sobota, 7 grudnia 2019

SIN SKIN kosmetyki do makijażu - co warto kupić?

Marka SIN SKIN jest dostępna w drogeriach Rossmann już od dłuższego czasu. Od momentu premiery miałam okazję poznać całkiem niemało asortymentu, ale jeszcze o żadnym z produktów nie udało mi się napisać;) Ciężko byłoby mi podzielić się wrażeniami ze stosowania każdego kosmetyku. Dlatego wybrałam dla Was przegląd tych najnowszych, a dokładnie tych, które zasiliły moją piękną toaletkę w maju:) Co okazało się warte uwagi i czy trafiłam z kolorami? Zapraszam do czytania:)

Sin Skin kosmetyki do makijażu blog

Kosmetyki SIN SKIN występują w czarnych kartonowych opakowaniach. Wewnątrz znajdziemy równie czarne tubki i puderniczki wyposażone w lusterka. Wszystkie prezentują się elegancko. Ogólne wrażenie tych w większości kwadratowych pudełeczek jest zachęcające. Choć niestety bardzo łatwo o nieestetyczne odciski palców na opakowaniach;) Ponadto wypiekane formuły zostawiają dość sporo bałaganu wewnątrz puderniczek i właściwie nie sposób precyzyjnie tego doczyścić. Stąd też trochę nieestetycznego "prochu" na opakowaniach, który osadził się wewnątrz nich już w transporcie;) Data ważności od otwarcia to w większości 12 i 18 miesięcy od otwarcia. Poza korektorem, który należy zużyć w ciągu 6 miesięcy. Zapachy przypominają mi te z serii Dr. Irena Eris ProVoke. 


SIN SKIN MUST HAVE BAKED POWDER N20 SAND i N30 PEACH


Spiekany mineralny puder do twarzy posiada przyjemną aksamitną konsystencję. Nadaje skórze naturalne satynowe wykończenie, delikatnie wyrównując jej kolor i ładnie się z nią stapiając. Można go stosować na podkład lub samodzielnie.

Jako fanka pudrowego makijażu wybrałam ten puder w celu używania go zamiast podkładu:) Przy cerze, która nie wymaga dużego krycia, czyli takiej jak moja – puder nadaje się do tego idealnie. Posiada komfortową aksamitną konsystencję, która gładko się rozprowadza i nie obciąża skóry. W dodatku wypiekana formuła zapewnia wysoką wydajność. Puder rzeczywiście nadaje cerze takie naturalne, satynowe wykończenie. Nie jest błyszczący ani też nadmiernie pudrowy. Trwałość jest bardzo dobra. Fajnie łączy się również z pudrem transparentnym (ja akurat lubię taki myk;)). Niestety nie do końca trafiłam z odcieniami. Za zwyczaj typuję dla siebie takie ciemniejsze albo średnio-ciemne kolory, więc moim pierwszym wyborem był N30 Peach. Ale tym razem to był dla mnie nie peach, a zwyczajny pech;) Po otwarciu kolor nie budził moich podejrzeń, ale niestety okazało się, że na twarzy ciemnieje. Z tego względu nawet u mnie wyglądał pomarańczowo. Nawet przy lekkiej opaleniźnie wydawał mi się jeszcze trochę za ciemny. Zaskoczyło mnie to, ponieważ u mnie zwykle występuje taka anomalia, że kosmetyki po nałożeniu mi jaśnieją albo różowieją. Pomyślałam więc, że skoro tak się sprawy mają to wypróbuję już ten dwa odcienie jaśniejszy, czyli N20 Sand. Ten z kolei okazał się bladziutki. Zbyt jasny zarówno na wiosnę, lato, jesień, jak i zimę;) Trzeba było pomyśleć o N25 Beige i może byłby w sam raz! Wielka szkoda, bo sama jakość produktu naprawdę bez zarzutów:) Kolory wybierałam przez internet i niestety tak średnio odwzorowywały stan faktyczny. 


SIN SKIN MUST HAVE ILLUMINATING CONCEALER


Rozświetlający korektor SIN SKIN doskonale się rozprowadza ukrywając oznaki zmęczenia takie jak cienie i zasinienia pod oczami. Lekka formuła wspomaga aplikację i nie zbiera się w załamaniach skóry. Dodatkowo korektor w składzie zawiera kwas hialuronowy.

Korektor rozświetlający SIN SIN otrzymujemy w niewielkim, poręcznym i oczywiście czarnym opakowaniu. Produkt posiada wygodny wbudowany aplikator w formie pędzelka. Dozujemy go poprzez wykręcanie. Trzeba jednak uważać żeby za bardzo się nie rozkręcić i nie wycisnąć zbyt dużej ilości. I mała uwaga – opakowanie ciężko się zamyka. Korektor ma przyjemną, kremową konsystencję i bardzo dobrze się rozprowadza, zostawiając po sobie takie naturalne, satynowe i gładkie wykończenie. Przyznaję, że nie spodziewałam się aż takiej dobrej jakości. Jeśli chodzi o krycie to jak na produkt w pędzelku, jest ono zaskakująco dobre. Korektor kryje całkiem nieźle i jednocześnie nie obciąża skóry. Nienajlepiej wygląda jedynie w okolicach górnej powieki po wewnętrznej stronie. Prezentuje się tam bardziej sucho. Dlatego w tym miejscu nakładam jak najmniej. Trwałość jest bez uwag, korektor dobrze się trzyma przez większość dnia. Jeśli oczywiście nie majstruje po oczach. To mój ulubiony korektor w tym roku:)


SIN SKIN MUST HAVE SMOOTHING & MATYFYING PRIMER


Matująco-wygładzająca baza pod makijaż ma za zadanie przedłużać trwałość makijażu i ułatwić rozprowadzanie podkładu. Dzięki sferycznym cząsteczkom matującym skutecznie absorbuje sebum. Jednocześnie baza zapobiega wysuszaniu cery.

