czwartek, 19 lipca 2018

6 produktów z Rossmanna, które mogą Ci się przydać w podróży i na wakacjach!

Pogoda ostatnio nie rozpieszcza. Upał wielu osobom doskwierał i narzekania było, co nie miara. Teraz, więc dla równowagi, co i rusz mamy deszcz;) Ja zawsze mówię, że pogoda się psuje przez tych, którzy narzekali na nadmiar słońca (kiedyś się policzymy!). Wczoraj wyszłam sobie beztrosko w krótkim rękawku i oczywiście co? W drodze powrotnej złapała mnie ulewa. Nie muszę chyba dodawać, że nie miałam parasola?:P Ale jak widać z cukru nie jestem i (jeszcze) się nie roztopiłam. Niemniej wszystko się kiedyś kończy, a zatem i deszcz musi kiedyś minąć. A wtedy? Można pomyśleć o jakiejś małej lub dużej podróży;) Co może się wówczas przydać? W drogerii Rossmann znajdziemy sporo produktów przydatnych na wakacjach. A oto niektóre z nich;)

Travel poduszka podróżna



Do wyboru jest kilka wzorów i muszę przyznać, że ten, który przypadł mi udziale najbardziej trafia w mój gust. Jest ona, co prawda czarna, ale flamingi świetnie ją rozweselają;) Jej cena jest bardzo korzystna (14,99zł). Zwłaszcza, że pod koniec czerwca zastanawiałam się nad zakupem tego typu poduszki i w innym sklepie kosztowała 50zł.  Poduszka posiada miłą w dotyku cienką i gładką poszewkę oraz wypełnienie z kulek polistyrenowych. Dzięki zawieszce fajnie sprawdzi się w podróży np. podczas długiego prowadzenia samochodu lub dla pasażera;) Nie wiem jak Wy, ale ja jako pasażer zawsze się męczę jazdą i lubię sobie przynajmniej trochę poleżeć bo o porządnym wyspaniu raczej nie ma mowy, gdyż w takich sytuacjach zwykle śpię „na czuwaniu”;) 


For Your Beauty opaska na oczy



Opaska na oczy występuje w różnych wzorach. Nie jest to na pewno produkt dla każdego i muszę przyznać, że ja jeszcze nigdy nie używałam. Ale zaświtało mi, że również może się przydać, np. gdy chcemy się zdrzemnąć w trakcie jazdy, jako pasażer, a rozpraszają nas widoki;) A może też, jeśli nasza wakacyjna miejscówka będzie nadmiernie oświetlona nocą;) Szczerze mówiąc ja trafiałam już na różne. Choć na wyjazdach raczej nie myślałam o spaniu:D


Dax Sun - Kosmetyki z filtrem i po opalaniu



Jeśli słońce i plaża to warto postawić na kosmetyki z filtrem. Spory wybór produktów posiada firma Dax. Przy wrażliwej skórze i jasnej karnacji przyda się Emulsja ochronna SPF 50+, która chroni zarówno przed UV, IR oraz HEV. Z kolei dla wygodnickich i niewymagających aż tak wysokiej ochrony dobrym rozwiązaniem będzie Transparentny spray do opalania SPF 30+. Warto również zadbać o skórę po opalaniu. Szczególnie, jeśli mamy skłonność do podrażnień. Przydatne może okazać się Hipoalergiczne mleczko po opalaniu Dax Sun Dermo Line. Jest to produkt uniwersalny i bezzapachowy. Nadaje się do stosowania już od pierwszego miesiąca życia. Przyznam, że ja nie mam skłonności do podrażnień posłonecznych, ale chętnie zużyję, gdy wrócą upały;) Ta chłodząca formuła może być całkiem przyjemna;)

Isana pomadka do ust Berry Love



Balsamy do ust to takie produkty, które akurat w moim przypadku przydają się niezależnie od pory roku i miejsca, w którym się znajduję. Moją ulubioną pomadką z Rossmanna jest Alterra rumiankowa, ale jeżynowa propozycja Isany wydaje się być w sam raz na lato;) 


Do tej listy dodałabym oczywiście mini produkty, które świetnie sprawdzają się podczas krótkich wyjazdów, a także… milion innych rzeczy bo przecież lepiej nosić niż się prosić;)


Wakacyjne podróże jeszcze przed Wami czy już po? Jakie kosmetyki i gadżety zabieracie na wyjazdy?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 lipca 2018

Innisfree – My Lip Balm i My Drop!

