wtorek, 3 grudnia 2019

Co pod prysznicem? Yope, FA, Oriflame, Dove!

Przez moją łazienkę przelewa się sporo żeli pod prysznic:) Z racji dużych zużyć, zwykle mam w użyciu dwie sztuki na raz. Poza tym miło jest mieć urozmaicenie:) Jakiś czas temu wpadłam na pomysł żeby napisać o kosmetykach pod prysznic, których używałam w ostatnim czasie. Trochę nie wyszło, bo zanim się zebrałam to zdążyłam wykorzystać jeszcze inne, ale cóż począć;) Jedziemy z tym co jest na zdjęciu grupowym;)

Żele i pianki pod prysznic co kupić

Yope Yunnan naturalny żel pod prysznic 


Yope Yunnan naturalny żel pod prysznic recenzja

Marka Yope słynie m.in. z naturalnych mydeł i żeli pod prysznic. Przyznam, że nie każdy z nich mi odpowiadał, ale zapach herbaty Yunnan wydał mi się ciekawy. Żel został opakowany w wygodną ciemną 400ml butelkę z pompką. Jak na Yope przystało, na etykiecie mamy całkiem zabawnie wyglądającego zwierzaczka. Żel przeznaczony jest do nawet najbardziej suchej i wrażliwej skóry. Posiada delikatny skład. Według producenta żel pachnie orzeźwiająco i pobudzająco niczym świeże liście herbaty. Muszę się z tym zgodzić. Zapach jest bardzo przyjemny, świeży i herbaciany. Ja zresztą jestem „herbaciara”, bo jesienią i zimą 99% mojej dziennej „napitki” to herbata;) Herbata po stokroć;) Jak na naturalny żel przystało, zapach ten nie jest bardzo intensywny i nie utrzymuje się na skórze. To minusik, ponieważ w tym przypadku byłoby miło gdyby pachniał dłużej:) Żel posiada żelową, ale dość lejącą się konsystencję. Nie podrażnia i nie wysusza skóry, a za to przyjemnie ją wygładza;) Choć ja zawsze stosuję balsamy po kąpieli. Yope Yunnan naturalny żel pod prysznic to dobra opcja dla każdego typu skóry.


Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoamphoacetate, Lauryl Glucoside, Sodium Lauroyl Methyl Isethionate, Citric Acid, Sorbitan Sesquicaprylate, Camellia Sinensis Leaf Extract, Sodium Sunflowerseed Amphoacetate, Parfum, Glycerin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citral, Geraniol, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Hexyl Cinnamal, Limonene.

Dove żel pod prysznic Pink Clay


Dove żel pod prysznic Pink Clay opinie

Przywracający blask żel pod prysznic Dove różowa glinka występuje w różnych pojemnościach. Ja wybrałam mniejszą, czyli 250ml. Oprócz niego mamy jeszcze wersję z glinką zieloną;) Opakowanie żelu jest klasyczne dla Dove, czyli skromne, ale całkiem ładne. Bardzo lubię żele Dove, ponieważ skóra jest po nich milutka. Dlatego też skusiłam się na ten, który był nowością już chyba zeszłej zimy;) Żel pod prysznic Dove Pink Clay pachnie przyjemnie. Nie czuć takiej typowej glinkowej nuty, a bardziej tą charakterystyczną dla Dove, czyli taką świeżą, kremową, trochę mydlaną;) Osobiście lubię ten zapach, choć kiedyś wydawał mi się mdły;) Żel posiada kremową konsystencję, dobrze oczyszcza skórę i oczywiście jej nie podrażnia. Według mnie nawet nawilża i sprawia, że wygląda ona ładnie. 


Skład: Aqua, Sodium Hydroxypropyl Starch Phosphate, Lauric Acid, Sodium Lauroyl Isethionate, Sodium Isethionate, Zinc Oxide, Sodium Lauroyl Glycinate, Glycerin, Sodium Chloride, Stearic Acid, Helianthus Annuus Hybrid Oil, Hydrogenated Soybean Oil, BHT, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Benzoate, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Butylene Glycol, Tetrasodium EDTA, Citric Acid, Sodium Hydroxide, Parfum, Sodium Sulfate, Hydrated Silica, Bentonite, Alpha Isomethyl Ionone, Benzyl Alcohol, Citronellol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Linalool, CI 17200, CI 19140, CI 73360, CI 77891.

Oriflame mus pod prysznic Feel Good Be Happy


Oriflame mus pod prysznic Feel Good Be Happy

Oprócz żeli chętnie sięgam także po rozmaite pianki i musy pod prysznic. Jednym z nich był Oriflame mus pod prysznic Feel Good Be Happy. Jest to mus pod prysznic 2w1, który nie tylko oczyszcza ciało, ale i ułatwia golenie. W obu przypadkach sprawdza się dobrze, ale oczywiście warto dodać, że do golenia można użyć tak naprawdę każdej pianki, żelu, szamponu czy nawet odżywki do włosów. Po prostu każdy z tych produktów ułatwia maszynce poślizg;) Mus ma przyjemną puchatą konsystencję i białą barwę. Do tego posiada apetyczny zapach czerwonych pomarańczy i kurkumy, który utrzymuje się na skórze jeszcze po użyciu. Mus Oriflame również nie wysuszył i nie podrażnił mojej skóry. Dobrze spełniał swe zadanie, więc może wypróbuję jeszcze kiedyś inny wariant zapachowy. 