Baza matująca marki SIN SKIN występuje w wygodnej czarnej tubce ze zwężoną końcówką ułatwiającą precyzyjną aplikację nawet niewielkiej ilości produktu. Baza pod makijaż nie jest dla mnie kosmetykiem niezbędnym, ale niekiedy jakiś konkretny produkt mnie zainteresuje i o dziwo baz w swojej toaletce mam kilka;) Niektóre potrafią zapewniać całkiem przyjemne efekty. Ta od SIN SKIN posiada jasną barwę i leciutką kremową konsystencję, która jak na bazę przystało świetnie się rozprowadza i szybko wchłania pozostawiając po sobie uczucie wygładzenia. Nie jest ono jednak aż tak spektakularne jak w przypadku niektórych baz. Efekt matujący był u mnie w tym przypadku praktycznie niezauważalny. Nie było dużej różnicy czy nałożyłam podkład lub puder na samą pielęgnację czy tylko na tą bazę. Produkt okazał się więc dla mnie przeciętny.


SIN SKIN MUST HAVE MINERAL LOOSE POWDER 01 TRANSLUCENT


Mineralny puder sypki o delikatnej jedwabistej konsystencji polecany jest do wykańczania zarówno makijażu dziennego jak i wieczorowego. Dopasowuje się do ocienia skóry zapewniając jej świeży i matowy wygląd.

Mineralny puder sypki marki SIN SKIN występuje dla odmiany w okrągłej puderniczce. Wewnątrz znajduje się milutki czarny puszek. Ja jednak nakładam puder pędzlem;) Wieczko pudru nie jest odkręcane, a jedynie otwierane, co według mnie powoduje trudności podczas dozowania. Trochę nie rozumiem fantazji producenta, ponieważ musiałabym przechylić zawartość tak żeby znalazła się na lusterku umieszczonym po wewnętrznej stronie wieczka. A to nieco karkołomne w wykonaniu, gdyż zawsze się coś rozsypie;) Tego nie lubię! Puder muszę więc wysypywać np. na chusteczkę;) To jednak byłoby na tyle jeśli chodzi o wady. Poza tym ideał. Lekki, milutki. Dobrze się rozprowadza i zapewnia skórze naturalny mat (taki nie za mocny, nie za słaby). Dobrze współpracuje zarówno z podkładami jak i pudrami, które zwykłam nakładać zamiast podkładów;) Jego kolor jest dość jasny i bałam się, że zrobi ze mnie trupka (sama typowałam ten drugi odcień, a trafił mi się jaśniejszy), ale nie zmienia koloru pudrów ani podkładów. W ogóle nie sprawia żadnych problemów (z wyjątkiem dozowania). 


SIN SKIN MUST HAVE MINERAL HIGHLIGHTER 043 JOYFULNESS


Rozświetlacz mineralny został wzbogacony o sferyczne drobinki rozświetlające, pozwalające wydobyć ze skóry blask. 

Rozświetlacz mineralny SIN SKIN posiada wypiekaną formułę i taką mozaikową fakturę o nietypowym kolorze. Na skórze wygląda ona jednak złociście i zdrowo. Trzeba jednak zaznaczyć, że drobinek jest w nim sporo i nie każdemu będzie odpowiadał na co dzień. Może też zbyt mocno się odcinać w przypadku bladej karnacji. Do mojej średniej i ciepłej pasuje idealnie. Z trwałością jest w porządku pod warunkiem, że nie dotykam zbyt często twarzy, ponieważ wtedy drobinki potrafią lekko migrować. 


SIN SKIN MUST HAVE MINERAL BRONZING POWDER 022 MAROCO


Mineralny bronzer SIN SKIN nadaje skórze efekt subtelnej opalenizny i rozświetlenia.

Bronzer nazwałabym bardziej złocistym rozświetlaczem z subtelnym efektem skóry muśniętej słońcem. Mimo, że zawiera sporo drobinek to jest jakby stworzony dla mnie. Wygląda u mnie cudownie i świetliście. Zwłaszcza latem! Efekt można łatwo stopniować wzmacniając tym samym intensywność koloru. Jedna warstwa jest u mnie taka niemal przejrzysta z lekko złocistą poświatą. Osoby wymagające konturowania oraz te o bardzo jasnej karnacji nie będą z niego zadowolone. Przy drobnych twarzach takich jak moja blask jest w pełni uzasadniony;) Bardzo go polubiłam.