Marka Innisfree w swej ofercie posiada nie tylko skuteczne serie kosmetyków przeznaczone do pielęgnacji twarzy, ale także kolorówkę, bazy pod makijaż i balsamy do ust zarówno te bezbarwne jak i z dawką koloru:) Kusił mnie ich podkład, który jest dość nowatorski, ponieważ można sobie dobrać zarówno poziom krycia jak i stopień nawilżenia;) Jednak nie byłam jeszcze wtedy na niego gotowa (może za jakiś czas;)), więc wybrałam coś bardziej uniwersalnego – My Lip Balm w odcieniu #Ruby Grapefruit Tea i My Drop w wersji Mattifying. Jak się u mnie spisały?

Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea

zdjęcie balsamu do ust Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Innisfree My Lip Balm opakowany został w dość długą i pojemną, bo aż 15g tubkę i wyposażony w ścięty aplikator. Sam w sobie jest on bardzo wygodny, lecz łatwiej by mi się nakładało produkt gdyby był jednak nieco węższy. W moim przypadku przydatne jest, więc lusterko, ale to raczej nie problem, bo po przemeblowaniu luster ci u mnie pod dostatkiem;) Barwa tubki zależy od odcienia balsamu. W moim przypadku jest to nr 10 #Ruby Grapefruit Tea, więc tubka jest biało-czerwona (dobrze, że już po mundialu;)).
zdjęcie przedstawiające Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Wersji My Lip Balm mamy aż 11, także każdy wybierze coś dla siebie:) Pierwsze 3 odcienie są bardzo delikatne, natomiast ja chciałam coś z czerwono-różowym akcentem. 
zdjęcie Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Polubiłam Innisfree Glow Tint Lip Balm i tak naprawdę chciałam żeby ten był do niego podobny:) Muszę przyznać, że z koloru jestem bardzo zadowolona:) Jest to moja ulubiona tonacja, ponieważ już jakiś czas temu zauważyłam, że w nude nie wyglądam najlepiej i że lepiej czuję się w nieco żywszych (ale nie przesadnych) kolorach:) Efekt można oczywiście stopniować zależnie od tego jak dużo balsamu nałożymy na usta. Co ciekawe balsam wygląda nieco inaczej zależnie od światła. Wszystkie zdjęcia na twarzy wykonałam tego samego dnia (te z samymi ustami są bez makijażu twarzy, a całościowe już w makijażu) i tak naprawdę na każdym ujęciu odcień prezentuje się nieco inaczej (na niektórych zdjęciach mam nałożone mniej, a na innych więcej). Niemniej w każdej odsłonie go lubię:) Muszę zresztą przyznać, że podczas robienia zdjęć „efektów” pogoda była niestety bardzo kapryśna, a światło chwiejne;) Wszystkie kolory zaprezentowane zostały w sklepie Jolse, aczkolwiek efekt zawsze będzie inny zależnie od wyjściowego koloru ust i z tego co widzę u mnie też wygląda nieco inaczej niż na stronie;)
zdjęcie Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea na ustach
Zarzutów co do tego produktu nie mam żadnych i nie będę udawać, że mnie to zaskakuje bo przerobiłam już kilka balsamów do ust Innisfree i każdy mi odpowiadał:) Nie jest to produkt mocno kryjący tudzież zastygający bo w końcu to koloryzujący balsam do ust. Posiada on więc cechy z pogranicza pomadki i balsamu;) Najlepsze cechy, gdyż zarówno nadaje ustom koloru, czyli je upiększa, a jednocześnie dba o ich kondycję nie dopuszczając do wysuszenia:) Mam jeszcze na oku parę wersji i możliwe, że w przyszłości się skuszę. Konsystencja produktu jest bardzo przyjemna i taka „gładka”. Natomiast zapach bardzo subtelny, prawie niewyczuwalny. Faktycznie jest to coś w rodzaju herbatki grejpfrutowej. Na ustach w ogóle tego zapachu nie czuć. Jeśli jesteście fankami takich nawilżających balsamów do ust z kolorem to szczerze polecam:) Podkreśli kolor ust i jednocześnie zadba o ich kondycję w ciągu dnia.
zdjęcie przedstawiające makijaż z Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea

