środa, 30 maja 2018

HERA Lip Polish and Mask - maska i peeling do ust 2 w 1!

Muszę przyznać, że dość regularnie zaglądam do zakładki nowości w sklepie Jolse. Przy jednej z takich wizyt trafiłam na HERA Lip Polish and Mask, czyli maskę i peeling do ust zamknięte w jednym słoiczku, ale w osobnych "przegródkach":) Jako osoba uzależniona od dobrych produktów do pielęgnacji ust i zarazem ceniąca sobie inną koreańską maskę do ust – Laneige Lip Sleeping mask, od razu wiedziałam, że jest to coś, co koniecznie muszę wypróbować:) Przejście od słów do czynów nie trwało długo i ani się obejrzałam, a produkt już lądował prosto na moich ustach;)



HERA Lip Polish and Mask


Jak na Herę przystało, produkt został opakowany w elegancki czarny kartonik, wewnątrz którego ukryto aplikator w etui oraz słoiczek. Został on podzielony na dwie części. Górna zawiera maskę do ust, a dolna peeling. Oba produkty posiadają różową barwę, a całość opakowania prezentuje się całkiem stylowo i jest wykonana z dobrej jakości materiałów;) Aplikator jest bardzo wygodny, choć nie tak giętki jak w przypadku maski Laneige. Ten podwójny słoiczek zawiera 5g maski oraz 5g scrubu do ust. 

Produkt występuje w dwóch wersjach zapachowych – #01 Pink Lemonade oraz #02 Rich Vanilla. Ja zdecydowałam się na orzeźwiającą różową lemoniadę i nie żałuję:) W koreańskich maskach do ust (przynajmniej tych, z którymi miałam już do czynienia) cenię sobie to, że ich zapachy są przyjemne, ale delikatne. Dzięki temu nie mam nieprzyjemnego uczucia jakbym niemalże jadła coś sztucznego. Nie lubię bowiem gdy produkt do pielęgnacji ust pachnie zbyt nachalnie;) Pod tym względem Hera również mnie nie zawiodła. Peeling pachnie bardzo cytrusowo i orzeźwiająco, trochę jak Sprite, ale jakby nieco naturalniej;) Lip Mask pachnie podobnie, ale zdecydowanie subtelniej i jej zapach nie jest zbyt długo wyczuwalny na ustach. To dobrze, ponieważ nie drażni podczas stosowania przed snem.
Peeling posiada dość delikatną konsystencję bez żadnych wyczuwalnych drobinek, więc będzie idealną opcją dla wrażliwców. Podczas zastosowania na ustach pojawiają się takie małe białe fragmenty sygnalizujące, że złuszczanie się powiodło;) Nie wiem jak to określić, ale wiecie o co chodzi;) Nie podrażnia ani nie wysusza ust oraz dobrze je przygotowuje na przyjęcie maski, którą według mnie można stosować również w ciągu dnia. Maska również posiada przyjemną, delikatną konsystencję. Na początku wydawała mi się nieco twarda w porównaniu do Laneige, ale szybko zmiękła. Można ją nakładać za pomocą dołączonego aplikatora, palcem albo bezpośrednio zanurzając w niej usta jeśli nie jesteście „brzydliwi”. Mnie się tak czasem zdarzało choć pewnie nie powinnam się przyznawać;) Maska jest wyczuwalna na ustach (ale w żadnym wypadku nie tłusta), a także subtelnie je nabłyszcza. Jeśli chodzi o działanie to przyznaję, że jest bardzo dobrze. To świetnej jakości produkt, który dobrze radzi sobie z nawilżeniem, regeneracją i ukojeniem ust. A także fajnie sprawdza się jako baza pod szminkę. Minusem jest jedynie cena i jej stosunek do pojemności. Choć warto pamiętać, że mamy tutaj dwa produkty za jednym zamachem:) Jeśli zależy nam jedynie na masce to na pewno bardziej ekonomiczną opcją będzie Laneige, którą również często z powodzeniem stosowałam nie tylko na noc tak jak polecano, ale i w ciągu dnia:) Maniaczkom produktów do ust zdecydowanie polecam wypróbować obie:) HERA Lip Polish and Mask to godny wypróbowania kosmetyk do ust.


Znacie kosmetyki marki Hera? Lubicie takie rozwiązania 2w1?
Czytaj dalej »

niedziela, 27 maja 2018

30 typów ludzi, którzy mnie wkurzają!

Mieliście już okazję poznać 60 nieistotnych faktów o mnie, a także 75 urodowych faktów o mnie. Chcieliście więcej, więc przyszła pora na tą najbardziej perfidną część (a będzie ich jeszcze trochę), czyli o typach ludzi, którzy działają mi na nerwy! Skąd taki pomysł na wpis? Z życia oczywiście! Jak zwykle potraktujcie go z przymrużeniem oka;) 
 
30 typów ludzi którzy mnie wkurzają

1. Przydupas!


Widzisz go po raz pierwszy w życiu i nawet się nie znacie, ale dla niego nie stanowi to przeszkody by być blisko Ciebie:) Bardzo blisko! Przypupasa spotkasz najczęściej w kolejce do kasy w sklepie. Ty robisz krok naprzód, a on tego kroku wyraźnie dotrzymuje raz po raz wjeżdżając Ci wózkiem w dupę! Ewentualnie klepie Cię koszykiem po czterech literach jeśli akurat wybrał się na mniejsze zakupy. Czasem wystarczy posłać groźne spojrzenie żeby nieco poskromił swoje namiętności, a niekiedy napiera na Ciebie dopóki nie oddalisz się ze swymi zakupami. 


2. Troskliwy miś kelner!


Ni stąd ni zowąd pojawia się z pytaniem: „Czy wszystko w porządku? Smakuje?” Najczęściej w najbardziej nieodpowiednim momencie, tj. np. gdy akurat przeżuwasz:P Przełykasz więc kęs w pośpiechu i odpowiadasz. A potem knujesz teorie spiskowe pt. czego on mógł tam dodać albo dlaczego tak się uśmiechał? I już nie wiesz czy ten wieczór skończy się dobrze:P


3. Pantera!


Pan tera wysiada? Nie! Tygrys! Spotkasz ją oczywiście w komunikacji miejskiej. Stoisz sobie bezpiecznie trzymając się barierki i nagle słyszysz czy będzie pani teraz wysiadać? Jeśli nie to masz natychmiast zaryzykować życie puszczając się barierki bo babsko Cię nie ominie tylko musi przejść dokładnie przed Tobą!


4. Jeden z dziesięciu!


Jest znawcą w każdej dziedzinie! Ukończył milion kursów typu jak zostać coachem w jeden weekend i udzieli Ci odpowiedzi na każde pytanie zanim jeszcze zdążysz je zadać! Oglądanie chociażby TV w jego towarzystwie to męczarnia! Nie zarejestrujesz nawet Faktów bo to on jest komentatorem rzeczywistości! 


5. Lampion!


Jesteś gdzieś na mieście, a on lub ona stoi i paczy. Paczy… jakby rodzinę poznawał! Gapi się jak sroka w gnat! Skanuje wzrokiem każdy element Twojego ciała i ubioru! Po czym wypali jakiś komentarz albo jeszcze się odwróci patrząc na Ciebie jak na jakieś nadprzyrodzone zjawisko... Obiekt badawczy. 


6. Pani Chu!


To żadna egzotyczna niewiasta! Chuuuuuuuuu…, ale się zmęczyłam powiada rozdziawiając usta najszerzej  jak się da (centralnie w Twoim kierunku) i porażając Cię przy tym wcale nie takim świeżym oddechem jak w reklamie Tic Taca. Chucha i dmucha jak lokomotywa! Nienawidzę chuchaczy! 


