Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki i poradniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki i poradniki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 maja 2018

Barbara Kwiatkowska - Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie Inspiracje

Niedawno ukazała się nowa książka autorstwa Barbary Kwiatkowskiej - Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie Inspiracje, mająca być niejako kontynuacją pierwszej tj. Skóra: azjatycka pielęgnacja po polsku, z którą niestety nie miałam okazji się zaznajomić. Ale zawsze można nadrobić:) Co znajdziemy w najnowszej pozycji autorki?

zdjęcie przedstawiające książkę Barbary Kwiatkowskiej Pielęgnacja skóry przez cztery pory roku. Azjatyckie Inspiracje

Poradnik jest ładnie wydany. Podoba mi się jego format, okładka ze względu na połączenie kolorów, a także czytelna czcionka, tabele i ilustracje, które urozmaicają treść. Książka posiada 271 stron łącznie z bibliografią. Materiał, który w niej znajdziemy został bardzo przejrzyście i logicznie rozdzielony. Lubię gdy dane są uporządkowane i ładnie wyeksponowane! Jeśli chodzi o samą autorkę to od razu wyczułam, że jest to kobieta, która twardo stąpa po ziemi i nie boi się wyrażać swojego zdania oraz obalać mitów. Gdy coś jej się nie podoba albo uważa za mało skuteczne, pisze o tym wprost. Podoba mi się to, ponieważ lubię osoby zdecydowane i pewne swego.  Sama zresztą mam bardzo podobnie. Coś się komuś nie podoba? Trudno. I tak powiem co zechcę.

Co znajdziemy w poradniku?



Wiele praktycznych informacji jak np., różnica między olejkami myjącymi, a OCM. Azjatki stosują przede wszystkim olejki myjące, czyli takie, które w swoim składzie zawierają emulgatory. Sama autorka również zdecydowanie poleca tę formę oczyszczania zamiast metody OCM. I zgadzam się z tym również ja. Do wyrażenia swojego zdania została tutaj wywołana autorka bloga Kociamber w podróży, według której olejki azjatyckie są przyjemne w użyciu lecz słabe jakościowo ze względu na skład, w którym często brakuje naturalnych olejów. Zamiast nich bardziej poleca ona olejki polskich marek takich jak Vianek, GoCranberry, czy Miya Cosmetics. Ten ostatni sama również polecam:) 

Książka została podzielona również według pór roku – wiosna, lato, jesień, zima, w których znajdziemy porady dotyczące tego jak pielęgnować cerę zależnie od pory roku oraz warunków atmosferycznych i potrzeb. 


Latem nasza cera potrzebuje lżejszych, ale jednocześnie dobrze nawilżających formuł, ponieważ „chce pić” podobnie jak nasz organizm. 


Wiosna jest bardzo dobrym czasem na wszelkie kuracje rozświetlające np. przy użyciu kosmetyków z witaminą C. 


Zimą ubieramy się na cebulkę, więc również nasza cera potrzebuje nieco „cieplejszej” ochronnej kołderki;) Zwłaszcza, że jesteśmy wtedy narażeni na ciągłe zmiany temperatur. Od mrozu na zewnątrz po ogrzewane pomieszczenia, więc nasza skóra i naczynia muszą pracować na podwyższonych obrotach, co często może powodować uczucie dyskomfortu.  