Innisfree My Drop Mattifying


zdjęcie przedstawiające Innisfree My Drop Mattifying
Innisfree My Drop to stosunkowa nowość w ofercie marki, gdyż pojawiła się dopiero kilka miesięcy temu. Mamy do wyboru kilka wersji – nawilżającą, rozświetlającą, olejkową (którą można nakładać również jako bazę pod szminkę), matującą oraz wersje do rozjaśniania lub przyciemniania podkładów. Ja zdecydowałam się na Mattifying, ponieważ latem moja mieszana cera lubi sobie poświecić za dnia, a nie zawsze jest to mile widziane;) 
zdjęcie przedstawiające Innisfree My Drop Mattifying
Sam produkt występuje w opakowaniu, które jakiś czas temu zyskało moją sympatię (dawniej nie znosiłam takich buteleczek z pipetką). Może dlatego, że mój podkład Bell również występuje w podobnym opakowaniu? Jest ono przezroczyste i o niewielkiej lecz w pełni wystarczającej pojemności – 14ml. Takich produktów nie nakładamy bowiem kilogramami. Jeden lub dwa „dropsiki” wystarczą;) 
zdjęcie Innisfree My Drop Mattifying
Produkt posiada białą barwę, a jego konsystencja jest leciutka niczym lotion:) Rozsmarowuje się błyskawicznie nie pozostawiając po sobie lepkiego filmu ani koloru (nie rozbiela podkładu). My Drop jest praktycznie bezzapachowy, co stanowi dla mnie zaletę. 

Może być stosowany jako matująca baza pod makijaż na wybrane partie twarzy lub można zmieszać go z podkładem. Tego drugiego sposobu nie próbowałam, gdyż jak wiecie nie jestem zbyt biegła w aplikacji podkładów i wolałam nie kombinować;) Zdecydowanie wolę stosować tradycyjnie jako bazę pod podkład lub puder. Mój podkład Bell Nude Liquid Powder jest co prawda sam w sobie o pudrowym wykończeniu, ale po jakimś czasie zaczynam się świecić, a gdy przesadzę z pudrem wykończeniowym to moja twarz prezentuje się już zbyt pudrowo. Czasami więc lepszym rozwiązaniem podczas ciepłych lub stresujących dla mnie dni jest nałożenie bazy, a pominięcie już pudru lub aplikacja minimalnej jego ilości;) Muszę przyznać, że ta wersja zdaje u mnie egzamin i twarz pozostaje bez połysku na dłużej. Przy czym nie jest to płaski mat, a po prostu utrzymanie cery w ryzach:) Jestem jeszcze ciekawa tej olejkowej w ramach zastosowania na usta:)

Znacie My Drop lub My Lip Balm z Innisfree?

Czytaj dalej »

piątek, 13 lipca 2018

Innisfree Tangerine Vita C – koreańska pielęgnacja z dawką witaminy C!

Kosmetyki z witaminą C są przeze mnie cenione od dawna i moja skóra na ogół dobrze je przyjmuje zdecydowanie zyskując na takiej pielęgnacji:) Tym razem postanowiłam wypróbować coś rodem z Korei i zachowawczo postawiłam na znaną i lubianą przeze mnie markę Innisfree z serią Tangerine Vita C! Część z Was już nawet pisało mi, że ta marka kojarzy Wam się z moim blogiem, co jest całkiem miłe bo to naprawdę poczciwe produkty:) Wróćmy jednak do tej koreańskiej witaminki C! Jak się sprawy mają?
zdjęcie serii Innisfree Tangerine Vita C