SIN SKIN MUST HAVE MINERAL BLUSH POWDER 033 RESPECTED


Róż mineralny nadaje skórze subtelny kolor oraz blask. Nie tworzy plam i idealnie stapia się ze skórą.

Mineralny róż marki SIN SKIN 033 posiada dziewczęcy brzoskwiniowo-różowy, świeży odcień. Łatwo się go rozprowadza bez plam i smug. Intensywność można stopniować, ale nie należy do tych bardzo mocno napigmentowanych. Na jego powierzchni znajdują się delikatne złociste drobinki, ale nie są one tak rozświetlające jak w przypadku bronzera. Efekt jest więc satynowy z lekką dozą połysku.  


SIN SKIN LIP STICK 513 DESIRED


Wodoodporna matowa pomadka do ust w kredce pozwala na szybkie wykonanie profesjonalnego makijażu z trwałością do 6h bez efektu wysuszenia.

Pomadka do ust występuje w postaci kredki. Nie jest ona jednak wykręcana, a niestety trzeba ją temperować. W zestawie mamy dołączoną temperówkę i przyznaję, że zmroziło mi to krew w żyłach. Bardzo nie lubię bowiem bawić się w temperowanie. Odcień 513 Desired to intensywny róż, który na swatchu wydaje się wpadać w czerwień, ale na ustach ten róż jest chłodniejszy. Trwałość rzeczywiście jest bardzo dobra. Pomadka wręcz wgryza się w wargi niczym tint;) 
Sin Skin: rozświetlacz, róż, korektor, pomadka
Sin Skin: puder wypiekany N30, puder wypiekany N20, bronzer


Kosmetyki SIN SKIN dostępne są w wybranych drogeriach Rossmann. Pełny asortyment i lista sklepów znajduje się w drogerii online. 


Znasz kosmetyki SIN SKIN? Masz swoich ulubieńców wśród nich?


Czytaj dalej »

wtorek, 3 grudnia 2019

Co pod prysznicem? Yope, FA, Oriflame, Dove!

Przez moją łazienkę przelewa się sporo żeli pod prysznic:) Z racji dużych zużyć, zwykle mam w użyciu dwie sztuki na raz. Poza tym miło jest mieć urozmaicenie:) Jakiś czas temu wpadłam na pomysł żeby napisać o kosmetykach pod prysznic, których używałam w ostatnim czasie. Trochę nie wyszło, bo zanim się zebrałam to zdążyłam wykorzystać jeszcze inne, ale cóż począć;) Jedziemy z tym co jest na zdjęciu grupowym;)

Żele i pianki pod prysznic co kupić

Yope Yunnan naturalny żel pod prysznic 


Yope Yunnan naturalny żel pod prysznic recenzja

Marka Yope słynie m.in. z naturalnych mydeł i żeli pod prysznic. Przyznam, że nie każdy z nich mi odpowiadał, ale zapach herbaty Yunnan wydał mi się ciekawy. Żel został opakowany w wygodną ciemną 400ml butelkę z pompką. Jak na Yope przystało, na etykiecie mamy całkiem zabawnie wyglądającego zwierzaczka. Żel przeznaczony jest do nawet najbardziej suchej i wrażliwej skóry. Posiada delikatny skład. Według producenta żel pachnie orzeźwiająco i pobudzająco niczym świeże liście herbaty. Muszę się z tym zgodzić. Zapach jest bardzo przyjemny, świeży i herbaciany. Ja zresztą jestem „herbaciara”, bo jesienią i zimą 99% mojej dziennej „napitki” to herbata;) Herbata po stokroć;) Jak na naturalny żel przystało, zapach ten nie jest bardzo intensywny i nie utrzymuje się na skórze. To minusik, ponieważ w tym przypadku byłoby miło gdyby pachniał dłużej:) Żel posiada żelową, ale dość lejącą się konsystencję. Nie podrażnia i nie wysusza skóry, a za to przyjemnie ją wygładza;) Choć ja zawsze stosuję balsamy po kąpieli. Yope Yunnan naturalny żel pod prysznic to dobra opcja dla każdego typu skóry.


Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoamphoacetate, Lauryl Glucoside, Sodium Lauroyl Methyl Isethionate, Citric Acid, Sorbitan Sesquicaprylate, Camellia Sinensis Leaf Extract, Sodium Sunflowerseed Amphoacetate, Parfum, Glycerin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citral, Geraniol, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Hexyl Cinnamal, Limonene.

Dove żel pod prysznic Pink Clay


Dove żel pod prysznic Pink Clay opinie

Przywracający blask żel pod prysznic Dove różowa glinka występuje w różnych pojemnościach. Ja wybrałam mniejszą, czyli 250ml. Oprócz niego mamy jeszcze wersję z glinką zieloną;) Opakowanie żelu jest klasyczne dla Dove, czyli skromne, ale całkiem ładne. Bardzo lubię żele Dove, ponieważ skóra jest po nich milutka. Dlatego też skusiłam się na ten, który był nowością już chyba zeszłej zimy;) Żel pod prysznic Dove Pink Clay pachnie przyjemnie. Nie czuć takiej typowej glinkowej nuty, a bardziej tą charakterystyczną dla Dove, czyli taką świeżą, kremową, trochę mydlaną;) Osobiście lubię ten zapach, choć kiedyś wydawał mi się mdły;) Żel posiada kremową konsystencję, dobrze oczyszcza skórę i oczywiście jej nie podrażnia. Według mnie nawet nawilża i sprawia, że wygląda ona ładnie. 


