piątek, 22 marca 2019

Promocja w Rossmannie -55% na kosmetyki do makijażu kwiecień 2019!

Długo wyczekiwana przez niektórych cykliczna promocja w Rossmannie obejmująca kolorówkę znów nadciąga;) Już w kwietniu kupimy kosmetyki do makijażu aż o 55% taniej;) Póki co to oczywiście nieoficjalne info., ale jak wiemy, promocja zawsze się pojawia, więc spokojna głowa. Zmienne mogą być jedynie reguły gry i ewentualne drobne przesunięcia w terminach;)
Rossmann promocja -55% na makijaż kwiecień 2019, kiedy promocja na kolorówkę

Promocja w Rossmannie -55% na kosmetyki kolorowe kwiecień 2019!


Akcja promocyjna -55% skierowana jest do posiadaczy karty KLUB ROSSMANN


Promocja obejmująca zakupy kosmetyków do makijażu dla klientów VIP rozpocznie się 16.04.2019r.


Dla pozostałych użytkowników aplikacji Klub Rossmann promocja rozpocznie się 19.04.2019r.


Rabat -55% będzie obowiązywał przy zakupie 3 kosmetyków do makijażu.


Promocja obowiązuje na zakup kosmetyków kolorowych, czyli podkłady, pudry, tusze, produkty do brwi, róże, bronzery, korektory, lakiery etc. Za zwyczaj promocja obejmuje jednak również odżywki do rzęs i balsamy do ust. 


Dokładna rozpiska produktów objętych promocją pojawi się na stronie Rossmanna jak zwykle dzień przed rozpoczęciem akcji promocyjnej;)


Czy zamierzam skorzystać z tegorocznej wiosennej akcji -55% na kolorówkę w Rossmannie?



Na dzień dzisiejszy jestem na nie, ponieważ wydaje mi się, że nic nie potrzebuję. Tusze np. kupiłam na początku marca. Ale jak znam życie to niewykluczone, że jednak się tam pojawię;) Może akurat pojawi się jakaś gorąca nowość, która mocno mnie zainteresuje albo kupię jakiś sprawdzony zestaw. A może zrobię detoks, bo w marcu sporo kupiłam. Pożyjemy, zobaczymy:P

Tradycyjnie można też oczekiwać kontrataku ze strony Super-Pharm jakby komuś się paliło (za zwyczaj ubiegają Rosska;)). 


Skorzystacie z kwietniowej promocji na kolorówkę w Rossmannie? Macie coś konkretnego na oku? Może jakaś inspiracja dla mnie:D


Zobacz:




Czytaj dalej »

wtorek, 19 marca 2019

Secret Key Starting Treatment Essence Rose Edition – słynna koreańska esencja!

Przyznaję, że o rzekomej sławie Secret Key Starting Treatment Essence Rose Edition dowiedziałam się dopiero kilka miesięcy temu;) Podobno jest rekomendowana nawet przez najpopularniejszych koreańskich youtube’rów;) Produkty do pielęgnacji cery najczęściej wybieram sama, w oparciu o swoją intuicję, a koreańskich kanałów urodowych jeszcze nie oglądałam, więc nic dziwnego, że o tym nie słyszałam;) Mam ograniczone zaufanie do innych, ale wchodząc na kartę produktu na Jolse praktycznie zawsze przeglądam recenzje klientów i one akurat z reguły mnie nie zawodzą. Poza tym sprawdziłam, że faktycznie esencja ta często jest na liście top najlepiej sprzedawanych kosmetyków:) Dobrze wspominam też płatki pod oczy tej marki, więc to również przemawiało na plus i ostatecznie postanowiłam szybko zmierzyć się z tą legendą;)

Secret Key esencja rose edition

Secret Key Starting Treatment Essence Rose Edition


Tak naprawdę jest to limitowna edycja kultowej esencji Secret Key. Zawiera ona 94% filtratu ze sfermentowanych drożdży oraz wodę różaną. Esencja ma za zadanie nawilżać, rozświetlać, poprawiać teksturę skóry, wygładzać, regulować wydzielanie sebum, wspomagać leczenie problemów skórnych i poprawiać koloryt cery. Jak na produkt koreański, skład jest zaskakująco krótki i nieskomplikowany:)