Skład: AQUA, DISODIUM COCOYL GLUTAMATE, COCO-GLUCOSIDE, BUTANE, GLYCERIN, COCAMIDOPROPYL BETAINE, ISOBUTANE, GLYCERYL OLEATE, PROPANE, PERSEA GRATISSIMA OIL, PEG-40 HYDROGENATED CASTOR OIL, PARFUM, PHENOXYETHANOL, CITRIC ACID, ETHYLHEXYLGLYCERIN, LIMONENE, CITRUS AURANTIUM DULCIS PEEL OIL, LINALOOL, BENZYL SALICYLATE, CITRUS LIMON PEEL OIL, PENTAERYTHRITYL TETRA-DI-T-BUTYL HYDROXYHYDROCINNAMATE, ELETTARIA CARDAMOMUM SEED OIL, CITRUS SINENSIS FRUIT EXTRACT, TOCOPHEROL, CANARIUM LUZONICUM GUM NONVOLATILES, HYDROGENATED PALM GLYCERIDES CITRATE, CURCUMA LONGA ROOT EXTRACT, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE

FA Foam & Oil Magnolia


FA Foam & Oil Magnolia opinie

Wydaje mi się, że częściej stawiam na zapachy owocowe lub smakowite typu kawa lub czekolada, ale pianka pod prysznic FA o dziwo skutecznie mnie zachęciła zarówno opakowaniem jak i zapachem (a mówiłam już, że nie lubię różu?:D). Formuła pianki zawiera w swoim składzie olej migdałowy, który chroni skórę przed wysuszeniem. Pianka ma fajną konsystencję, a zapach magnolii wyjątkowo przypadł mi do gustu. Mimo, że zwykle za nim nie przepadam. Nie zauważyłam tutaj wielkich właściwości pielęgnujących, ale pianka również nie wpłynęła negatywnie na stan mojej skóry. Była ona czysta i przyjemnie pachnąca:) 


Skład: Aqua Sodium Laureth Sulfate Butane Disodium Cocoamphodiacetate Cocamidopropyl Betaine Glycerin Prunus Amygdalus Dulcis Oil Helianthus Annuus Seed Oil Sodium Chloride Parfum Propane PEG-40 Hydrogenated Castor Oil PEG-60 Hydrogenated Castor Oil Isobutane Sodium Hydroxide Citric Acid Benzyl Alcohol Geraniol Citronellol Benzyl Salicylate Limonene Sodium Benzoate Sodium Salicylate


Znasz któryś z tych kosmetyków pod prysznic? Wolisz żele czy pianki?
Czytaj dalej »

niedziela, 1 grudnia 2019

Eveline Cosmetics Magic Mask Llama Queen i Cute Unicorn!

Na blogu rzadko pojawiają się maski w płachcie, bo jak już wspominałam, mój stosunek do nich jest taki, że zużyję i nie jest tak, że nie lubię. Ale sama formuła nie należy do moich ulubionych i muszę mieć „ten dzień” żeby po nie sięgnąć:) Jednak nowe Magic Mask od Eveline Cosmetics są tak słodkie, że postanowiłam poświęcić im sekundkę:) Jakie wrażenie zrobiły na mnie Cute Unicorn i Llama Queen?

Eveline Cosmetics Magic Mask

Eveline Cosmetics Magic Mask Llama Queen


Eveline Cosmetics Magic Mask Llama Queen

Maseczka przeznaczona jest do skóry mieszanej i normalnej ze skłonnością do błyszczenia (szczególnie w strefie T). Ma ona za zadanie przywrócić skórze równowagę i zapewnić efekt zmatowienia. Została ona nasączona skoncentrowanym serum zawierającym kompleks matujący, ekstrakt z czarnego ryżu, wakame i aloesu. Maseczka w formie płatu 3D matuje, wygładza, zmiękcza skórę oraz łagodzi podrażnienia. Cera jest po niej promienna, ale bez nieestetycznego błyszczenia i niedoskonałości. 