Innisfree Tangerine Vita C


W skład linii Tangerine Vita C wchodzi 5 produktów pozwalających stworzyć kompleksową pielęgnację twarzy. Jest to Tangerine Vita C Oil Free Liquid Cleanser, Tangerine Vita C Skin, Tangerine Vita C Serum, Tangerine Vita C Gel Cream oraz Tangerine Vita C Mist. Linia z witaminą C jest więc zdecydowanie mniej rozbudowana niż np. ta z zieloną herbatą:) Tym razem nie wypróbowałam całej serii, a 3 produkty pomijając mgiełkę oraz produkt do oczyszczania, ponieważ miałam w użyciu inny. Każdy z tych 3 produktów został oparty na Citrus Unshiu Peel Extract, czyli ekstrakcie z mandarynki Satsuma. Otrzymywany jest on z owoców Citrus Unshiu uprawianych m.in. w Korei, Japonii, Chorwacji etc (ten został wyciśnięty oczywiście na wyspie Jeju;)). Jest on bogaty w tyraminę. Posiada właściwości rozjaśniające, antyoksydacyjne, wzmacniające naczynia krwionośne oraz kojące:) 


Cała seria posiada pomarańczowe opakowania, które długo do mnie nie przemawiały, a koniec końców zrobiłam im łącznie ze 3 sesje zdjęciowe (zarówno przed jak i w trakcie używania, w czerwcu i w lipcu również;)). Ostatecznie stwierdziłam, że opakowania mi się podobają, a mój telefon szczególnie upodobał sobie słoiczek kremu, któremu zrobiłam najwięcej zdjęć;) Cóż… w końcu Orange is the New Black;) PAO dla każdego bez wyjątku wynosi 12 miesięcy, a dodatkowo na tyłach opakowań mamy specjalnie wyznaczone miejsce, w którym możemy sobie wpisać datę otwarcia;) Ja tego nie robiłam, ponieważ wszystko grzecznie zużywam, ale to zapewne dobra opcja dla tych, którzy mają w użyciu pierdyliard kosmetyków na raz i już się w tym wszystkim gubią;) Każdy z kosmetyków pachnie cytrusowo, a dokładnie mandarynkowo;) W opakowaniach zapach wydaje się nieco „papierowy”, ale podczas aplikacji zdecydowanie zyskuje, uwalniając bardzo przyjemną, orzeźwiającą, a przy tym delikatną woń:) Do tej pory żaden zapach produktów marki Innisfree mnie nie zawiódł, ale ten oceniam najwyżej. Idealnie wpisał się w ten wiosenno-letni czas:) Aż pożałowałam, że jednak nie przygarnęłam do kompletu mgiełki, która pozwoliłaby mi się cieszyć tą wonią częściej;) Serię stosowałam, jako pielęgnację wieczorną na twarz, szyję i dekolt. 


 Innisfree Tangerine Vita C Skin
 

zdjęcie przedstawiające Innisfree Tangerine Vita C Skin

Tangerine Vita C Skin, czyli tonik otrzymujemy w 200ml buteleczce, która pomijając kolor jest praktycznie identyczna z tą, która występuje w toniku z linii Green Tea. Oznacza to, że mamy tutaj również ten nieszczęsny wąski otwór;) Choć nie jestem pewna czy jest on tak wąski jak w tamten czy może ciut szerszy. Ale… w tym wypadku nie jest to problemem. A to dlatego, że wersja Tangerine posiada typowo wodnistą konsystencję, więc całkiem płynnie można sobie „wytrząsnąć” tonik na wacik (albo na dłoń jak kto woli). 

Skin używamy oczywiście po uprzednim oczyszczeniu twarzy. Dzięki formule wody produkt jest niezwykle lekki, nie lepi się i nie zostawia żadnego tłustego filmu na skórze. Wnika w nią natychmiastowo pozostawiając po sobie uczucie świeżości i gładkości, a jednocześnie przygotowując na pozostałe pielęgnacyjne kroki. Skin posiada ponad 85% ekstraktu z mandarynki Satsuma i co ciekawe w składzie nie znajdziemy wody. Jest też niestety alkohol, ale u siebie nie zauważyłam przesuszenia. Powiedziałabym wręcz, że ten tonik subtelnie nawilża. Stosowanie dodatkowo uprzyjemnia cytrusowy zapach, o którym wspomniałam już wyżej:)