Skład: Aqua, Sodium Hydroxypropyl Starch Phosphate, Lauric Acid, Sodium Lauroyl Isethionate, Sodium Isethionate, Zinc Oxide, Sodium Lauroyl Glycinate, Glycerin, Sodium Chloride, Stearic Acid, Helianthus Annuus Hybrid Oil, Hydrogenated Soybean Oil, BHT, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Benzoate, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Butylene Glycol, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Sodium Hydroxide, Parfum, Sodium Sulfate, Hydrated Silica, Bentonite, Alpha Isomethyl Ionone, Benzyl Alcohol, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Linalool, CI 17200, CI 19140, CI 73360, CI 77891.

Oriflame mus pod prysznic Feel Good Be Happy


Oriflame mus pod prysznic Feel Good Be Happy

Oprócz żeli chętnie sięgam także po rozmaite pianki i musy pod prysznic. Jednym z nich był Oriflame mus pod prysznic Feel Good Be Happy. Jest to mus pod prysznic 2w1, który nie tylko oczyszcza ciało, ale i ułatwia golenie. W obu przypadkach sprawdza się dobrze, ale oczywiście warto dodać, że do golenia można użyć tak naprawdę każdej pianki, żelu, szamponu czy nawet odżywki do włosów. Po prostu każdy z tych produktów ułatwia maszynce poślizg;) Mus ma przyjemną puchatą konsystencję i białą barwę. Do tego posiada apetyczny zapach czerwonych pomarańczy i kurkumy, który utrzymuje się na skórze jeszcze po użyciu. Mus Oriflame również nie wysuszył i nie podrażnił mojej skóry. Dobrze spełniał swe zadanie, więc może wypróbuję jeszcze kiedyś inny wariant zapachowy. 


Skład: AQUA, DISODIUM COCOYL GLUTAMATE, COCO-GLUCOSIDE, BUTANE, GLYCERIN, COCAMIDOPROPYL BETAINE, ISOBUTANE, GLYCERYL OLEATE, PROPANE, PERSEA GRATISSIMA OIL, PEG-40 HYDROGENATED CASTOR OIL, PARFUM, PHENOXYETHANOL, CITRIC ACID, ETHYLHEXYLGLYCERIN, LIMONENE, CITRUS AURANTIUM DULCIS PEEL OIL, LINALOOL, BENZYL SALICYLATE, CITRUS LIMON PEEL OIL, PENTAERYTHRITYL TETRA-DI-T-BUTYL HYDROXYHYDROCINNAMATE, ELETTARIA CARDAMOMUM SEED OIL, CITRUS SINENSIS FRUIT EXTRACT, TOCOPHEROL, CANARIUM LUZONICUM GUM NONVOLATILES, HYDROGENATED PALM GLYCERIDES CITRATE, CURCUMA LONGA ROOT EXTRACT, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE

FA Foam & Oil Magnolia


FA Foam & Oil Magnolia opinie

Wydaje mi się, że częściej stawiam na zapachy owocowe lub smakowite typu kawa lub czekolada, ale pianka pod prysznic FA o dziwo skutecznie mnie zachęciła zarówno opakowaniem jak i zapachem (a mówiłam już, że nie lubię różu?:D). Formuła pianki zawiera w swoim składzie olej migdałowy, który chroni skórę przed wysuszeniem. Pianka ma fajną konsystencję, a zapach magnolii wyjątkowo przypadł mi do gustu. Mimo, że zwykle za nim nie przepadam. Nie zauważyłam tutaj wielkich właściwości pielęgnujących, ale pianka również nie wpłynęła negatywnie na stan mojej skóry. Była ona czysta i przyjemnie pachnąca:) 


Skład: Aqua Sodium Laureth Sulfate Butane Disodium Cocoamphodiacetate Cocamidopropyl Betaine Glycerin Prunus Amygdalus Dulcis Oil Helianthus Annuus Seed Oil Sodium Chloride Parfum Propane PEG-40 Hydrogenated Castor Oil PEG-60 Hydrogenated Castor Oil Isobutane Sodium Hydroxide Citric Acid Benzyl Alcohol Geraniol Citronellol Benzyl Salicylate Limonene Sodium Benzoate Sodium Salicylate


Znasz któryś z tych kosmetyków pod prysznic? Wolisz żele czy pianki?
Czytaj dalej »

niedziela, 1 grudnia 2019

Eveline Cosmetics Magic Mask Llama Queen i Cute Unicorn!

Na blogu rzadko pojawiają się maski w płachcie, bo jak już wspominałam, mój stosunek do nich jest taki, że zużyję i nie jest tak, że nie lubię. Ale sama formuła nie należy do moich ulubionych i muszę mieć „ten dzień” żeby po nie sięgnąć:) Jednak nowe Magic Mask od Eveline Cosmetics są tak słodkie, że postanowiłam poświęcić im sekundkę:) Jakie wrażenie zrobiły na mnie Cute Unicorn i Llama Queen?