Jesień jest natomiast idealnym czasem na walkę z przebarwieniami, kuracje złuszczające, wprowadzenie kwasów i retinolu. Tym bardziej, że jesienią często więcej czasu spędzamy w domowych pieleszach, więc mamy większą ochotę na dogadzanie swojej skórze poprzez różne pielęgnacyjne rytuały. Często po lecie można zauważyć, że piegi i przebarwienia są bardziej widoczne lub powstały nowe. Autorka wyjaśnia proces powstawania przebarwień, który niekiedy trwa latami, więc jeśli nie dorobiliśmy się przebarwień po lecie lub w związku z niedostateczną lub żadną ochroną UV to niestety nie oznacza to, że widoczna zmiana nie pojawi się dopiero za kilka lat. Dlatego też Barbara Kwiatkowska mocno rekomenduje stosowanie preparatów z filtrami UV przez cały rok. Według niej każda ochrona (nawet taka w postaci pudru) jest lepsza niż brak ochrony. Zwłaszcza, że nawet najwyższe dostępne faktory nie gwarantują w pełni stabilnej ochrony. Po części jest to związane z tym, że należałoby nakładać na twarz aż ¼ łyżeczki kremu z filtrem. Przy prawidłowej aplikacji krem z filtrem o pojemności 50ml powinien wystarczyć na 40-50 dni stosowania (m.in. dlatego często dziwi mnie kiedy ktoś twierdzi, że krem wystarcza mu na pół roku:D). W przypadku kremów z filtrem nakładanie takich ilości może być jednak problematyczne, ponieważ często mają one cięższą konsystencję, są tłuste lub bielą. A gdy nakładamy mniej to automatycznie zmniejsza się poziom ochrony i tak oto z np. przy użyciu SPF 50 uzyskujemy ochronę UVA na poziomie ok. 16. Jednak autorka pociesza, że nawet jeśli nakładamy mniej to i tak mamy plusa za to, że w ogóle je stosujemy. Lżejszymi konsystencjami mogą poszczycić się azjatyckie kremy z filtrami. Jednak na zimę autorka radzi wybrać filtry europejskie ze względu na to, że te azjatyckie są dostosowane do ciepłego i wilgotnego klimatu, a nie do zimowej polskiej aury. W dużej mierze przez to, że posiadają płynne formuły i wysoką zawartość alkoholu. Azjatyckie filtry mogą być jednak niezłym rozwiązaniem dla posiadaczy cer tłustych, choć i w tym przypadku podano, że można znaleźć odpowiednik na europejskim rynku w postaci matującej emulsji Vichy, która jest ulubionym filtrem Kociambra. 

W wielu miejscach znajdziemy przykłady konkretnych kosmetyków. Zarówno tych rodzimych producentów (w większości) a także koreańskich (według mnie tych podano trochę mniej). Są także przykłady planów pielęgnacyjnych na różne pory roku z uwzględnieniem konkretnych składników. Opis działania poszczególnych olejków czy maseł, a także kilka wskazówek dotyczących INCI.

W książce znajdziemy również rozdziały poświęcone masażowi twarzy, historii maseczek wraz z przykładami wykonania poszczególnych maseczek np. na bazie glinek. W tym również ciekawostkę zdradzającą, że już wkrótce marka Foreo wypuści swój nowy innowacyjny produkt o wdzięcznej nazwie UFO;) Trochę o zmarszczkach, a także o tym, że trzeba poświęcić zdecydowanie więcej uwagi na pielęgnację szyi i traktować ją z takim samym uczuciem jak skórę twarzy. A przede wszystkim dbać o jej odpowiednie nawilżenie i jędrność. Nie włączając jednak do pielęgnacji szyi takich produktów jak silnie oczyszczające maseczki mogące ją podrażnić. Odpowiednia pielęgnacja szyi jest obecnie szczególnie ważna gdyż mamy w zwyczaju wielogodzinne wpatrywanie się w ekrany naszych smartfonów przyjmując przy tym niezbyt komfortową pozycję zarówno dla kręgosłupa jak i skóry. Powoduje to szybsze starzenie się tej strefy. Jest także co nieco o zmarszczkach, a także zachęta do tego żeby korzystać poszewek z jedwabiu, gdyż nie odciskają się one na twarzy tak jak te bawełniane. Znajdziemy też chociażby różnicę między kosmetykami rozświetlającymi i rozjaśniającymi, a także odrobinę azjatyckich ciekawostek, czyli tych tytułowych azjatyckich inspiracji. Nie jest to jednak typowa książka o azjatyckiej pielęgnacji. Jest dużo takich wskazówek jak wykorzystać to co mamy dostępne w Polsce:)

Czy dowiedziałam się czegoś nowego z książki Barbary Kwiatkowskiej?



Przydadzą mi się niektóre wskazówki dotyczące INCI na wypadek gdym chciała wprowadzić do swojej pielęgnacji produkty zawierające konkretne składniki. A to dlatego, że jak wiecie nie jestem osobą radykalną w kwestii składów, więc nie poświęcam dużo czasu na analizę. Co za tym idzie, nie mam wszystkich oznaczeń w pamięci. 