Skład: Galactomyces Ferment Filtrate Dipropylene Glycol , Niacinamide, GlycerinCitrus Grandis (Grapefruit) Seed ExtractAcorus Gramineus Root/Stem ExtractPerilla Ocymoides Leaf ExtractRosa Centifolia Flower WaterAdenosine 

esencja secret key

Esencja Secret Key przychodzi opakowana w biały kartonik, wewnątrz którego znajdziemy elegancką butelkę wykonaną z mrożonego szkła i wyposażoną w srebrną nakrętkę. Pojemność wynosi 150ml, czyli tak naprawdę najwięcej ze wszystkich esencji, z którymi miałam wcześniej do czynienia:) Sama butelka bardziej przypomina mi opakowanie toniku niż esencji i przyznaję, że wolałabym gdyby była wyposażona w pompkę. Na szczęście otwór nie jest nadmiernie wąski jak to niekiedy bywa w przypadku niektórych koreańskich kosmetyków, więc dozowanie idzie sprawnie:) 
Secret Key Starting Treatment Essence Rose Edition esencja secret key czy warto
Produkt jest bezbarwny, posiada konsystencję wody bez żadnej krzty żelowości i jest praktycznie bezzapachowy (można wyczuć utra-delikatny „zapach wody” jedynie, jeśli dokładnie się wczujemy, ale żadna woń nie zostaje na skórze). Dla mnie to plus, bardzo lubię takie bezwonne kosmetyki. Kojarzą mi się z delikatnością;) 
Esencję wklepujemy w oczyszczoną skórę twarzy. W moim przypadku jest to po umyciu i zastosowaniu toniku. Esencję można rozprowadzać za pomocą dłoni lub wacików. Ja pomimo totalnie wodnistej konsystencji, postawiłam na rączki;) Co prawda zawsze odrobinka przeleci przez palce, ale nie mogę też powiedzieć żeby aplikacja przysparzała mi problemów;) Dodatkowo korzysta z niej również szyja i dekolt;) 
Kosmetyk nie pozostawia po sobie żadnej wyczuwalnej warstwy, ponieważ jest naprawdę ultra-lekki;) Z pewnością nie jest to produkt, który zastąpi krem, ale myślę, że to oczywiste w przypadku wodnej formuły:) A po drugie nie takie jest zadanie esencji;) Niemniej czysta woda zdrowia doda!:D Ze względu na swoją lekkość, esencja jest wręcz stworzona do wieloetapowej pielęgnacji. Z pewnością będzie dobrym wyborem dla osób, które wahają się czy pielęgnacja warstwowa będzie dla nich odpowiednia, czy to nie przesada i czy nie obciąży ich cery? Tutaj naprawdę nie ma co obciążyć;) Esencja przygotowuje skórę na przyjęcie pozostałych kosmetyków i wspomaga ich działanie. U mnie esencja Secret Key znalazła zastosowanie w pielęgnacji porannej oraz w połączeniu z maseczką Sulwhasoo. Śmiało można też zastosować przed użyciem maski w płachcie lub zmywalnej. Zaobserwowałam, że esencja delikatnie wygładza i wspomaga nawilżenie przygotowując skórę na aplikację serum i kremu, a także lekko rozświetla. W połączeniu z kosmetykami Purito zawierającymi w składzie wąkotkę azjatycką ogranicza wydzielanie sebum. Jest bardzo łagodna, nie zapycha i nie wywołuje podrażnień ani zaczerwienienia cery, a wręcz zdaje się ją koić. Jeśli jednak miałabym ocenić czy Secret Key Starting Treatment Essence Rose Edition jest najlepszą koreańską  esencją to jest to nieco trudne pytanie, ponieważ każda z wcześniej poznanych przeze mnie esencji była na swój sposób inna. Secret Key jest najlżejsza, więc niewłaściwe byłoby porównywanie jej np. z kremową esencją Laneige Time Freeze, która na tyle specyficzna, że potrafiła zastąpić nawet krem. Myślę, że biorąc pod uwagę esencje o typowo lekkich formułach aktualnie mogę jej dać 2 miejsce zaraz po Cosrx. Ta druga w porównaniu do Secret Key o dziwo wydaje się być odrobinkę mniej wodnista, ale według mnie posiada silniejsze właściwości m.in. wygładzające:) Obie warto wypróbować.