Eveline Cosmetics Magic Mask

Eveline Cosmetics Magic Mask Llama Queen


Eveline Cosmetics Magic Mask Llama Queen

Maseczka przeznaczona jest do skóry mieszanej i normalnej ze skłonnością do błyszczenia (szczególnie w strefie T). Ma ona za zadanie przywrócić skórze równowagę i zapewnić efekt zmatowienia. Została ona nasączona skoncentrowanym serum zawierającym kompleks matujący, ekstrakt z czarnego ryżu, wakame i aloesu. Maseczka w formie płatu 3D matuje, wygładza, zmiękcza skórę oraz łagodzi podrażnienia. Cera jest po niej promienna, ale bez nieestetycznego błyszczenia i niedoskonałości. 


Skład: Aqua (Water), Glycerin, Butylene Glycol, Glycereth-26, Betaine, Panthenol, Camellia Sinensis Leaf Extract, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Extract, Glycine Max (Soybean) Seed Extract, Oryza Sativa (Rice) Extract, Undaria Pinnatifida Extract, Laminaria Japonica Extract, Hizikia Fusiforme Extract, Propylene Glycol, Ribes Nigrum (Black Currant) Fruit Extract, Vitis Vinifera (Grape) Seed Extract, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extract, Aronia Melanocarpa Fruit Extract, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Carbomer, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Polysorbate 80, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Artemisia Princeps Extract, Allantoin, Dipotassium Glycyrrhizate, Disodium EDTA, Sodium Hyaluronate, Charcoal Powder, Volcanic Ash Extract, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, 1,2-Hexanediol, Parfum (Fragrance), Sodium Hydroxide, Caviar Extract, Ethylhexylglycerin, Linaloo

Jak już zdążyłam wspomnieć, maska Eveline Cosmetics Magic Mask Llama Queen została opakowana w zieloną saszetkę z wizerunkiem słodkiej lamy z pokaźnymi rzęsami (to pewnie przedłużane;)). Trochę mi się nie podoba podwójne L w nazwie, lepiej brzmiałoby po prostu lama;) Llama trochę boli mnie w oczy:D Swoją drogą pamiętacie Familiadę? Więcej niż jedno zwierzę to…? Lama:D Saszetkę łatwo otworzyć przy użyciu rąk, ponieważ na opakowaniu mamy wygodne „nacięcie”. Wewnątrz znajduje się złożona w kostkę płachta 3D, która wygląda uroczo:) Choć na mnie nie aż tak bardzo, ponieważ praktycznie każda płachta jest na mnie zbyt duża i tym samym nie mogę jej tak perfekcyjnie umieścić na twarzy;) Ta jest dość dobra na szerokość twarzy, nawet mogłaby być odrobinę szersza, ponieważ nie sięgała początku ucha, ale jest zbyt długa. Maski w płachtach zawsze nachodzą mi na nasadę włosów i wystają jeszcze poza brodę, więc zwykle muszę je trochę zaginać;) Tkanina, z której została wykonana maska nie należy do tych najcieńszych i delikatnych. Jest raczej nieco sztywniejsza. Zapach według mnie bliżej nieokreślony z lekko ziołowo-alkoholową nutką. Maskę nakładamy na 15 minut, a pozostałości serum lekko wklepujemy w skórę lub przecieramy wacikiem. Maska nie jest z takich aż kapiących esencją, więc po jej użyciu resztki możemy spokojnie wklepać. Po wchłonięciu się skóra rzeczywiście jest matowa, gładka i taka bardziej jednolita. Całkiem przyjemny efekt. Spoko lama. A przepraszam – Llama;)

Eveline Cosmetics Magic Mask Cute Unicorn


Eveline Cosmetics Magic Mask Cute Unicorn

Maska z jednorożcem posiada działanie oczyszczające. Wspomaga redukcję niedoskonałości i zaskórników, a także zapewnia skórze detoks. Maska w płacie 3D nasączona została skoncentrowanym serum zawierającym kompleks oczyszczający, ekstrakt z orchidei, ogórka i białej wierzby. Po aplikacji skóra jest czysta, świeża i gładka, a niedoskonałości ukojone. 


Skład: Aqua (Water), Glycerin, Butylene Glycol, Glycereth-26, Betaine, Panthenol, Xanthan Gum, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract, Phenoxyethanol, Carbomer, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Polysorbate 80, Phalaenopsis Amabilis Extract, Calanthe Discolor Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Artemisia Princeps Extract, Allantoin, Dipotassium Glycyrrhizate, Disodium EDTA, Pinus Densiflora Extract, Cymbidium Kanran Extract, Salix Alba (Willow) Bark Extract, Hydrolyzed Collagen, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, Propanediol, Parfum (Fragrance), Sodium Hydroxide, Linalool, Limonene.