Poza tym przyznaję, że nie dowiedziałam się niczego czego bym nie wiedziała. Jednak jest to dla mnie pozytywne, ponieważ oznacza, że swoje wiem:) A dzięki książce mogłam usystematyzować wiedzę i niejednokrotnie wypowiedzieć w myślach – a i owszem, zgadza się:) Nie wszystkie zawarte w książce pomysły wykorzystam, ponieważ np. nie jestem zwolenniczką pielęgnacyjnego DIY i częściej stawiam na gotowe produkty. Niemniej ta część może być inspiracją dla osób, które kręci „zrób to sam”;) 


Najbardziej jednak spodobało mi się obalanie mitów i cieszę się, że w końcu ktoś to zrobił jasno i dobitnie, ponieważ nóż mi się w kieszeni otwiera gdy słyszę takie „mądrości” jak to, że „skóra się rozleniwia” jeśli zbyt wcześnie sięgnie się po silniej działające kosmetyki np. przeciwzmarszczkowe. Powiedzmy, że 30-latka używa kremów z oznaczeniem 50+ na opakowaniu. Takie oznaczenie nic nie znaczy, ponieważ kremy powinno się dobierać do typu cery i potrzeb, a przecież mało prawdopodobne żeby każda osoba 50+ miała takie same wymagania. Podobnie jest w przypadku jedzenia. W restauracjach nie ma przecież osobnego menu dla 30+, 40+ etc. Autorka podkreśla, że tak naprawdę dorosła córka może używać tego samego kremu co jej dojrzała matka (jeśli jest on dopasowany do potrzeb obu). U córki może on stanowić formę prewencji przeciwzmarszczkowej. Skóra się nie rozleniwi, ponieważ kosmetyki nie penetrują jej na tyle głęboko. Poza tym przyswoi ona tylko tyle ile potrzebuje. Z reszty najwyżej nie skorzysta i nie przyzwyczai się. Mama natomiast może stosować w formie kuracji na istniejące już zmiany. Pani Barbara dostała pytanie w stylu czego mam używać w wieku 50 lat skoro już w wieku 30 używam np., kremów z retinolem. I odpowiedź brzmiała nadal kremów z retinolem;) Z wiekiem zmniejsza się skuteczność, ale nie jest to związane z rozleniwieniem skóry związanym z przyzwyczajeniem do silnych substancji w kosmetykach, a z tym, że z wiekiem dochodzi do spowolnienia naturalnych procesów regeneracji, które zachodzą u każdego. Dlatego ważna jest profilaktyka. Lepiej sięgnąć po takie kosmetyki wcześniej niż później. Sama to wszystko wiedziałam, ale nadal często spotykam się z takimi stwierdzeniami, więc jeśli ktoś nie ma przekonania żeby uwierzyć mi to może da się przekonać autorce poradnika;) 

Co mi się nie spodobało w tej pozycji?



Dość częste nawiązania do poprzedniej książki typu „ale to już wiecie ze Skóry”. Nie ma w tym nic złego, ponieważ jest wyraźnie napisane, że nowy poradnik jest czymś w rodzaju rozszerzenia, ale czułam się nieco zmęczona kilkukrotnie czytając o nawiązaniach. Zwłaszcza, że pierwszej książki nie czytałam. Nie zgodzę się też ze stwierdzeniem, że w Polsce jest nie do wyobrażenia żeby nie użyć toniku. Wręcz przeciwnie, ponieważ wiele pytań od moich Czytelników dotyczyło wątpliwości związanych ze stosowaniem toników. Często kobiety nie widzą sensu używania ani efektów więc bywa, że wydaje im się zbędny. Osobiście zawsze używam i rzeczywiście nie wyobrażam sobie inaczej, ale nie zgodzę się, że dotyczy to wszystkich z automatu;)

Czy polecam?



Owszem. W tej książce nie znajdziecie bezsensownych porad. Warto przeczytać w dwóch przypadkach: jeśli jesteście zagubieni w temacie pielęgnacji lub jeśli chcecie sprawdzić ile wiecie tudzież usystematyzować swoją wiedzę i skonfrontować z różnymi punktami widzenia. Poradnik jest bardzo przystępnie napisany, czyta się go naprawdę szybko. Mnie to zajęło jakieś 2h.


Pani Barbara bardzo rzetelnie podeszła do tematu pielęgnacji. Nie ma tutaj bezkrytycznego i bezrefleksyjnego polecania wszystkich azjatyckich inspiracji. Przeciwnie - dużo jest podane na chłodno. Książka zachęca do tego żeby dobrze poznać swoją skórę, a z azjatyckich metod dbania o nią wybrać to co najlepsze dla NAS. Nie musi to być koniecznie wszystkie 10 kroków. Osobiście podobało mi się również wspomnienie o wielu polskich kosmetykach, które znam i lubię. Jak np. olejek Miya albo Miejski krem ochronny Resibo.