7. Pocałunek Judasza!


KO-CHA-NA! <3 Jak dawno Cię nie widziałam! Mua, mua! Daj buziaka! Co za spotkanie! Co tam u Ciebie? Oj super, że Ci się powodzi! Tak trzymać! A kiedy tylko odejdzie, myśli sobie – a to pinda i zaraz pędzi porozsiewać o Tobie ploteczki!


8. Dejmi!


Charakteryzuje go postawa roszczeniowa. Masz coś fajnego? Kupiłaś sobie? Zapracowałaś? Dej! Dej bo jemu się należy! Dej bo ma „horom curke”! 


9. Pyton!


Kiedy coś opowiadasz zawsze zadaje milion infantylnych pytań! Taaak? Naprawdę? No coś Ty mówisz?! Ale jak to? To tak się da? Aż zaczynasz się zastanawiać czy przypadkiem nie spadł z Księżyca:P


10. Ruda małpa!


Burza rudych włosów albo przynajmniej warkocz! Idealny pracownik rejestracji w przychodni albo w urzędzie, rzadziej w dziekanacie. Zawsze naburmuszona i niemiła. Traktuje Cię jak zło konieczne, łapie za słówka i jest skora do kłótni;) I wiem, że brzmi to stereotypowo, ale najczęściej wykłócam się właśnie z rudymi paniami w przychodniach i urzędach!


11. Kamienna twarz!


Jej lub jego twarz nie wyraża żadnych emocji. Uśmiech jest zakazany. Nie wiesz czy jest szczęśliwa, smutna, a może wściekła bo i tak nie da po sobie poznać. Musisz się domyślić i lepiej żebyś to potrafił! Ma nad Tobą przewagę - nie będzie miała zmarszczek mimicznych:P


12. Sampel!


Typowy darmozjad nachalnie proszący o wszelkie próbki i rabaty oraz żywiący się przy każdym stoisku z degustacją. Jako studentka pracowałam czasem jako hostessa i przyznam, że zachłanność ludzi potrafi czasem zaskoczyć:D


13. Pan tu nie stał!


To najczęściej mantra starszej pani w kolejce do lekarza, która niekiedy wcale nawet się nie zapisała, a i tak wejdzie pierwsza! A Ty musisz znać swoje miejsce w szeregu!


14. Łopata!


I język lata, lata jak łopata! Typowa kataryna. Dla niepoznaki zada Ci jedno krótkie pytanie żeby potem móc jak najprędzej przejść do tematu własnej osoby! Obojętnie czy ma coś ciekawego do powiedzenia czy nie – buzia jej się nie zamyka! 


15. Gestapo!


To np. wścibska sąsiadka (a i owszem mam taką jedną!). Musi wiedzieć – dokąd wychodzisz, z kim i dlaczego? Co robisz i ile z tego masz? 


16. Pijawka!


Przyczepi się do Ciebie i nie puszcza! Ciągle czegoś chce. A to pomocy, a to porady, a to pożyczki. Nie masz ani chwili wytchnienia bo dopadnie Cię wszędzie! Ona wie gdzie Cię szukać!


17. KoMENDAntka!


Najczęściej pracuje na kierowniczym stanowisku, ale po godzinach również usiłuje rozstawiać wszystkich po kątach:P Gdy raczysz sprzeciwić się rozkazowi, obraza murowana.
 

18. Jęczybuła!

Ona ma zawsze najgorzej! Nic jej się nie udaje, nic jej nie wychodzi i w ogóle ma marnie. Spotkał Cię pech? Nie martw się! Zaraz poda Ci milion przykładów na obronę tezy, że w porównaniu z nią wygrałaś los na loterii! 


19. Jojcia!


Użala się nad Twoim losem;) Ojej… coś słabo wyglądasz. Ty to jesteś chudzina taka, wydaje się, że jeszcze chudsza niż za zwyczaj… Ojej… niedługo całkiem znikniesz…


20. Świętojebliwa!


Zafiksowana na punkcie wiary. Będzie oceniać Twoje grzeszne (!) postępowanie i szerzyć swoją krucjatę;) Codziennie o 7 rano melduje się w kościółku, a po skończonym nabożeństwie oddaje się rytualnym ploteczkom w towarzystwie innych świętojebliwych;) W rzeczywistości jest gorsza niż wszyscy grzesznicy razem wzięci, ale ma dobry PR.  


21. Mitoman!


Opowie Ci historie rodem z Archiwum X i niekiedy będzie przy tym bardzo przekonujący. Ach… czego to on nie zwiedził, kogo to nie widział i z kim nie pił… Światowy człowiek! 


22. Skąpiec!


Ma pieniądze, ale na pewno nie po to żeby je wydawać! Na imprezę zawsze wbija gdy wszystko jest gotowe, do niczego się nie dorzuci. Choć zapewni, że następnym razem stawia wszystkim (niedoczekanie huehue). 


23. MaDka wariaDka!


W ostatnich latach macierzyństwo urosło niemalże do rangi sacrum! Musisz okazywać kobietom posiadającym dzieci szacunek godny królowej bo inaczej aż niebo zagrzmi! Kiedyś rodzenie oraz wychowywanie dzieci było czymś naturalnym. Ot… proza życia, nikt się tym nadmiernie nie ekscytował. Nasze mamy nie dzieliły się wszystkimi swoimi „mądrościami”, kupami i pieluchami na Instagramie (chwała im za to!). Teraz coraz częściej można trafić nie na matkę, a na maDkę! Największym osiągnięciem maDki jest urodzenie dziecka, a najlepiej całej gromady bo przecież jeden raz to żaden raz! Ty możesz zdobyć Mount Everest, Oscara, Nobla, być pracownikiem roku. Cokolwiek. Ale przy niej i tak jesteś nikim bo to ona porodziła syna! MaDka to święta krowa. Obiekt agresywny, nietykalny i nieuznający żadnej krytyki. Nawet jeśli uważa, że… szczepionki powodują autyzm. A spróbuj tyko zwrócić uwagę na nieodpowiednie zachowanie jej Brajanka – już nie żyjesz bycz! Nie masz dzieci? Jesteś na straconej pozycji bo gówno wiesz o życiu i lepiej się zamknij póki zęby jeszcze masz! W ogóle nie planujesz mieć dzieci? Egoistka!  Po co Bóg dał Ci tą waginę? Masz tylko jedno? Co z Ciebie za matka? Kiedy drugie?! Madka dokładnie wie jak powinno wyglądać Twoje życie. I nie. Nie mam nic do dzieci ani do normalnych młodych mam! One mają zdrowe spojrzenie na rodzicielstwo i da się je lubić. Można z nimi także porozmawiać na wiele innych tematów bo są nie tylko matkami, ale i kobietami mającymi różne zainteresowania! Nie przeszkadza mi zdjęcie dziecka na Insta czy podzielenie się jakąś historią lub poradą z innymi. Jeśli jest to w granicach dobrego smaku, naturalnie, na luzie bez nakazywania innym jak mają żyć to odbieram to bardzo pozytywnie i nie przeszkadza mi nawet gdy ma to miejsce codziennie. Szczerze pogratuluję narodzin czy wesprę dobrym słowem! Podobnie z protestującymi mamami dzieci niepełnosprawnych - w pełni popieram! Ale nigdy nie przyklasnę głupotom rozprzestrzenianym przez wspomniane wyżej maDki! Jeśli interesujecie się tym co dzieje się w Polsce i na świecie to na pewno już wiecie, że mądrości szerzone przez maDki już zaczęły zbierać pierwsze żniwo. W Polsce mamy już np. zagrożenie epidemią odry, gdyż liczba zaszczepionych dzieci spadła poniżej granicy krytycznej. Ale przyznaję, że jak mam zły humor to poprawiam go sobie wchodząc np. na Spotted:Madka.