Skład: Aqua (Water), Glycerin, Butylene Glycol, Glycereth-26, Betaine, Panthenol, Camellia Sinensis Leaf Extract, Sesamum Indicum (Sesame) Seed Extract, Glycine Max (Soybean) Seed Extract, Oryza Sativa (Rice) Extract, Undaria Pinnatifida Extract, Laminaria Japonica Extract, Hizikia Fusiforme Extract, Propylene Glycol, Ribes Nigrum (Black Currant) Fruit Extract, Vitis Vinifera (Grape) Seed Extract, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extract, Aronia Melanocarpa Fruit Extract, Euterpe Oleracea Fruit Extract, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Carbomer, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Polysorbate 80, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Artemisia Princeps Extract, Allantoin, Dipotassium Glycyrrhizate, Disodium EDTA, Sodium Hyaluronate, Charcoal Powder, Volcanic Ash Extract, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, 1,2-Hexanediol, Parfum (Fragrance), Sodium Hydroxide, Caviar Extract, Ethylhexylglycerin, Linaloo

Jak już zdążyłam wspomnieć, maska Eveline Cosmetics Magic Mask Llama Queen została opakowana w zieloną saszetkę z wizerunkiem słodkiej lamy z pokaźnymi rzęsami (to pewnie przedłużane;)). Trochę mi się nie podoba podwójne L w nazwie, lepiej brzmiałoby po prostu lama;) Llama trochę boli mnie w oczy:D Swoją drogą pamiętacie Familiadę? Więcej niż jedno zwierzę to…? Lama:D Saszetkę łatwo otworzyć przy użyciu rąk, ponieważ na opakowaniu mamy wygodne „nacięcie”. Wewnątrz znajduje się złożona w kostkę płachta 3D, która wygląda uroczo:) Choć na mnie nie aż tak bardzo, ponieważ praktycznie każda płachta jest na mnie zbyt duża i tym samym nie mogę jej tak perfekcyjnie umieścić na twarzy;) Ta jest dość dobra na szerokość twarzy, nawet mogłaby być odrobinę szersza, ponieważ nie sięgała początku ucha, ale jest zbyt długa. Maski w płachtach zawsze nachodzą mi na nasadę włosów i wystają jeszcze poza brodę, więc zwykle muszę je trochę zaginać;) Tkanina, z której została wykonana maska nie należy do tych najcieńszych i delikatnych. Jest raczej nieco sztywniejsza. Zapach według mnie bliżej nieokreślony z lekko ziołowo-alkoholową nutką. Maskę nakładamy na 15 minut, a pozostałości serum lekko wklepujemy w skórę lub przecieramy wacikiem. Maska nie jest z takich aż kapiących esencją, więc po jej użyciu resztki możemy spokojnie wklepać. Po wchłonięciu się skóra rzeczywiście jest matowa, gładka i taka bardziej jednolita. Całkiem przyjemny efekt. Spoko lama. A przepraszam – Llama;)

Eveline Cosmetics Magic Mask Cute Unicorn


Eveline Cosmetics Magic Mask Cute Unicorn

Maska z jednorożcem posiada działanie oczyszczające. Wspomaga redukcję niedoskonałości i zaskórników, a także zapewnia skórze detoks. Maska w płacie 3D nasączona została skoncentrowanym serum zawierającym kompleks oczyszczający, ekstrakt z orchidei, ogórka i białej wierzby. Po aplikacji skóra jest czysta, świeża i gładka, a niedoskonałości ukojone. 


Skład: Aqua (Water), Glycerin, Butylene Glycol, Glycereth-26, Betaine, Panthenol, Xanthan Gum, Cucumis Sativus (Cucumber) Fruit Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract, Phenoxyethanol, Carbomer, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Polysorbate 80, Phalaenopsis Amabilis Extract, Calanthe Discolor Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Artemisia Princeps Extract, Allantoin, Dipotassium Glycyrrhizate, Disodium EDTA, Pinus Densiflora Extract, Cymbidium Kanran Extract, Salix Alba (Willow) Bark Extract, Hydrolyzed Collagen, Glyceryl Acrylate/Acrylic Acid Copolymer, Propanediol, Parfum (Fragrance), Sodium Hydroxide, Linalool, Limonene.

Maska w płachcie Eveline Cosmetics Magic Mask Cute Unicorn prezentuje się cudnie;) Jest zdecydowanie bardziej urocza od naszego łódzkiego pomnika jednorożca, który jest taki szary;) Jeśli chodzi o kwestie techniczne, czyli wielkość i miękkość płachty to jest tak samo jak w przypadku lamy. Unicorn jest po prostu bardziej kolorowy;) Producent zaleca nałożyć płachtę na 15 min, a pozostałości serum wklepać lub zmyć letnią wodą. Ta wersja płachty według mnie była nieco mocniej nasączona, ale na szczęście nadal nie tak żeby aż z niej kapało;) Zapach Magic Mask Cute Unicorn jest według mnie kwiatowo-owocowy bez wyczuwalnej alkoholowej nutki. Bardzo przyjemny, pozostaje na skórze jeszcze przez jakiś czas po użyciu;) Po zastosowaniu moja cera rzeczywiście była bardziej oczyszczona i odświeżona, ale jednocześnie nawilżona i taka milutka w dotyku. Powiedziałabym więc, że jest to maska oczyszczająco-nawilżająca. 

