sobota, 11 listopada 2017

Innisfree Glow Tint Lip Balm #3 Garden Balsam!

Cześć Dziewczyny!
Lubię koloryzujące balsamy do ust, ponieważ za zwyczaj nie wysuszają mojej wrażliwej skóry warg, a jednocześnie pozostawiają na nich subtelny blask koloru, czyli tzw. efekt – moje usta, tylko lepsze;) Ja jako anty-fanka przerysowania, na co dzień chętnie stawiam na takie subtelne podkreślenie urody i całkiem niedawno zainteresował mnie produkt marki Innisfree Glow Tint Lip Balm, występujący w kilku wersjach kolorystycznych. Zachowawczo wybrałam dla siebie jeden na spróbowanie i dziś kilka słów o nim:)

zdjęcie przedstawiające Innisfree Glow Tint Lip Balm #3 Garden Balsam

Innisfree Glow Tint Lip Balm #3 Garden Balsam



Koloryzujący balsam do ust Innisfree Glow Tint Lip Balm otrzymujemy w formie klasycznej wysuwanej pomadki. W przeciwieństwie jednak do balsamu pielęgnacyjnego z tej marki, nie zawiera on dodatkowego kartonika. Pojemność wynosi 3,5g i jak na balsam z kolorem jest ona dla mnie satysfakcjonująca. 
Do wyboru jest pięć odcieni - #1 Azalea, #2 Camelia, #3 Garden Balsam, #4 Marigold, #5 Rose. Przyznam, że gdy oglądałam zdjęcia na ustach na stronie sklepu to pomijając pierwszy, wszystkie wydały mi się zachęcające, a nawet zachwycające:) Byłam już zdecydowana na nr 4, ale jak to kobieta – w ostatniej chwili zmieniłam zdanie, stawiając na #3 Garden Balsam. Kolor na zdjęciach był różowy, natomiast u mnie na ręce wpada trochę w coś pomiędzy bardzo subtelną czerwienią z pomarańczową nutą. Na ustach z kolei nie jest ani cukierkowo różowy ani pomarańczowy. A bardziej wpada w lekką czerwień z nutką różu. Bardzo mi to pasuje, ponieważ ładnie podbija kolor ust. Dzięki temu wyglądają one na zdrowsze, ładnie podrasowane i nawet pełniejsze bo co ciekawe mam wrażenie, że ten balsam robi całkiem niezłe złudzenie optyczne:)
Jeśli chodzi o kwestie techniczne to wyglądają one poniekąd podobnie jak w przypadku balsamu nawilżającego, ponieważ sztyft jest tak samo ścięty i ma taką samą szerokość (choć jak na moje dość wąskie usta to mógłby być może nieco węższy). Zapach jest właściwie niewyczuwalny, ale gdy mocno się postaram to wyczuwam arcy-subtelną nutę owocową (ale to tak delikatną, że wręcz na granicy urojenia;)). Balsam nie sprawia żadnych problemów i nie wysusza ust. Jestem z niego bardzo zadowolona, zwłaszcza biorąc pod uwagę kolor. Trwałość jest oczywiście słabsza niż w przypadku szminek bo w końcu jest to tylko balsam koloryzujący, a nie mocna matowa pomadka. Kolor schodzi równomiernie, ale po jedzeniu warto ponowić aplikację:)

Innisfree Glow Lip Tint w 5 odcieniach znajdziecie na Jolse. Koszt to zaledwie kilka dolarów:) Gdy będzie lepsze światło (niestety listopad nie rozpieszcza) to postaram się dodać zdjęcie na ustach:)
zdjęcie przedstawiające Innisfree Glow Tint Lip Balm #3 Garden Balsam na ustach