Stosujecie esencje w swojej pielęgnacji? Macie jakąś ulubioną?
Czytaj dalej »

sobota, 16 marca 2019

Sulwhasoo Overnight Vitalizing Mask – koreańska maseczka całonocna do twarzy!

Całonocne maski do twarzy jeszcze w zeszłym roku wpisały się w moją pielęgnację:) Gdy cofam się pamięcią o kilkanaście miesięcy wstecz, okazuje się, że zawsze miałam jakąś w użyciu. Była maseczka Lirene, potem Cosrx, Origins, a od zeszłego miesiąca Sulwhasoo Overnight Vitalizing Mask. Co ciekawe, w ten nurt wpisała się również moja mama. Dlatego jeśli mam coś ciekawego to również podrzucam jej do wypróbowania;)

Sulwhasoo całonocna maska do twarzy

Sulwhasoo Overnight Vitalizing Mask EX


Witalizująca maska do twarzy na noc ma za zadanie nawilżać, odżywiać, rozświetlać i delikatnie wygładzać zmarszczki. W swoim składzie zawiera m.in. ekstrakt z orzecha włoskiego i z białej morwy oraz kwas hialuronowy. 
Sulwhasoo maska całonocna

Maska zapakowana została w dużą złotą tubkę z charakterystyczną masywną zakrętką. Pojemność to aż 120ml, więc spokojnie można się z kimś podzielić (tak jak zrobiłam to ja). Szata graficzna jest bardzo minimalistyczna. Mamy tutaj tylko pełną nazwę i „krzaczki”;) Jak na mój gust opakowanie mogłoby być ciekawsze i nieco poręczniejsze, ponieważ ewentualne zabieranie go w podróż nie byłoby zbyt wygodne. Ale póki co i tak nigdzie się nie wybieram;)
Sulwhasoo Overnight Vitalizing Mask