Maska w płachcie Eveline Cosmetics Magic Mask Cute Unicorn prezentuje się cudnie;) Jest zdecydowanie bardziej urocza od naszego łódzkiego pomnika jednorożca, który jest taki szary;) Jeśli chodzi o kwestie techniczne, czyli wielkość i miękkość płachty to jest tak samo jak w przypadku lamy. Unicorn jest po prostu bardziej kolorowy;) Producent zaleca nałożyć płachtę na 15 min, a pozostałości serum wklepać lub zmyć letnią wodą. Ta wersja płachty według mnie była nieco mocniej nasączona, ale na szczęście nadal nie tak żeby aż z niej kapało;) Zapach Magic Mask Cute Unicorn jest według mnie kwiatowo-owocowy bez wyczuwalnej alkoholowej nutki. Bardzo przyjemny, pozostaje na skórze jeszcze przez jakiś czas po użyciu;) Po zastosowaniu moja cera rzeczywiście była bardziej oczyszczona i odświeżona, ale jednocześnie nawilżona i taka milutka w dotyku. Powiedziałabym więc, że jest to maska oczyszczająco-nawilżająca. 

Jeśli już sięgam po maski w płachcie to za zwyczaj są to wersje nawilżające, rozświetlające, rewitalizujące lub odżywcze. Oczyszczających i matujących masek w płachcie używam rzadko, ale muszę przyznać, że Magic Mask z Eveline Cosmetics całkiem miło mnie zaskoczyły. Szczególnie Cute Unicorn jest taka dość uniwersalna:) 


Znasz już Magic Mask Eveline Cosmetics? Wybrałabyś Cute Unicorn czy Llama Queen? A może nie używasz masek w płacie, więc na nic słodkie lamy i jednorożce? Daj znać!
Czytaj dalej »

czwartek, 28 listopada 2019

OH! Tomi pianka do mycia melon, masło tęcza i mydło panda!

Kosmetyki OH! Tomi są tak słodkie, że aż krzyczą: kup mnie! Użyj mnie, przecież wiem, że tego chcesz! Uroczy design ich opakowań oraz radosne zapachy zdecydowanie poprawiają humor i ubarwiają nasz świat (przynajmniej na czas stosowania;)). W ciągu roku miałam okazję poznać 3 produkty OH! Tomipiankę do mycia melon, masło do ciała tęcza i mydło w płynie panda. Jak wpłynęły na moje ciało i zmysły?;)

OH! Tomi kosmetyki

OH! Tomi pianka do mycia ciała melon


OH! Tomi pianka do mycia ciała melon blog

Pianka do mycia ciała występuje w uroczej puszeczce z błyszczącymi napisami i ptaszynką na nakrętce;) Do zużycia mamy 250ml żółtej pianki, która jest nieco chrupka, tzn. nie jest tak miękka jak klasyczne pianki Organique, albo pianka LaQ. Bardziej przypomina ona pianki peelingujące z Organique. Miałam zresztą wrażenie, że produkt jest lekko złuszczający;) Jeśli chodzi o zapach to w moim odczuciu przypomina peelingującą piankę cukrową Pinacolada;) Woni melona za bardzo w niej nie wyczuwałam. Niemniej sam kosmetyk bardzo polubiłam. Znalazł się zresztą wśród ulubieńców 2019. Produkt pozostawiał po sobie uczucie miękkości i gładkości oraz ładny, choć nie melonowy zapach. Chętnie wypróbuję inne warianty w przyszłości.  
OH! Tomi pianka do mycia ciała melon recenzja

Skład: Sodium Chloride, Glycerin, Aqua, Sodium Cocoyl Isethionate, Sorbitol, Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Propylene Glycol, Parfum, Phenoxyethanol, Denatonium Benzoate, Tetrasodium Edta, Hexyl Cinnamal, Linalool, Ci 19140.


OH! Tomi masło do ciała tęcza


OH! Tomi masło do ciała tęcza blog

Masło do ciała opakowane zostało w taką samą puszeczkę, ale z kotełkiem na nakrętce dla odmiany:) Pojemność to w tym przypadku 200g. Masło posiada zbitą konsystencję. Można powiedzieć, że tak zbitą jak w przypadku czystego masła shea. Powierzchownie jest gładkie, ale podczas rozsmarowywania po skórze można trafić na grudki. Ze względu na twardość nie jest łatwo nałożyć masełko. Głaskanie po powierzchni palcem w celu lekkiego roztopienia było dla mnie zbyt czasochłonne, więc albo wbijałam się w nie paznokciem odrywając porcyjkę, albo wkładałam zamknięte opakowanie do umywalki i odkręcałam gorącą wodę. Dzięki temu masło miękło i nawet częściowo się upłynniało zmieniając się w olejek, który można było już bardzo sprawnie rozprowadzić po ciele. 

Mam dwie wiadomości;) Dobra jest taka, że masełko fenomenalnie pachnie:) Naprawdę niepowtarzalnie, świeżo i radośnie mieszanką kiwi, arbuza i grejpfruta! Dla mnie mistrzostwo! W dodatku zapach utrzymuje się na skórze dobrych kilka godzin, a jednocześnie nie jest nadmiernie intensywny. Do tego masełko wspaniale odżywia, nawilża, wygładza i natłuszcza skórę, dając jej poczucie komfortu na dłużej. Z powodzeniem można je stosować na całe ciało łącznie ze stopami, bo świetnie je zmiękcza i odżywia. Po użyciu pozostałości masła zawsze wmasowywałam w dłonie, a następnie je myłam i mimo to były ładnie odżywione, tak jakbym nałożyła na nie jakieś niewidoczne rękawiczki pielęgnacyjne;) 