24. Bokserka!


Jej ulubionym zajęciem jest puszczanie kąśliwych uwag pod adresem innych. Ale nie w formie żartów, tylko tak żebyś poczuła to niczym prawy sierpowy. Bez żadnych wątpliwości;)


25. Menel!


Niestety rzadko ekskluzywny, gdyż najczęściej z każdej komórki jego ciała zamiast Diora wydobywa się woń gorzelni:D Ale nierzadko jest to wyjątkowo błyskotliwy i uprzejmy Jegomość. Skłonny podejmować z Tobą wyrafinowane dysputy filozoficzne lub polityczne bo na polityce to on się zna jak nikt! Wszakże dobrali się do koryta i ograbili go ze wszystkiego! Teraz nie ma nawet na Komandosa i z lekka go suszy, więc kierowniczko kochana – poratuj potrzebującego i dej no złotówę chociaż! Gdyby nie zapach to może nawet mogłabym go odrobinę lubić:P


26. Piszczka!


Posiadaczka wyjątkowo przykrego dla uszu piskliwego i przesłodkiego głosiku! I niestety najczęściej ma wiele do powiedzenia.


27. Patuska!


Niezwykle ekspresyjnie wyraża swoje emocje niezależnie od miejsca i pory dnia lub nocy. Najczęściej spotkasz ją w parku, w MPK lub galerii handlowej. Publicznie kłóci się ze swoim konkubentem nie przebierając w słowach albo nawet uciekając się do rękoczynów. Nawet nie próbuj na nią patrzeć albo co gorsza posyłać współczujących spojrzeń jej bezradnemu partnerowi bo zarobisz w lampę! Patuskę często otacza również wianuszek jej dzieci. Jednak nie krępuje jej to i nie czuje się zobowiązana do zmodyfikowania formuły swoich wypowiedzi;) Ona jest jak Ania z Warsaw Shore. Mała, ale jak Ci przyp... to się zdziwisz:P


28. Piękniś!


Ale najczęściej… piękna ONA;) Jej hobby to codzienne selfie i nabywanie usług lub towarów podkreślających jej niesamowite wdzięki;) Podczas zakupów z nią nic nie wpadnie Ci w oko bo przegląda się w każdej sklepowej witrynie poprawiając przy tym swą nienaganną fryzurę i makijaż;) Codziennie jest ładna, ale dziś obudziła się jeszcze piękniejsza!


29. Królowa życia!


Jest nawet taki program w TV. Jeśli nie widzieliście to zaprawdę powiadam, że poziom intelektualny jego "gwiazd" rozwala na łopatki!:O A królowa życia to lansiara, która musi być zawsze w centrum uwagi. Nie ważne co o niej mówią. Byleby mówili jak najwięcej!


30. Bułkę przez bibułkę!


Pani z wyższych sfer. Niezwykle kulturalna i elokwentna, niezależnie od miejsca i sytuacji. Zawsze Ą Ę. Klasyk!


Dobra, skończymy na 30 bo zaraz się wyda, że nie lubię nikogo:D Kolejność przypadkowa, ale Ci, którzy mnie troszkę znają, na pewno wiedzą na który typ jestem najbardziej cięta:P Część posiada rodzaj męski, ale tak naprawdę zdecydowana większość tyczy się kobiet;) Wiecie... baby są jakieś inne. Bardziej wyrafinowane w swej upierdliwości:D

Mieliście styczność z którymś z tych typów? A może kochacie wszystkich?
Czytaj dalej »

czwartek, 24 maja 2018

Innisfree Green Tea – czy warto stosować kosmetyki z jednej linii?

Innisfree to koreańska marka, która totalnie mnie kupuje! Zresztą jeśli czytacie mojego bloga regularnie to na pewno o tym wiecie, ponieważ pojawiło się już u mnie kilka recenzji produktów do pielęgnacji twarzy i ust tej marki. Za zwyczaj nie jestem wielką zwolenniczką komponowania pielęgnacji z kilku produktów pochodzących z tej samej linii. Niektórzy upierają się przy tym, że tylko stosując całą gamę kosmetyków z tej samej serii osiągniemy najlepsze rezultaty. Ja jednak uważam, że to raczej pójście na łatwiznę i wygoda, gdyż z powodzeniem można sobie ułożyć pełną pielęgnację składającą się z kosmetyków nie tylko z różnych linii, ale i marek, osiągając przy tym naprawdę świetne efekty. W każdym razie mnie to nigdy nie sprawiało problemów i najczęściej nie stosowałam więcej niż 3 produkty z tej samej serii:) Niemniej niedawno niektóre serie Innisfree przeszły mniejszą lub większą reformulację i w marcu wypuszczono kilka ciekawostek:) W dużej mierze właśnie to zainspirowało mnie do zastosowania 5 kosmetyków Innisfree Green Tea jednocześnie. Jak się u mnie sprawdziło takie połączenie? Czy dobrze wybrałam?

Innisfree Green Tea - wieloetapowa pielęgnacja

zdjęcie przedstawiające linię kosmetyków Green Tea z Innisfree
Linia Green Tea marki Innisfree jest dość rozbudowana, ponieważ oferuje zarówno produkty przeznaczone do każdego typu cery jak i te dedykowane poszczególnym typom. W obrębie jednej linii mamy więc np. zarówno krem do cery tłustej jak i osobny krem do cery suchej. Uważam, że to bardzo fajne rozwiązanie. Dodatkowo wiele z tych kosmetyków z powodzeniem możemy ze sobą mieszać. Wszystko wedle potrzeb lub preferencji dotyczących np. konkretnych konsystencji. Gwarantuję, że każdy znajdzie choć jeden produkt dla siebie:) Kosmetyki z linii Green Tea mają zadbać przede wszystkim o optymalny poziom nawilżenia naszej cery przy jednoczesnym zachowaniu jej świeżości. Głównym składnikiem jest tutaj oczywiście zielona herbata pochodząca z wyspy Jeju, która jest bogata m.in. aminokwasy i minerały. Możemy zdecydować się np. na 1-2 kosmetyki Innisfree Green Tea lub na większą ilość celem wdrożenia ich do pielęgnacji wieloetapowej, jak to miało miejsce w tym przypadku u mnie. Jak pewnie doskonale wiecie, przy takim zastosowaniu zaleca się nakładanie kosmetyków warstwowo poczynając od produktu oczyszczającego, a następnie nakładając produkty od tego posiadającego najlżejszą konsystencję do tego najcięższego, czyli najczęściej kremu:) Ja z linii Green Tea wypróbowałam jednocześnie - Innisfree Green Tea Cleansing Gel-to-Foam, Innisfree Green Tea Balancing Skin EX, Innisfree Green Tea Seed Serum, Innisfree 3-Minute Green Tea Skin Pack, Innisfree Green Tea Seed Essence-in-Lotion. Jak sprawdziła się u mnie ta zielona mieszanka? 
Koreańska pielęgnacja Innisfree Green Tea

Cała linia pachnie według mnie bardzo przyjemnie i delikatnie zieloną herbatą. Zapach jest wyczuwalny praktycznie jedynie podczas aplikacji i może parę chwil tuż po. W moim odczuciu najmocniej pachnie kosmetyk oczyszczający. Woń każdego z tych produktów jest +/- taka sama choć da się wyczuć subtelne różnice. Dla przykładu w serum wyczuwam lekko alkoholową nutkę w momencie aplikacji, a Essence-in-Lotion ma według mnie taki najbardziej świeży zapach. Jakby urozmaicony o subtelną nutkę mięty. Każdy z tych produktów łączy świeżość zielonej herbaty przełamana lekko ziołowym aromatem:) Mnie się ten zapach bardzo podoba, a szczególnie w esencji-lotionie;)  Również opakowania są według mnie przyjemne dla oka, w różnych odcieniach zieleni. Choć niektóre nie są tak funkcjonalne jakbym chciała:) PAO każdego z tych kosmetyków to 12 miesięcy.


