czwartek, 24 maja 2018

Innisfree Green Tea – czy warto stosować kosmetyki z jednej linii?

Innisfree to koreańska marka, która totalnie mnie kupuje! Zresztą jeśli czytacie mojego bloga regularnie to na pewno o tym wiecie, ponieważ pojawiło się już u mnie kilka recenzji produktów do pielęgnacji twarzy i ust tej marki. Za zwyczaj nie jestem wielką zwolenniczką komponowania pielęgnacji z kilku produktów pochodzących z tej samej linii. Niektórzy upierają się przy tym, że tylko stosując całą gamę kosmetyków z tej samej serii osiągniemy najlepsze rezultaty. Ja jednak uważam, że to raczej pójście na łatwiznę i wygoda, gdyż z powodzeniem można sobie ułożyć pełną pielęgnację składającą się z kosmetyków nie tylko z różnych linii, ale i marek, osiągając przy tym naprawdę świetne efekty. W każdym razie mnie to nigdy nie sprawiało problemów i najczęściej nie stosowałam więcej niż 3 produkty z tej samej serii:) Niemniej niedawno niektóre serie Innisfree przeszły mniejszą lub większą reformulację i w marcu wypuszczono kilka ciekawostek:) W dużej mierze właśnie to zainspirowało mnie do zastosowania 5 kosmetyków Innisfree Green Tea jednocześnie. Jak się u mnie sprawdziło takie połączenie? Czy dobrze wybrałam?

Innisfree Green Tea - wieloetapowa pielęgnacja

zdjęcie przedstawiające linię kosmetyków Green Tea z Innisfree
Linia Green Tea marki Innisfree jest dość rozbudowana, ponieważ oferuje zarówno produkty przeznaczone do każdego typu cery jak i te dedykowane poszczególnym typom. W obrębie jednej linii mamy więc np. zarówno krem do cery tłustej jak i osobny krem do cery suchej. Uważam, że to bardzo fajne rozwiązanie. Dodatkowo wiele z tych kosmetyków z powodzeniem możemy ze sobą mieszać. Wszystko wedle potrzeb lub preferencji dotyczących np. konkretnych konsystencji. Gwarantuję, że każdy znajdzie choć jeden produkt dla siebie:) Kosmetyki z linii Green Tea mają zadbać przede wszystkim o optymalny poziom nawilżenia naszej cery przy jednoczesnym zachowaniu jej świeżości. Głównym składnikiem jest tutaj oczywiście zielona herbata pochodząca z wyspy Jeju, która jest bogata m.in. aminokwasy i minerały. Możemy zdecydować się np. na 1-2 kosmetyki Innisfree Green Tea lub na większą ilość celem wdrożenia ich do pielęgnacji wieloetapowej, jak to miało miejsce w tym przypadku u mnie. Jak pewnie doskonale wiecie, przy takim zastosowaniu zaleca się nakładanie kosmetyków warstwowo poczynając od produktu oczyszczającego, a następnie nakładając produkty od tego posiadającego najlżejszą konsystencję do tego najcięższego, czyli najczęściej kremu:) Ja z linii Green Tea wypróbowałam jednocześnie - Innisfree Green Tea Cleansing Gel-to-Foam, Innisfree Green Tea Balancing Skin EX, Innisfree Green Tea Seed Serum, Innisfree 3-Minute Green Tea Skin Pack, Innisfree Green Tea Seed Essence-in-Lotion. Jak sprawdziła się u mnie ta zielona mieszanka? 
Koreańska pielęgnacja Innisfree Green Tea

Cała linia pachnie według mnie bardzo przyjemnie i delikatnie zieloną herbatą. Zapach jest wyczuwalny praktycznie jedynie podczas aplikacji i może parę chwil tuż po. W moim odczuciu najmocniej pachnie kosmetyk oczyszczający. Woń każdego z tych produktów jest +/- taka sama choć da się wyczuć subtelne różnice. Dla przykładu w serum wyczuwam lekko alkoholową nutkę w momencie aplikacji, a Essence-in-Lotion ma według mnie taki najbardziej świeży zapach. Jakby urozmaicony o subtelną nutkę mięty. Każdy z tych produktów łączy świeżość zielonej herbaty przełamana lekko ziołowym aromatem:) Mnie się ten zapach bardzo podoba, a szczególnie w esencji-lotionie;)  Również opakowania są według mnie przyjemne dla oka, w różnych odcieniach zieleni. Choć niektóre nie są tak funkcjonalne jakbym chciała:) PAO każdego z tych kosmetyków to 12 miesięcy.


Innisfree Green Tea Cleansing Gel-to-Foam


zdjęcie przedstawiające Innisfree Green Tea Cleansing Gel-to-Foam

Zacznijmy od najważniejszego kroku bez którego nie zadziała nawet najlepszy kosmetyk, czyli od oczyszczania! Przyznam, że początkowo miałam na oku piankę, ale gdy dostrzegłam nowość w postaci gel-to-foam pomyślałam, że to będzie fajniejsze:) Kosmetyk został umieszczony w zielonym opakowaniu z pompką przez które możemy na bieżąco obserwować poziom zużycia. Pompka działa bez zarzutów i jedyne moje zastrzeżenie jest takie, że nie ma blokady typu on/off, a jedynie taki "pierścień" zabezpieczający, który w momencie otwarcia za zwyczaj się zdejmuje i wyrzuca;) W przypadku konieczności zabrania kosmetyku w podróż od biedy możemy go wykorzystać do zabezpieczenia. Pojemność produktu wynosi 150ml, więc dość standardowo. PAO natomiast 12 miesięcy.

Produkt posiada lekką żelową konsystencję, która jest dość przyjemna w dotyku. Taka śliska;) Można go zastosować na dwa sposoby. Przy wieczornym myciu gdy potrzebujemy wykonać demakijaż, najlepiej nałożyć na suchą skórę i masować aż konsystencja zmieni się w coś w rodzaju białej emulsji, a następnie dodać trochę wody, spienić i spłukać. Przy takim zastosowaniu produkt wytwarza więcej piany choć nie jest to taka typowa pianka jak w przypadku klasycznych pianek. Opcjonalnie można oczywiście zastosować siateczkę spieniającą, ale przyznaję, że osobiście tego nie robiłam. Drugi sposób jest bardziej tradycyjny, czyli nakładamy produkt na mocno zwilżoną skórę twarzy, myjemy i spłukujemy. Produkt pieni się wtedy bardzo delikatnie, ale takie zastosowanie jest jak najbardziej odpowiednie do porannego mycia twarzy lub gdy nie mamy na sobie makijażu. Cleansing Gel-To-Foam dobrze oczyszcza i odświeża, a przy tym nie podrażnia oraz nie przesusza cery. Choć należy oczywiście pamiętać żeby po użyciu sięgnąć po produkty nawilżające:) W przeciwnym razie po jakimś czasie możemy zaobserwować delikatne uczucie ściągnięcia.

Innisfree Green Tea Balancing Skin EX

zdjęcie przedstawiające Innisfree Green Tea Balancing Skin EX

Pod nazwą Skin kryje się toner i tutaj miałam lekką zagwozdkę, gdyż na Jolse można zobaczyć specjalne grafiki – takie podpowiedzi Innisfree odnośnie kolejności stosowania produktów. Pomysłów na kolejność zastosowania jest naprawdę sporo, więc każdy znajdzie system idealny dla siebie. Aczkolwiek zaskoczyło mnie, że w niektórych wariantach polecono najpierw nałożyć serum, a następnie toner. Wypróbowałam ten sposób i nawet jest do przyjęcia, ale ja lubię aplikować toner przy użyciu wacika, więc jeśli najpierw zastosowałabym serum to miałabym takie uczucie jakbym je potem ścierała tonerem:) Według mnie więc ten sposób jest bardziej dla tych, którzy aplikują toner za pomocą dłoni:) Sama stosowałam toner jako drugi krok, czyli zaraz po myciu twarzy. 
Toner otrzymujemy w dość prostym 200ml opakowaniu, które już przy pierwszym użyciu doprowadziło mnie do szału i to wcale nie z zachwytu… Momentalnie padło soczyste ja pierdolę! Okazało się bowiem, że otwór przez który dozujemy toner jest naprawdę mały, a w połączeniu z konsystencją jakby zagęszczonej wody wydobycie owego płynu trwa wieki. Nie da się go tak po prostu wylać na wacik lub dłoń. Jego trzeba wytrząsać! No po prostu zadanie wymagające krzepy albo anielskiej cierpliwości:) Od razu pomyślałam sobie o nie. Tak to my się bawić nie będziemy i po prostu wyjęłam wewnętrzną osłonkę uzyskując w ten sposób normalny przyzwoity otwór, który nie uprzykrza korzystania:) Trzeba sobie radzić, prawda? Toner posiada lekko zagęszczoną, ale przyjemną, lekko śliską konsystencję, dzięki której łatwo się rozprowadza bez tarcia nawet przy aplikacji wacikiem. Wchłania się on błyskawicznie praktycznie do matu i nie obciąża skóry. A także dobrze przygotowuje ją na przyjęcie kolejnych kroków.

Innisfree Green Tea Seed Serum

zdjęcie przedstawiające Innisfree Green Tea Seed Serum

Tuż po Balancing Skin najczęściej stosowałam serum, które jest jednym z najbardziej znanych produktów Innisfree i nadaje się do każdego typu cery. Jest to kosmetyk, który miałam okazję poznać i polubić już wcześniej przy okazji licznych próbek, które do mnie trafiały za sprawą różnych zamówień. 
Serum mieści się w zielonej buteleczce, która pozwala na obserwację poziomu zużycia. Pojemność to aż 80ml, ale przy regularnym stosowaniu na twarz, szyję i dekolt (codziennie, a nie od święta) wystarcza na jakieś 2 miesiące. Buteleczka jest bardzo zgrabna i naprawdę mi się podoba choć niestety nie ma tutaj możliwości zamykania pompki metodą on/off. Pozostaje jedynie fabrycznie dołączony kapturek jeśli planujemy je gdzieś przewozić, a boimy się rozlania. Pompka działa bez zarzutów, choć czasem zdarzało się, że trochę produktu poleciało mi po zewnętrznej ściance butelki. Serum posiada przezroczystą barwę i lekką wodno-żelową konsystencję. Pachnie zieloną herbatą, choć w momencie aplikacji można wyczuć lekko alkoholową nutkę, która natychmiast znika. Bardzo lubię takie lekkie konsystencje, ponieważ świetnie sprawdzają się w pielęgnacji wieloetapowej i nie obciążają cery. Serum jest bestsellerem marki i naprawdę ciężko się temu dziwić, ponieważ powinno sprawdzić się niemal u każdego. Ładnie odświeża cerę, lekko nawilża i wygładza, a przy tym jej nie przetłuszcza i po wchłonięciu zapewnia matowe wykończenie bez uczucia lepkości.