Innisfree Tangerine Vita C Serum


Serum Tangerine Vita C otrzymujemy w 50ml opakowaniu wyposażonym w wygodną pompkę oraz w pełni kryjący korek. To rozwiązanie odpowiada mi zdecydowanie bardziej niż „kapturki” z serii Green Tea, ponieważ dobrze chronią zawartość, a ja lubię mieć wszystko szczelnie zamknięte;) 
zdjęcie przedstawiające serum Innisfree Tangerine Vita C Skin Serum

Serum posiada jasną barwę i jakby żelowo-kremową konsystencję, która bardzo przyjemnie się rozprowadza i natychmiastowo wnika w skórę. Jest bardzo lekka, więc idealnie sprawdzi się nawet w przypadku cer tłustych i mieszanych. Wchłania się bardzo szybko pozostawiając po sobie uczucie miękkości i gładkości. Nie powoduje przetłuszczania się cery i włosów, więc z powodzeniem nadało się również na moje czoło „wyposażone” w grzywkę;) 
Mandarynkowy zapach tutaj również stanowi dodatkowy atut (przynajmniej dla mnie). Bardzo przyjemne serum, które zawiera niemal 87% Citrus Unshiu Peel Extract. 


Innisfree Tangerine Vita C Gel Cream


zdjęcie przedstawiające Innisfree Tangerine Vita C Gel Cream

Krem Tangerine Vita C otrzymujemy w plastikowym 50ml słoiczku o typowym dla Innisfree kształcie;) Jak się przypadkiem okazało, posiada on otwieraną podstawę;) Przekonałam się o tym, gdy słoiczek spadł mi z płotka podczas jednego z „witaminowych plenerów”;) Niemniej nic się nie stało, ponieważ opakowanie było zamknięte. Nieco mniej szczęścia miał inny krem, ale o tym trochę później;) 

Jak przystało na krem Innisfree konsystencja jest lekka. A w tym przypadku nawet ultra-lekka. Zdecydowanie najlżejsza w porównaniu z Green Tea i Seawater;) Jest typowo kremowo-żelowa, a przy tym delikatna jak chmurka. Idealna dla cer normalnych, mieszanych oraz tłustych. Podobnie jak pierwsze dwa produkty, krem Tangerine Vita C wnika w skórę błyskawicznie. 
Nie lepi się, nie łuszczy się i nie powoduje błyszczenia skóry. Wchłania się praktycznie do matu, ale nie pozostawia po sobie nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Nawilża, rozświetla, poprawia koloryt, ale przede wszystkim mocno wygładza skórę:) U mnie było to odczuwalne zwłaszcza na nosie. Cały czas kusiło mnie żeby go dotykać;) 
zdjęcie kremu z witaminą C Innisfree
Krem zawiera ponad 65% Citrus Unshiu Peel Extract i moim zdaniem stanowi świetne zakończenie wieczornej pielęgnacji. 


Seria Innisfree Tangerine Vita C świetnie wpisała się w moją wieczorną pielęgnację zapewniając mojej mieszanej skórze wygładzenie, rozświetlenie, miękkość i optymalną dawkę nawilżenia (ani za dużo ani za mało). A także doznania zmysłowe w postaci delikatnego orzeźwiającego zapachu mandarynek:) Żaden z produktów nie spowodował u mnie przetłuszczenia, przesuszenia ani podrażnienia. A dzięki niesamowicie lekkim konsystencjom produkty te okazały się idealne nawet podczas upałów (nie budziłam się z tłustą twarzą). Trudno mi ocenić wpływ na przebarwienia, ponieważ takowych praktycznie nie posiadam (poza drobną kropką, którą mam od zawsze i jaśniejszymi plamkami, które pojawiają się u mnie raz na jakiś czas, gdy coś niefortunnie rozdrapię). Serię Tangerine Vita C poleciłabym cerom mieszanym, tłustym oraz normalnym. Cery suche mogłyby czuć niedostatek nawilżenia (nie jest to tak mocne nawilżenie jak np. przy Hada Labo). Choć i myślę, że i na to jest sposób, ponieważ może wystarczyłoby zastosowanie nieco bogatszej pielęgnacji na dzień lub wdrożenie tej serii jako kurację typu stosowanie tydzień, a następnie tydzień przerwy itp. Jedyne co mogłabym im zarzucić to niezbyt wysoką wydajność, ale w moim przypadku używanie tego typu produktów obejmuje twarz, szyję i dekolt;) Ja kosmetyki z witaminą C bardzo lubię, więc na nich nie poprzestaję i włączam kolejny tego typu produkt;)