Innisfree Green Tea Cleansing Gel-to-Foam


zdjęcie przedstawiające Innisfree Green Tea Cleansing Gel-to-Foam

Zacznijmy od najważniejszego kroku bez którego nie zadziała nawet najlepszy kosmetyk, czyli od oczyszczania! Przyznam, że początkowo miałam na oku piankę, ale gdy dostrzegłam nowość w postaci gel-to-foam pomyślałam, że to będzie fajniejsze:) Kosmetyk został umieszczony w zielonym opakowaniu z pompką przez które możemy na bieżąco obserwować poziom zużycia. Pompka działa bez zarzutów i jedyne moje zastrzeżenie jest takie, że nie ma blokady typu on/off, a jedynie taki "pierścień" zabezpieczający, który w momencie otwarcia za zwyczaj się zdejmuje i wyrzuca;) W przypadku konieczności zabrania kosmetyku w podróż od biedy możemy go wykorzystać do zabezpieczenia. Pojemność produktu wynosi 150ml, więc dość standardowo. PAO natomiast 12 miesięcy.

Produkt posiada lekką żelową konsystencję, która jest dość przyjemna w dotyku. Taka śliska;) Można go zastosować na dwa sposoby. Przy wieczornym myciu gdy potrzebujemy wykonać demakijaż, najlepiej nałożyć na suchą skórę i masować aż konsystencja zmieni się w coś w rodzaju białej emulsji, a następnie dodać trochę wody, spienić i spłukać. Przy takim zastosowaniu produkt wytwarza więcej piany choć nie jest to taka typowa pianka jak w przypadku klasycznych pianek. Opcjonalnie można oczywiście zastosować siateczkę spieniającą, ale przyznaję, że osobiście tego nie robiłam. Drugi sposób jest bardziej tradycyjny, czyli nakładamy produkt na mocno zwilżoną skórę twarzy, myjemy i spłukujemy. Produkt pieni się wtedy bardzo delikatnie, ale takie zastosowanie jest jak najbardziej odpowiednie do porannego mycia twarzy lub gdy nie mamy na sobie makijażu. Cleansing Gel-To-Foam dobrze oczyszcza i odświeża, a przy tym nie podrażnia oraz nie przesusza cery. Choć należy oczywiście pamiętać żeby po użyciu sięgnąć po produkty nawilżające:) W przeciwnym razie po jakimś czasie możemy zaobserwować delikatne uczucie ściągnięcia.

Innisfree Green Tea Balancing Skin EX

zdjęcie przedstawiające Innisfree Green Tea Balancing Skin EX

Pod nazwą Skin kryje się toner i tutaj miałam lekką zagwozdkę, gdyż na Jolse można zobaczyć specjalne grafiki – takie podpowiedzi Innisfree odnośnie kolejności stosowania produktów. Pomysłów na kolejność zastosowania jest naprawdę sporo, więc każdy znajdzie system idealny dla siebie. Aczkolwiek zaskoczyło mnie, że w niektórych wariantach polecono najpierw nałożyć serum, a następnie toner. Wypróbowałam ten sposób i nawet jest do przyjęcia, ale ja lubię aplikować toner przy użyciu wacika, więc jeśli najpierw zastosowałabym serum to miałabym takie uczucie jakbym je potem ścierała tonerem:) Według mnie więc ten sposób jest bardziej dla tych, którzy aplikują toner za pomocą dłoni:) Sama stosowałam toner jako drugi krok, czyli zaraz po myciu twarzy. 
Toner otrzymujemy w dość prostym 200ml opakowaniu, które już przy pierwszym użyciu doprowadziło mnie do szału i to wcale nie z zachwytu… Momentalnie padło soczyste ja pierdolę! Okazało się bowiem, że otwór przez który dozujemy toner jest naprawdę mały, a w połączeniu z konsystencją jakby zagęszczonej wody wydobycie owego płynu trwa wieki. Nie da się go tak po prostu wylać na wacik lub dłoń. Jego trzeba wytrząsać! No po prostu zadanie wymagające krzepy albo anielskiej cierpliwości:) Od razu pomyślałam sobie o nie. Tak to my się bawić nie będziemy i po prostu wyjęłam wewnętrzną osłonkę uzyskując w ten sposób normalny przyzwoity otwór, który nie uprzykrza korzystania:) Trzeba sobie radzić, prawda? Toner posiada lekko zagęszczoną, ale przyjemną, lekko śliską konsystencję, dzięki której łatwo się rozprowadza bez tarcia nawet przy aplikacji wacikiem. Wchłania się on błyskawicznie praktycznie do matu i nie obciąża skóry. A także dobrze przygotowuje ją na przyjęcie kolejnych kroków.

Innisfree Green Tea Seed Serum

zdjęcie przedstawiające Innisfree Green Tea Seed Serum

Tuż po Balancing Skin najczęściej stosowałam serum, które jest jednym z najbardziej znanych produktów Innisfree i nadaje się do każdego typu cery. Jest to kosmetyk, który miałam okazję poznać i polubić już wcześniej przy okazji licznych próbek, które do mnie trafiały za sprawą różnych zamówień. 
Serum mieści się w zielonej buteleczce, która pozwala na obserwację poziomu zużycia. Pojemność to aż 80ml, ale przy regularnym stosowaniu na twarz, szyję i dekolt (codziennie, a nie od święta) wystarcza na jakieś 2 miesiące. Buteleczka jest bardzo zgrabna i naprawdę mi się podoba choć niestety nie ma tutaj możliwości zamykania pompki metodą on/off. Pozostaje jedynie fabrycznie dołączony kapturek jeśli planujemy je gdzieś przewozić, a boimy się rozlania. Pompka działa bez zarzutów, choć czasem zdarzało się, że trochę produktu poleciało mi po zewnętrznej ściance butelki. Serum posiada przezroczystą barwę i lekką wodno-żelową konsystencję. Pachnie zieloną herbatą, choć w momencie aplikacji można wyczuć lekko alkoholową nutkę, która natychmiast znika. Bardzo lubię takie lekkie konsystencje, ponieważ świetnie sprawdzają się w pielęgnacji wieloetapowej i nie obciążają cery. Serum jest bestsellerem marki i naprawdę ciężko się temu dziwić, ponieważ powinno sprawdzić się niemal u każdego. Ładnie odświeża cerę, lekko nawilża i wygładza, a przy tym jej nie przetłuszcza i po wchłonięciu zapewnia matowe wykończenie bez uczucia lepkości.