Innisfree 3-Minute Green Tea Skin Pack

zdjęcie przedstawiające Innisfree 3-Minute Green Tea Skin Pack

Po serum najczęściej na mojej twarzy lądowały 3 minutowe płatki. Choć zdarzało się też, że nakładałam je przed serum lub czasem nawet po esencji-lotionie, gdyż producent wskazał różne możliwości i postanowiłam trochę się pobawić. Płatki zamknięte zostały w zielonym słoiczku do którego dołączone zostały również „szczypce” do ich wyjmowania. Aczkolwiek ja wyjmowałam zawsze chwytając delikatnie palcami. Płatki są ultra-cienkie, więc trzeba uważać żeby nie nałożyć dwóch na raz bo po co tracić tak fajny produkt:) W opakowaniu mamy 100szt i możemy nakładać według potrzeb. W moim przypadku było to codziennie, ale do wyboru – albo rano albo wieczorem zależnie od czasu i chęci.
Innisfree płatki 3 minutowe
Najczęściej nakładałam po jednym płatku na każdy policzek i jeden na czoło albo tylko na policzki. Płatki mają za zadanie orzeźwić cerę, dostarczyć jej dodatkowej porcji wilgoci, a także ją ukoić dzięki zawartości panthenolu. Dzięki lekkim właściwościom chłodzącym świetnie nadają się na wiosnę i lato:) Przyznaję, że ja od razu pokochałam ten pielęgnacyjny gadżecik, nazywając go… mini-płachtą albo szybką płachtą. Wszak warto dodać, że płatki wystarczy położyć na twarzy jedynie na 3 minuty, a w przypadku masek w płachcie najczęściej jest to 20-30 minut. W dodatku maski w płachcie lekko ograniczają nam ruchy twarzy, a tutaj nie ma tego problemu, ponieważ płatki są wielkości wacików, cieniuteńkie i milutkie. Dobrze trzymają się twarzy, więc możemy z nimi nawet jeść;) Czasami zdarzało mi się też przeciąć płatek i nałożyć pod oczy. Jest to oczywiście taki produkt uzupełniający, ale dla mnie jak najbardziej warty uwagi. Bardzo ładnie nawadnia, odświeża, chłodzi i łagodzi cerę:) Dla mnie odkrycie:) Jeśli znacie coś podobnego i wartego uwagi z innych firm to proszę o polecenie.

Innisfree Green Tea Seed Essence-in-Lotion

zdjęcie przedstawiające Innisfree Green Tea Seed Essence-in-Lotion

I ostatni produkt z gamy Innisfree Green Tea, który wchodził w skład mojej wieloetapowej pielęgnacji twarzy, czyli Innisfree Green Tea Seed Essence-in-Lotion. 
Kosmetyk mieści się w ciemnozielonym opakowaniu wyposażonym w pompkę i również brak tutaj możliwości otwierania i zamykania systemem on/off. Butelka zawiera 100ml produktu i niestety jest nieprzezroczysta, więc nie da się na bieżąco monitorować postępu zużycia. Ciężko podejrzeć nawet pod światło. 
Essence in lotion to takie 2w1. Często bowiem mamy osobno esencję i lotion. A tutaj producent wyszedł naprzeciw tym, którzy chcieliby choć trochę zminimalizować ilość butelek na półkach w łazience i stworzył 2w1. Dla mnie genialne posunięcie! Esencję-lotion stosowałam zawsze jako ostatni produkt z serii Green Tea i jest to mój ulubieniec serii! Najbardziej uniwersalny ze wszystkich produktów. Posiada on białą barwę i konsystencję lekkiego mleczka/lotionu. Nie obciąża skóry, a jednocześnie świetnie nawilża i wygładza. Można na niego jeszcze nałożyć krem (u mnie często był to miejski krem ochronny Resibo, ponieważ lubię taką naprawdę kompleksową pielęgnację). Ale w przypadku cery mieszanej nie jest to bezwzględnie konieczne, gdyż on sam w sobie pełni rolę lekkiego kremu. Zwłaszcza w te cieplejsze dni, ponieważ idealnie nadaje się pod makijaż:) To takie idealne zwieńczenie wszystkich poprzednich produktów. 


Wszystkie 5 produktów z linii Innisfree Green Tea bardzo dobrze się u mnie spisało. Nie była to oczywiście taka najbardziej kompletna wersja pielęgnacji w obrębie jednej linii, ponieważ mogłabym ją jeszcze uzupełnić o płyn micelarny, krem i krem pod oczy, ale te kategorie produktów miałam już w użyciu i nie chciałam mnożyć bytów:) Poza tym Innisfree świetnie dogadało się z moimi pozostałymi kosmetykami:) Linia Green Tea stanowi dobry wybór przy każdym typie cery, ponieważ zapewnia przede wszystkim nawilżenie i wygładzenie, przy jednoczesnym zachowaniu świeżości. Jeśli miałabym polecić jeden najbardziej uniwersalny produkt to z pewnością byłby to Green Tea Seed Essence-in-Lotion, na drugim miejscu bestsellerowe serum, a fankom kosmetycznych gadżetów dodatkowo polecam płatki:) Jako ciekawostkę zauważyłam, że kosmetyki zużywają się w podobnym tempie. Gdy np. pozostało mi połowę żelu to serum i tonera również miałam jeszcze połowę. Dodam jeszcze, że przy mojej mieszanej cerze całość z powodzeniem stosowałam na twarz, szyję i dekolt zarówno wieczorem jak i rano, również pod makijaż. Mimo nakładania tych paru warstw nie miałam problemów z lepkością czy długim wchłanianiem produktów, ponieważ formuły wszystkich tych kosmetyków są lekkie. Dlatego moja cera chłonęła je naprawdę szybko. Pomocny był jedynie sposób z dociśnięciem dłoni do twarzy tuż po aplikacji, ponieważ zdecydowanie przyspieszał absorpcję produktów. Chwilę dłużej musiałam jedynie poczekać po nałożeniu kremu Resibo. Ale również była to kwestia paru minut, a nie godzin:) Jedyne do czego mogłabym się doczepić to kwestie związane z funkcjonalnością opakowań. Skin z otworem jaki serwuje nam producent jest dla mnie nie do zaakceptowania, więc całe szczęście, że znalazłam na niego sposób:)

Wszystkie kosmetyki Innisfree Green Tea wraz ze wskazówkami dotyczącymi stosowania można znaleźć na Jolse. Ich ceny wahają się od ok. 16 do ok. 25$ za pojedynczy produkt zależnie od aktualnych promocji. Bardzo często Innisfree można tam kupić 20-25% taniej. 

Znacie linię Green Tea z Innisfree? Zdarza Wam się stosować kilka produktów z tej samej serii? 

Zobacz też: Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie inspiracje
Czytaj dalej »

poniedziałek, 21 maja 2018

Barbara Kwiatkowska - Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie Inspiracje

Niedawno ukazała się nowa książka autorstwa Barbary Kwiatkowskiej - Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie Inspiracje, mająca być niejako kontynuacją pierwszej tj. Skóra: azjatycka pielęgnacja po polsku, z którą niestety nie miałam okazji się zaznajomić. Ale zawsze można nadrobić:) Co znajdziemy w najnowszej pozycji autorki?

zdjęcie przedstawiające książkę Barbary Kwiatkowskiej Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie Inspiracje

Poradnik jest ładnie wydany. Podoba mi się jego format, okładka ze względu na połączenie kolorów, a także czytelna czcionka, tabele i ilustracje, które urozmaicają treść. Książka posiada 271 stron łącznie z bibliografią. Materiał, który w niej znajdziemy został bardzo przejrzyście i logicznie rozdzielony. Lubię gdy dane są uporządkowane i ładnie wyeksponowane! Jeśli chodzi o samą autorkę to od razu wyczułam, że jest to kobieta, która twardo stąpa po ziemi i nie boi się wyrażać swojego zdania oraz obalać mitów. Gdy coś jej się nie podoba albo uważa za mało skuteczne, pisze o tym wprost. Podoba mi się to, ponieważ lubię osoby zdecydowane i pewne swego.  Sama zresztą mam bardzo podobnie. Coś się komuś nie podoba? Trudno. I tak powiem co zechcę.

Co znajdziemy w poradniku?



Wiele praktycznych informacji jak np., różnica między olejkami myjącymi, a OCM. Azjatki stosują przede wszystkim olejki myjące, czyli takie, które w swoim składzie zawierają emulgatory. Sama autorka również zdecydowanie poleca tę formę oczyszczania zamiast metody OCM. I zgadzam się z tym również ja. Do wyrażenia swojego zdania została tutaj wywołana autorka bloga Kociamber w podróży, według której olejki azjatyckie są przyjemne w użyciu lecz słabe jakościowo ze względu na skład, w którym często brakuje naturalnych olejów. Zamiast nich bardziej poleca ona olejki polskich marek takich jak Vianek, GoCranberry, czy Miya Cosmetics. Ten ostatni sama również polecam:) 

Książka została podzielona również według pór roku – wiosna, lato, jesień, zima, w których znajdziemy porady dotyczące tego jak pielęgnować cerę zależnie od pory roku oraz warunków atmosferycznych i potrzeb. 