Co sądzicie o najnowszej książce Barbary Kwiatkowskiej? Mieliście okazję już ją przeczytać?
Czytaj dalej »

sobota, 5 sierpnia 2017

Jakoś to będzie. Szczęście po polsku, czyli polska odpowiedź na hygge

Cześć Dziewczyny!
Jeśli już recenzuję książkę to za zwyczaj staram się żeby była ona spójna z tematyką mojego bloga, czyli przede wszystkim uroda i zdrowie;) Gdy jednak dostałam informację, że pojawiła się polska odpowiedź na hygge (którego lektury nie zaliczam do owocnej) to stwierdziłam, że sprawdzę co mają na ten temat do powiedzenia Polacy i tak trafiło do mnie „Jakoś to będzie. Szczęście po polsku”. Z czystej przekory!



Dlaczego duńskie hygge zupełnie do mnie nie przemówiło?


Zanim przejdę do „Jakoś to będzie” pozwolę sobie napisać kilka słów odnośnie „Hygge” autorstwa Marie Tourell.  Książkę tą zakupiłam spontanicznie pod wpływem zdjęć na instagramie jeszcze w ubiegłym roku. Pomyślałam, że skoro tak się zachwycają to i ja sprawdzę. A nuż dowiem się czegoś nowego na temat szczęścia? Choć w to już z góry powątpiewałam, ponieważ nawet studia filozoficzne nie przyniosły mi odpowiedzi na wiele fundamentalnych pytań, więc co dopiero książeczka na temat „filozofii” szczęścia?  Filozofii w cudzysłowie i przez małe „f” bo osobiście nie nazwałabym tego stricte filozofią;) No, ale przecież świat idzie z duchem czasu i pewne sprawy są coraz bardziej upraszczane tak żeby mogły z powodzeniem trafić do szerszego grona odbiorców i stać się bestsellerami. A to w dzisiejszych czasach nie byłoby tak łatwe w przypadku tradycyjnego dyskursu filozoficznego;) Utarło się, że w naszym pędzącym świecie nie ma czasu na górnolotne dywagacje i trzeba podawać ludziom proste rozwiązania, które nie wymagają od nich umiejętności analitycznego myślenia. Czy jednak wszystko to musi być banalne aż do bólu? Przeczytanie Hygge zajęło mi ok. godzinę i jedyną rzeczą, którą uznałam za przydatną był przepis na domowego Snickersa;) Piękna okładka, ale niestety puste wnętrze. Mnóstwo banałów i powtórzeń, a także odmiana słowa hygge przez chyba wszystkie możliwe przypadki;) Zaś samo hygge nudne i mdłe do granic możliwości. Sens tej książki można by było przedstawić na jednej stronie;)  Czy naprawdę tak wygląda szczęście? Dokąd zmierza ten świat skoro ludzie zachwycają się i inspirują tak marnymi książkami? Takie były moje refleksje po przeczytaniu Hygge.  Byłam naprawdę zdruzgotana, że można się czymś takim zachwycić. Zgadzam się, że w czasach, w których przyszło nam żyć każdy pędzi i trzeba trochę dopasować formułę tak aby była łatwa w odbiorze, co regularnie przecież czynię pisząc bloga (kto by mi to czytał gdybym pisała niczym nadęta dama?), ale jednocześnie uważam, że nadmierne uproszczenia nie są dobre. Książka powinna dawać nam coś więcej. A tego Hygge zdecydowanie nie czyni. 


Jakoś to będzie. Szczęście po polsku.


Zniesmaczona lekturą Hygge, postanowiłam się zapoznać z naszą polską koncepcją szczęścia;) Pokiwałam głową już na sam tytuł: Jakoś to będzie. Ile razy powtarzałam to zdanie? Ile razy powtarzaliście to Wy? Założę się, że niejeden, oj niejeden;) Niejednokrotnie czytając lub słuchając o czymś myślę sobie: „to takie polskie”. Dlatego byłam ciekawa czy autorom udało się dobrze zobrazować naszą naturę i temperament;)


Od razu zaznaczę, że w Jakoś to będzie widać pewną inspirację Hygge. Ładna twarda oprawa, niewielka objętość tekstu (niby 348 stron, ale ze względu na dużą ilość ilustracji, stron tytułowych oraz czcionkę – tekst można by zmieścić na niemalże połowie tych stron;)), jest też przepis – tym razem na chleb;) No i oczywiście prosty przekaz;) 