Znacie Innisfree Glow Lip Tint lub inne produkty do ust tej marki?
Czytaj dalej »

czwartek, 9 listopada 2017

Październikowe nowości

Cześć Dziewczyny!
Myślałam, że październik będzie skromnym miesiącem, ale właściwie sporo nowości do mnie zawitało;) Również sam miesiąc minął mi dość przyjemnie i szybko:) No może pomijając nagły silny ból nogi, wręcz wyrywający mnie ze snu i "incydent" z Shinybox polegający na tym iż, wydalono mnie z ambasadorek w związku z tym, że w sposób rzetelny opisywałam ich pudełka i nie chwaliłam gdy były niezbyt lotne. Cóż... z dziką przyjemnością tworzę chwalebne wpisy. Ale... jest jeden zasadniczy warunek - muszę mieć ku temu podstawy, czyli produkt musi być tego wart, spełniać moje potrzeby i oczekiwania etc. A że ich pudełka często były słabe to już nie moja wina, że ciężko było mi wykrzesać z siebie jakiś szczery entuzjazm, prawda?;) Od 4 lat regularnie prowadzę bloga i dbam o to miejsce jak o dziecko. Mam za sobą współprace różnego typu, ale wszystkie działania prowadzę w zgodzie ze sobą. A jeśli coś chwalę to naprawdę jestem z tego zadowolona. Nie dbam o to co robią inni, nikogo nie ciągnę w dół, a pracuję przede wszystkim nad sobą i swoim blogiem, nie oglądając się za siebie. Po prostu szanuję swoich Czytelników i siebie. I tutaj nie chodzi o te pudełka ani jakiś #ból dupy, ale o to w jaki sposób zakończono ze mną współpracę. Doskonale obrazuje to treść maila, którego fragment Wam przytoczę:  

„(…)Zauważyliśmy, że ostatnie edycje ShinyBox kompletnie nie trafiły w Twój gust - co dało się zauważyć w recenzjach oraz komentarzach u innych blogerów. W takiej sytuacji niestety jesteśmy zmuszeni zakończyć ten przykry proces(…)”. 

Warto też nadmienić, że w momencie rozpoczęcia współpracy dostałam wytyczne, wśród których jasno wyartykułowany został taki oto zapis: „(...)Nie oczekujemy też od Was pozytywnych opinii i zachwytów, jeśli cokolwiek Wam się nie podoba. Macie prawo do swojej opinii”. Jak widać prawo do własnej opinii okazało się być jednak mocno ograniczone i finalnie zwane przykrym procesem;) Mail który otrzymałam niesie za sobą jasny przekaz - nie było wystarczająco pozytywnego wydźwięku to bye bye. A przecież można było to załatwić inaczej i np. napisać - Ewelina, widzimy, że nasze pudełka rzadko spełniają Twoje oczekiwania. Może nie chcesz kontynuować już tej współpracy? Bez żadnych przeszkód napisałabym OK i elegancko zakończylibyśmy współpracę w miłej atmosferze. A tak strzelili sobie w kolano i przy okazji zaszkodzili dziewczynom, które nadal biorą udział w tym projekcie. Bo przecież teraz każdy Czytelnik będzie się zastanawiał czy chwalą bo "muszą" czy rzeczywiście zawartość spełnia ich oczekiwania? I to nie jest tak, że ja zarzucam koleżankom blogerkom nieszczerość bo pudełka mają to do siebie, że ocena zawartości jest mocno subiektywna i każda patrzy pod kątem tego co jej się przyda. Jedną ucieszy kolorówka Constance Caroll czy też farba do włosów w nieokreślonym odcieniu, a drugą mało co zadowoli. Choć czytając niektóre opinie niekiedy miałam wątpliwości czy aby na pewno opisujemy te same pudełka? Ale o gustach się nie dyskutuje, więc nie odbierajcie tego jako coś personalnego. Jednak taką postawą firma sama zasiała ziarno wątpliwości pokazując "klasę"... Warto też nadmienić, że moje recenzje pudełek wcale nie były jednoznacznie negatywne (pomijając wrześniowe, które było mega słabe i naprawdę wykorzystałam z niego tylko mydło) - były po prostu rzetelne i szczere. Stawiałam się na miejscu potencjalnego klienta i konsumenta, którym również niejednokrotnie jestem. A nie na zasadzie, że dostałam to wszystko jest super skoro nie jest... Pisałam co mi się przyda, a co jest dla mnie nieodpowiednie, ale jednocześnie wskazywałam na to kto może być z konkretnego produktu zadowolony. Naprawdę trudno żebym np. przy niedowadze cieszyła się z produktów wspomagających odchudzanie, ale w przeciwieństwie do mnie wiele osób korzysta z tego typu specyfików o czym zwyczajnie informowałam. O zaistniałej sytuacji możecie przeczytać również u Doroty, my zresztą już wiemy co jest grane. 
Dobra, subtelna #gównoburza w moim wydaniu wygląda tak. Przyznam, że pierwotnie planowałam wersję hard, czyli osobny, szczegółowy wpis, ale postanowiłam nie brudzić sobie tym rączek:P Nie lubię zaprzątać sobie głowy takimi "niegodziwościami", ale jestem to winna Czytelnikom. Zwłaszcza tym, którzy pytali dlaczego w październiku nie było u mnie prezentacji owego pudełka. Ano nie ma i nie będzie bo straciłam szacunek do tej firmy, ale jeśli zainteresuje mnie coś z konkurencji to nie wykluczam zakupu. Będę teraz miała więcej czasu na opisanie produktów godnych uwagi i obiecuję, że nie zabraknie takich w najbliższym czasie:) A teraz radośnie przejdziemy do październikowych nowości;)