Całonocna maseczka witalizująca Sulwhasoo posiada kremową konsystencję i dość dziwny zapach. Jest na tyle specyficzny, że ciężko mi go do czegoś porównać, ale na pewno mogę powiedzieć, że posiada coś w rodzaju ziołowej nutki. Choć nie kojarzy mi się z niczym konkretnym;) Zapach ten nie jest intensywny, ale odczuwam jego powiew jeszcze przez ok. 30min od nałożenia. W tej sytuacji wolałabym żeby maska nie posiadała zapachu. Ale nie mogę też powiedzieć żeby był on nieprzyjemny. Po prostu nie mam z niego takiej dodatkowej aromaterapeutycznej korzyści jak to ma miejsce w przypadku tych zapachów, które zachwycają:) Konsystencja maski jest kremowa, ale nieobciążająca skóry. Maska dobrze się wchłania. Maskę całonocną stosujemy, jako ostatni etap wieczornej pielęgnacji. W moim przypadku jest to wtedy zamiast kremu. Wcześniej robię demakijaż, myję twarz, tonizuję i nakładam totalnie wodnistą esencję Secret Key. Opcjonalnie zdarza mi się jeszcze po esencji nałożyć odrobinę serum Purito, ale nie jest to konieczne. Wiem, że część osób przed maską nakłada jeszcze krem na noc, ale w przypadku mojej cery byłoby to już zbędne. 
Sulwhasoo Overnight Vitalizing Mask konsystencja
Maska idealnie zastępuje krem, a nawet ma za zadanie działać intensywniej. Kosmetyk Sulwhasoo stosuję co 3-4 dni, czyli jako pielęgnację uzupełniającą. Docelowo na noc używam, bowiem m.in. duetu Purito z witaminą C. W przypadku produktów z witaminą C dobrze jest dać skórze chwilę wytchnienia. Dlatego uznałam, że maska całonocna będzie idealnym kandydatem;) Poza tym jak już wspomniałam lubię maski całonocne. Są dla mnie takim dodatkowym zastrzykiem energii i nawilżenia dla skóry. A także dobrym uzupełnieniem pielęgnacji. Choć przyznaję, że początkowo miałam na oku nie maskę, a jeden z kremów tej marki. Jednak po przeczytaniu samych pozytywnych opinii klientów na Jolse, zdecydowałam się na owy złoty cud:) Dzięki kremowej konsystencji maska przyjemnie się rozprowadza i tak jak już napisałam, dobrze wchłania. Ja co prawda nigdy nie idę spać bezpośrednio po nałożeniu, ale mimo tego jestem w stanie to ocenić;) Tradycyjnie smaruję nią też szyję i dekolt. Maska nie podrażnia ani nie obciąża mojej mieszanej, ale jednocześnie delikatnej skóry. Od razu po aplikacji wyczuwalna jest aksamitna gładkość skóry. Rano skóra jest ładnie nawilżona i odżywiona, z takim przyjemnym dla oka glow, ale nieprzetłuszczona. Nawet podczas mojej obłożnej choroby pt. katar, stan mojej skóry został utrzymany w ryzach;) Była tylko ta moja cierpiętnicza mina i zaczerwienione dziurki w nosie, którego niczym nie smarowałam;) Poza nie do końca udanym zapachem i może nie najpiękniejszą tubką, nie mam tej masce nic do zarzucenia. 
Sulwhasoo koreańskie kosmetyki czy warto
Kiedy tylko pochwaliłam się mamie, że leci do mnie nowa maska całonocna z dobrej jakościowo firmy (bo za taką Sulwhasoo uchodzi), od razu wyraziła chęć otrzymania porcji dla siebie na jak to mówi – zamszową twarz:D (to urocze określenie znacie już z recenzji Huxley). A ja jestem dobrym dzieckiem i dzielę się tym co najlepsze (powiedzmy:P). Moja mama nie ma jakiegoś szczególnego zamiłowania do masek zmywalnych ani tych w płachcie. W przeciwieństwie do mnie, nie jest szczególnie skłonna do cudowania np. z wieloetapową pielęgnacją. Jednak maski całonocne szybko zdobyły jej uznanie ze względu na wygodę stosowania. Ceni sobie w nich intensywne działanie oraz to, że nie trzeba ich zmywać. Ponadto jak do tej pory jeszcze żadna ją nie uczuliła (próbowała 3), a jest alergikiem. Mama raczej nie zdaje mi szczegółowych relacji ze stosowania kosmetyków. Ale gdy jest szczególnie zadowolona zawsze mi się chwali, że już widzi efekt i ma wtedy taki specyficzny błysk w oku;) Za zwyczaj mówi też wtedy, że zamsz zniknął:D To takie nasze pół-żartem, pół-serio, ale w wolnym tłumaczeniu oznacza, że maska działa szybko i solidnie, a skóra jest wyczuwalnie gładsza i w lepszej kondycji. Po prostu spełnia oczekiwania. Jeśli chodzi o mamę to nie używa ona toników ani esencji. Najpierw, więc robi demakijaż, myje twarz i od razu nakłada maskę. Podpowiadałam jej, że jeśli ma ochotę to pod maskę może zaaplikować serum, które zresztą jej kupiłam, ale uznała, że działanie samej maski jest dla niej w pełni satysfakcjonujące. Podobnie jak ja jest zadowolona z szybkiego wchłaniania się maski. A w przeciwieństwie do mnie, mama po nałożeniu maski od razu idzie spać;) Z tego co wiem, do poduszki się nie przykleiła:D Tak więc jest to kosmetyk uniwersalny;) Sprawdził się zarówno u matki jak i u córki;) Dodatkowo mama wspomniała mi, że po aplikacji nie myje rąk tylko wciera w nie pozostałości maski, ponieważ fajnie nawilża i wygładza również dłonie. Coś w tym musi być, ponieważ również to wyczułam, gdy robiłam zdjęcie konsystencji. Maska posiada dość wysoką cenę, ale w zamian mamy też dużą pojemność. Z Sulwhasoo mam jeszcze na oku jeden krem i myślę, że w przyszłości wypróbuję.