Cała seria kosmetyków Innisfree Tangerine Vita C dostępna jest na Jolse.  Ceny wahają się od ok. 13 do ok. 20$ za sztukę, czyli typowo dla tej marki:)


Znacie koreańską witaminkę C z Innisfree? A może miałyście styczność z innymi koreańskimi seriami kosmetyków z witaminą C? Dajcie znać!
Czytaj dalej »

wtorek, 10 lipca 2018

Nivea Soft Mix Me!

Wstyd przyznać, ale pamiętam jak dziś pierwszą reklamę kremu Nivea Soft, w której padało stwierdzenie „jak ciepły letni deszcz”;) Pamiętam nawet, że ten pierwszy raz zobaczyłam ją w bloku reklamowym poprzedzającym serial „Przyjaciele”;) A były to lata 90’;) Dziś już nie lubię Przyjaciół", ponieważ odcinki zbyt często były powtarzane, a na domiar złego, kiedy odwiedza mnie moja siostra to akurat nierzadko zmienia kanał żeby po raz enty obejrzeć ten serial. Tak, więc pewne rzeczy się zmieniają, ale nie wszystkie. Nadal, bowiem lubię Nivea Soft, a teraz Nivea Soft Mix Me! Nie sądziłam, że poświęcę im osobny wpis, a jednak! 

zdjęcie obrazujące kremy Nivea Soft Mix Me
Nivea Soft Mix Me to uniwersalne kremy nawilżające (można zastosować zarówno na twarz jak i ciało, choć bardziej polecałabym ciało), występujące w trzech wariantach zapachowych - I am The Berry Charming One, I am The Chilled Oasis One, I am The Happy Exotic One. Innowacją jest tutaj to, że kremy można stosować oddzielnie lub dowolnie ze sobą mieszać tworząc „swoją” kompozycję zapachową;) Każdy z nich został opakowany w plastikowy pojemniczek o innym kolorze. Do mnie trafiły wszystkie trzy kremiki (każdy o pojemności 50ml), a dodatkowo dokupiłam jeszcze jeden o pojemności 200ml. Wszystkie 4 już zużyłam, więc pomyślałam, że pokuszę się o opinię:)


Nivea Soft Mix Me I am The Chilled Oasis One


zdjęcie przedstawiające Nivea Soft Mix Me I am The Chilled Oasis One

Zielony to mój faworyt! Podświadomie wyczuwałam to jeszcze zanim do mnie dotarło trio kremików i jak możecie się domyślić to właśnie jego odkupiłam i zużyłam również w większym formacie:) Jak pachnie I am The Chilled Oasis One? Dla mnie wspaniale! Jego zapach jest świeży i zielony! Taki „mohitowy”. Wyczuwam w nim miętę, limonkę oraz nutkę aloesu. Pozostawia po sobie uczucie orzeźwienia. Idealny na lato:) Przypadnie do gustu również wielu panom:)


Nivea Soft Mix Me I am The Happy Exotic One


zdjęcie przedstawiające Nivea Soft Mix Me I am The Happy Exotic One

Żółty “sofcik” pachnie według mnie przede wszystkim ananasem z lekką nutką kokosa. To taki tropikalny słodziaczek:)


Nivea Soft Mix Me I am The Berry Charming One


zdjęcie przedstawiające Nivea Soft Mix Me I am The Berry Charming One

Różowy według producenta posiada zmysłowy zapach świeżo zebranych czerwonych owoców. Ja w nim najmocniej wyczuwałam wiśnie z malinami. To również zapach słodki i taki leśny;)
zdjęcie kremu Nivea Soft Mix Me