Jeśli już sięgam po maski w płachcie to za zwyczaj są to wersje nawilżające, rozświetlające, rewitalizujące lub odżywcze. Oczyszczających i matujących masek w płachcie używam rzadko, ale muszę przyznać, że Magic Mask z Eveline Cosmetics całkiem miło mnie zaskoczyły. Szczególnie Cute Unicorn jest taka dość uniwersalna:) 


Znasz już Magic Mask Eveline Cosmetics? Wybrałabyś Cute Unicorn czy Llama Queen? A może nie używasz masek w płacie, więc na nic słodkie lamy i jednorożce? Daj znać!
Czytaj dalej »

czwartek, 28 listopada 2019

OH! Tomi pianka do mycia melon, masło tęcza i mydło panda!

Kosmetyki OH! Tomi są tak słodkie, że aż krzyczą: kup mnie! Użyj mnie, przecież wiem, że tego chcesz! Uroczy design ich opakowań oraz radosne zapachy zdecydowanie poprawiają humor i ubarwiają nasz świat (przynajmniej na czas stosowania;)). W ciągu roku miałam okazję poznać 3 produkty OH! Tomipiankę do mycia melon, masło do ciała tęcza i mydło w płynie panda. Jak wpłynęły na moje ciało i zmysły?;)

OH! Tomi kosmetyki

OH! Tomi pianka do mycia ciała melon


OH! Tomi pianka do mycia ciała melon blog

Pianka do mycia ciała występuje w uroczej puszeczce z błyszczącymi napisami i ptaszynką na nakrętce;) Do zużycia mamy 250ml żółtej pianki, która jest nieco chrupka, tzn. nie jest tak miękka jak klasyczne pianki Organique, albo pianka LaQ. Bardziej przypomina ona pianki peelingujące z Organique. Miałam zresztą wrażenie, że produkt jest lekko złuszczający;) Jeśli chodzi o zapach to w moim odczuciu przypomina peelingującą piankę cukrową Pinacolada;) Woni melona za bardzo w niej nie wyczuwałam. Niemniej sam kosmetyk bardzo polubiłam. Znalazł się zresztą wśród ulubieńców 2019. Produkt pozostawiał po sobie uczucie miękkości i gładkości oraz ładny, choć nie melonowy zapach. Chętnie wypróbuję inne warianty w przyszłości.  
OH! Tomi pianka do mycia ciała melon recenzja

Skład: Sodium Chloride, Glycerin, Aqua, Sodium Cocoyl Isethionate, Sorbitol, Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Propylene Glycol, Parfum, Phenoxyethanol, Denatonium Benzoate, Tetrasodium Edta, Hexyl Cinnamal, Linalool, Ci 19140.


OH! Tomi masło do ciała tęcza


OH! Tomi masło do ciała tęcza blog

Masło do ciała opakowane zostało w taką samą puszeczkę, ale z kotełkiem na nakrętce dla odmiany:) Pojemność to w tym przypadku 200g. Masło posiada zbitą konsystencję. Można powiedzieć, że tak zbitą jak w przypadku czystego masła shea. Powierzchownie jest gładkie, ale podczas rozsmarowywania po skórze można trafić na grudki. Ze względu na twardość nie jest łatwo nałożyć masełko. Głaskanie po powierzchni palcem w celu lekkiego roztopienia było dla mnie zbyt czasochłonne, więc albo wbijałam się w nie paznokciem odrywając porcyjkę, albo wkładałam zamknięte opakowanie do umywalki i odkręcałam gorącą wodę. Dzięki temu masło miękło i nawet częściowo się upłynniało zmieniając się w olejek, który można było już bardzo sprawnie rozprowadzić po ciele. 

Mam dwie wiadomości;) Dobra jest taka, że masełko fenomenalnie pachnie:) Naprawdę niepowtarzalnie, świeżo i radośnie mieszanką kiwi, arbuza i grejpfruta! Dla mnie mistrzostwo! W dodatku zapach utrzymuje się na skórze dobrych kilka godzin, a jednocześnie nie jest nadmiernie intensywny. Do tego masełko wspaniale odżywia, nawilża, wygładza i natłuszcza skórę, dając jej poczucie komfortu na dłużej. Z powodzeniem można je stosować na całe ciało łącznie ze stopami, bo świetnie je zmiękcza i odżywia. Po użyciu pozostałości masła zawsze wmasowywałam w dłonie, a następnie je myłam i mimo to były ładnie odżywione, tak jakbym nałożyła na nie jakieś niewidoczne rękawiczki pielęgnacyjne;) 

Zła wiadomość jest taka, że masło pozostawia na skórze błyszczący, tłustawy film, który naprawdę długo się wchłania! Dla osób, które mają awersję do jakichkolwiek filmów i warstewek na skórze, masełko OH! Tomi nie będzie, więc dobrym wyborem;) Sama też nie przepadam za długo wchłaniającymi się, tłustawymi masłami, ale przyznaję, że przez zapach i mocno regenerujące działanie byłam w stanie przymknąć na to oko. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy pójdzie na taki kompromis!:) 
OH! Tomi masło do ciała tęcza opinie

Skład: Butyrospermum Parkii Butter, Theobroma Cacao Seed Butter, Persea Gratissima Oil, Parfum, Lecithin, Ascorbyl Palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopherol, Limonene, Linalool, Geraniol, Citronellol, Citral, Benzyl Benzoate, Benzyl Alcohol, Eugenol.