Używacie masek całonocnych? Macie jakieś ulubione? Znacie markę Sulwhasoo?
Czytaj dalej »

środa, 13 marca 2019

Fenty Beauty Gloss Bomb Diamond Milk!

Kiedy Fenty Beauty by Rihanna weszło do sprzedaży w Polsce, nie wzruszyłam się:) Nie jestem jakąś szczególną fanką muzyki Rihanny, jej wizerunek też za mocno do mnie nie przemawia, więc nie biegłam w pocie czoła do Sephory. Kilka dni po premierze wstąpiłam jednak przy okazji do perfumerii i rzeczywiście szał musiał być ogromny, gdyż niewiele co zostało do kupienia:D Nie przejęłam się tym, bowiem przejrzany online asortyment (a zwłaszcza te żółte rozświetlacze nie wiadomo dla kogo?) w ogóle do mnie nie przemówił;) Jednak tuż przed świętami mimo wyjątkowo niesprzyjającej pogody, nabrałam ochoty na zakup kolczyków i błyszczyk Fenty Beauty żebym miała czym się umalować na święta;) Tak jakbym nie miała;) Ale przemilczmy to:D Tym sposobem trafił do mnie skądinąd słynny już błyszczyk Fenty Beauty Gloss Bomb Diamond Milk:) Jako osoba, która podeszła do tego zupełnie na chłodno, postanowiłam wyrazić dziś swą opinię;)

Fenty Beauty Gloss Bomb Universal Lip Luminizer Diamond Milk

Fenty Beauty Gloss Bomb Universal Lip Luminizer Diamond Milk


Błyszczyk Fenty Beauty otrzymujemy w kartonowym opakowaniu, które wyrzuciłam nie uwieczniając na zdjęciu;) Pojemność wynosi 9ml, więc całkiem sporo. Opakowanie początkowo nie robiło na mnie wrażenia, ponieważ wizualnie za najładniejsze uważam błyszczyki Diora, ale ostatecznie uznałam je za całkiem ładne. Produkt posiada duży aplikator, więc wystarczy jedno pociągnięcie i usta gotowe. Nabiera on jednak trochę zbyt wiele produktu, więc najczęściej wycieram nieco o brzegi opakowania;) Producent opisuje zapach kosmetyku, jako brzoskwiniowo-waniliowy i choć brzmi to jak dziwne połączenie, to po dłuższym czasie stwierdzam, że faktycznie coś w tym jest. Zapach jest według mnie naprawdę przyjemny i wyczuwalny dość długo. Nie każdy zapach produktu do ust mi pasuje, ale ten bardzo polubiłam. Nie posiada on też żadnego przykrego posmaku;) Jest miło!
Fenty Beauty Gloss Bomb błyszczyk aplikator