Pierwszą rzeczą, która do mnie dotarła, podobnie jak w ubiegłym miesiącu była Nivea:) Tym razem jest to pielęgnujący dwufazowy płyn do demakijażu oczu. Przyznam, że odkąd poznałam moc olejków do demakijażu oraz rękawicy Glov to rzadko sięgam po dwufazówki;) Sprawdziłam więc ją, a docelowo oddałam mamie:) Mama jest zadowolona.

Pojawiły się też u mnie nowości do włosów z Hello Body, czyli dwa akcesoria oraz maseczka:) Była już o nich mała wzmianka we wpisie o mojej pielęgnacji włosów.

Dotarł też do mnie mix maseczkowych nowości od Lirene. Jak wiecie maseczek w saszetkach nie lubię, ale markę Lirene darzę sympatią, więc postanowiłam dać szansę tymże maseczkom. Zwłaszcza, że najbardziej zainteresowały mnie te peel off. Nie wiem jak to zrobiłam, ale większość zużyłam:) Pozostały mi dosłownie dwie saszetki z tych wszystkich. Wpis o maseczkach peel-off znajdziecie TUTAJ. Natomiast recenzji pozostałych już nie przewiduję.
W prezencie otrzymałam jedne z moich ulubionych produktów Bielendy, czyli Multi Essence. 
Urodzinowy prezent od Justyny zawitał do mnie już sporo przed urodzinami i zawierał maski Medius, różową glinkę Fitokosmetik, którą przejęła siostra, puder do kąpieli Nacomi, coś dla mojego pieseła oraz to co pod spodem, czyli tło Printea. Powiem Wam, że to ciasteczko to teraz ulubiona zabawka Dextera:D
Dotarło też moje wrześniowe zamówienie, czyli Innisfree Green Tea Balancing Cream. Dodatkowo do zakupu tego jednego biednego kremiku otrzymałam nie tylko próbki, ale i 5 masek w płachcie marki Secris:) Chyba załapałam się na te randomowe gifty bo jeszcze mi się tak nie zdarzyło tzn. próbki są zawsze i zdarza się jakiś pełnowymiarowy produkt, ale żeby kilka maseczek to pierwszy raz;) O kremie będzie myślę, że wkrótce. Jest naprawdę fajny i z rozkoszą pochwalę:P
Pozostając w temacie koreańskim to żeby chociaż raz była jakaś spójność na zdjęciach... jeszcze więcej Innisfree, czyli krem i ampułka z linii Jeju Lava Seawater. Coś dla ust, czyli Innisfree Canola Honey Lip Balm Smooth Care oraz coś w kolorze - Innisfree Glow Tint Lip Balm w odcieniu Garden Balsam. Jest też rodzynek z The Saem, czyli mgiełka Mohito bo to akurat mój ulubiony drink;) Ze wszystkiego jestem zadowolona:) Moja siostra śmiała się z Jeju Lava, ale tą anegdotkę opowiem Wam już przy okazji wpisu. Innisfree spam przewidziany na ten miesiąc:)