Latem nasza cera potrzebuje lżejszych, ale jednocześnie dobrze nawilżających formuł, ponieważ „chce pić” podobnie jak nasz organizm. 


Wiosna jest bardzo dobrym czasem na wszelkie kuracje rozświetlające np. przy użyciu kosmetyków z witaminą C. 


Zimą ubieramy się na cebulkę, więc również nasza cera potrzebuje nieco „cieplejszej” ochronnej kołderki;) Zwłaszcza, że jesteśmy wtedy narażeni na ciągłe zmiany temperatur. Od mrozu na zewnątrz po ogrzewane pomieszczenia, więc nasza skóra i naczynia muszą pracować na podwyższonych obrotach, co często może powodować uczucie dyskomfortu.  

Jesień jest natomiast idealnym czasem na walkę z przebarwieniami, kuracje złuszczające, wprowadzenie kwasów i retinolu. Tym bardziej, że jesienią często więcej czasu spędzamy w domowych pieleszach, więc mamy większą ochotę na dogadzanie swojej skórze poprzez różne pielęgnacyjne rytuały. Często po lecie można zauważyć, że piegi i przebarwienia są bardziej widoczne lub powstały nowe. Autorka wyjaśnia proces powstawania przebarwień, który niekiedy trwa latami, więc jeśli nie dorobiliśmy się przebarwień po lecie lub w związku z niedostateczną lub żadną ochroną UV to niestety nie oznacza to, że widoczna zmiana nie pojawi się dopiero za kilka lat. Dlatego też Barbara Kwiatkowska mocno rekomenduje stosowanie preparatów z filtrami UV przez cały rok. Według niej każda ochrona (nawet taka w postaci pudru) jest lepsza niż brak ochrony. Zwłaszcza, że nawet najwyższe dostępne faktory nie gwarantują w pełni stabilnej ochrony. Po części jest to związane z tym, że należałoby nakładać na twarz aż ¼ łyżeczki kremu z filtrem. Przy prawidłowej aplikacji krem z filtrem o pojemności 50ml powinien wystarczyć na 40-50 dni stosowania (m.in. dlatego często dziwi mnie kiedy ktoś twierdzi, że krem wystarcza mu na pół roku:D). W przypadku kremów z filtrem nakładanie takich ilości może być jednak problematyczne, ponieważ często mają one cięższą konsystencję, są tłuste lub bielą. A gdy nakładamy mniej to automatycznie zmniejsza się poziom ochrony i tak oto z np. przy użyciu SPF 50 uzyskujemy ochronę UVA na poziomie ok. 16. Jednak autorka pociesza, że nawet jeśli nakładamy mniej to i tak mamy plusa za to, że w ogóle je stosujemy. Lżejszymi konsystencjami mogą poszczycić się azjatyckie kremy z filtrami. Jednak na zimę autorka radzi wybrać filtry europejskie ze względu na to, że te azjatyckie są dostosowane do ciepłego i wilgotnego klimatu, a nie do zimowej polskiej aury. W dużej mierze przez to, że posiadają płynne formuły i wysoką zawartość alkoholu. Azjatyckie filtry mogą być jednak niezłym rozwiązaniem dla posiadaczy cer tłustych, choć i w tym przypadku podano, że można znaleźć odpowiednik na europejskim rynku w postaci matującej emulsji Vichy, która jest ulubionym filtrem Kociambra. 

W wielu miejscach znajdziemy przykłady konkretnych kosmetyków. Zarówno tych rodzimych producentów (w większości) a także koreańskich (według mnie tych podano trochę mniej). Są także przykłady planów pielęgnacyjnych na różne pory roku z uwzględnieniem konkretnych składników. Opis działania poszczególnych olejków czy maseł, a także kilka wskazówek dotyczących INCI.

W książce znajdziemy również rozdziały poświęcone masażowi twarzy, historii maseczek wraz z przykładami wykonania poszczególnych maseczek np. na bazie glinek. W tym również ciekawostkę zdradzającą, że już wkrótce marka Foreo wypuści swój nowy innowacyjny produkt o wdzięcznej nazwie UFO;) Trochę o zmarszczkach, a także o tym, że trzeba poświęcić zdecydowanie więcej uwagi na pielęgnację szyi i traktować ją z takim samym uczuciem jak skórę twarzy. A przede wszystkim dbać o jej odpowiednie nawilżenie i jędrność. Nie włączając jednak do pielęgnacji szyi takich produktów jak silnie oczyszczające maseczki mogące ją podrażnić. Odpowiednia pielęgnacja szyi jest obecnie szczególnie ważna gdyż mamy w zwyczaju wielogodzinne wpatrywanie się w ekrany naszych smartfonów przyjmując przy tym niezbyt komfortową pozycję zarówno dla kręgosłupa jak i skóry. Powoduje to szybsze starzenie się tej strefy. Jest także co nieco o zmarszczkach, a także zachęta do tego żeby korzystać poszewek z jedwabiu, gdyż nie odciskają się one na twarzy tak jak te bawełniane. Znajdziemy też chociażby różnicę między kosmetykami rozświetlającymi i rozjaśniającymi, a także odrobinę azjatyckich ciekawostek, czyli tych tytułowych azjatyckich inspiracji. Nie jest to jednak typowa książka o azjatyckiej pielęgnacji. Jest dużo takich wskazówek jak wykorzystać to co mamy dostępne w Polsce:)

Czy dowiedziałam się czegoś nowego z książki Barbary Kwiatkowskiej?



Przydadzą mi się niektóre wskazówki dotyczące INCI na wypadek gdym chciała wprowadzić do swojej pielęgnacji produkty zawierające konkretne składniki. A to dlatego, że jak wiecie nie jestem osobą radykalną w kwestii składów, więc nie poświęcam dużo czasu na analizę. Co za tym idzie, nie mam wszystkich oznaczeń w pamięci. 

Poza tym przyznaję, że nie dowiedziałam się niczego czego bym nie wiedziała. Jednak jest to dla mnie pozytywne, ponieważ oznacza, że swoje wiem:) A dzięki książce mogłam usystematyzować wiedzę i niejednokrotnie wypowiedzieć w myślach – a i owszem, zgadza się:) Nie wszystkie zawarte w książce pomysły wykorzystam, ponieważ np. nie jestem zwolenniczką pielęgnacyjnego DIY i częściej stawiam na gotowe produkty. Niemniej ta część może być inspiracją dla osób, które kręci „zrób to sam”;) 


Najbardziej jednak spodobało mi się obalanie mitów i cieszę się, że w końcu ktoś to zrobił jasno i dobitnie, ponieważ nóż mi się w kieszeni otwiera gdy słyszę takie „mądrości” jak to, że „skóra się rozleniwia” jeśli zbyt wcześnie sięgnie się po silniej działające kosmetyki np. przeciwzmarszczkowe. Powiedzmy, że 30-latka używa kremów z oznaczeniem 50+ na opakowaniu. Takie oznaczenie nic nie znaczy, ponieważ kremy powinno się dobierać do typu cery i potrzeb, a przecież mało prawdopodobne żeby każda osoba 50+ miała takie same wymagania. Podobnie jest w przypadku jedzenia. W restauracjach nie ma przecież osobnego menu dla 30+, 40+ etc. Autorka podkreśla, że tak naprawdę dorosła córka może używać tego samego kremu co jej dojrzała matka (jeśli jest on dopasowany do potrzeb obu). U córki może on stanowić formę prewencji przeciwzmarszczkowej. Skóra się nie rozleniwi, ponieważ kosmetyki nie penetrują jej na tyle głęboko. Poza tym przyswoi ona tylko tyle ile potrzebuje. Z reszty najwyżej nie skorzysta i nie przyzwyczai się. Mama natomiast może stosować w formie kuracji na istniejące już zmiany. Pani Barbara dostała pytanie w stylu czego mam używać w wieku 50 lat skoro już w wieku 30 używam np., kremów z retinolem. I odpowiedź brzmiała nadal kremów z retinolem;) Z wiekiem zmniejsza się skuteczność, ale nie jest to związane z rozleniwieniem skóry związanym z przyzwyczajeniem do silnych substancji w kosmetykach, a z tym, że z wiekiem dochodzi do spowolnienia naturalnych procesów regeneracji, które zachodzą u każdego. Dlatego ważna jest profilaktyka. Lepiej sięgnąć po takie kosmetyki wcześniej niż później. Sama to wszystko wiedziałam, ale nadal często spotykam się z takimi stwierdzeniami, więc jeśli ktoś nie ma przekonania żeby uwierzyć mi to może da się przekonać autorce poradnika;) 

Co mi się nie spodobało w tej pozycji?



Dość częste nawiązania do poprzedniej książki typu „ale to już wiecie ze Skóry”. Nie ma w tym nic złego, ponieważ jest wyraźnie napisane, że nowy poradnik jest czymś w rodzaju rozszerzenia, ale czułam się nieco zmęczona kilkukrotnie czytając o nawiązaniach. Zwłaszcza, że pierwszej książki nie czytałam. Nie zgodzę się też ze stwierdzeniem, że w Polsce jest nie do wyobrażenia żeby nie użyć toniku. Wręcz przeciwnie, ponieważ wiele pytań od moich Czytelników dotyczyło wątpliwości związanych ze stosowaniem toników. Często kobiety nie widzą sensu używania ani efektów więc bywa, że wydaje im się zbędny. Osobiście zawsze używam i rzeczywiście nie wyobrażam sobie inaczej, ale nie zgodzę się, że dotyczy to wszystkich z automatu;)

Czy polecam?



Owszem. W tej książce nie znajdziecie bezsensownych porad. Warto przeczytać w dwóch przypadkach: jeśli jesteście zagubieni w temacie pielęgnacji lub jeśli chcecie sprawdzić ile wiecie tudzież usystematyzować swoją wiedzę i skonfrontować z różnymi punktami widzenia. Poradnik jest bardzo przystępnie napisany, czyta się go naprawdę szybko. Mnie to zajęło jakieś 2h.