Innisfree 3-Minute Green Tea Skin Pack

zdjęcie przedstawiające Innisfree 3-Minute Green Tea Skin Pack

Po serum najczęściej na mojej twarzy lądowały 3 minutowe płatki. Choć zdarzało się też, że nakładałam je przed serum lub czasem nawet po esencji-lotionie, gdyż producent wskazał różne możliwości i postanowiłam trochę się pobawić. Płatki zamknięte zostały w zielonym słoiczku do którego dołączone zostały również „szczypce” do ich wyjmowania. Aczkolwiek ja wyjmowałam zawsze chwytając delikatnie palcami. Płatki są ultra-cienkie, więc trzeba uważać żeby nie nałożyć dwóch na raz bo po co tracić tak fajny produkt:) W opakowaniu mamy 100szt i możemy nakładać według potrzeb. W moim przypadku było to codziennie, ale do wyboru – albo rano albo wieczorem zależnie od czasu i chęci.
Innisfree płatki 3 minutowe
Najczęściej nakładałam po jednym płatku na każdy policzek i jeden na czoło albo tylko na policzki. Płatki mają za zadanie orzeźwić cerę, dostarczyć jej dodatkowej porcji wilgoci, a także ją ukoić dzięki zawartości panthenolu. Dzięki lekkim właściwościom chłodzącym świetnie nadają się na wiosnę i lato:) Przyznaję, że ja od razu pokochałam ten pielęgnacyjny gadżecik, nazywając go… mini-płachtą albo szybką płachtą. Wszak warto dodać, że płatki wystarczy położyć na twarzy jedynie na 3 minuty, a w przypadku masek w płachcie najczęściej jest to 20-30 minut. W dodatku maski w płachcie lekko ograniczają nam ruchy twarzy, a tutaj nie ma tego problemu, ponieważ płatki są wielkości wacików, cieniuteńkie i milutkie. Dobrze trzymają się twarzy, więc możemy z nimi nawet jeść;) Czasami zdarzało mi się też przeciąć płatek i nałożyć pod oczy. Jest to oczywiście taki produkt uzupełniający, ale dla mnie jak najbardziej warty uwagi. Bardzo ładnie nawadnia, odświeża, chłodzi i łagodzi cerę:) Dla mnie odkrycie:) Jeśli znacie coś podobnego i wartego uwagi z innych firm to proszę o polecenie.

Innisfree Green Tea Seed Essence-in-Lotion

zdjęcie przedstawiające Innisfree Green Tea Seed Essence-in-Lotion

I ostatni produkt z gamy Innisfree Green Tea, który wchodził w skład mojej wieloetapowej pielęgnacji twarzy, czyli Innisfree Green Tea Seed Essence-in-Lotion. 
Kosmetyk mieści się w ciemnozielonym opakowaniu wyposażonym w pompkę i również brak tutaj możliwości otwierania i zamykania systemem on/off. Butelka zawiera 100ml produktu i niestety jest nieprzezroczysta, więc nie da się na bieżąco monitorować postępu zużycia. Ciężko podejrzeć nawet pod światło. 
Essence in lotion to takie 2w1. Często bowiem mamy osobno esencję i lotion. A tutaj producent wyszedł naprzeciw tym, którzy chcieliby choć trochę zminimalizować ilość butelek na półkach w łazience i stworzył 2w1. Dla mnie genialne posunięcie! Esencję-lotion stosowałam zawsze jako ostatni produkt z serii Green Tea i jest to mój ulubieniec serii! Najbardziej uniwersalny ze wszystkich produktów. Posiada on białą barwę i konsystencję lekkiego mleczka/lotionu. Nie obciąża skóry, a jednocześnie świetnie nawilża i wygładza. Można na niego jeszcze nałożyć krem (u mnie często był to miejski krem ochronny Resibo, ponieważ lubię taką naprawdę kompleksową pielęgnację). Ale w przypadku cery mieszanej nie jest to bezwzględnie konieczne, gdyż on sam w sobie pełni rolę lekkiego kremu. Zwłaszcza w te cieplejsze dni, ponieważ idealnie nadaje się pod makijaż:) To takie idealne zwieńczenie wszystkich poprzednich produktów. 


Wszystkie 5 produktów z linii Innisfree Green Tea bardzo dobrze się u mnie spisało. Nie była to oczywiście taka najbardziej kompletna wersja pielęgnacji w obrębie jednej linii, ponieważ mogłabym ją jeszcze uzupełnić o płyn micelarny, krem i krem pod oczy, ale te kategorie produktów miałam już w użyciu i nie chciałam mnożyć bytów:) Poza tym Innisfree świetnie dogadało się z moimi pozostałymi kosmetykami:) Linia Green Tea stanowi dobry wybór przy każdym typie cery, ponieważ zapewnia przede wszystkim nawilżenie i wygładzenie, przy jednoczesnym zachowaniu świeżości. Jeśli miałabym polecić jeden najbardziej uniwersalny produkt to z pewnością byłby to Green Tea Seed Essence-in-Lotion, na drugim miejscu bestsellerowe serum, a fankom kosmetycznych gadżetów dodatkowo polecam płatki:) Jako ciekawostkę zauważyłam, że kosmetyki zużywają się w podobnym tempie. Gdy np. pozostało mi połowę żelu to serum i tonera również miałam jeszcze połowę. Dodam jeszcze, że przy mojej mieszanej cerze całość z powodzeniem stosowałam na twarz, szyję i dekolt zarówno wieczorem jak i rano, również pod makijaż. Mimo nakładania tych paru warstw nie miałam problemów z lepkością czy długim wchłanianiem produktów, ponieważ formuły wszystkich tych kosmetyków są lekkie. Dlatego moja cera chłonęła je naprawdę szybko. Pomocny był jedynie sposób z dociśnięciem dłoni do twarzy tuż po aplikacji, ponieważ zdecydowanie przyspieszał absorpcję produktów. Chwilę dłużej musiałam jedynie poczekać po nałożeniu kremu Resibo. Ale również była to kwestia paru minut, a nie godzin:) Jedyne do czego mogłabym się doczepić to kwestie związane z funkcjonalnością opakowań. Skin z otworem jaki serwuje nam producent jest dla mnie nie do zaakceptowania, więc całe szczęście, że znalazłam na niego sposób:)

Wszystkie kosmetyki Innisfree Green Tea wraz ze wskazówkami dotyczącymi stosowania można znaleźć na Jolse. Ich ceny wahają się od ok. 16 do ok. 25$ za pojedynczy produkt zależnie od aktualnych promocji. Bardzo często Innisfree można tam kupić 20-25% taniej. 

Znacie linię Green Tea z Innisfree? Zdarza Wam się stosować kilka produktów z tej samej serii?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 21 maja 2018

Barbara Kwiatkowska - Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie Inspiracje

Niedawno ukazała się nowa książka autorstwa Barbary Kwiatkowskiej - Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie Inspiracje, mająca być niejako kontynuacją pierwszej tj. Skóra: azjatycka pielęgnacja po polsku, z którą niestety nie miałam okazji się zaznajomić. Ale zawsze można nadrobić:) Co znajdziemy w najnowszej pozycji autorki?

zdjęcie przedstawiające książkę Barbary Kwiatkowskiej Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie Inspiracje

Poradnik jest ładnie wydany. Podoba mi się jego format, okładka ze względu na połączenie kolorów, a także czytelna czcionka, tabele i ilustracje, które urozmaicają treść. Książka posiada 271 stron łącznie z bibliografią. Materiał, który w niej znajdziemy został bardzo przejrzyście i logicznie rozdzielony. Lubię gdy dane są uporządkowane i ładnie wyeksponowane! Jeśli chodzi o samą autorkę to od razu wyczułam, że jest to kobieta, która twardo stąpa po ziemi i nie boi się wyrażać swojego zdania oraz obalać mitów. Gdy coś jej się nie podoba albo uważa za mało skuteczne, pisze o tym wprost. Podoba mi się to, ponieważ lubię osoby zdecydowane i pewne swego.  Sama zresztą mam bardzo podobnie. Coś się komuś nie podoba? Trudno. I tak powiem co zechcę.