Jak już wspomniałam każdy z tych kremów można ze sobą mixować zyskując jak najlepiej dopasowane do nas kompozycje zapachowe. Ale według mnie naprawdę fajnie pachną również solo:) Zwłaszcza zielony! Jeśli cenicie sobie delikatne zapachy to każdy z nich można zmiksować również z klasycznym kremem Nvea Soft. 
Przechodząc już do samego produktu to oczywiście zdeklarowani eko-maniacy" nie mają czego w nim szukać, gdyż jest to krem na parafinie i nie znajdziemy w nim typowo naturalnych składników;) Pewne rzeczy dla niektórych są nie do przejścia i na siłę nikogo nie uszczęśliwimy:) Niemniej jak możecie się domyślać, dla mnie akurat nie jest to dyskwalifikujące;) Klasyczny Nivea Soft lubiłam i kremy Nivea Soft Mix Me również przypadły mi do gustu. Do twarzy ich co prawda nigdy nie próbowałam (ani klasycznego ani Mix Me), ale do ciała sprawdziły się u mnie bardzo fajnie. Kremiki ładnie się rozprowadzają, nie marzą się i nie bielą. W przypadku mojej skóry wchłaniają się szybko pozostawiając po sobie nawilżenie i miękkość przez większość dnia (ja latem często smaruję ciało zarówno rano jak i wieczorem). Na pewno wrócę jeszcze kolejny raz do ulubionej wersji I am The Chilled Oasis One. Jedynym minusem były dla mnie małe pojemności (50ml), ponieważ moje zużycia w kwestii balsamów są ogromne;) Dlatego część z nich zużyłam jako kremy do rąk i potrzebowałam jeszcze co najmniej jednej wersji pełnowymiarowej:) Jeśli jednak wolicie mniejsze pojemności lub chcecie sobie je zmiksować to na iperfumy.pl znajdziecie zestaw 3 kremów Nivea Soft Mix Me taki w sam raz na wypróbowanie wszystkich wariantów:)
 

Znacie Nivea Soft Mix Me? Który zapach najbardziej przypadł Wam do gustu?
Czytaj dalej »

sobota, 7 lipca 2018

Garnier Fructis Hair Food – Banana Hair Food i Papaya Hair Food!

Pod koniec maja usłyszałam o nowych maskach do włosów Garnier Fructis Hair Food. Od razu mnie zaintrygowały i zaraz na początku czerwca postanowiłam się zaopatrzyć w dwie wersje – Banana i Papaya. Właściwie to zależało mi głównie na bananie, ale stwierdziłam, że a niech będą dwie;) Dostałam sporo pytań odnośnie tej serii, więc stwierdziłam, że pokrótce opiszę swoje wrażenia. Czy warto przekonać się do Hair Food?