Zła wiadomość jest taka, że masło pozostawia na skórze błyszczący, tłustawy film, który naprawdę długo się wchłania! Dla osób, które mają awersję do jakichkolwiek filmów i warstewek na skórze, masełko OH! Tomi nie będzie, więc dobrym wyborem;) Sama też nie przepadam za długo wchłaniającymi się, tłustawymi masłami, ale przyznaję, że przez zapach i mocno regenerujące działanie byłam w stanie przymknąć na to oko. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy pójdzie na taki kompromis!:) 
OH! Tomi masło do ciała tęcza opinie

Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Theobroma Cacao Seed Butter, Persea Gratissima Oil, Parfum, Lecithin, Ascorbyl Palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopherol, Limonene, Linalool, Geraniol, Citronellol, Citral, Benzyl Benzoate, Benzyl Alcohol, Eugenol.


OH! Tomi mydło w płynie panda
 
OH! Tomi mydło w płynie panda opinie

Mydło OH! Tomi opakowane zostało w niebieską butelkę z pompką, którą zdobi jakaś taka rozmaślona albo zaspana panda;) Pojemność to 300ml, więc jak na mydło to mogłoby być więcej;) Ja zużyłam je w niecałe 2 tygodnie, ale mydła schodzą u mnie naprawdę szybko. Zresztą mówiłam już, że mydło to dla mnie jeden z ważniejszych produktów. Mimo, że zawsze używam go głównie do mycia rąk:) Ale, że te myje często to potrzebuję zawsze co najmniej 1 mydło w kostce i 2 w płynie (do kuchni i do łazienki). Zapach mydła panda z OH! Tomi to według producenta słodkie, dojrzałe i lekko kwaskowate borówki i jeżyny. Zdecydowanie mogę się z tym zgodzić. Przyjemna woń, która ładnie odświeża i zostaje na dłoniach na dłużej:) Konsystencja mydła raczej z tych rzadszych. Mydełko jest na delikatniejszych detergentach i muszę przyznać, że nie wysusza skóry, a nawet ładnie ją wygładza sprawiając lekkie wrażenie nawilżenia. Bardzo miło się używało, nie mam zastrzeżeń do tego mydełka. Pomijając cenę, ponieważ kosztuje ok. 35zł, a ze względu na duże mydlane zużycia zwykle kupuję produkty z przedziału 3-6zł takie jak Isana albo pianki Cien. 


Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Lauryl Glucoside, Benzyl Alcohol, Coco Glucoside, Glyceryl Oleate, Parfum, Panthenol, Xanthan Gum, Rubus Villosus Fruit Extract, Vaccinium Corymbosum Fruit Extract, Dehydroacetic Acid, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ci 14720, Ci 42090.


A Ty znasz już kosmetyki OH! Tomi? Któreś Cię zainteresowały?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 25 listopada 2019

Moje makijażowe dziwactwa – cała prawda o moim makijażu!

Ten temat chodził mi po głowie już od dawna i jestem ciekawa czy też tak masz, czy tylko ja jestem z jakiejś innej planety?;) Zresztą nie tak dawno robiłam test osobowości i wyszło mi, że tylko 0,8% kobiet ma taki sam typ osobowości jak ja. Szczerze? W ogóle mnie to nie zdziwiło:P Ale do brzegu! Makijaż nie przebiega u mnie „książkowo”, czyli wszelkie tutoriale z YT mogę sobie wsadzić między bajki, bo i tak robię po swojemu i robię to dziwnie;) Cały ten proces może wydawać się zaskakujący, ale jest w tym jakaś moja pokrętna logika. Mój wyjątkowy system utrudniania sobie życia:P


Jakie są moje makijażowe dziwactwa?

 

moje makijażowe dziwactwa

- Żeby pokazać cały kontekst sytuacyjny muszę zacząć od początku;) Zatem najpierw myję twarz łącznie z dokładnym opłukaniem oczu. Potem powinnam nałożyć pielęgnację i zasiąść przed toaletką. Ale… hola hola, do tego jeszcze długa droga;) 


- Pierwszym krokiem w moim makijażu jest malowanie rzęs tuszem. Normalni ludzie podobno zwykle robią to na koniec, gdy mają już nałożony podkład etc. Ale to nie ja;)


- Moje malowanie tuszem to raczej mazanie się nim, czyli oprócz tego, że mam podkreślone rzęsy to jeszcze arcydzieła współczesnej sztuki na górnej i dolnej powiece w pakiecie. Jak do tego doszło? Nie wiem, ale to dzieje się zawsze. Nie ma co ukrywać – jestem ofiarą tuszu:D Tutaj do akcji wkraczają patyczki kosmetyczne.  I to wcale nie te wąskie do korekty makijażu, a te klasyczne (grubsze). Wszak stwierdziłam, że cienki patyczek jest w tym przypadku zbyt powolny i mało ekonomiczny;) Potrzebna jest cięższa artyleria;) I nie to, że patyczkiem na sucho tak jak robią to dziewczyny, gdy trochę sobie „wyjadą” tuszem;) U mnie to nie jest trochę, więc zawsze nasączam patyczki płynem micelarnym i zmywam wszystkie czarne maziaje;) 


- Pozostawienie płynu micelarnego na twarzy niekiedy negatywnie wpływa na stan mojej cery, więc zaraz potem do akcji wkraczają moje własne palce:P Tylko bez skojarzeń:D Moczę palec wodą i przemywam powiekę górną oraz skórę pod oczami tak żeby w miarę możliwości nie zalać rzęs:P 


- Biorę na palec ręcznik do wycierania twarzy i precyzyjnie osuszam powieki, a następnie skórę pod oczami.