Czy zatem Jakoś to będzie jest kopią Hygge? Na szczęście nie. W porównaniu z Duńczykami, (choć trudno w to uwierzyć;)) Polacy są narodem o wiele bardziej dynamicznym i ta książka dość dobrze to obrazuje. Ze względu na swą nieskomplikowaną formułę nadal nie jest to pozycja najwyższych lotów, taka po której masz natłok myśli i nie możesz zasnąć, ale przemówiła do mnie o wiele bardziej niż Hygge. W Jakoś to będzie nie wałkuje się nieustannie jednego słowa. Znajdziemy tu zarówno wzmianki na temat kultury i historii, które w przystępny sposób subtelnie umacniają nasze poczucie tożsamości narodowej,  jak i elementy badań statystycznych oraz dawkę wypowiedzi znanych osób. A wszystko to okraszone nutką, nierzadko ironicznego humoru;) Podczas lektury dość często powtarzałam sobie w myślach: „no tak”, „tak było”, „coś w tym jest” albo „to takie polskie”;) 
Przytoczę Wam jeden fragment: „Jest i takie słowo, którego obcokrajowcy uczą się najszybciej. Usłyszane za granicą bezbłędnie pozwala namierzyć rodaków. W kraju zaś występuje nader często bo aż znajduje się w ścisłej czołówce użycia. To kurwa. I jak się nad tym zastanowić, nie ma w tym nic dziwnego. Jesteśmy przecież narodem żywiołowym i emocjonalnym. Zadziornym. Co za tym idzie nie stronimy od przekleństw.” I jak k… się z tym nie zgodzić?:)
W Jakoś to będzie nawet tytuły brzmią bardzo swojsko. Dla przykładu – Chlebem i solą, czyli gościnnie albo – Jeśli ktoś to zrobi, to Polacy, czyli z ułańską fantazją. To ostatnie jakże trafne. Często powtarzam, że zrobiłam coś z ułańską fantazją;) W Hygge nie ma dynamizmu. Są tylko świece, jedzenie i odpoczynek w domowym zaciszu pod miękkim kocykiem. U nas zaś to tak nie wygląda. Autorzy zauważyli zarówno niepodważalną skłonność narodu polskiego do narzekania jak i ogromną dozę zaradności, determinacji oraz pracowitości. Dość mocno podkreślona została też nasza różnorodność. Chociażby na przykładzie regionalizmów. Pierwszy przykład z brzegu: wychodzisz na – a) dwór b) pole c) plac? U mnie mówi się na dwór:)  Co jak co, ale trzeba przyznać, że Polacy nie są tak prostolinijni jak Duńczycy. Z jednej strony często powtarzamy sobie, że jakoś to będzie, ale z drugiej uwielbiamy narzekać, martwić się i stresować;) A kiedy jest dobrze zaraz mamy wrażenie, że coś nie gra;) Na dalszych stronach znajdziemy również ciekawostki na temat niektórych polskich miast, coś o modzie, o designie i oczywiście o jedzeniu;) 


Jakoś to będzie jest zbiorem felietonów podzielonym na 3 części. Zawiera mnóstwo anegdotek, wypowiedzi znanych dziennikarzy i artystów oraz wyniki badań. Większość z nich dla Polaków będzie czymś oczywistym, ale jako że książka nastawiona jest również na pozyskanie zagranicznych odbiorców to wiele rzeczy zostało przedstawionych w sposób dosadny;) Czy jednak odpowiada ona na pytanie czym jest szczęście? Nie do końca. Jakoś to będzie ma bardziej charakter otwartej dyskusji nad naszą polską mentalnością oraz tym co ją ukształtowało. Nie jest to typowy poradnik. Poza tym trudno byłoby zdefiniować czym jest szczęście z perspektywy wszystkich Polaków bo mimo wszystko każdy z nas jest inny;) Większość zagadnień została przedstawiona w telegraficznym skrócie, więc książkę czyta się szybko. W książce znajdziemy również dużo fotografii, które w odróżnieniu od tych, które znajdziemy w Hygge również są bardziej "żywe". A to dlatego, że zdjęcia w Hygge w większości wyglądają jak te, które możemy znaleźć na wszystkich tych blogach traktujących o minimalizmie. Natomiast w tych "naszych" jest więcej autentyzmu. 

Czytaliście Jakoś to będzie?
Czytaj dalej »

piątek, 15 lipca 2016

Tilar J. Mazzeo, Sekretne życie Chanel N˚5 + KONKURS / WYNIKI

Cześć Dziewczyny!
W 2009r perfumy Chanel N˚5 zostały okrzyknięte najbardziej uwodzicielskim zapachem świata! Mimo swojej przeszło 90-letniej tradycji zapach wciąż bije rekordy popularności. Podobno co 30 sekund gdzieś na świecie sprzedawany jest flakonik tych perfum! Używała ich nawet Marilyn Monroe, która zażartowała kiedyś, że jej nocna bielizna składa się jedynie z kilku kropel Chanel N˚5. Mimo, że Chanel N˚5 nie są „moim zapachem” i póki co nie wyobrażam sobie ich nosić, zawsze zastanawiał mnie fenomen tego zapachu. Skąd wzięła się jego popularność, czy to po prostu dobry marketing czy może coś więcej? Co stanowi o jego wyjątkowości i niebywałym sukcesie? Niedawno swoją premierę miała książka Sekretne życie Chanel N˚5 – pierwsza biografia najsłynniejszych perfum świata. Czy znalazłam w niej choć część odpowiedzi na moje pytania? 