OH! Tomi mydło w płynie panda
 
OH! Tomi mydło w płynie panda opinie

Mydło OH! Tomi opakowane zostało w niebieską butelkę z pompką, którą zdobi jakaś taka rozmaślona albo zaspana panda;) Pojemność to 300ml, więc jak na mydło to mogłoby być więcej;) Ja zużyłam je w niecałe 2 tygodnie, ale mydła schodzą u mnie naprawdę szybko. Zresztą mówiłam już, że mydło to dla mnie jeden z ważniejszych produktów. Mimo, że zawsze używam go głównie do mycia rąk:) Ale, że te myje często to potrzebuję zawsze co najmniej 1 mydło w kostce i 2 w płynie (do kuchni i do łazienki). Zapach mydła panda z OH! Tomi to według producenta słodkie, dojrzałe i lekko kwaskowate borówki i jeżyny. Zdecydowanie mogę się z tym zgodzić. Przyjemna woń, która ładnie odświeża i zostaje na dłoniach na dłużej:) Konsystencja mydła raczej z tych rzadszych. Mydełko jest na delikatniejszych detergentach i muszę przyznać, że nie wysusza skóry, a nawet ładnie ją wygładza sprawiając lekkie wrażenie nawilżenia. Bardzo miło się używało, nie mam zastrzeżeń do tego mydełka. Pomijając cenę, ponieważ kosztuje ok. 35zł, a ze względu na duże mydlane zużycia zwykle kupuję produkty z przedziału 3-6zł takie jak Isana albo pianki Cien. 


Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Lauryl Glucoside, Benzyl Alcohol, Coco Glucoside, Glyceryl Oleate, Parfum, Panthenol, Xanthan Gum, Rubus Villosus Fruit Extract, Vaccinium Corymbosum Fruit Extract, Dehydroacetic Acid, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Ci 14720, Ci 42090.


A Ty znasz już kosmetyki OH! Tomi? Któreś Cię zainteresowały?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 25 listopada 2019

Moje makijażowe dziwactwa – cała prawda o moim makijażu!

Ten temat chodził mi po głowie już od dawna i jestem ciekawa czy też tak masz, czy tylko ja jestem z jakiejś innej planety?;) Zresztą nie tak dawno robiłam test osobowości i wyszło mi, że tylko 0,8% kobiet ma taki sam typ osobowości jak ja. Szczerze? W ogóle mnie to nie zdziwiło:P Ale do brzegu! Makijaż nie przebiega u mnie „książkowo”, czyli wszelkie tutoriale z YT mogę sobie wsadzić między bajki, bo i tak robię po swojemu i robię to dziwnie;) Cały ten proces może wydawać się zaskakujący, ale jest w tym jakaś moja pokrętna logika. Mój wyjątkowy system utrudniania sobie życia:P


Jakie są moje makijażowe dziwactwa?

 

moje makijażowe dziwactwa

- Żeby pokazać cały kontekst sytuacyjny muszę zacząć od początku;) Zatem najpierw myję twarz łącznie z dokładnym opłukaniem oczu. Potem powinnam nałożyć pielęgnację i zasiąść przed toaletką. Ale… hola hola, do tego jeszcze długa droga;) 


- Pierwszym krokiem w moim makijażu jest malowanie rzęs tuszem. Normalni ludzie podobno zwykle robią to na koniec, gdy mają już nałożony podkład etc. Ale to nie ja;)


- Moje malowanie tuszem to raczej mazanie się nim, czyli oprócz tego, że mam podkreślone rzęsy to jeszcze arcydzieła współczesnej sztuki na górnej i dolnej powiece w pakiecie. Jak do tego doszło? Nie wiem, ale to dzieje się zawsze. Nie ma co ukrywać – jestem ofiarą tuszu:D Tutaj do akcji wkraczają patyczki kosmetyczne.  I to wcale nie te wąskie do korekty makijażu, a te klasyczne (grubsze). Wszak stwierdziłam, że cienki patyczek jest w tym przypadku zbyt powolny i mało ekonomiczny;) Potrzebna jest cięższa artyleria;) I nie to, że patyczkiem na sucho tak jak robią to dziewczyny, gdy trochę sobie „wyjadą” tuszem;) U mnie to nie jest trochę, więc zawsze nasączam patyczki płynem micelarnym i zmywam wszystkie czarne maziaje;) 


- Pozostawienie płynu micelarnego na twarzy niekiedy negatywnie wpływa na stan mojej cery, więc zaraz potem do akcji wkraczają moje własne palce:P Tylko bez skojarzeń:D Moczę palec wodą i przemywam powiekę górną oraz skórę pod oczami tak żeby w miarę możliwości nie zalać rzęs:P 


- Biorę na palec ręcznik do wycierania twarzy i precyzyjnie osuszam powieki, a następnie skórę pod oczami.