Jeszcze nie tak dawno zachwycałam się balsamem do ciała Isana Med z 5,5% Urea. Niestety jak na złość Rossmann postanowił wycofać go z oferty. Kupiłam więc 3 sztuki. Oprócz tego na zdjęciu jeszcze zakupy z promocji, czyli dobrze znane mi bibułki matujące Wibo i pomadka Alterra oraz nowy tusz L'Oreal Paradise Extatic. Potem przygarnęłam jeszcze krem do rąk z Isana Med, nowy żel Isana Sugar Plum oraz pomadkę peelingującą Sylveco bo zawsze wolę ją mieć w zapasie niż nie mieć. Ale nie zrobiłam już zdjęć;) Aż poczułam się zaniepokojona, że kupiłam głównie rossmannowe marki własne, ale akurat taki miałam kaprys;)
Marka Nourish bardzo przypadła mi do gustu, więc postanowiłam sprawdzić kolejny produkt do oczyszczania twarzy, czyli Nourish Skin Renew Cleanser oraz Kale Enzymatic Exfoliator. Nie zabrakło też Lily Lolo. Tym razem rozświetlacz Rose Illuminator oraz dwa produkty mające pomóc w maskowaniu moich potwornych cieni pod oczami. I jest to korektor PeepO oraz cień Cream Soda.
Nowości do pielęgnacji twarzy Nuxe, czyli fluid nawilżający, serum oraz maseczka z linii Creme fraiche de beaute. Przyznam, że wstępnie seria mnie zainteresowała:) Maseczkę mam już w użyciu - ładnie pachnie, przyjemnie nawilża i koi cerę, a z otwarciem pozostałych muszę jeszcze poczekać, ale na pewno się nie zmarnują bo są to produkty w moim guście;) Dam znać jak się sprawy mają.
Dotarła też do mnie niespodzianka od Fancy zawierająca esencję Benton, maski w płachcie, balsam Eveline, krem Kolastyna, zapach C-Thru, serum do rąk Evree i dwie nowości Bell Chillout.
Jedna z moich ulubionych marek - Organique, wypuściła ostatnio serię przeznaczoną do pielęgnacji twarzy o wdzięcznej nazwie Terapia Odmładzająca. Trafiła ona do mnie akurat w przeddzień urodzin, także dla takiego starucha jak ja - w sam raz:D Chociaż skoro nadal często nie chcą mi sprzedać alkoholu bez okazania dowodu to chyba jednak jeszcze młodzieniaszek ze mnie;D W skład pełnej linii wchodzą: krem na dzień, krem na noc, krem pod oczy, peeling do twarzy oraz maseczka. Z takim zestawem starość nie ma szans;)
No i zatoczyliśmy koło bo pierwszą moją październikową nowością była Nivea, a ostatnią... też Nivea;) Tym razem coś do włosów - Nivea Care&Hold. Mamy tutaj piankę i lakier. Nie jestem entuzjastką tego typu produktów, ale lubię trochę po-cudować z włosami, więc już jestem w trakcie używania. Zwłaszcza, że jakiś czas temu prawie wrzuciłam do koszyka coś podobnego z Nivea, a fryzjerzy często powiadali - niech pani spróbuje pianki;) Zatem to musiało być przeznaczenie;) Właściwie nie wszystko jest tu po kolei, ale akurat pierwsze i ostatnie tak;)

I to by było na tyle. Dajcie znać czy kojarzycie coś z moich nowości i jakie macie zdanie na ich temat i nie tylko... 
Nadmienię, że mam już nawet nowości listopadowe, ale o nich za parę tygodni;) Nie chciałam robić tasiemca.