Pani Barbara bardzo rzetelnie podeszła do tematu pielęgnacji. Nie ma tutaj bezkrytycznego i bezrefleksyjnego polecania wszystkich azjatyckich inspiracji. Przeciwnie - dużo jest podane na chłodno. Książka zachęca do tego żeby dobrze poznać swoją skórę, a z azjatyckich metod dbania o nią wybrać to co najlepsze dla NAS. Nie musi to być koniecznie wszystkie 10 kroków. Osobiście podobało mi się również wspomnienie o wielu polskich kosmetykach, które znam i lubię. Jak np. olejek Miya albo Miejski krem ochronny Resibo.


Co sądzicie o najnowszej książce Barbary Kwiatkowskiej? Mieliście okazję już ją przeczytać?
Czytaj dalej »

sobota, 19 maja 2018

Lustro LED Smukee z Biedronki – czy warto kupić?

W najnowszej gazetce promocyjnej sieci dyskontów Biedronka znajdziemy Lustro LED marki Smukee, które można wykorzystać np. do toaletki. Muszę przyznać, że nie jestem fanką Biedronki i mimo, że mam blisko to na ogół omijam szerokim łukiem. Wszystko to przez burdel, który tam panuje bo inaczej tego nazwać nie potrafię!;) Zawsze mam problem ze znalezieniem tego po co przyszłam, ponieważ wiele artykułów porozrzucanych jest bez ładu i składu, zupełnie nielogicznie. Nie mam jednak nic do obsługi, ponieważ przynajmniej zawsze pomogą w szukaniu. Tak było również i tym razem, gdyż zupełnie nie mogłam zlokalizować owych luster LED, które przypadkiem wyczaiłam podczas przeglądania aplikacji Blix. Wahałam się nad zakupem tego lustra przez parę dni, czyli od momentu obejrzenia aż do dnia, w którym miało być ono dostępne. Wiedziałam, że na najwyższą jakość przy tej cenie liczyć po prostu nie mogę, ale postanowiłam zaryzykować i wysupłałam 69,90zł na ten biedronkowy wynalazek;) Dostałam wiele pytań odnośnie lustra, więc postanowiłam przygotować pierwsze wrażenia dotyczące lustra oraz pokazać kilka zdjęć. 
zdjęcie przedstawiające lustro led z biedronki marki Smukee

Lustro LED Smukee z Biedronki



Dane techniczne:


- Lustro posiada wymiary 50x70x4


- Według producenta zapewnia ono ciepłe, białe światło co według mnie jest nie do końca zrozumiałe, ponieważ albo ciepłe albo białe… Ciepłe daje za zwyczaj żółty poblask, a lustro Smukee daje według mnie zimną barwę:)


- Lustro zasilane jest na baterie 4 x AAA, które znajdziemy w komplecie. 


- Lustro zawiera 24 ozdobne diody LED

Zalety:


- Cena – 69,90zł jest według mnie bardzo korzystna. Zwłaszcza, że za lusterko z Ikei, z którego korzystałam do tej pory zapłaciłam 49zł, a jest ono dużo mniejsze i nie posiada ani jednej lampeczki. A porównując do profesjonalnych luster do wizażu, które kosztują np. 1000zł to już w ogóle przepaść cenowa jest ogromna. 


- Dwa kolory do wyboru – czarny i biały. Osobiście sama już nie wiedziałam które wybrać, ponieważ oba mi się podobały, więc popytałam tu i tam i jednogłośnie doradzono mi białe.


- Możliwość powieszenia pionowo lub poziomo. Ale jest jeden haczyk, o którym wspomnę w wadach.


- Łatwy montaż – wystarczy wywiercić dwa otwory w ścianie. 


- Lustro jest duże i według mnie daje wyraźny obraz.


- Ładnie prezentuje się wizualnie i naprawdę fajnie dopełnia toaletkę. Nie umiem co prawda oddać tego na zdjęciach tak miarodajnie jak w rzeczywistości, ale z efektu wizualnego jestem bardzo zadowolona. Teraz czas tylko na zmianę koloru ściany (w planach mam szarość).


- Posiada 24 diody LED, czyli całkiem sporo.


- Zasilanie na baterie ma swoje wady i zalety. Do zalet zaliczyłabym brak problemu z instalacją, gdyż np. jeśli chcemy zamontować panele świetlne LED takie jak są dostępne w Ikei to przy większości z nich mamy adnotację, że instalacja wymaga ingerencji wykwalifikowanego elektryka. Tutaj nie ma tego problemu. 


- Każdy chłop to zawiesi;) Wystarczy nawiercić w dwóch miejscach.


- Nawet mój tata stwierdził, że nowe lustro bardziej pasuje do toaletki niż to stare. 


- Teoretycznie można je postawić na biurku bez konieczności wieszania na ścianie. W praktyce jednak wolałam zawiesić, ponieważ z moim szczęściem prędzej czy później by spadło, potłukło się i… miałabym 7 lat nieszczęścia;) 


- Wygodny włącznik.


- 24 miesiące gwarancji, więc warto zachować rachunek. W praktyce jednak podejrzewam, że w przypadku reklamacji będzie możliwy jedynie zwrot pieniędzy albo ewentualnie naprawa usterki, gdyż lustra mogą być już niedostępne w magazynach. 


- Podobno można przerobić żeby zasilanie było na prąd. O ile ktoś się na tym zna bo ja akurat nie;) 


- Więcej miejsca na toaletce. Moje biurko Besta Burs z Ikei, które służy mi za toaletkę ma 40cm głębokości, więc nie należy do szerokich. A dzięki temu, że lustro wisi na ścianie, udało mi się zaoszczędzić trochę miejsca.

- Białe światło. Na szczęście bo nie ma nic gorszego niż żółte;) 

Wady:


- Kwestie wykończeniowe – na pierwszy rzut oka wszystko prezentuje się pięknie, ale jeśli dokładnie się przyjrzymy z bliska to dostrzeżemy wykończeniowe niedoróbki. Coś w rodzaju paru małych mikro-dziurek na ramie i takie dość zwyczajne wykończenie wokół kulek LED. Również rama nie jest wykonana z wysokiej jakości materiału. Mam także wrażenie, że nie jest ona do końca prosta. Aczkolwiek może to być złudzenie. Poza tym nie jest widoczne na pierwszy rzut oka. Nie jest na szczęście tak żeby lustro rozlatywało się w rękach lecz do wyrobu klasy premium oczywiście się nie zalicza:D Oby tylko rama nie żółkła.


- Światło nie jest tak spektakularne i mocne jak w profesjonalnych lustrach do wizażu. Oświetlenie jakie zapewnia lustro Smukee coś daje i zawsze jest to lepsze niż brak oświetlenia, ale z pewnością nie należy ono do intensywnych. W końcu lampki na baterie;) 

- Diody LED mogłyby być większe bo lubię duże i dałyby więcej światła:D


- Zasilanie na baterie, które wiąże się z ich regularną wymianą i ciekawa jestem na ile godzin użytkowania może wystarczyć jeden komplet baterii. Mam lekkie obawy, że na tydzień:D Ale oby nie było tak źle.


- Największa wada dla mnie jest taka, że baterie umieszczane są z tyłu więc żeby je wymienić trzeba zdjąć lustro ze ściany, a następnie zawiesić ponownie. Już mnie szlag trafia jak o tym pomyślę;) Ale znowu umieszczenie schowka na baterie po bokach byłoby nieestetyczne. 


- Moje lustro od nowości miało brudną ramę, więc musiałam je przeczyścić;)


- Wątpliwa żywotność kul LED. Może się zdarzyć, że z czasem jedna kula padnie, potem kolejna etc. Ale oby tak się nie stało;)


- Nie do końca nadaje się do makijażu, np. do malowania powiek lepiej sprawdzi się lustro, które możemy sobie „podsunąć pod nos”. To tak z perspektywy ślepaka. Dlatego zostawiam sobie jeszcze tamto lusterko z Ikei, a docelowo planuje kupić takie okrągłe na nóżce również oświetleniem LED i może z efektem powiększenia. 


- Może być nieco bardziej problematyczne podczas robienia zdjęć. Jako blogerka wykorzystuję swoją toaletkę nie tylko do malowania i relaksowania się, ale także do wykonywania zdjęć produktowych do wpisów. W przypadku zwykłego lusterka z Ikei wystarczyło ustawić je pod odpowiednim kątem żeby nie było widoczne to co zbędne. Nowe lustro wizualnie lepiej pasuje do toaletki i jest bardziej okazałe, ale może sprawić trochę więcej kłopotów podczas wykonywania zdjęć, ponieważ jest przymocowane do ściany, więc nie daje pola manewru;) 


- Może być nieco upierdliwe podczas czyszczenia ze względu na wiele elementów, które posiada na ramie;) Aczkolwiek lusterko z Ikei również posiada zakamarki, które ciężko oczyścić z kurzu.


- Problemy budowlane:D Mieszkam w bloku, który niestety posiada pewne wady takie jak np. krzywe ściany lub podłogi w niektórych miejscach;) Co za tym idzie gdzieniegdzie nie ma pionu… I o ile biurko trzymało pion, o tyle przy próbie powieszenia nad nim lustra okazało się, że nijak nie da się tego pionu uzyskać:P Dlatego lustro z jednej strony trochę „leci” i musiałam coś podłożyć pod jedną ramę biurka:P A mimo tego nadal jeszcze ciutkę leci, więc muszę pomyśleć nad jakimś rozwiązaniem:) 

- I jeszcze jeden problem, na który napotkałam… Chciałam powiesić lustro tak nisko żeby było na równi z biurkiem, ale okazało się, że otwory z tyłu są tak zrobione, że w przypadku zawieszenia poziomo włącznik musimy mieć na dole, więc trzeba zawiesić  trochę wyżej. Tak żeby przynajmniej była szpara pozwalająca włożyć palec i skorzystać z włącznika. Po zawieszeniu zaczęłam się zastanawiać czy może nie lepiej byłoby powiesić nieco wyżej, ale to już nie problem. Najwyżej powiesi się wyżej:D 

- Nie wszędzie się zmieści. Trzeba mieć miejsce żeby takie lustro powiesić.  