- Podczas tej jakże skomplikowanej akcji doprowadzania powiek do ładu zawsze mam okazję przemyśleć swoje życie, albo wpadam na jakiś „złoty pomysł”, więc często nie jest to taki zupełnie stracony czas;) Nie bój żaby:D


- Teraz nakładam krem pod oczy, który podobno u innych jest ostatnim krokiem w pielęgnacji. Ale wiadomo, że muszę inaczej;) Jeśli mam ochotę to przed nałożeniem kremu pod oczy zastosuję też tonik lub esencję na te okolice. Wszystko zależy od tego, czego aktualnie używam i jak dobrze się ze sobą łączy.


- Następnie wylewam na wacik tonik i przecieram twarz z pomięciem strefy pod oczami, na której mieszka już sobie krem etc;)


- Czasami po toniku nakładam esencję, a czasami esencja jest u mnie już zamiast toniku (zależy od produktu).


- Nakładam serum, a następnie krem. Choć czasami tych kroków jest mniej lub więcej zależnie od tego, co ciekawego akurat mam w swojej pielęgnacji. Mniejsza o to:) 

- Między poszczególnymi etapami pielęgnacji co i rusz myję ręce, bo np. nie odkręcę słoiczka kremu ręką, którą przed chwilą nakładałam serum;) A wiem, że niektórym krzywda umyć ręce nawet po samym kremie:D 

- Gdy już mam nałożoną pielęgnację to jeszcze sobie przejadę pod oczami i trochę po twarzy moim masażerem Foreo Iris, bo jak kupiłam to używać muszę. Jasna sprawa;) Chyba, że akurat mi się nie chce to okay.
dziwne makijażowe nawyki blog

- Maluję brwi. Czasami robię to jeszcze w łazience, a czasami już przy toaletce;) 


- Teraz balsam do ust, bo nie lubię mieć takich bez niczego;) Jeszcze mi uschną podczas makijażu;)


- Jeśli chodzi o mój toaletkowy rytuał makijażowy często jeszcze poprzedniego dnia wieczorem wyjmuję lustro, ponieważ to moje podświetlane, które wisi na ścianie jest mimo wszystko trochę za daleko w stosunku do mojej siedzącej postaci;) Zawsze też podstawiam sobie lampkę i wyginam ją tak żeby mi było wygodnie. Ma świecić po ryjku;) Na toaletce układam zwykle ze 2 chusteczki żeby za bardzo jej nie uświnić;) Między kolejnymi krokami w makijażu wycieram też palce w chusteczkę. 


- Nakładam korektor pod oczy, zwykle wklepując go palcami. 

- Lekko przypudrowuję korektor używając do tego pędzelka do korektora;)


- Jeśli chcę użyć cieni do powiek to teraz jest ich pora:D Nie szkodzi, że już wcześniej pomalowałam rzęsy tuszem:P Najpierw więc nakładam bazę pod cienie tak żeby nie umazać nią rzęs. A następnie staram się nałożyć cienie tak żeby w miarę możliwości nie nasypać na rzęsy;) Robię to palcami albo pędzlami zależnie od tego jaka wizja przyjdzie mi do głowy;)


- Po makijażu oczu przechodzę do makijażu twarzy i jak już od dawna wiecie – zwykle zamiast podkładu nakładam sam puder. Czasami wcześniej używam jeszcze trochę bazy pod makijaż, ale nie jest to regułą. 


- Po pudrze nakładam róż albo bronzer (mam szczupłą twarz i nie potrzebuję konturowania, więc raczej nie aplikuję obu produktów razem).


- Teraz pora na trochę blasku, czyli rozświetlacz. Nakładam go powyżej kości policzkowych, czyli jak normalny człowiek dla odmiany:) Jeśli mam ochotę to trochę na nos plus ewentualnie dokładam pod brwi oraz kąciki oczu. 


- Na koniec nakładam trochę pudru wykończeniowego. Nic nie szkodzi, że puder na puder, bo u mnie to się sprawdza;) A jeśli zamiast pudru lub minerałów zaszczytu dostąpił podkład (zdarza się tak, gdy jakiś szczególnie polubię) to nakładam puder wykończeniowy od razu po aplikacji podkładu i jeszcze przed nałożeniem różu oraz rozświetlacza;)


- Jeśli mam ochotę na szminkę lub błyszczyk to teraz jest na to pora;) 


Tak wygląda mój typowy codzienny makijaż totalnie krok po kroku. Jak widać jest on niczym maraton z przeszkodami:P 

Daj znać czy też masz jakieś dziwactwa i odchyły czy może robisz wszystko idealnie niczym Make-Up Artist?:D 

Zobacz też: 


Czytaj dalej »

piątek, 22 listopada 2019

SHANGPREE S-Energy Intensive Hydro Cream i SHANGPREE Gold Solution Care Eye Cream – złota pielęgacja twarzy oraz skóry pod oczami!