Książka została oprawiona w minimalistycznym stylu, co w przypadku postaci samej Chanel wydaje się wręcz oczywiste. Znajdziemy w niej trochę oryginalnych czarno-białych ilustracji oraz bardzo dużo przypisów. Dzięki czemu osoby mocno zainteresowane tematem będą mogły postarać się dotrzeć przynajmniej do niewielkiej części tekstów źródłowych. Na okładce oraz zakładce znajdziemy również komentarz Katarzyny Tusk, która została Ambasadorką marki Chanel w Polsce.

Opowieść o narodzinach zapachu rozpoczyna się od dzieciństwa Gabrielle (jak podkreśla autorka jeszcze nie „Coco”) Chanel. Jej matka zmarła wcześnie pozostawiwszy po sobie trzy córki i dwóch synów. Ojciec nie poczuwał się do odpowiedzialności i pewnego razu wysłał synów do pracy, a córki porzucił w sierocińcu w Aubazine, gdzie od tej pory dorastała młoda Gabrielle. Już wtedy Chanel zaczęła uczyć się szyć. Miała też wyjątkowo wyczulony zmysł powonienia. Aubazine pachniało dla niej czystością, różnorodnymi kwiatami, świeżym praniem, ciałami wyszorowanymi mydłem… Zachwycała ją prostota architektury opactwa, co niewątpliwie wpłynęło na jej zamiłowanie do minimalizmu. Chanel fascynowało również znaczenie liczb. Za liczbę najdoskonalszą i swój osobisty szczęśliwy talizman uważała liczbę 5. Miała na tym tle nawet lekką obsesję;) Nawet wróżbita przepowiedział jej, że 5 jest dla niej szczęśliwą liczbą, a ona w to uwierzyła. Jak się okazuje słusznie, ponieważ to zapach Chanel N˚5 przyniósł jej fortunę;) Po osiągnięciu pełnoletniości Gabrielle miała do wyboru pozostać w opactwie i wieść skromne życie lub ruszyć świat. Ta pełna życia kobieta nie wyobrażała sobie zostać np. zakonnicą więc oczywistym był dla niej wybór tej drugiej drogi. Początkowo próbowała swoich sił jako szansonistka w nocnych klubach (tam też narodził się przydomek Coco) lecz nie miała wystarczająco dużo talentu aby osiągnąć coś więcej np. jako wokalistka, tancerka lub aktorka. W sierocińcu pozyskała umiejętności krawieckie więc ostatecznie postanowiła pójść w tym kierunku i w 1913r otworzyła swój pierwszy sklep z kapeluszami.


Wpływ na ostateczną formę perfum miało nie tylko dzieciństwo w Aubazine i symbolika liczb, ale także jej dość skomplikowane związki z mężczyznami. Przez wiele lat kochankiem Coco był Etienne Balsan. Coco przez parę lat była jego utrzymanką i tzw. drugą stałą kochanką. Pierwszą była Emilienne, która zachwycała Coco swoim zapachem. Mimo, że była kurtyzaną nie pachniała jak pozostałe kurtyzany. Dziś chciałoby się rzec – ekskluzywna prostytutka;) Większość utrzymanek przewijających się przez mury posiadłości Balsana wybierało ciężkie, „zwierzęce” zapachy wzbogacone piżmem i jaśminem. Dlatego tego typu wonie uważano za zapachy silnie seksualne i odpowiednie dla frywolnych kobiet;) Szanujące się kobiety z dobrych domów miały używać jednorodnych zapachów kwiatowych. Mogły pachnieć np. różami lub fiołkami. Emilliene mimo bycia kurtyzaną zdawała się jednak przełamywać pewne schematy. Nie udawała niewiniątka więc nie pachniała kwiatami, ale nie pachniała też jak pozostałe utrzymanki. Wybierała zapachy lekkie, pachniała czystością i świeżo umytymi włosami;) Chanel wydawała się być nią głęboko zafascynowana;) Po latach spędzonych w posiadłości Balsana Chanel uzmysłowiła sobie, że nigdy nie będzie dla niego kimś więcej niż utrzymanką i można powiedzieć, że dość płynnie została kochanką Arthura Boya Capela. Ten związek również nie był z happy endem, ponieważ mężczyzna ten mimo, że kochał Coco postanowił ożenić się z tzw. dziewczyną o nieposzlakowanej opinii;) Coco pozostawała więc jedynie rola kochanki niemogącej się do końca zdecydować czy dalej tkwić w tym układzie. Pewnego dnia mężczyzna zginął w wypadku samochodowym. Coco bardzo to przeżyła lecz postanowiła w końcu urzeczywistnić swoje marzenia o zapachu idealnym. Miał być to zapach pełen sprzeczności – seksowny i zmysłowy, pachnący rozgrzaną pościelą, a jednocześnie czysty. Coco często powtarzała też, że kobieta nie powinna pachnieć kwiatami, kobieta powinna pachnieć kobietą. Chanel N˚5 stał się symbolem luksusu, ale tak naprawdę narodził się również z kompleksów porzuconej Coco, bólu i utraconej miłości. Zapach ten stworzył dla Chanel perfumiarz Ernest Beaux. Perfumiarz dał do wyboru Coco 10 ponumerowanych fiolek. Gdy doszło do nr 5 projektantka już bez wahania wiedziała, że to właśnie ten zapach! Co ciekawe powstały one niejako przez pomyłkę, ponieważ asystent perfumiarza dodał do nich zbyt dużą ilość aldehydów;)