Jak widzicie lustro LED Smukee z Biedronki posiada zarówno zalety jak i wady. Przyznaję jednak, że mimo wad wstępnie jestem zadowolona z zakupu. Nie zapewni ono co prawda tak jasnego i mocnego światła jakie mogłoby dać profesjonalne lustro do wizażu zasilane na prąd i wyposażone w mocniejsze i większe kule LED (mnie się podoba np. takie jak ma Agu Blog). Ale biorąc pod uwagę wielokrotnie niższą cenę uważam, że do użytku domowego jest naprawdę OK. W dodatku dzięki niej jest dostępne praktycznie dla każdego. Dla mnie póki co jest ono dobrą opcją, ponieważ zawsze podobały mi się takie lustra, a nie byłam do końca przekonana do wydatku rzędu 1000zł skoro ma być ono wykorzystywane jedynie do osobistego, domowego użytku.  Na razie więc będzie mi służyć, a jeśli za jakiś czas zmienię zdanie to przecież sklepów nie brakuje;)

To tyle ile udało mi się przeanalizować tak na gorąco bo jak wiecie lustro mam dopiero od piątku, więc zaznaczam, że jest to jedynie pierwsze wrażenie. Lustra teoretycznie powinny być jeszcze dostępne w Biedronkach. Dziękuję Wam za wszystkie porady i dyskusje na Instagramie.

Jeśli macie jakieś rady lub refleksje, dajcie znać;)

Zobacz też:


Czytaj dalej »

czwartek, 17 maja 2018

75 urodowych faktów o mnie!

Przy okazji wpisu pt. 60 nieistotnych faktów o mnie wspomniałam, że szykuję więcej tego typu „rozrywki”;) W tym m.in. coś typowo urodowego kiełkowało w mojej głowie;) Od kiełkowania do napisania czasem mija trochę czasu, ale w końcu mamy to;) Przed Wami długie i bolesne kosmetyczne wyznania Secretaddiction! Nie zawsze poprawne politycznie, ale prawdziwe:D


1. Kosmetykami zainteresowałam się sama


Nikt w rodzinie nie miał bzika ani na punkcie kosmetyków do pielęgnacji ani do makijażu. Nikt nie wskazał mi drogi jak dbać o skórę ani tym bardziej jak się malować;) Każdy oczywiście miał jakieś tam swoje kosmetyki, ale powiedziałabym, że były one używane przez członków rodziny raczej beznamiętnie:D Dopiero ja zaczęłam zachęcać niektórych do bardziej radosnego używania;)


2. Nigdy nie użyłam płynu do higieny intymnej do mycia twarzy ani włosów


Kilka lat temu bardzo modne było używanie płynu do higieny intymnej Facelle niezgodnie z przeznaczeniem, czyli np. do mycia twarzy lub włosów;) Zachwytom nie było końca, ale ja mimo, że mam niejedno dziwne zagranie na swoim koncie to nigdy tej metody nie spróbowałam;) Płyn do higieny intymnej nadal jest dla mnie tylko płynem do higieny intymnej.


3. Nie „myję” włosów odżywką i nie odmawiam sobie szamponu


Potrzebuję dobrego oczyszczenia, a nie jakichś popłuczyn, które mimowolnie spływają po włosach tudzież mycia włosów samą odżywką;) Dla mnie to jest tak jakby człowiek się niedomywał:P A potem zdziwienie, że włosy są tłuste już w parę godzin po „myciu”. No, ale nie wnikam. Jeśli ktoś twierdzi, że takie metody mu służą, to spoczko bo na szczęście mamy wolny wybór:)


4. Dopuszczam jednak olejowanie


Dobry olej nie jest zły i potrafi wiele zdziałać. Tylko niestety miewam do tego nieco słomiany zapał tzn. jak już zacznę to staram się robić to regularnie. Ale jak już wykończę produkt to zdarza mi się naprawdę długa przerwa;) 


5. Rozczesuję włosy gdy są mokre 


Podobno to grzech rozczesywać włosy zaraz po umyciu, ale nie wyobrażam sobie inaczej. Ja generalnie raczej nie pieszczę się nad sobą;) Nakładam jakiś krem do włosów tudzież serum i jadę szczotą jak się patrzy;) 

6. Nie chodzę z turbanem na głowie


Niektórzy kilka godzin potrafią przechodzić z turbanem na włosach, a ja zdejmuję ręcznik z włosów tuż po nasmarowaniu się balsamem do ciała i założeniu piżamy;)


7. Od 2 lat nie farbuję włosów


Chciałabym pofarbować, ale… mi się nie chce;) Włosy zaczęłam farbować wcześnie bo już w gimnazjum, ale w pewnym momencie straciłam ochotę na tę czynność, tzn. chciałabym mieć ufarbowane, ale nie chce mi się farbować ani tkwić u fryzjera przez te parę godzin:D Jak żyć?;) 


8. Poprawna regulacja brwi „odmieniła moje życie”


A miało to miejsce dopiero w 2006 roku u kosmetyczki:D Wcześniej wyrywałam brwi od góry uzyskując coś w rodzaju prostego łuku i oczywiście wydawało mi się, że jestem ikoną stylu:D Do dziś mam nieco jaśniejszą skórę w miejscu, z którego wcześniej nie wyrywałam brwi, czyli pod łukiem;D A było co wyregulować bo moje brwi są z natury rzadkie, ale szerokie;) Idealnych brwi co prawda nadal nie mam bo potrafię sobie zrobić „jedną bardziej”, ale i tak jest o niebo lepiej:P 


9. Picie wody przychodzi mi z trudem


Jest to fakt urodowy, ponieważ woda ma wpływ również na skórę, a nawet cienie pod oczami, które są u mnie bardzo wyraźne. W ciepłe dni jeszcze mi się udaje wypić trochę wody, ale poza tym najczęściej 99% mojego picia to herbata… Jakieś rady? Jak pić żeby się napić?;)


10. Nie otwieram kilku kosmetyków pielęgnacyjnych z tej samej kategorii na raz


Mam wrażenie, że u niektórych wygląda to +/- tak – standardowo krem na dzień i na noc, a dodatkowo krem na wypadek trąby powietrznej, krem na wypadek deszczu, krem na dobry humor, krem na zły humor, krem na niedzielę i pierdyliard innych. Wszystko to w użyciu, a potem zdziwienie, że wielu produktów nie udało się zużyć w terminie albo coś nie działa tak jak powinno tudzież efektów brak;) Na mojej półce w łazience na próżno szukać kremów na każdy dzień tygodnia. Dzięki temu wiem co działa i nie mam problemów z oceną poszczególnych produktów. W dodatku nic mi się nie psuje i nie marnuje bo zwyczajnie nie zdąży:) Za zwyczaj mam otwarte jeden lub ewentualnie dwa produkty z tej samej kategorii (czyli np. krem na dzień + krem na noc). Zdarzają się oczywiście wyjątki, ale one najczęściej dotyczą kosmetyków, które zużywam bardzo szybko. Takich jak np. balsam do ust, żel pod prysznic czy balsam do ciała. Moja pielęgnacja twarzy np. jest wieloetapowa, a jednocześnie minimalistyczna bo rzadko goszczą w niej różnorakie „opcje alternatywne” z cyklu „albo albo”. Oczywiście to nie jest tak, że różnorodna pielęgnacja i używanie produktów zamiennie jest złe. Dawno temu (przed erą bloga) sama tak robiłam, ale uważam, że recenzując produkty nie powinno się mieć w użyciu zbyt wiele jednocześnie. Mnie np. nie przekonuje jak ktoś pisze, że używał produktu np. miesiąc i posiłkuje się stwierdzeniem „więc już czas na opinię” podczas gdy… w rzeczywistości używał 5 kremów zamiennie;)

A tak btw. któregoś dnia siostra została na noc i po odbyciu swoich rytuałów rzuciła do mnie z wyrzutem, że pochowałam przed nią kosmetyki:D A ja po prostu nie mam pootwieranych bez pojęcia i dodatkowo część mi się skończyła, a nie zdążyłam wyjąć nowych:D


11. Nie dotyczy to kolorówki!


Makijaż to w dużym stopniu zabawa z kolorami i formułami, więc tutaj dopuszczam dużo większą różnorodność i z całą pewnością nie czekam z otwarciem np. nowego bronzera aż zdenkuję stary bo mogłabym się przez kilka lat nie doczekać. Ale… też bez przesadyzmu! Nie mam takiej ilości kolorówki jak makijażystki.


12. Nie mam cellulitu

Podobno 9 na 10 kobiet go ma bez względu na wiek czy wagę, więc skoro go nie mam to chyba wygrałam los na loterii:D Chociaż przyznaję, że już wolałabym go mieć np. w zamian za pozbycie się innych problemów:D


13. Nie testuję – ja używam

Gdy ktoś raczy określić mnie mianem „testerki kosmetycznej” uznaję to za formę obrazy:P Kosmetyków po prostu używam i przy okazji dzielę się swoją subiektywną opinią lub ewentualnie pokażę coś nowego w formie prezentacji/przeglądu/inspiracji, ale nigdy nie traktowałam tego jak testu. Zauważcie nawet, że bardzo rzadko używam słowa test. Częściej wypróbowałam, zużyłam etc. Przetestować to ja mogę jakiś sprzęt, a nie kosmetyk;) Nie. Nie jestem kosmetyczną testerką i nie testuję wszystkiego. Bardzo lubię różnorodność i ciekawe nowości, ale nigdy nie próbuję czegoś tylko po to żeby sobie "przetestować tak dla sportu". Po prostu mi się nie chce. Testerka kosmetyczna to w moim mniemaniu taki ktoś kto użyje kilka razy, a potem otwiera coś nowego żeby sobie przetestować coś innego. Natomiast ja swoje kosmetyki zużywam (mowa oczywiście o pielęgnacji). 