- Podczas tej jakże skomplikowanej akcji doprowadzania powiek do ładu zawsze mam okazję przemyśleć swoje życie, albo wpadam na jakiś „złoty pomysł”, więc często nie jest to taki zupełnie stracony czas;) Nie bój żaby:D


- Teraz nakładam krem pod oczy, który podobno u innych jest ostatnim krokiem w pielęgnacji. Ale wiadomo, że muszę inaczej;) Jeśli mam ochotę to przed nałożeniem kremu pod oczy zastosuję też tonik lub esencję na te okolice. Wszystko zależy od tego, czego aktualnie używam i jak dobrze się ze sobą łączy.


- Następnie wylewam na wacik tonik i przecieram twarz z pomięciem strefy pod oczami, na której mieszka już sobie krem etc;)


- Czasami po toniku nakładam esencję, a czasami esencja jest u mnie już zamiast toniku (zależy od produktu).


- Nakładam serum, a następnie krem. Choć czasami tych kroków jest mniej lub więcej zależnie od tego, co ciekawego akurat mam w swojej pielęgnacji. Mniejsza o to:) 

- Między poszczególnymi etapami pielęgnacji co i rusz myję ręce, bo np. nie odkręcę słoiczka kremu ręką, którą przed chwilą nakładałam serum;) A wiem, że niektórym krzywda umyć ręce nawet po samym kremie:D 

- Gdy już mam nałożoną pielęgnację to jeszcze sobie przejadę pod oczami i trochę po twarzy moim masażerem Foreo Iris, bo jak kupiłam to używać muszę. Jasna sprawa;) Chyba, że akurat mi się nie chce to okay.
dziwne makijażowe nawyki blog

- Maluję brwi. Czasami robię to jeszcze w łazience, a czasami już przy toaletce;) 


- Teraz balsam do ust, bo nie lubię mieć takich bez niczego;) Jeszcze mi uschną podczas makijażu;)


- Jeśli chodzi o mój toaletkowy rytuał makijażowy często jeszcze poprzedniego dnia wieczorem wyjmuję lustro, ponieważ to moje podświetlane, które wisi na ścianie jest mimo wszystko trochę za daleko w stosunku do mojej siedzącej postaci;) Zawsze też podstawiam sobie lampkę i wyginam ją tak żeby mi było wygodnie. Ma świecić po ryjku;) Na toaletce układam zwykle ze 2 chusteczki żeby za bardzo jej nie uświnić;) Między kolejnymi krokami w makijażu wycieram też palce w chusteczkę. 


- Nakładam korektor pod oczy, zwykle wklepując go palcami. 

- Lekko przypudrowuję korektor używając do tego pędzelka do korektora;)


- Jeśli chcę użyć cieni do powiek to teraz jest ich pora:D Nie szkodzi, że już wcześniej pomalowałam rzęsy tuszem:P Najpierw więc nakładam bazę pod cienie tak żeby nie umazać nią rzęs. A następnie staram się nałożyć cienie tak żeby w miarę możliwości nie nasypać na rzęsy;) Robię to palcami albo pędzlami zależnie od tego jaka wizja przyjdzie mi do głowy;)


- Po makijażu oczu przechodzę do makijażu twarzy i jak już od dawna wiecie – zwykle zamiast podkładu nakładam sam puder. Czasami wcześniej używam jeszcze trochę bazy pod makijaż, ale nie jest to regułą. 


- Po pudrze nakładam róż albo bronzer (mam szczupłą twarz i nie potrzebuję konturowania, więc raczej nie aplikuję obu produktów razem).


- Teraz pora na trochę blasku, czyli rozświetlacz. Nakładam go powyżej kości policzkowych, czyli jak normalny człowiek dla odmiany:) Jeśli mam ochotę to trochę na nos plus ewentualnie dokładam pod brwi oraz kąciki oczu. 


- Na koniec nakładam trochę pudru wykończeniowego. Nic nie szkodzi, że puder na puder, bo u mnie to się sprawdza;) A jeśli zamiast pudru lub minerałów zaszczytu dostąpił podkład (zdarza się tak, gdy jakiś szczególnie polubię) to nakładam puder wykończeniowy od razu po aplikacji podkładu i jeszcze przed nałożeniem różu oraz rozświetlacza;)


- Jeśli mam ochotę na szminkę lub błyszczyk to teraz jest na to pora;) 


Tak wygląda mój typowy codzienny makijaż totalnie krok po kroku. Jak widać jest on niczym maraton z przeszkodami:P 

Daj znać czy też masz jakieś dziwactwa i odchyły czy może robisz wszystko idealnie niczym Make-Up Artist?:D 

Zobacz też: 


Czytaj dalej »