizująca, szczotka prostująca włosy

Szczotka marki Braun jest bardzo przyjemna w użyciu i polubiłam ją już po pierwszym zastosowaniu. Nie zastąpi ona oczywiście odpowiedniej pielęgnacji włosów, ale dobrze ją uzupełnia, a w dodatku jest szybka i łatwa w obsłudze. Wystarczy jeden przycisk, a następnie czeszemy tak jakby była to najzwyczajniejsza w świecie szczotka. Po jej użyciu włosy stają się bardziej gładkie oraz błyszczące i rzeczywiście ogranicza elektryzowanie. Choć na ostateczny test w tym zakresie przyjdzie jeszcze pora zimą. Istotne jest dla mnie jeszcze to, że szczotka „naprostowuje” włosy. Nie jest to tak płaski i dokładny efekt jak po użyciu prostownicy pasmo po paśmie, ale pomaga ogarnąć niesforne kosmyki. Zwłaszcza grzywkę, która w moim przypadku potrafi wywijać się do góry;) Także dobrze jest jej użyć gdy chcemy trochę ugładzić włosy, ale zależy nam na naturalnym efekcie albo o prostu nie chce nam się wyciągać prostownicy. Nie jest to oczywiście must have, ale ja jestem z tego gadżetu zadowolona. W sam raz dla mnie i nawet szkoda, że nie odkryłam go wcześniej. Jeśli miałabym się do czegoś doczepić to trochę za drogo jak na szczotkę, która nie jest samowystarczalna tj., którą nie rozczesze się mokrych włosów;) Ale przyznam, że nie jest to dla mnie problematyczne, bo szczotek u mnie pod dostatkiem. Mogłaby być też ładowana przez usb. Nie wymagałaby wtedy baterii, dzięki czemu byłaby lżejsza. Ale to detale. 


Znacie szczotki do włosów Braun Satin Hair? A może używacie czegoś podobnego?
Czytaj dalej »