Błyszczyk Gloss Bomb występuje w 3 odcieniach, które Rihanna uważa za uniwersalne. Jest Fenty Glow w naturalnym odcieniu nude, różowy Fu$$y i drobinkowy Diamond Milk;) Prawdę mówiąc poszłam po Fenty Glow, a wróciłam z Diamond Milk;) Pani w Sephorze powiedziała, że osobiście Diamond Milk uważa za lepszy, a że przed świętami miałam pobłażliwy nastrój to wyjątkowo postanowiłam jej zaufać. Poza tym przypomniałam sobie, że w nude często wyglądam jakoś zbyt ponuro i mało twarzowo;) Choć teraz gdy jeden już poznałam i tak mam chęć na kolejny odcień;) Mogłam oczywiście pomalować się na miejscu, ale szczerze mówiąc brzydziłam się solidnie:D Wypróbowałam tylko na ręce i błyszczyki wydały mi się wtedy bardzo lepkie… Zapytałam więc konsultantki, czy one lepią się na ustach, bo już miałam odejść z kwitkiem;) Zapewniła, że nie i zaufałam;) 
Swoim Fenty Beauty Diamond Milk pomalowałam się zaraz po przekroczeniu Sephory i z radością stwierdziłam, że o żadnej nadmiernej lepkości nie ma mowy. Nie jest to oczywiście produkt o lejącej konsystencji, ale mimo dość gęstej formuły nie skleja ust:) Diamond Milk to taki przezroczysto-mleczny odcień z drobinkami. Nałożony w większej ilości w moim przypadku rozbiela usta, a ja nie przepadam za takim efektem, ponieważ mam wrażenie, że źle komponuje się z moją karnacją nadając jej zbędnego „ochłodzenia”. Z reguły nakładam, więc mniejszą ilość uzyskując tym samym niemal przejrzysty efekt wzbogacony o ładnie rozświetlające drobinki. Zrobiłam zdjęcie, ale niestety praktycznie nic na nim widać. Nie udało mi się bowiem uchwycić owego efektu rozświetlenia za sprawą drobinek:( No nie umiem w selfie:D Ale to już wiecie z mojego Instagrama;) Na swatchu za to wyszedł dość miarodajnie, więc może uda Wam się jakoś to wyobrazić;)
Fenty Beauty Gloss Bomb Diamond Milk swatch

Dużym atutem Gloss Bomb jest według mnie to, że optycznie powiększa usta, bo moje wcale nie należą do dużych;) Trwałość również jest dobra. Za zwyczaj nie liczę czasu, ale np. podczas wspomnianych świąt u rodzinki usta poprawiałam tylko 2 razy, a była to naprawdę wielogodzinna „posiadówka” z suto zastawionym stołem:P I prawie zapomniałabym o najważniejszym:) Błyszczyk Diamond Milk nie podrażnia i nie wysusza moich wrażliwych ust, a nawet je nawilża:) Jestem bardzo zadowolona:) 
Fenty Beauty Gloss Bomb Diamond Milk na ustach

Jedyne na co można aktualnie narzekać to lekka podwyżka ceny do 79zł oraz to, że marki Fenty Beauty praktycznie nigdy nie obejmują promocje i dni VIP. Choć od czasu do czasu zdarzają się szybkie akcje, podczas których jest zniżka obejmująca marki na wyłączność. Trzeba jednak wtedy mieć czas i refleks żeby ową okazję w odpowiednim momencie wyczaić. Niemniej ja swój egzemplarz nabyłam w pełnej cenie, która była wtedy o parę zł niższa i uważam, że warto nawet w pełnej kwocie:)


Znacie błyszczyki Fenty Beauty? Skusiłyście się na jakiś produkt od Rihanny?
Czytaj dalej »

niedziela, 10 marca 2019

Bell Bon Bon limitowana kolekcja makijażowa - swatche produktów!

Na początku lutego w sieci sklepów Biedronka pojawiła się nowa walentynkowa kolekcja kosmetyków do makijażu Bell Bon Bon. Tym razem kosmetyki były dość dobrze dostępne, ponieważ nawet w „mojej” nic niemającej Biedronce na początku ubiegłego miesiąca widziałam na półkach pełny albo przynajmniej większą część asortymentu. Spieszyłam się wtedy, więc drapnęłam tylko puder i udałam się do kasy;) Miesiąc później trafiła do mnie cała kolekcja i z racji tego, że kosmetyki oficjalnie mają być dostępne jedynie do końca marca, postanowiłam zrobić taki mały, szybki przegląd z pierwszymi wrażeniami i swatchami;)