14. Mój kosmetyk nie musi mieć super eko składu


Super skład + super działanie to najlepsze połączenie i nieposiadam się z radości, gdy na nie trafiam;) Ale nie zamierzam trwać przy słabym kosmetyku tylko dlatego, że jest eko i moja skóra rzekomo odwdzięczy mi się za to za jakiś czas. W takiej sytuacji wolę postawić na kosmetyk z gorszym składem, ale satysfakcjonującym działaniem tu i teraz. To efekt, a nie skład jest dla mnie na pierwszym miejscu. Na szczęście nie jestem wrażliwa na „chemię”, a nawet uważam, że dobra chemia nie jest zła. Organizm ludzki to też chemia:P


15. Nie musi też pachnieć!


Świetnie jak kosmetyk pięknie pachnie, ale równocześnie uwielbiam też… „zapach niczego”;)


16. Myję ręce 100 x dziennie i jeszcze poganiam innych niczym Grażynka z Klanu:P


Klanu co prawda nie oglądam, ale nie trzeba było oglądać żeby usłyszeć to słynne „Dzieci, umyjcie rączki”:D Ja dzieci nie mam, ale często upominam pozostałych domowników:P


17. Mam starannie wyselekcjonowaną kolorówkę


Niektórzy zbyt poważnie wzięli mój wpis – Kupiłam bo było ładne:) Kupiłam bo było ładne, ale… wiedziałam co robiłam;) Nie ma u mnie eksponatów muzealnych. Wszystko jest przeznaczone do użycia. A że ładne? To tym lepiej bo milej się korzysta;) Ot co!


18. Nie czytam „gazetek-kobietek”


Kiedyś wydawałam sporo hajsu na prasę kobiecą. Teraz czytam już tylko Twój Styl i darmowy Skarb albo kupuję jakiś tytuł dla dodatków;) Niestety treści jakie można zastać w magazynach są bez problemu dostępne w Internecie i na blogach. Często dużo lepszej jakości;)


19. Nie jestem niewolnikiem paznokci


Nie mam problemu z nieumalowanymi paznokciami, nie muszę mieć koniecznie umalowanych. Zdarza się, że długo nie robię manicure bo nie mam ochoty:P Manicure nie definiuje mnie jako osoby, więc luz;) Ale jak już zrobię hybrydę albo Manirouge to często zachwytom nie ma końca;)


20. W makijażu jestem powolniaczkiem


Często spotykam się ze stwierdzeniem, że komuś makijaż zajmuje 5 minut. Mi niestety z 5 minut zajmują same rzęsy mimo, że nakładam 1 lub max 2 warstwy:D A to dlatego, że zawsze ubrudzę się tuszem. ZAWSZE! Dlatego w ten czas wliczone jest też „patyczkowanie powiek”, czyli oczyszczenie okolic oczu z tego co wyjechałam tuszem:P Reszta z reguły też nie idzie tak szybko bo najczęściej mam tendencję do myślenia o niebieskich migdałach w trakcie:P A potem i tak nie jestem wymuskana jak lala:D No słabo pani, słabo!


21. Nie używam tradycyjnego podkładu


Jeśli mnie czytacie to na pewno to wiecie:D Nawet na większe okazje moim podkładem jest jedynie puder w kompakcie albo minerały. Chyba, że dostanę jakiś podkład lub próbkę i akurat dostąpi łaski lecz prawdopodobieństwo jest takie jak wygrana w totka:D Po prostu nie lubię podkładów, a moja cera poza wielkimi cieniami pod oczami jest OK. więc… po co przepłacać?;) 


22. W makijażu niektóre kroki wykonuję na odwrót


W makijażowych tutorialach najczęściej tusz nakłada się na końcu, a ja przez to, że zawsze się nim ubrudzę – nakładam na początku tj. od razu po umyciu twarzy i jeszcze przed nałożeniem pielęgnacji. Cienie też nakładam dopiero gdy rzęsy są pomalowane tuszem. Jest to nielogiczne bo zawsze coś „sypnie” mi się na rzęski nawet przy nieosypujących się cieniach, ale tak już mam:D 


23. Mój makijaż nigdy nie jest idealny


Nie jestem niczym wystylizowana instagramerka albo dziewczyna z okładki. W moim makijażu zawsze są niedociągnięcia, ponieważ nie spinam się aż tak bardzo przy jego tworzeniu. Mam do tego duży dystans. Powiedziałabym nawet, że gardzę nadmierną tapetą albo brwiami wymalowanymi tak, że widać zużyte pół pomady na jeden raz;) Wolę nie tak perfekcyjnie, ale naturalniej… Poza tym ze swoim tempem malowania musiałabym spędzać pół dnia przed lustrem żeby mieć makijaż rodem z magazynów i jeszcze potem zainwestować w Photoshopa:P


24. Zużywam mnóstwo balsamów do ust, do ciała i produktów pod prysznic

Niektórzy mawiają, że Ewelina ma nowy balsam do zjedzenia i cóź… przy mojej prędkości zużyć trudno się z tym nie zgodzić;)



25. W makijażu nie przywiązuję dużej wagi do trendów;)


Coś tam dla siebie wyłuskam jeśli akurat aktualny trend przypadnie mi do gustu, ale rzadko się tym emocjonuję:)


26. Rzadko kupuję ten sam produkt ponownie


Nawet gdy jest super, hiper, extra… Mam niewiele produktów, którym jestem wierna na dłużej i wracam do nich regularnie. Ale nie martwi mnie to, ponieważ często trafiam na jeszcze lepsze;)


27. „Wróżę z opakowań”


O tym wspominałam już w 60 nieistotnych faktów o mnie. Zatem dla przypomnienia – mam dobrą intuicję, która rzadko wprowadza mnie w błąd, więc za zwyczaj z góry wiem co się u mnie sprawdzi, a co może lepiej podać dalej;) Bardzo lubię ten swój talent;) I to akurat nie żart:D


28. Mam alergię na „jestem piękna”


Zawsze spoglądam kpiącym wzrokiem gdy ktoś sam o sobie mówi – jestem piękna! Ja wiem, że powinno się mieć o sobie dobre zdanie, ale wczytywanie się w takie teksty lub słuchanie takich słów to już dla mnie zbyt wiele;) Po prostu boli mnie to w oczy i uszy:D Niektórym nie zaszkodziłoby więcej skromności;) Zwłaszcza, że za piękne często uważają się osoby o przeciętnej urodzie;) Jeśli mam być szczera – gdybym miała wskazać kilka pięknych osób to miałabym problem z wyborem;) Ktoś ładny to może prędzej, ale piękny to już zbyt duże słowo i chyba nie znam:D A jeśli chodzi o mnie to chyba zapadłabym się pod ziemię gdybym miała o sobie powiedzieć, że jestem piękna:D Co innego usłyszeć od kogoś, a co innego podziwiać siebie samą. Dla mnie to niezrozumiałe;)


29. Przy wyborze kosmetyków rzadko kieruję się zdaniem innych


Czytam opinie na blogach, ale nie patrzę przez pryzmat tej drugiej osoby bo każda z nas jest inna. Najczęściej patrzę na produkt i analizuję czy ma u mnie szansę;) Dawniej często korzystałam z rekomendacji znajomych albo tych znalezionych w sieci i nie raz zaliczyłam wpadkę. Obecnie podchodzę do tego z dystansem i dzięki temu rzadko trafiam na taki totalny niewypał. Czasem coś się nie sprawdzi albo zadziała gorzej niż oczekiwałam, ale są to jednostkowe przypadki. W końcu wcześniej zawsze sobie wróżę:D 

30. Męczą mnie kanały urodowe na YT

To nie tak żebym uważała je za słabe i niepotrzebne. Przeciwnie, YT ma swoją wartość i zdarzyło mi się czasem znaleźć odpowiedź na konkretne pytanie właśnie dzięki filmikom. Ale... nie potrafię być wiernym odbiorą, który czeka na nowy materiał.  Raz na jakiś czas mam dzień łaski dla urodowego YT i przelecę kilka filmików, ale na co dzień nie jestem ich grupą docelową. Przy prowadzeniu bloga to już dla mnie zbyt wiele, więc zamiast w kółko wałkować tematy kosmetyczne wolę zapoznać się z innymi treściami. Takie wierne oglądanie kanałów urodowych w dużej mierze jest dla mnie stratą czasu. Zdecydowanie wolę słowo pisane i blogi, ponieważ zapoznanie się z treścią najczęściej trwa chwilkę i w łatwy sposób możemy wyłuskać interesujące nas fragmenty. Z filmikami jest już gorzej. Zwłaszcza jeśli pojedynczy trwa 30 minut. W tym czasie zdążyłabym już przeczytać kilkanaście wpisów na blogach...

31. Nie noszę ze sobą kosmetyków

Nie noszę w torebce kamieni;) Z produktów kosmetycznych za zwyczaj mam ze sobą jedynie żel antybakteryjny, balsam do ust plus jakąś szminkę lub błyszczyk, bibułki matujące i chusteczki. Zresztą przykładową zawartość pokazywałam we wpisie Co można znaleźć w mojej torebce? Nie rozumiem jak można taszczyć ze sobą cały tabun kosmetyków do makijażu i pielęgnacji:D Chyba, że system (np. zmiany 24/48h) albo specyfika pracy tego wymagają.

32. Nie mam manii kremowania rąk 

Z niedowierzaniem patrzę na ludzi, którzy smarują ręce kremem po każdym ich umyciu albo po prostu rytualnie co godzinkę i robią to dosłownie wszędzie. W domu, w pracy, na ulicy, w tramwaju...  Ja jakoś nie potrafię sobie wyrobić takiego nawyku. Choć z pewnością byłoby to korzystne dla mojej skóry:) 

33. Mam za to inne manie np. częste smarowanie ust balsamami:P 

Ale o tym już doskonale wiecie. Wszak łączy się z nr 24;) 

34. Lubię nietypowe rozwiązania i pomysłowe kosmetyki

Biała pomadka, masażery, gadżety, bajery? Spoko, biorę!  