Garnier Fructis Banana Hair Food


zdjęcie maski Garnier Fructis Banana Hair Food

Maseczkę otrzymujemy w plastikowym żółtym słoiczku o bardzo pozytywnej szacie graficznej i dużej pojemności, bo aż 390ml. Muszę przyznać, że przez tą pojemność wahałam się czy przygarnąć aż dwie wersje. Ale stwierdziłam, że po pierwsze się z kimś podzielę, a po drugie włosy mam coraz dłuższe, więc potrzebuję więcej tego typu produktów;) Tym bardziej, że chcąc trochę wypłukać kolor myłam włosy nieco częściej niż zwykle. Po trzecie, dobrze wspominam serię Botanic Therapy, więc liczyłam, że się nie zawiodę;) Wybór był więc prosty;) Przez tak dużą pojemność opakowanie jest nieco toporne, ale nie utrudnia wydobywania produktu etc. 
zdjęcie maski Garnier Fructis Banana Hair Food
Pewnie zastanawiacie się skąd chęć na banana? Maska posiada właściwości odżywcze i przeznaczona jest do włosów bardzo suchych, więc niekoniecznie do moich, ale ja nie przywiązuję aż takiej wagi do zaleceń producenta;) A na banana zdecydowałam się, ponieważ jakiś czas temu wyszła bananowa seria do ciała The Body Shop, a że po pierwsze nie dostałam na nią zniżki, a po drugie nie chciało mi się tam jechać to pomyślałam, że póki co zdecyduję się na garnierowego banana do włosów;) Poza tym odczyniłam 2 farbowania w ciągu tygodnia, więc uznałam, że przyda się ten pokarm dla włosów;) Maska posiada jasną barwę i kremową konsystencję. Choć jest ona lżejsza niż ta z serii Botanic Therapy. Pewnie dlatego, że można ją stosować na 3 sposoby – jako maskę, odżywkę lub jako pielęgnację bez spłukiwania:) Skoro więc produkt ma być typu 3w1 to nie powinien być zbyt gęsty;) 
Najbardziej pewnie ciekawi Was zapach? Otóż nie jest on aż tak bardzo naturalny jak świeżo obrany banan. Ale zdecydowanie posiada bananową nutę, jest słodki i bardzo przyjemny. Utrzymuje się przez jakiś czas na włosach, ale nie jest duszący ani dokuczliwy (przynajmniej w moim przypadku). Jeśli chodzi o działanie to ja postawiłam na stosowanie jako odżywka lub ewentualnie maska. Głównie dlatego, że nie lubię zbyt długo czekać z produktem nałożonym na włosy;) Moje włosy są skłonne do przetłuszczania u nasady, zwłaszcza latem, więc ważne było u mnie dostosowanie ilości i nie używanie od nasady:) Przy odpowiedniej ilości Garnier Fructis Banana Hair Food nie obciąża włosów:) Po użyciu włosy ładnie się rozczesują, są nawilżone i bardziej elastyczne, delikatnie pachną, a przy tym mam wrażenie, że mniej się wywijają;) Plusem może być też skład, który jest całkiem niezły jak na niedrogi produkt z drogeryjnej półki. Warto wypróbować nie tylko na suchych włosach:)

 Garnier Fructis Papaya Hair Food


zdjęcie maski Garnier Fructis Papaya Hair Food

Maseczka Garnier Fructis Papaya Hair Food podobnie jak jej bananowa koleżanka umieszczona została w plastikowym słoiczku o pojemności 390ml;) Takie ekonomiczne opakowanie idealne do podziału;) Kwestie wizualne również nastrajają pozytywnie. Mam nawet wrażenie, że seria Hair Food wypada bardzo kolorowo w porównaniu z innymi drogeryjnymi produktami do włosów:)
zdjęcie maseczki  Garnier Fructis Papaya Hair Food
Konsystencja jest identyczna jak w przypadku banana, czyli kremowa, ale nie ciężka. Taka w sam raz. Nie przeleci przez palce, ale też nie jest tłusta jak smalec;) Włosy bardzo dobrze ją chłoną. Zapach jest bardzo przyjemny. Taki egzotyczny! Niczym drinki z palemkami;) Jest to papaya, ale ja wyczuwam również ananasa i subtelnego kokosa;) Świetnie skomponowana woń! Również utrzymuje się przez jakiś czas na włosach:) Podobnie jak w przypadku wersji banana, tą także możemy stosować jako odżywkę, maskę, lub bez spłukiwania np. na końcówki. Ja znowu stosowałam typowo jako maskę lub odżywkę, ponieważ bez spłukiwania mam olejek;) Papaya Hair Food to maska regenerująca przeznaczona do włosów zniszczonych;) Moje może nie są szczególnie zniszczone. Ale... 2 koloryzacje w krótkim odstępie, a zwłaszcza ta pierwsza nie wyszła im na zdrowie i sporo włosów mi wtedy wypadło. Produkt regenerujący był więc jak najbardziej odpowiedni:) Choć muszę przyznać, że za linią Fructis to ja nigdy nie przepadałam. Dopiero seria Hair Food otrzymała ode mnie wysokie noty;) Ta wersja również bardzo dobrze się u mnie spisała, może nawet o pół punkta lepiej:) Produkt nawilża, zmiękcza, wygładza, regeneruje i przyjemnie nabłyszcza włosy. Nałożony w rozsądnych ilościach nie powoduje obciążenia. Obie wersje są zdecydowanie warte polecenia:)


Znacie kosmetyki Garnier Fructis Hair Food? Postawiłybyście na banana czy papayę?
Czytaj dalej »