Bell Bon Bon edycja limitowana


Bell Bon Bon Beauty-licious Face Powder


Bell Bon Bon Beauty-licious Face Powder

Pachnący puder upiększający posiada delikatnie rozświetlającą oraz optycznie wygładzającą formułę. Minimalizuje widoczność porów i drobnych zmarszczek. Posiada transparentno-brzoskwiniowy odcień, który ma za zadanie zapewnić efekt wypoczętej skóry.
Bell Bon Bon Beauty-licious Face Powder

Puder występuje w dość zwyczajnej plastikowej puderniczce o pojemności 9g. Wewnątrz skrywa jednak bardzo przyjemne dla oka tłoczenie i zapach Mamby;) Ten zapach był mi już znany z kilku wcześniejszych produktów Bell (najczęściej do ust), więc nawet z zamkniętymi oczami poznałabym, że to Bell;) Formuła pudru jest aksamitnie miękka i delikatna. Bardzo fajnie nakłada się go nieco większym pędzlem. 

Tak jak wspomniałam we wstępie, puder jest produktem, którego używam najdłużej, ponieważ pobiegłam po niego, gdy tylko się pojawił;) Zobaczyłam go na Insta Story u Agu Blog i tak jakoś pomyślałam, że chcę go mieć. Choć na niedobór pudrów nie narzekam, oj nie;) Oglądając go w sklepie miałam lekkie zawahanie ze względu na jego brzoskwiniowy odcień, ponieważ tego typu kolory niekiedy dają u mnie efekt świnkowego zaróżowienia, który przy moim ciepłym typie cery jest mocno niepożądany;) Pomyślałam jednak, że to tylko puder wykończeniowy i zaryzykowałam;) Muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Puder totalnie mnie zachwycił i na szczęście nie zauważyłam żeby nadawał mojej skórze jakiejś niechcianej, różowej poświaty. Jest on rzeczywiście transparentny z subtelnie brzoskwiniową mgiełką;) Według mnie jest bardzo uniwersalny. Do tej pory aplikowałam go przede wszystkim, jako puder wykończeniowy dla podkładów w pudrze, ponieważ do podkładu Bell zamierzam wrócić dopiero, gdy będzie cieplej;) Używam go również w celu utrwalenia korektora pod oczy:) We wszystkich przypadkach spisuje się super. Ładnie zmiękcza rysy twarzy i mimo, że jest to puder delikatnie rozświetlający to nie przetłuszcza mojej cery. Mogłabym się po prostu podpisać pod obietnicami producenta:) To jeden z pierwszych moich makijażowych hitów tego roku i muszę przyznać, że przebija wiele pudrów marek selektywnych. Liczę, że będzie dobrze współpracował z podkładem Bell:) Miałam nosa, że poszłam po niego do tej Biedronki, a wiecie jak nie lubię tam zaglądać:D 


Bell Bon Bon Sweet Love Highlighter


Bell Bon Bon Sweet Love Highlighter rozświetlacz

Zestaw intensywnie błyszczących rozświetlaczy ma za zadanie rozpromienić twarz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki oraz wymodelować jej owal.
Bell Bon Bon rozświetlacz

Rozświetlacze to coś, co uwielbiam i czego mam tak dużo, że chyba już nigdy nie zdołam zużyć do dna;) Sweet Love Highlighter podobnie jak puder zamknięty został w plastikowej puderniczce, ale jego wnętrze również jest miłe dla oka. Pojemność zestawu rozświetlaczy to 8g. Przyznaję, że po obejrzeniu tego rozświetlacza w Biedronce, szybko odłożyłam go na półkę, ponieważ najjaśniejszy odcień jest typowo dla Królewny Śnieżki;) Ja z takimi barwami muszę postępować delikatnie, ponieważ potrafią zbyt mocno odróżniać się od mojej ciepłej cery;) Niemniej odcień środkowy jest już bardziej uniwersalny:) Można też oczywiście zmieszać wszystkie razem.