W kwestiach niekosmetycznych rzeknę, że mam sporo nowych dodatków do zdjęć co oczywiście jak zwykle skłoniło mnie do marnowania czasu i robienia niektórych fotek jeszcze raz, a potem... jeszcze raz;)
Czytaj dalej »

środa, 8 listopada 2017

Targi Kosmetyków Naturalnych Ekocuda 2017!

Cześć Dziewczyny!
W dniach 25-26 listopada 2017r już po raz trzeci w Warszawie odbędą się Targi Kosmetyków Naturalnych Ekocuda. Wydarzenie to będzie miało miejsce w Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy. W tegorocznej edycji weźmie udział blisko 100 marek zarówno polskich jak i zagranicznych. Ponadto wstęp jest bezpłatny.



zdjęcie informujące o targach Ekocuda 2017


Kosmetyki naturalne cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem wśród polskich konsumentów. Coraz więcej osób przed zakupem kosmetyku zapoznaje się z dokładnym składem INCI. Sukcesywnie zwiększa się również świadomość związana z ekologią oraz zdrowym stylem życia. Stąd też rosnące zainteresowanie takimi wydarzeniami jak targi Ekocuda.


Podczas targów będzie można wziąć udział w wyjątkowych wykładach oraz warsztatach zarówno z dziedziny makijażu jak i pielęgnacji. Wstęp na warsztaty jest bezpłatny. Obowiązują jedynie wcześniejsze zapisy.

Sponsorzy: Annabelle Minerals, Naturativ.



Wystawcy: Annabelle Minerals, Naturativ, Ministerstwo Dobrego Mydła, John Masters Organic, Harmonique, Fresh & Natural, Jan Barba, Lush Botanicals, Lavera,  Lily Lolo, Hagi, Purite, Sylveco, Iossi, Esse Organic, Resibo, Ecolore, Amilie, Mokosh i inni.



Patroni medialni: Co jest grane24, Slow Life. Food & Garden, e!stilo magazine, all naturals, inspirantka.pl, wirtualnekosmetyki.pl, Enter the room, Czytamyetykiety, Ulicaekologiczna, Trusted cosmetics, Dawanda, ekologia.pl, ekocentryczka.pl, N jaknatura, MagazynKosmetyki, Dobra Mama, Piggy Peg, Pink Mink Studio,Beautyshow.pl, lovecosmetics.pl, urokzyciaalergika.pl, zdrowalistazakupów.pl, iszpilki.pl,



Szczegóły:






Wybieracie się na trzecią edycję targów Ekocuda? Często bierzecie udział w takich wydarzeniach?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 6 listopada 2017

Philips Moisture Protect suszarka do włosów!

Cześć Dziewczyny!
Kilka miesięcy temu recenzowałam prostownicę do włosów Philips Moisture Protect i zapowiadałam, że zapewne trafi do mnie również suszarka Philips Moisture Protect. Tak też się stało i już od paru miesięcy jestem jej szczęśliwą posiadaczką i użytkowniczką.



Suszarka Philips Moisture Protect HP8280/00 – czym się wyróżnia?