Zapach został bardzo dobrze przyjęty i mimo praktycznie zerowej reklamy po swojej premierze od razu stał się obiektem pożądania kobiet oraz żołnierzy, którzy pod koniec wojny stali w ogromnych kolejkach by móc przywieźć swoim żonom i matkom flakonik perfum;) 

To oczywiście nie koniec historii, która wbrew pozorom chwilami jest dość zaskakująca. Są tam wątki historyczne, trochę chemii, trochę strategii biznesowych, które nie zawsze były korzystne i jeszcze więcej mężczyzn Coco. Choć nie ma tam wątków typowo romantycznych ani "lania wody".  Nie chcę jednak wszystkiego zdradzać, ponieważ książka zawiera naprawdę sporo faktów i wyszłaby mi z tego epopeja gdybym chciała dokładnie przeanalizować każdy wątek;) Dlatego mam dla Was dwa egzemplarze książki! Można ją też oczywiście zamówić na stronie wydawnictwa ZNAK. 

A na koniec wspomnę tylko, że książka spodobała mi się zdecydowanie bardziej niż film Coco Chanel z 2009r, w którym tytułową rolę zagrała Audrey Tautou.  

Regulamin

Konkurs trwa od 15.07 do 8.08.2016r. Z przyczyn niezależnych konkurs przedłużony do 15.08.2016r. Sponsorem nagród jest Wydawnictwo Znak. Natomiast organizatorem konkursu jest autorka bloga. Aby wziąć udział w konkursie wystarczy być publicznym obserwatorem bloga dołączając do grona obserwatorów po prawej stronie na pasku bocznym oraz zgłosić chęć udziału poprzez wypełnienie formularza. Nie trzeba posiadać bloga, wystarczy mieć konto Gmail. Spełnienie pozostałych warunków, czyli np. polubień na profilach społecznościowych będzie mile widziane lecz nie jest obowiązkowe (IG, FB). Wyniki ukażą się jako edycja tego wpisu w ciągu max. 7 dni od daty zakończenia konkursu. Nagrody wysyłam ja za pośrednictwem Poczty Polskiej w ciągu 14dni od otrzymania danych do wysyłki na mój adres mailowy secretaddiction86@gmail.com. Na dane czekam 3 dni. Wysyłka wyłącznie na terenie Polski. W przypadku braku zgłoszenia w ciągu 3 dni, wyłoniony zostanie kolejny zwycięzca.

* Obserwacja bloga - pole "dołącz do tej witryny" na pasku bocznym jest warunkiem obowiązkowym. Dołączenie do obserwatorów nie jest możliwe z poziomu z urządzeń mobilnych, a jedynie z komputerów. Proszę nie wpisywać w pole Obserwuję jako: nie mam, nie posiadam. Takie zgłoszenia nie będą brane pod uwagę. Aby zaobserwować bloga wystarczy posiadać konto Gmail i postąpić zgodnie z instrukcją napisaną wyżej.



Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr. 4, poz. 27 z późn. zm).

Do wygrania również cienie Provoke, WYNIKI - KLIK!