Co znajdziemy w poradniku?



Wiele praktycznych informacji jak np., różnica między olejkami myjącymi, a OCM. Azjatki stosują przede wszystkim olejki myjące, czyli takie, które w swoim składzie zawierają emulgatory. Sama autorka również zdecydowanie poleca tę formę oczyszczania zamiast metody OCM. I zgadzam się z tym również ja. Do wyrażenia swojego zdania została tutaj wywołana autorka bloga Kociamber w podróży, według której olejki azjatyckie są przyjemne w użyciu lecz słabe jakościowo ze względu na skład, w którym często brakuje naturalnych olejów. Zamiast nich bardziej poleca ona olejki polskich marek takich jak Vianek, GoCranberry, czy Miya Cosmetics. Ten ostatni sama również polecam:) 

Książka została podzielona również według pór roku – wiosna, lato, jesień, zima, w których znajdziemy porady dotyczące tego jak pielęgnować cerę zależnie od pory roku oraz warunków atmosferycznych i potrzeb. 


Latem nasza cera potrzebuje lżejszych, ale jednocześnie dobrze nawilżających formuł, ponieważ „chce pić” podobnie jak nasz organizm. 


Wiosna jest bardzo dobrym czasem na wszelkie kuracje rozświetlające np. przy użyciu kosmetyków z witaminą C. 


Zimą ubieramy się na cebulkę, więc również nasza cera potrzebuje nieco „cieplejszej” ochronnej kołderki;) Zwłaszcza, że jesteśmy wtedy narażeni na ciągłe zmiany temperatur. Od mrozu na zewnątrz po ogrzewane pomieszczenia, więc nasza skóra i naczynia muszą pracować na podwyższonych obrotach, co często może powodować uczucie dyskomfortu.  

Jesień jest natomiast idealnym czasem na walkę z przebarwieniami, kuracje złuszczające, wprowadzenie kwasów i retinolu. Tym bardziej, że jesienią często więcej czasu spędzamy w domowych pieleszach, więc mamy większą ochotę na dogadzanie swojej skórze poprzez różne pielęgnacyjne rytuały. Często po lecie można zauważyć, że piegi i przebarwienia są bardziej widoczne lub powstały nowe. Autorka wyjaśnia proces powstawania przebarwień, który niekiedy trwa latami, więc jeśli nie dorobiliśmy się przebarwień po lecie lub w związku z niedostateczną lub żadną ochroną UV to niestety nie oznacza to, że widoczna zmiana nie pojawi się dopiero za kilka lat. Dlatego też Barbara Kwiatkowska mocno rekomenduje stosowanie preparatów z filtrami UV przez cały rok. Według niej każda ochrona (nawet taka w postaci pudru) jest lepsza niż brak ochrony. Zwłaszcza, że nawet najwyższe dostępne faktory nie gwarantują w pełni stabilnej ochrony. Po części jest to związane z tym, że należałoby nakładać na twarz aż ¼ łyżeczki kremu z filtrem. Przy prawidłowej aplikacji krem z filtrem o pojemności 50ml powinien wystarczyć na 40-50 dni stosowania (m.in. dlatego często dziwi mnie kiedy ktoś twierdzi, że krem wystarcza mu na pół roku:D). W przypadku kremów z filtrem nakładanie takich ilości może być jednak problematyczne, ponieważ często mają one cięższą konsystencję, są tłuste lub bielą. A gdy nakładamy mniej to automatycznie zmniejsza się poziom ochrony i tak oto z np. przy użyciu SPF 50 uzyskujemy ochronę UVA na poziomie ok. 16. Jednak autorka pociesza, że nawet jeśli nakładamy mniej to i tak mamy plusa za to, że w ogóle je stosujemy. Lżejszymi konsystencjami mogą poszczycić się azjatyckie kremy z filtrami. Jednak na zimę autorka radzi wybrać filtry europejskie ze względu na to, że te azjatyckie są dostosowane do ciepłego i wilgotnego klimatu, a nie do zimowej polskiej aury. W dużej mierze przez to, że posiadają płynne formuły i wysoką zawartość alkoholu. Azjatyckie filtry mogą być jednak niezłym rozwiązaniem dla posiadaczy cer tłustych, choć i w tym przypadku podano, że można znaleźć odpowiednik na europejskim rynku w postaci matującej emulsji Vichy, która jest ulubionym filtrem Kociambra. 

W wielu miejscach znajdziemy przykłady konkretnych kosmetyków. Zarówno tych rodzimych producentów (w większości) a także koreańskich (według mnie tych podano trochę mniej). Są także przykłady planów pielęgnacyjnych na różne pory roku z uwzględnieniem konkretnych składników. Opis działania poszczególnych olejków czy maseł, a także kilka wskazówek dotyczących INCI.

W książce znajdziemy również rozdziały poświęcone masażowi twarzy, historii maseczek wraz z przykładami wykonania poszczególnych maseczek np. na bazie glinek. W tym również ciekawostkę zdradzającą, że już wkrótce marka Foreo wypuści swój nowy innowacyjny produkt o wdzięcznej nazwie UFO;) Trochę o zmarszczkach, a także o tym, że trzeba poświęcić zdecydowanie więcej uwagi na pielęgnację szyi i traktować ją z takim samym uczuciem jak skórę twarzy. A przede wszystkim dbać o jej odpowiednie nawilżenie i jędrność. Nie włączając jednak do pielęgnacji szyi takich produktów jak silnie oczyszczające maseczki mogące ją podrażnić. Odpowiednia pielęgnacja szyi jest obecnie szczególnie ważna gdyż mamy w zwyczaju wielogodzinne wpatrywanie się w ekrany naszych smartfonów przyjmując przy tym niezbyt komfortową pozycję zarówno dla kręgosłupa jak i skóry. Powoduje to szybsze starzenie się tej strefy. Jest także co nieco o zmarszczkach, a także zachęta do tego żeby korzystać poszewek z jedwabiu, gdyż nie odciskają się one na twarzy tak jak te bawełniane. Znajdziemy też chociażby różnicę między kosmetykami rozświetlającymi i rozjaśniającymi, a także odrobinę azjatyckich ciekawostek, czyli tych tytułowych azjatyckich inspiracji. Nie jest to jednak typowa książka o azjatyckiej pielęgnacji. Jest dużo takich wskazówek jak wykorzystać to co mamy dostępne w Polsce:)

Czy dowiedziałam się czegoś nowego z książki Barbary Kwiatkowskiej?



Przydadzą mi się niektóre wskazówki dotyczące INCI na wypadek gdym chciała wprowadzić do swojej pielęgnacji produkty zawierające konkretne składniki. A to dlatego, że jak wiecie nie jestem osobą radykalną w kwestii składów, więc nie poświęcam dużo czasu na analizę. Co za tym idzie, nie mam wszystkich oznaczeń w pamięci. 