35. Nie rozumiem fenomenu niektórych makijażów

Na Instagramie często widzę 20-latki w makijażach, które dodają im kolejnych 20 lat...  Zupełnie mnie to nie przekonuje. Kiedyś bardziej stawiało się na podkreślenie dziewczęcości, a teraz każda chce być taka poważna i odpicowana do granic możliwości;)

36. Polubiłam koreańskie kosmetyki dopiero po wielu nieudanych spotkaniach z nimi

Z koreańskimi kosmetykami po raz pierwszy miałam do czynienia jeszcze na długo zanim zaczęłam prowadzić bloga. Nie były to jednak udane spotkania, a najgorzej wspominam kontakt z trupiobladymi kremami BB, które wyglądały na mnie tak jakbym już miała spocząć na zawsze. Na zawsze już... Dopiero jakieś 2 lata temu powoli zaczęłam łapać co mogę wyłuskać dla siebie z tych kosmetyków żeby potem nie narzekać. Aż w końcu mój "talent wróżbiarski" zaczął obejmować i je:D Teraz mam już nawet swoje koreańskie hity, o których nawet planuję wpis:) I co ciekawe, coraz częściej gdy spoglądam na swoją półkę w łazience - widzę tam przewagę kosmetyków koreańskich. 

37. Dawniej potrafiłam smażyć się na słońcu do oporu

Potrafiłam smażyć się jak nadmorska rybka w smażalni. Całymi godzinami, odczuwając przy tym wręcz irracjonalną radość;) Nikt nie dawał rady opalać się tak długo jak ja i wszyscy dziwili się jak tak mogę? Kiedy przychodziły pierwsze cieplejsze dni, szukałam okazji żeby tylko poleżeć sobie gdzieś plackiem w pełnym słońcu. Nawet gdyby to miał być balkon. Raz nawet dostałam udaru słonecznego po całym dniu spędzonym na opalaniu... Ale opamiętałam się!:)  Jakiś czas temu stwierdziłam, że przecież i tak blada nie jestem, więc po co tracić czas na opalanie...

38. Pielęgnacja jest dla mnie ważniejsza niż makijaż

Lubię kolorówkę. Nawet bardzo, ale to pielęgnacja jest u mnie na pierwszym miejscu. Od zawsze. Prędzej się nie umaluję niż nie posmaruję.

39. Nie mam problemu żeby gdzieś wyjść bez makijażu

Oczywiście nie mam tutaj na myśli wielkich wyjść, ale nie jestem z tych osób, które nie wyjdą bez makijażu nawet po bułki czy z psem.  

40. Kocham swoją toaletkę!

Och! Długo nie mogłam zrozumieć po co komu toaletka i swoją kupiłam tak naprawdę dość impulsywnie.  Ale jak już u mnie stanęła to szybko stwierdziłam, że było warto. Tylko niestety czasami mam tendencję do gapienia się na nią jak sroka w gnat, co nieraz negatywnie wpływa na moją produktywność:D

Zobacz: Moja toaletka Ikea

41. Teksty na bloga opracowuję pod prysznicem

Najczęściej zdania, które rozśmieszyły Was najbardziej powstały właśnie pod prysznicem:D 

42. Mam talent do robienia sobie krzywdy 

Nie mam takich problemów jak trądzik, ale co jakiś czas dostrzegę jakąś mini krostkę, niedoskonałość czy pryszcza. Cokolwiek. I niestety trudno mi się powstrzymać żeby w tym nie majstrować albo spróbować wycisnąć. W efekcie z takiego "niby nic" potrafię sobie zrobić spektakularną skazę, której nie da się zakamuflować i po której zostaje czasem ślad na wiele miesięcy:D Aż lekarz potrafił być pod wrażeniem jak ja to zrobiłam... Staram się trzymać rączki przy sobie, ale nieraz to silniejsze ode mnie. Zwłaszcza gdy mam jakiś bardziej nerwowy czas w życiu etc. 

43. W mojej twarzy najbardziej przeszkadzają mi cienie pod oczami

Stosuję kremy pod oczy, które niekiedy potrafią lekko zmniejszyć cienie i korektory pod oczy,  po użyciu których różnica jest naprawdę duża. Ale... cokolwiek bym nie zrobiła oraz nie nałożyła to i tak mniejszym lub większym stopniu dostrzegam moje cienie. Marzy mi się jakieś radykalne rozwiązanie, które pozwoliłoby mi się pożegnać z cieniami na dłużej, a najlepiej na zawsze! 

44. Nie mam nic przeciwko medycynie estetycznej

Uważam, że wszystko jest dla ludzi i piętnowanie medycyny estetycznej jest po prostu śmieszne:) Jeśli tylko jest wykonywane z rozsądkiem oraz przez wykwalifikowany personel medyczny (nie kosmetyczkę!) i w sterylnych warunkach to właśnie po to są najnowsze technologie oraz rozwój medycyny żeby móc sobie pomóc! Wszak medycyna estetyczna to nie tylko upiększanie, ale i pomoc w zwalczaniu defektów takich jak np. blizny. Osobiście nie miałam jeszcze do czynienia z zabiegami poza osoczem bogatopłytkowym, które jest nieinwazyjne i przyniosło efekty jedynie na kilka miesięcy. Ale nie boję się tego i chętnie bym spróbowała czegoś nowego w przyszłości. Miałam już nawet kolejne tego typu oferty, ale akurat uznałam, że nie były do końca dopasowane do mojej osoby, więc odmówiłam:)

45. Nigdy nie miałam przedłużanych rzęs

Kusi mnie to co jakiś czas, ale boję się ewentualnych powikłań lub uczulenia, które w okolicy oczu byłoby naprawdę dokuczliwe, więc jak dotąd nigdy nie próbowałam. A Wy macie jakieś doświadczenia z tym związane? 

46. Nie użyłabym czyjejś szminki

Wspominałam już, że jestem brzydliwa:D Produktu do ust nie użyłabym nawet po kimś z rodziny:P Ale patrząc po ilości dziewczyn malujących się testerami w drogeriach, innym to jakoś nie przeszkadza... Wolę już kupić w ciemno niż pomalować się bezpośrednio testerem. 

47. Gdybym miała wskazać markę, która zainspirowała mnie do założenia bloga to zdecydowanie było nią...

ORGANIQUE! Chłonęłam wtedy niemal każdą ich nowość i nawet pierwszy wpis na blogu dotyczył ich produktów;)  Pamiętam, że fascynowała mnie wtedy u nich możliwość... zakupu kosmetyków na wagę:) Do dziś bardzo się lubimy, a na blogu znajdziecie wiele recenzji ich produktów. 

48. Wolę prysznic!

Mam wannę, ale najczęściej biorę w niej prysznic:) Kiedyś byłam zwolenniczką wylegiwania się w wannie, ale mi przeszło. 

49. Mój prysznic potrafi trwać godzinę!

Wiem, nie jest to ekologiczne. Przyznaję, że powolniaczek ze mnie nie tylko w makijażu, ale i w kwestii mycia. Dlatego wieczorny prysznic jest dla mnie niczym długa kąpiel. Ale w trakcie robię np. maseczkę, peeling etc:P  

50. Nie rozumiem fenomenu rosyjskich kosmetyków

Te wszystkie babuszki, sruszki, pierdziuszki to dla mnie jakaś katastrofa:D Nie jestem w stanie wymienić żadnego rosyjskiego hitu kosmetycznego i proszę mi tego nie przysyłać:P Jedyne co toleruję to coś pod prysznic albo peeling;) Reszta jest dla mnie niczym zakazane piosenki:P 

51. Lubię polskie kosmetyki do pielęgnacji

Dobre bo polskie powiadają. No nie zawsze i niekoniecznie. Ale uważam, że polskie marki (zwłaszcza te specjalizujące się w pielęgnacji) mają naprawdę wiele do zaoferowania i zawsze chętnie wypromuję godny polski produkt.  

52. W przypadku makijażu wolę jednak marki zagraniczne

Choć i tutaj można znaleźć perełki chociażby wśród takich firm jak Dr Irena Eris Provoke, Bell Hypoallergenic albo Delia. Nadal jednak rynek polskiej kolorówki nie jest tak rozbudowany jak ten zagraniczny. 

53. Nie ograniczam się do jednej półki cenowej

Ktoś kiedyś napisał, że to dziwne jeśli blogerka pisze zarówno o drogich i tanich kosmetykach. A guzik mnie to obchodzi! Lubię różnorodność i z każdej półki cenowej potrafię wybrać coś dobrego dla siebie. Skoro więc używam zarówno tańszych i droższych to chyba logiczne, że na blogu pojawiają się "reprezentanci różnych klas":P 

54. Chętnie dzielę się kosmetykami z rodziną i znajomymi

Twarz i ciało mam tylko jedno, więc nie jestem w stanie np. zużyć każdej niespodzianki od marki;) Zwłaszcza, że czasami jest to dość zróżnicowany przekrój produktów i formuł, a ja jak wspomniałam - nie jestem testerką i nie lubię np. nałożyć szminki w nieodpowiadającym mi odcieniu tylko po to żeby zrobić zdjęcie. Albo przekazuję zbędny mi produkt dalej albo co najwyżej zrobię swatch i też puszczam dalej.

55. Nie lubię marnowania kosmetyków

Nie ma u mnie sytuacji pt. przeterminowało się albo nie zdążyłam zużyć. Jeśli coś się u mnie nie sprawdza, daję np. siostrze, ponieważ u niej nieraz zdaje egzamin to co u mnie niekoniecznie. Wolę wydać niż miałoby się zmarnować skoro ktoś inny może być zadowolony.

56. Nie kupuję już na zapas

No prawie bo oczywiście są wyjątki typu mega kusząca promocja w Rossmannie. A że Rossmannów jest u mnie dużo to z lekka trudno je ominąć:D Jednak w dużej mierze udało mi się poskromić moje nadmierne zakupowe zapędy. Większość produktów, które mam na zapas to kosmetyki z paczek PR. Niewiele kupiłam na zapas sama. 