W suszarce Philips Moisture Protect podobnie jak w przypadku prostownicy z tej samej serii, zastosowano czujnik Moisture Protect. Owy czujnik za pomocą poczerwieni ma za zadanie diagnozować włosy i dobrać do nich taką temperaturę aby utrzymać w nich optymalny poziom nawilżenia. Dzięki zastosowaniu funkcji jonizacji włosy pozostają gładkie i lśniące oraz nie elektryzują się. Suszarka posiada 6 regulowanych stopni temperatury i siły nadmuchu. Dodatkowo zastosowano funkcję Thermo Protect zapewniającą odpowiednią temperaturę oraz ochronę przed przegrzaniem włosów. Dzięki temu można szybko i skutecznie wysuszyć włosy bez ich niszczenia nawet przy silnym nadmuchu. Jest również przycisk Cool Shot umożliwiający korzystanie z intensywnie chłodnego nawiewu powietrza, który znajduje zastosowanie zwłaszcza podczas wykańczania fryzury już po jej ułożeniu. 

Suszarka Philips Moisture Protect została opakowana w kartonowe opakowanie, w którym cały czas ją przechowuję, ponieważ jej gabaryty są niemałe. Do zestawu został dołączony koncentrator oraz dorodny dyfuzor;) Dyfuzor ma za zadanie pomóc zwiększyć objętość włosów, a także może pozytywnie wpłynąć na ich skręt. Natomiast dzięki koncentratorowi nasze włosy schną jeszcze szybciej, a dodatkowo łatwiej je wyprostować. Dzięki niemu nawet moje niesforne włosy po wysuszeniu są niemalże proste;) 
Suszarka Philips ma właściwie tylko jedną wadę – jest naprawdę sporych rozmiarów, a z dyfuzorem jeszcze większa;) Z tego powodu wahałam się czy jednak nie wybrać innej, ale zostałam przy swoim pierwotnym pomyśle i nie żałuję:) Sama suszarka prezentuje się bardzo ładnie (oczywiście jak na suszarkę;)) co jest zresztą znakiem rozpoznawczym linii Moisture Protect i w ogóle większości sprzętu marki Philips. Chyba trudno się z tym nie zgodzić, prawda?;)

Przyznam, że od wielu lat niemalże nie używałam suszarki, ponieważ nie miałam, a właściwie miałam, ale taką bardzo zwykłą, która była kiedyś gratisem do farby do włosów. Nie lubiłam jej używać, ponieważ lepiła jej się rączka (była wykonana z jakiegoś podrzędnego tworzywa, które lepiło się tak bez powodu), więc robiłam to tylko gdy było to bezwzględnie konieczne. Poza tym miałam wrażenie, że niszczy włosy. Dlatego też wiedziałam, że jeśli mam używać suszarki to podobnie jak w przypadku mojej prostownicy i lokówki w grę musi wchodzić jakaś wyższa technologia;) Stąd też pomysł na ten konkretny model. Oprócz ochrony włosów zależało mi też na szybkości użycia, ponieważ machanie ręką przez pół godziny nie zalicza się do grona moich ulubionych rozrywek;) A niestety u mnie jest co suszyć bo mimo, że moje włosy są cienkie to jest ich sporo i jeśli zostawiam je same sobie to schną dobrych kilka godzin. Czasem jeszcze rano są lekko wilgotne. Nawet fryzjerzy zawsze ubolewali, że: „pani włosy to tak długo się suszy”;) A jak radzi sobie z nimi Philips? Powiem szczerze, że zaskakująco dobrze. Suszenie moich mega opornych włosów zajmuje nie więcej niż 7-10 minut. Dzięki dyfuzorowi mogę im nadać trochę objętości i delikatnie pofalować, a jeśli użyję koncentratora to moje włosy są niemal proste. Producent wywiązał się ze swoich obietnic, ponieważ nie zauważyłam negatywnego wpływu na włosy. Wręcz przeciwnie – po wysuszeniu są gładkie i błyszczące. Choć oczywiście nie używam dzień w dzień, ponieważ nie zawsze potrzebuję. Dodam jeszcze, że od kilku tygodni jest u mnie siostra i stwierdziła, że chyba też chce taką suszarkę i prostownicę bo się od nich uzależniła:D Warto też wspomnieć, że ten konkretny model suszarki Philips jest szeroko polecany przez ludzi z branży fryzjerskiej i nie tylko. Widziałam, że polecał ją m.in. Maciej Maniewski, a także Pani Gadżet;)


Używacie suszarek? Jesteście zadowolone ze swoich modeli? Znacie suszarkę Philips Moisture Protect?
Czytaj dalej »

sobota, 4 listopada 2017

Chanel Chance Eau Vive!