Poza tym przyznaję, że nie dowiedziałam się niczego czego bym nie wiedziała. Jednak jest to dla mnie pozytywne, ponieważ oznacza, że swoje wiem:) A dzięki książce mogłam usystematyzować wiedzę i niejednokrotnie wypowiedzieć w myślach – a i owszem, zgadza się:) Nie wszystkie zawarte w książce pomysły wykorzystam, ponieważ np. nie jestem zwolenniczką pielęgnacyjnego DIY i częściej stawiam na gotowe produkty. Niemniej ta część może być inspiracją dla osób, które kręci „zrób to sam”;) 


Najbardziej jednak spodobało mi się obalanie mitów i cieszę się, że w końcu ktoś to zrobił jasno i dobitnie, ponieważ nóż mi się w kieszeni otwiera gdy słyszę takie „mądrości” jak to, że „skóra się rozleniwia” jeśli zbyt wcześnie sięgnie się po silniej działające kosmetyki np. przeciwzmarszczkowe. Powiedzmy, że 30-latka używa kremów z oznaczeniem 50+ na opakowaniu. Takie oznaczenie nic nie znaczy, ponieważ kremy powinno się dobierać do typu cery i potrzeb, a przecież mało prawdopodobne żeby każda osoba 50+ miała takie same wymagania. Podobnie jest w przypadku jedzenia. W restauracjach nie ma przecież osobnego menu dla 30+, 40+ etc. Autorka podkreśla, że tak naprawdę dorosła córka może używać tego samego kremu co jej dojrzała matka (jeśli jest on dopasowany do potrzeb obu). U córki może on stanowić formę prewencji przeciwzmarszczkowej. Skóra się nie rozleniwi, ponieważ kosmetyki nie penetrują jej na tyle głęboko. Poza tym przyswoi ona tylko tyle ile potrzebuje. Z reszty najwyżej nie skorzysta i nie przyzwyczai się. Mama natomiast może stosować w formie kuracji na istniejące już zmiany. Pani Barbara dostała pytanie w stylu czego mam używać w wieku 50 lat skoro już w wieku 30 używam np., kremów z retinolem. I odpowiedź brzmiała nadal kremów z retinolem;) Z wiekiem zmniejsza się skuteczność, ale nie jest to związane z rozleniwieniem skóry związanym z przyzwyczajeniem do silnych substancji w kosmetykach, a z tym, że z wiekiem dochodzi do spowolnienia naturalnych procesów regeneracji, które zachodzą u każdego. Dlatego ważna jest profilaktyka. Lepiej sięgnąć po takie kosmetyki wcześniej niż później. Sama to wszystko wiedziałam, ale nadal często spotykam się z takimi stwierdzeniami, więc jeśli ktoś nie ma przekonania żeby uwierzyć mi to może da się przekonać autorce poradnika;) 

Co mi się nie spodobało w tej pozycji?



Dość częste nawiązania do poprzedniej książki typu „ale to już wiecie ze Skóry”. Nie ma w tym nic złego, ponieważ jest wyraźnie napisane, że nowy poradnik jest czymś w rodzaju rozszerzenia, ale czułam się nieco zmęczona kilkukrotnie czytając o nawiązaniach. Zwłaszcza, że pierwszej książki nie czytałam. Nie zgodzę się też ze stwierdzeniem, że w Polsce jest nie do wyobrażenia żeby nie użyć toniku. Wręcz przeciwnie, ponieważ wiele pytań od moich Czytelników dotyczyło wątpliwości związanych ze stosowaniem toników. Często kobiety nie widzą sensu używania ani efektów więc bywa, że wydaje im się zbędny. Osobiście zawsze używam i rzeczywiście nie wyobrażam sobie inaczej, ale nie zgodzę się, że dotyczy to wszystkich z automatu;)

Czy polecam?



Owszem. W tej książce nie znajdziecie bezsensownych porad. Warto przeczytać w dwóch przypadkach: jeśli jesteście zagubieni w temacie pielęgnacji lub jeśli chcecie sprawdzić ile wiecie tudzież usystematyzować swoją wiedzę i skonfrontować z różnymi punktami widzenia. Poradnik jest bardzo przystępnie napisany, czyta się go naprawdę szybko. Mnie to zajęło jakieś 2h.


Pani Barbara bardzo rzetelnie podeszła do tematu pielęgnacji. Nie ma tutaj bezkrytycznego i bezrefleksyjnego polecania wszystkich azjatyckich inspiracji. Przeciwnie - dużo jest podane na chłodno. Książka zachęca do tego żeby dobrze poznać swoją skórę, a z azjatyckich metod dbania o nią wybrać to co najlepsze dla NAS. Nie musi to być koniecznie wszystkie 10 kroków. Osobiście podobało mi się również wspomnienie o wielu polskich kosmetykach, które znam i lubię. Jak np. olejek Miya albo Miejski krem ochronny Resibo.


Co sądzicie o najnowszej książce Barbary Kwiatkowskiej? Mieliście okazję już ją przeczytać?
Czytaj dalej »

sobota, 19 maja 2018

Lustro LED Smukee z Biedronki – czy warto kupić?

W najnowszej gazetce promocyjnej sieci dyskontów Biedronka znajdziemy Lustro LED marki Smukee, które można wykorzystać np. do toaletki. Muszę przyznać, że nie jestem fanką Biedronki i mimo, że mam blisko to na ogół omijam szerokim łukiem. Wszystko to przez burdel, który tam panuje bo inaczej tego nazwać nie potrafię!;) Zawsze mam problem ze znalezieniem tego po co przyszłam, ponieważ wiele artykułów porozrzucanych jest bez ładu i składu, zupełnie nielogicznie. Nie mam jednak nic do obsługi, ponieważ przynajmniej zawsze pomogą w szukaniu. Tak było również i tym razem, gdyż zupełnie nie mogłam zlokalizować owych luster LED, które przypadkiem wyczaiłam podczas przeglądania aplikacji Blix. Wahałam się nad zakupem tego lustra przez parę dni, czyli od momentu obejrzenia aż do dnia, w którym miało być ono dostępne. Wiedziałam, że na najwyższą jakość przy tej cenie liczyć po prostu nie mogę, ale postanowiłam zaryzykować i wysupłałam 69,90zł na ten biedronkowy wynalazek;) Dostałam wiele pytań odnośnie lustra, więc postanowiłam przygotować pierwsze wrażenia dotyczące lustra oraz pokazać kilka zdjęć. 
zdjęcie przedstawiające lustro led z biedronki marki Smukee

Lustro LED Smukee z Biedronki



Dane techniczne:


- Lustro posiada wymiary 50x70x4


- Według producenta zapewnia ono ciepłe, białe światło co według mnie jest nie do końca zrozumiałe, ponieważ albo ciepłe albo białe… Ciepłe daje za zwyczaj żółty poblask, a lustro Smukee daje według mnie zimną barwę:)


- Lustro zasilane jest na baterie 4 x AAA, które znajdziemy w komplecie. 


- Lustro zawiera 24 ozdobne diody LED

Zalety:


- Cena – 69,90zł jest według mnie bardzo korzystna. Zwłaszcza, że za lusterko z Ikei, z którego korzystałam do tej pory zapłaciłam 49zł, a jest ono dużo mniejsze i nie posiada ani jednej lampeczki. A porównując do profesjonalnych luster do wizażu, które kosztują np. 1000zł to już w ogóle przepaść cenowa jest ogromna. 


- Dwa kolory do wyboru – czarny i biały. Osobiście sama już nie wiedziałam które wybrać, ponieważ oba mi się podobały, więc popytałam tu i tam i jednogłośnie doradzono mi białe.


- Możliwość powieszenia pionowo lub poziomo. Ale jest jeden haczyk, o którym wspomnę w wadach.


- Łatwy montaż – wystarczy wywiercić dwa otwory w ścianie. 


- Lustro jest duże i według mnie daje wyraźny obraz.


- Ładnie prezentuje się wizualnie i naprawdę fajnie dopełnia toaletkę. Nie umiem co prawda oddać tego na zdjęciach tak miarodajnie jak w rzeczywistości, ale z efektu wizualnego jestem bardzo zadowolona. Teraz czas tylko na zmianę koloru ściany (w planach mam szarość).


- Posiada 24 diody LED, czyli całkiem sporo.