Niedawno natknęłam się na koreańską markę SHANGPREE, która można powiedzieć, należy już do sektora kosmetyków premium. Całkiem łakomy kąsek;) Zwłaszcza zważywszy na to, że została ona już wprowadzona do sprzedaży w polskich sklepach online;) Oczywiście z odpowiednią przebitką cenową, ale nie ma co się dziwić;) Mój duet do pielęgnacji twarzy i okolic oczu, czyli SHANGPREE S-Energy Intensive Hydro Cream i SHANGPREE Gold Solution Care Eye Cream pochodzi jednak z Jolse. Jak sprawdził się u mnie złoty krem do twarzy i pod oczy marki Shangpree? Jest prestiżowo czy może jedynie przeciętnie?

SHANGPREE S-Energy Intensive Hydro Cream


Jest to wielozadaniowy krem o właściwościach intensywnie nawilżających. Dlaczego wielozadaniowy? Otóż możemy go wykorzystać jako krem nawilżający, maskę całonocną czy nawet krem do masażu twarzy. Jego zaawansowana formuła zawiera m.in. ekstrakty roślinne z lawendy, z korzenia tarczycy bajkalskiej, z mięty zielonej, z szałwii oraz z pysznogłówki szkarłatnej. Krem wzmacnia barierę ochronną skóry zwiększając jej zdolność do zatrzymywania wilgoci. Wygładza też strukturę skóry sprawiając, że wygląda ona młodziej, bardziej promiennie i witalnie.

Skład: Water, Dipropylene Glycol, Caprylic/Capric Triglyceride, Cyclopentasiloxane, Glycerin, PEG-100 Stearate, Stearic Acid, Hydrogenated Polyisobutene, Polysorbate 60, Cetyl Alcohol, Beeswax, Sodium Hyaluronate, Sorbitan Stearate, Scutellaria Baicalensis Callus Culture, Oxygen, Lavandula Angustifolia (Lavender) Extract, Origanum Vulgare Leaf Extract, Mentha Viridis (Spearmint) Extract, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract, Monarda Didyma Leaf Extract, Xanthan Gum, Dipotassium Glycyrrhizate, Disodium EDTA, Carbomer, Glyceryl Stearate SE, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Camellia Japonica Seed Oil, BHT, Triethanolamine, Caprylyl Glycol, 1,2-Hexanediol, Aniba Rosaeodora (Rosewood) Wood Oil

Złoty krem do twarzy Shangpree występuje w eleganckim słoiczku, który posiada dodatkową osłonkę, a także szpatułkę do aplikacji samego kosmetyku. Opakowanie jest dobrze wykonane, nic złego się z nim nie dzieje i samo w sobie cieszy oko swą złocistością;) Pojemność to oczywiście standardowe 50ml. Zaraz po otwarciu lekko zaskoczyła mnie konsystencja. Nie wiem dlaczego, ale wydała mi się bardzo gęsta. W rzeczywistości jednak krem pięknie się rozprowadza, wręcz ślizga się po skórze. Dlatego od razu załapałam, dlaczego polecany jest również jako produkt do masażu:) On jest do tego wręcz stworzony. Żeby jeszcze tylko chciało się wykonywać taki codzienny masaż anti-age z prawdziwego zdarzenia;) A niestety często się nie chce;) Zapach kremu jest z cyklu „gdzieś już to grali”, a dokładniej, w co najmniej kilku innych koreańskich kremach do twarzy;) Jest to więc nuta lawendy i delikatnych ziółek, którą nader często w tym roku spotykałam w produktach do twarzy. Przez tą częstotliwość zapach lawendy przestał już na mnie robić negatywne wrażenie, a nawet w jakimś sensie go polubiłam, ponieważ zaczął mi się kojarzyć z dobrymi kosmetykami do twarzy. Warto też dodać, że zapach jest delikatny i wyczuwalny jedynie podczas smarowania oraz krótką chwilę później. Tak więc gdyby komuś nie odpowiadał to przy tak niewielkiej intensywności i trwałości jest do przeżycia. Z racji mnogości ekstraktów roślinnych zawartych w kremie, przed ewentualnym zakupem polecam upewnić się, że nie masz alergii na któryś ze składników. Tego typu formuły kuszące wieloma składnikami mają swoje zalety, ale zdecydowanie nie każdemu będą służyć.  Ja sama nie mam skłonności do alergii, więc nie przyglądałam się temu wnikliwie.