Bell Bon Bon pomadki Long Lasting Mat Lipstick i konturówki Long Lasting Mat Lip Contour


Bell Bon Bon pomadki

W kolekcji Bell Bon Bon znajdziemy też matowe pomadki i konturówki w odpowiadających im odcieniach. Według producenta pomadki występują w nasyconych, ale stonowanych odcieniach. 

Miałam już kiedyś kilka pomadek Bell w takiej formie i muszę przyznać, że są wygodne w użyciu. Choć akurat tutaj mechanizm trochę mi się zacina i czasem muszę przycisnąć główkę pomadki żeby udało mi się ją zakręcić;) Pomadki posiadają przyjemne, delikatne zapachy oraz takie naturalne, nie jaskrawe odcienie. Pomadki mają lekką tendencję do przesuszania, więc trzeba pamiętać o dobrym nawilżeniu ust. Jeśli zaś chodzi o konturówki to muszę przyznać, że często jest mi z tego typu produktami nie po drodze. Chyba jestem trochę za nerwowa na precyzyjne obrysowywanie ust. Mam co prawda naturalnie inny odcień konturu ust niż w obrębie samych ust, więc pewnie częste stosowanie mogłoby być w jakiś sposób korzystne. Ale mi po prostu ta naturalna różnica w kolorycie ust nie przeszkadza. Dlatego nie sięgam po konturówki na co dzień. Plus jednak za dobre dopasowanie do pomadek, ponieważ nie trzeba się martwić czy dobrze wybrałyśmy;)


Bell Bon Bon Black Ink Liner i Gitter Blink Eyeliner


Bell Bon Bon Black Ink Liner i Gitter Blink Eyeliner

Jest też coś, co nada spojrzeniu głębi;) Głęboko czarna konturówka w płynie i eyeliner z brokatem:)


Ja i eyelinery to trudne sprawy:D Choć ostatnio nieźle mi idzie z egzemplarzem Eveline. Muszę jeszcze tylko popracować nad techniką zakończenia kreski, ale na razie jestem pozytywnie zaskoczona i nawet odkryłam co na to wpływa (ale o tym kiedy indziej). Czarny liner Bell nie jest na szczęście wyposażony w typowy miękki, ociekający produktem pędzelek, a coś „sztywniejszego”, dzięki czemu łatwiej go okiełznać. Jest trwały, ale w przeciwieństwie do Eveline jeśli potrzemy po nim palcem zaraz po aplikacji - można go rozmazać. Obsługa również jest nieco trudniejsza (w moim przypadku). Wersja z brokatem posiada już typowo giętki pędzelek, ale ją łatwiej skorygować, więc nie jest to takim problemem jak byłoby w przypadku czerni;) Całkiem ciekawa opcja dodająca makijażowi blasku. Można go nakładać np. na czerń urozmaicając swój make-up;) Przykładowy makijaż możecie zobaczyć u Ani.


Bell Bon Bon Delight Enamel


Bell Bon Bon lakiery

W kolekcji znalazły się też 3 lakiery do paznokci. Przyznam, że te dwa połyskujące widziałabym na swoich paznokciach. Ale niestety jestem team hybryda i nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek pomaluję paznokcie lakierami tradycyjnymi:)
Bell Bon Bon swatche
Od góry: pomadki 01, 02, 03, konturówki 01, 02, 03, eyelinery. Środek: rozświetlacz i puder. Dół: rozświetlacz.

Limitowana kolekcja Bell Bon Bon dostępna jest do 30 marca lub do wyczerpania zapasów. Z tego, co widziałam kolekcja cieszy się ogromnym zainteresowaniem i z tego, co na szybko spojrzałam, u mnie kilka dni temu nie zostało już praktycznie nic. Problem z zakupem może być więc spory, ale jeśli jeszcze gdzieś dojrzycie to zdecydowanie najbardziej polecam puder upiększający Beauty-licious:)
Czytaj dalej »