57. Kosmetyki, na które kiedyś nie chciałabym spojrzeć teraz mi służą...

Z wiekiem gust i potrzeby się zmieniają:D

58. Nie zadziałała na mnie depilacja laserowa w salonie

Na blogach można wyczytać zachwyty na temat depilacji laserowej w salonie. Prawda jest jednak taka, że za jakiś czas część z tych osób zacznie narzekać na to, że mniej lub więcej włosków jednak zaczęło sukcesywnie odrastać. Oczywiście nie u wszystkich, ponieważ u wielu osób efekt jest super przez wiele lat albo potrafią odrosnąć dosłownie 3 włoski. Ale gdy zagłębicie się w temat to okaże się, że nie u wszystkich jest to tak skuteczne jak zwykło się mówić. Nawet gdy nie było przeciwwskazań. U mnie było jeszcze inaczej. Kilkaset złotych wydanych na depilację laserową poszło w błoto, ponieważ efekty były niewielkie:( Póki co używam depilatora IPL w domowym zaciszu, czyli czegoś jeszcze innego, ale jak wiadomo nie jest to urządzenie, które dawałoby typowo trwałe efekty. Dlatego nie skreślam zupełnie depilacji laserowej w salonie, ponieważ chciałabym jeszcze sprawdzić urządzenie innej firmy i być może ono przyniesie lepsze efekty.

59. Nie mam miliona pędzli

Zawsze mnie zastanawiało czy niektóre dziewczyny naprawdę potrzebują takiej ilości pędzli? Mam oczywiście na myśli osoby, które malują tylko siebie. Najczęściej nie widzę tej różnicy na plus porównując mój makijaż twarzy wykonany powiedzmy 3 pędzlami (do pudru, różu i rozświetlacza), a makijażem osoby X, która bawiła się przy tym 15 pędzelkami:D Z moim tempem makijaż przy użyciu tylu akcesoriów zająłby mi pół dnia:D

60. Pisanie postów na bloga czasami zajmuje mi pół godziny, a czasami pół dnia albo dwa dni na raty:D

Nigdy nie wiesz na ile Cię pochłonie:D

61. Nie umiem miarodajnie oddać efektu makijażu na zdjęciach

Może dlatego, że nie mam tych wszystkich cudów na kiju w postaci blend albo lamp pierścieniowych i foty strzelam po prostu z rączki telefonem:D Zawsze wychodząc przy tym jak pół dupy spod krzaka:P

62. Ostatnio robienie zdjęć butom sprawiło mi więcej radości niż robienie zdjęć kosmetyków

Sama siebie zaskoczyłam:P Nawet bym nie pomyślała, że to będzie tak relaksująca rozrywka:D

63. Nie kolekcjonuję kosmetyków

Mam np. trochę więcej kolorówki albo perfum niż ustawa przewiduje, ale nie traktuję tego jako kolekcji:D Zastanawiam się też czasem czy osoby, które mają niezliczoną ilość kosmetyków i perfum w ogóle ich używają czy może tylko na nie patrzą jak na eksponaty muzealne? Albo np. czy nie mają problemu pt. czego dziś użyć? Czy nie psują im się te kosmetyki bo przecież nic nie jest wieczne;) Nie jestem za radykalnym minimalizmem, ale za nadmierną ilością rzeczy też nie;)

64. Nie lubię mazać sobie rąk kosmetykami

Chodzi o pokazywanie konsystencji produktów i swatche. Czuję taką bezsensowność tej czynności i nie lubię tego, więc jeśli np. paletka cieni ma kilkanaście odcieni to małe szanse, że upaprzę sobie nimi ręce tylko po to żeby zrobić zdjęcie. Zawsze odsyłam do kogoś innego na tego typu oględziny. Skoro już ktoś inny to zrobił to nie czuję potrzeby by robić to samo. Wolę skupić się na opinii i zdjęciach produktowych. Sama gdy oglądam swatche - nigdy im nie ufam, ponieważ najczęściej zaliczyłam wtopę właśnie wtedy gdy się sugerowałam swatchem albo cudzym makijażem. Finalnie u mnie zawsze odcień wypadał inaczej. Zawsze. 

65. Uwielbiam miniaturki dobrej kolorówki

Kosmetyki do makijażu o dużych pojemnościach typu 30g puder są dobre dla profesjonalistów.  Osobiście nie nakładam na twarz tony pudru, więc bardziej ucieszy mnie 5g miniatura, która i tak wystarczy mi na długo niż produkt pełnowymiarowy. Gdyby była możliwość to każdy kosmetyk kolorowy kupowałabym w formacie mini:) Ale niestety nie zawsze mogę trafić na satysfakcjonujące mnie miniatury i często wypadają też one mniej korzystnie cenowo.

66. W gorącej wodzie kąpana 

Nie ma u mnie czegoś takiego jak zimny prysznic. Jest tylko ciepły plus ewentualnie letni do spłukania szamponu i odżywki z włosów:P Nawet moja mama mawiała, że myję ręce wrzątkiem i nikt inny nie potrafi ich myć na takich ustawieniach jak ja:D Muszę przyznać, że to prawda. Naczynia też myję w gorącej wodzie. Nie jest to niestety zdrowe dla skóry, ale przynajmniej lepiej usuwa bakterie. Poza tym lubię ciepełko...

67. Jestem bardzo regularna w pielęgnacji

Niektórzy twierdzą, że ciężko im znaleźć te parę chwil na poranną i wieczorną pielęgnację, więc często rano ograniczają się jedynie do mycia i makijażu.  Ja wychodzę z założenia, że zawsze znajdzie się ta chwilka. W moim odczuciu nawet wieloetapowa pielęgnacja nie trwa długo. Kwestia wprawy i chęci. Nie ma też u mnie takich sytuacji, że np. otwieram kosmetyk i przypominam sobie o nim dopiero za miesiąc. Po miesiącu to już jest zużyty:D

68. Mam dziwne skojarzenia z zapachami kosmetyków

Dla mnie zapach kosmetyków może być nie tylko delikatny i przyjemny lub nieprzyjemny, ale również chociażby pańciowy (czyli elegancki), radosny albo przywołujący dziwne skojarzenia jak np. zapach wapna, mydła czy czegoś czego w tym samym produkcie nie wyczuwają inni. Mój nos jest bardzo wyczulony na niuanse:P 

69. Zdarza mi się nie odróżnić szkła od plastiku

To już jest hit... Ale serio:D Pisząc recenzję czasem nie jestem pewna czy opakowanie było szklane czy był to jedynie grubszy plastik przypominający szkło.  

70. Nie potrafię leżeć bezczynnie z maseczką na twarzy

Nie lubię tracić czasu, więc maseczki robię najczęściej pod prysznicem albo podczas sprzątania. A jeśli już mam położyć się z maseczką na twarzy to przynajmniej w międzyczasie odpiszę na maile albo zajrzę na Insta. 

71. Nie lubię gdy ktoś mi doradza w kwestii kosmetyków

Sama doskonale wiem po co przyszłam, a jeśli nie to się dowiem w trakcie albo chcę jedynie rzucić okiem na nowości.  Pytanie - w czym mogę pomóc wyprowadza mnie z równowagi i potrafię przez nie zapomnieć po co przyszłam:D Namolna obsługa jest najbardziej widoczna w Sukcesji. Pewnie dlatego, że klientów jest tam tyle co kot napłakał, a plany sprzedażowe wypadałoby wyrobić. Co wydaje się nieosiągalne przy takiej ilości klientów. Ta galeria chyba w ogóle na siebie nie zarabia. 

72. Moją ulubioną drogerią jest Rossmann

Oczywiście biorąc pod uwagę stacjonarne drogerie ze "standardowym asortymentem" bo oprócz Rosska lubię też Sephorę, iperfumy, Minti Shop, Jolse i Super-Pharm. Najczęściej jestem jednak w Rossmannie, ponieważ w Łodzi jest ich mnóstwo i gdzie się nie obrócę to i Rossek w okolicy:P Nie od razu jednak lubiłam tą drogerię. Jako nastolatka dwa razy zostałam tam podejrzana o... kradzież tuszu do rzęs! To chyba przez te marne rzęski wyglądałam na złodziejkę:D Teraz na szczęście ochrona w Rosskach nie ma już takiego problemu ze wzrokiem bo ich system monitorowania się rozwinął:D Również obsługa jest mniej namolna niż w innych drogeriach. Lubię sobie tam wejść. Nawet jak nie planuję zakupów kosmetycznych to popatrzę co nowego albo kupię jakąś chemię domową, dodatki, coś na prezent czy coś dla psa. 

73. Nie muszę mieć kremu do stóp

Jeśli go mam to używam z przyjemnością (pod warunkiem, że nie śmierdzi). A jeśli nie mam to smaruję balsamem albo ewentualnie czymś co mi nie odpowiadało do twarzy. Stopy przyjmą wszystko:D

74. Bardzo rzadko maluję paznokcie u stóp

Pięknie wyglądają umalowane paznokcie u stóp, ale ich malowanie jest dla mnie bardzo niewygodne, zawsze zaleję skórki i w ogóle mi się nie chce:D Z tego powodu rzadko też chodzę w sandałkach bo stopa nie prezentuje się wtedy tak ładnie. No, ale dobrze, że chociaż nie mam grzyba:D   

75. Nie mam wielkich kosmetycznych marzeń

Miewam zachcianki i zdarza mi się mocno ekscytować gdy kupię coś fajnego albo dostanę jakiś miły prezent.  Ale nie traktuję tego niczym spełnienia marzeń. To tylko rzecz, która dziś cieszy, a za jakiś czas spowszednieje albo zostanie zużyta;)


I to już wszystkie urodowe fakty o mnie. Potraktujcie je z dystansem bo wpis ma wymiar w pełni subiektywny:D A już niedługo kolejny wpis z tego cyklu;)

Ps. recenzja nowej książki Barbary Kwiatkowskiej już napisana. Puszczę w niedzielę;) 
Czytaj dalej »