- Zasilanie na baterie ma swoje wady i zalety. Do zalet zaliczyłabym brak problemu z instalacją, gdyż np. jeśli chcemy zamontować panele świetlne LED takie jak są dostępne w Ikei to przy większości z nich mamy adnotację, że instalacja wymaga ingerencji wykwalifikowanego elektryka. Tutaj nie ma tego problemu. 


- Każdy chłop to zawiesi;) Wystarczy nawiercić w dwóch miejscach.


- Nawet mój tata stwierdził, że nowe lustro bardziej pasuje do toaletki niż to stare. 


- Teoretycznie można je postawić na biurku bez konieczności wieszania na ścianie. W praktyce jednak wolałam zawiesić, ponieważ z moim szczęściem prędzej czy później by spadło, potłukło się i… miałabym 7 lat nieszczęścia;) 


- Wygodny włącznik.


- 24 miesiące gwarancji, więc warto zachować rachunek. W praktyce jednak podejrzewam, że w przypadku reklamacji będzie możliwy jedynie zwrot pieniędzy albo ewentualnie naprawa usterki, gdyż lustra mogą być już niedostępne w magazynach. 


- Podobno można przerobić żeby zasilanie było na prąd. O ile ktoś się na tym zna bo ja akurat nie;) 


- Więcej miejsca na toaletce. Moje biurko Besta Burs z Ikei, które służy mi za toaletkę ma 40cm głębokości, więc nie należy do szerokich. A dzięki temu, że lustro wisi na ścianie, udało mi się zaoszczędzić trochę miejsca.

- Białe światło. Na szczęście bo nie ma nic gorszego niż żółte;) 

Wady:


- Kwestie wykończeniowe – na pierwszy rzut oka wszystko prezentuje się pięknie, ale jeśli dokładnie się przyjrzymy z bliska to dostrzeżemy wykończeniowe niedoróbki. Coś w rodzaju paru małych mikro-dziurek na ramie i takie dość zwyczajne wykończenie wokół kulek LED. Również rama nie jest wykonana z wysokiej jakości materiału. Mam także wrażenie, że nie jest ona do końca prosta. Aczkolwiek może to być złudzenie. Poza tym nie jest widoczne na pierwszy rzut oka. Nie jest na szczęście tak żeby lustro rozlatywało się w rękach lecz do wyrobu klasy premium oczywiście się nie zalicza:D Oby tylko rama nie żółkła.


- Światło nie jest tak spektakularne i mocne jak w profesjonalnych lustrach do wizażu. Oświetlenie jakie zapewnia lustro Smukee coś daje i zawsze jest to lepsze niż brak oświetlenia, ale z pewnością nie należy ono do intensywnych. W końcu lampki na baterie;) 

- Diody LED mogłyby być większe bo lubię duże i dałyby więcej światła:D


- Zasilanie na baterie, które wiąże się z ich regularną wymianą i ciekawa jestem na ile godzin użytkowania może wystarczyć jeden komplet baterii. Mam lekkie obawy, że na tydzień:D Ale oby nie było tak źle.


- Największa wada dla mnie jest taka, że baterie umieszczane są z tyłu więc żeby je wymienić trzeba zdjąć lustro ze ściany, a następnie zawiesić ponownie. Już mnie szlag trafia jak o tym pomyślę;) Ale znowu umieszczenie schowka na baterie po bokach byłoby nieestetyczne. 


- Moje lustro od nowości miało brudną ramę, więc musiałam je przeczyścić;)


- Wątpliwa żywotność kul LED. Może się zdarzyć, że z czasem jedna kula padnie, potem kolejna etc. Ale oby tak się nie stało;)


- Nie do końca nadaje się do makijażu, np. do malowania powiek lepiej sprawdzi się lustro, które możemy sobie „podsunąć pod nos”. To tak z perspektywy ślepaka. Dlatego zostawiam sobie jeszcze tamto lusterko z Ikei, a docelowo planuje kupić takie okrągłe na nóżce również oświetleniem LED i może z efektem powiększenia. 


- Może być nieco bardziej problematyczne podczas robienia zdjęć. Jako blogerka wykorzystuję swoją toaletkę nie tylko do malowania i relaksowania się, ale także do wykonywania zdjęć produktowych do wpisów. W przypadku zwykłego lusterka z Ikei wystarczyło ustawić je pod odpowiednim kątem żeby nie było widoczne to co zbędne. Nowe lustro wizualnie lepiej pasuje do toaletki i jest bardziej okazałe, ale może sprawić trochę więcej kłopotów podczas wykonywania zdjęć, ponieważ jest przymocowane do ściany, więc nie daje pola manewru;) 


- Może być nieco upierdliwe podczas czyszczenia ze względu na wiele elementów, które posiada na ramie;) Aczkolwiek lusterko z Ikei również posiada zakamarki, które ciężko oczyścić z kurzu.


- Problemy budowlane:D Mieszkam w bloku, który niestety posiada pewne wady takie jak np. krzywe ściany lub podłogi w niektórych miejscach;) Co za tym idzie gdzieniegdzie nie ma pionu… I o ile biurko trzymało pion, o tyle przy próbie powieszenia nad nim lustra okazało się, że nijak nie da się tego pionu uzyskać:P Dlatego lustro z jednej strony trochę „leci” i musiałam coś podłożyć pod jedną ramę biurka:P A mimo tego nadal jeszcze ciutkę leci, więc muszę pomyśleć nad jakimś rozwiązaniem:) 

- I jeszcze jeden problem, na który napotkałam… Chciałam powiesić lustro tak nisko żeby było na równi z biurkiem, ale okazało się, że otwory z tyłu są tak zrobione, że w przypadku zawieszenia poziomo włącznik musimy mieć na dole, więc trzeba zawiesić  trochę wyżej. Tak żeby przynajmniej była szpara pozwalająca włożyć palec i skorzystać z włącznika. Po zawieszeniu zaczęłam się zastanawiać czy może nie lepiej byłoby powiesić nieco wyżej, ale to już nie problem. Najwyżej powiesi się wyżej:D 

- Nie wszędzie się zmieści. Trzeba mieć miejsce żeby takie lustro powiesić.  

Jak widzicie lustro LED Smukee z Biedronki posiada zarówno zalety jak i wady. Przyznaję jednak, że mimo wad wstępnie jestem zadowolona z zakupu. Nie zapewni ono co prawda tak jasnego i mocnego światła jakie mogłoby dać profesjonalne lustro do wizażu zasilane na prąd i wyposażone w mocniejsze i większe kule LED (mnie się podoba np. takie jak ma Agu Blog). Ale biorąc pod uwagę wielokrotnie niższą cenę uważam, że do użytku domowego jest naprawdę OK. W dodatku dzięki niej jest dostępne praktycznie dla każdego. Dla mnie póki co jest ono dobrą opcją, ponieważ zawsze podobały mi się takie lustra, a nie byłam do końca przekonana do wydatku rzędu 1000zł skoro ma być ono wykorzystywane jedynie do osobistego, domowego użytku.  Na razie więc będzie mi służyć, a jeśli za jakiś czas zmienię zdanie to przecież sklepów nie brakuje;)

To tyle ile udało mi się przeanalizować tak na gorąco bo jak wiecie lustro mam dopiero od piątku, więc zaznaczam, że jest to jedynie pierwsze wrażenie. Lustra teoretycznie powinny być jeszcze dostępne w Biedronkach. Dziękuję Wam za wszystkie porady i dyskusje na Instagramie.

Jeśli macie jakieś rady lub refleksje, dajcie znać;)

Zobacz też:


Czytaj dalej »