Cóż można zatem powiedzieć o działaniu SHANGPREE S-Energy Intensive Hydro Cream? Krem jest milutki. Jego rozprowadzanie po skórze to sama przyjemność. Aplikacja przebiega tak gładko i czule jakbyśmy mieli do czynienia z jakimś delikatnym olejkiem. Krem nie jest jednak tłusty i nawet w najmniejszym stopniu nie pozostawiał uczucia lepkości na mojej mieszanej cerze. Zostawiał na niej jednak pewną dozę połysku. Przy stosowaniu na noc mi to nie przeszkadzało. Pod makijaż też nie, ponieważ bardzo ładnie dogaduje się z pudrami i podkładami. Trochę gorzej w przypadku dnia bez makijażu. Nie był to też taki znowu smalcowy blask;) Ale błyszczało się zdecydowanie bardziej niż ustawa przewiduje. Dlatego w moim przypadku pomocne było dociskanie wklepanego kremu dłońmi. U mnie ten patent zawsze działa. Chyba, że przesadzę z ilością. W kwestii efektów nie mam zastrzeżeń. Solidne wygładzenie, nawilżenie i bardziej promienna cera to obietnice, które zostały naprawdę spełnione:) Ponadto krem bardzo dobrze dopełnia pielęgnację idealnie współgrając z wynalazkami typu esencja czy mgiełka.


SHANGPREE Gold Solution Care Eye Cream


SHANGPREE Gold Solution Care Eye Cream

Posiada działanie regenerujące. Do głównych składników należą – złoto (opóźnia proces starzenia, rozświetla, rozjaśnia i nawilża), wyciąg z czerwonego żeń-szenia (właściwości antyoksydacyjne) oraz kompleks peptydowy (modeluje kontur twarzy). Formuła kremu ma za zadanie odżywiać okolice oczu przywracając im młodzieńczy blask. 
SHANGPREE Gold Solution Care Eye Cream krem pod oczy

Skład: Water, Caprylic/Capric Triglyceride. Fersee Gratissima (Avocado) Oil. ButYle ne. Glycol, Sorbitan Stearate, Glycerin. Silica. Glyceryl Stearate SE. PEG-40. Steerate, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil. Olea Europaea (Olive) Fru it Oil, Palmitoyl pentapeptide-4. Acetyl Hexapeptide-8. Padrritoyl Tripeptide -1. Copper Tripeptide-1, Gold, Sodium Hyalurcrele. Scutellaria Beicalensis Root, Extract. Panax Ginseng Root Extract, Tocopheryl Acetate. Menthe V Wicks (Spearmint) Extract, Salvia Of ficinalis (Sage) Leaf Extract. Lavandula A ngustifolia (Lavender) Flower/Leal/Stern Extract, Origanum Vulgate Leal Ext ract, Monarda Didyrna Leal Extract. Illicium Verum (Arise) Fruit Extract, Lay andiJa Angustidolia (Lavender) Oct. Adenosine, Allantoin. Sodium Lactate, B eeswax, Trcmethanine. Carbomer. Cetearyl Alcohol. Fblysorbate €0. PalYa crylate-13. Scrbitan Sesquioleate. Polyiscbutene. Fblysorbate 20, 1,2 Hexa Caprylyl Glycci
Shangpree krem pod oczy

Krem pod oczy Shangpree występuje w złotej tubce o pokaźnej gramturze. Tak – całe 30ml. W razie potrzeby możemy go więc wykorzystać nie tylko pod oczy, ale i na inne partie twarzy. Tubka posiada zwężone zakończenie, dzięki czemu krem możemy aplikować bardzo precyzyjnie. Posiada on białą barwę i dość lekką konsystencję. Trochę się jednak marze podczas smarowania, więc trzeba go ładnie wklepać żeby nie pozostały białe ślady. 


Zapach jest niemal identyczny jak w przypadku kremu do twarzy, czyli z lekko lawendową nutką. Jest on jednak jeszcze subtelniejszy i niedrażniący. 
Krem pod oczy Shangpree

Krem pod oczy Shangpree szybko się wchłania. Bardzo dobrze nadaje się pod makijaż, gdyż korektor się na nim nie roluje. W kwestii rozjaśniania nie jest aż tak dobrze jakbym chciała, ale przywykłam do tego, że z moimi cieniami nic nie radzi sobie w sposób spektakularny. Jestem więc zadowolona nawet gdy zauważę niewielkie rozjaśnienie strefy pod oczami – tak jak w tym przypadku. Bardzo ważna rzecz – krem nie powoduje u mnie łzawienia ani powstawania krostek. Jeśli chodzi o pozostałe efekty to jest dobrze. Skóra wydaje mi się bardziej zwarta i sprężysta, a także gładsza. Nawilżenie na wysokim poziomie:) Dobrze współpracuje także z moim masażerem Foreo Iris. Co do przywrócenia młodzieńczego blasku, trudno stwierdzić. Ale nadal nie chcą mi sprzedać kuponu Lotto bez okazania dowodu w tych kolekturach, w których mnie nie znają, więc może coś jest na rzeczy:D

Kosmetyki Shangpree jak już wspomniałam znajdziecie np. na Jolse.


Znasz już kosmetyki Shangpree?
Czytaj dalej »