Cześć Dziewczyny!
Perfumy Chanel nigdy szczególnie do mnie nie wołały, gdyż z reguły kojarzyły mi się z mocnymi woniami typowo dla dojrzałych kobiet. Jednak rok temu sama w końcu znalazłam zapach z rodziny Chanel, który spełnił moje oczekiwania. Być może dlatego, że wydał mi się inny niż pozostałe i zwyczajnie subtelniejszy. Mowa tu oczywiście o Chanel Chance Eau Vive. To właśnie one okazały się być dla mnie idealne:) 

Chanel Chance Eau Vive


Nuty głowy: czerwona pomarańcza, grejpfrut, cytrusy

Nuty serca: jaśmin, białe piżmo

Nuty bazy: wetiweria, cedr, irys

Rok wydania: 2015


Zapach Chanel Chance Eau Vive otrzymujemy w różowym kartoniku typowym dla serii Chance. Dostępne są 3 pojemności: 50ml, 100ml oraz 150ml. Ja prawie zawsze wybieram najmniejsze, więc jestem w posiadaniu pięćdziesiątki;) Choć w tym wypadku mogłabym się nawet pokusić o setkę;) Jeśli chodzi o flakon to jest bardzo klasyczny i minimalistyczny. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu nie mogłam zrozumieć dlaczego perfumy w tej grupie cenowej trafiają do tak zwyczajnych falkonów? Doceniłam jego subtelne piękno dopiero w momencie gdy sama go posiadłam:) Doszłam wtedy do wniosku, że przecież nie wszystko muszę mieć takie „fikuśne”. Od tego momentu spoglądam na flakony perfum Chanel z większą przyjemnością;) 

Jeśli chodzi o sam zapach to jest dość zabawnie, ponieważ nie zbiera on zbyt wysokich not od recenzentów;) Wiele osób twierdzi, że jest zbyt mało „chanelowy” albo nawet płaski czy nijaki, a w dodatku nietrwały. Cóż, o gustach się nie dyskutuje, ale dla mnie wręcz przeciwnie – to właśnie TEN zapach, MÓJ zapach! Muszę przyznać, że towarzyszył mi już w różnych chwilach od tzw. szarych dni po święta, a nawet zabiegi medyczne i za każdym razem wywołuje we mnie pozytywne emocje. Tak jakby wspierał mnie w moich działaniach zawsze gdy mam go na sobie:) Według mnie ma on w sobie zarówno owocową soczystość, która dodaje energii jak i nutkę subtelnej, niezobowiązującej elegancji. Takiej, która nie wymaga sztywnych reguł;) Jego woń podoba mi się od samego początku gdy jest najbardziej owocowa aż do końca gdy do głosu dochodzi wspomniana nutka elegancji;) Nieco cierpki grejpfrut został świetnie połączony z czerwoną pomarańczą, piżmem, które zawsze stanowi dla mnie idealną bazę oraz z subtelnymi nutami kwiatowymi. 

A co z trwałością? Słyszałam negatywne opinie w tej kwestii, ale u mnie zupełnie się nie potwierdziły. Nie dość, że zapach jest wydajny i wystarczy niewielka ilość na jednorazowe użycie to jeszcze utrzymuje się u mnie przez większość dnia. Ja jestem w nim absolutnie zakochana:)


Co sądzicie o perfumach Chanel? Znacie Eau Vive?
Czytaj dalej »