Mieliście okazję zapoznać się z tą pozycją? Jakie są Wasze odczucia względem zapachu Chanel N˚5 zwanego niekiedy też... le monstre?:) Jesteście jego fankami czy może tak jak ja jeszcze nie wyobrażacie sobie go nosić?;)


Edit. Z przyczyn niezależnych konkurs przedłużony do 15.08.2016r. 

Edit. 16.08 WYNIKI! Tym razem książki trafiają do: Magdalena Musińska i Wiktoria Kinga. Gratuluję i czekam na Wasze dane do wysyłki. Ps. jeśli nie dostaniecie ode mnie potwierdzenia otrzymania adresu w ciągu 3 godzin od wysłania to dajcie znać w komentarzu lub na FB (niestety czasami maile nie dochodzą). 

Edit. 23.08, 9:45 - Bardzo mi przykro, ale niestety Wiktoria Kinga się nie zgłosiła więc zgodnie z regulaminem następują ponowne wyniki. Książka powędruje do Aneta Czb. Gratuluję i czekam na przesłanie danych do wysyłki w ciągu 3 dni od publikacji wyników. 

Pozostałym bardzo dziękuję za udział. We wrześniu będą do wygrania kosmetyki. Tradycyjnie osoby, które zrezygnują z obserwacji bloga nie będą brane pod uwagę przy kolejnych konkursach. 
Czytaj dalej »

niedziela, 24 kwietnia 2016

Naomi Moriyama, William Doyle, Japonki nie tyją i się nie starzeją + KONKURS (zakończony)

Cześć Dziewczyny!

Jakiś czas temu otrzymałam propozycję przeczytania i zrecenzowania książki „Japonki nie tyją i się nie starzeją”. Z góry Was rozczaruję gdyż Ewelina też nie tyje;) Odkąd pamiętam zawsze byłam chuda. W dzieciństwie i wieku nastoletnim niemal nieustannie zamęczano mnie pytaniami typu: „dlaczego ty jesteś taka chuda?”. Prawdę mówiąc sama nie mam pojęcia. Nigdy się nie odchudzałam, jem co chcę, a bardzo szczupła byłam już od urodzenia. Moja waga od dawna stoi w miejscu. W ogóle nie mam tendencji do tycia mimo, że próbowałam przytyć już wiele razy. Tak więc kwestia dlaczego Japonki nie tyją subiektywnie nie ma dla mnie większego znaczenia. Patrząc jednak obiektywnie jest to interesujące dla przeważającej ilości społeczeństwa, ponieważ to nie niedowaga stanowi problem społeczny. To otyłość jest problemem XXI wieku. Problemem na tyle powszechnym i istotnym, że w książce został określony mianem epidemii, a nawet pandemii. Trudno się z tym nie zgodzić. Osobiście znam niewiele osób, które podobnie jak ja chciałoby przybrać trochę na wadze. Znam za to masę kobiet, które narzekają na namiar wagi, które wręcz chętnie by się ze mną podzieliły, ale tak niestety się nie da;)



Jest jednak takie miejsce, w którym wskaźnik otyłości jest mniejszy niż gdziekolwiek. Tym miejscem jest Japonia! Zaskoczone? Bo ja nie;) W tym kraju kobiety wyglądają na dużo młodsze niż są w rzeczywistości. Ja osobiście nie jestem fanką japońskiej urody. Gdybym była facetem nie zauroczyłaby mnie żadna Japonka (przynamniej wizualnie), ale zdrowej cery i młodego wyglądu rzeczywiście nie można im odmówić. Japończycy żyją też znacznie dłużej niż obywatele innych państw.



Autorka lansuje swoją książkę hasłem: „Japanese is the new black”. Myślę, że to lekka nadinterpretacja. Już nie przesadzałabym z tą gloryfikacją narodu japońskiego, ale rzeczywiście hasło jest bardzo chwytliwe. Możliwe, że pociągnie za sobą tłumy;)



Japonia to kraj owładnięty obsesją jedzenia, zdrowego stylu życia i przyjemności. Jednak nie liczy się tam kalorii. Sztuka tkwi w japońskiej kuchni i wbrew pozorom wcale nie chodzi o sushi. Autorka czerpała inspiracje z przepisów swojej mamy, ale jak sama twierdzi jej mama rzadko przygotowuje sushi, a ona sama praktycznie wcale (uwielbia je, ale przygotowanie pozostawia specjalistom). Książka kładzie nacisk bardziej na tzw. japońską kuchnię domową. Szybszą i mniej skomplikowaną w przygotowaniu. Naomi już jako dorosła kobieta wyjechała do Nowego Jorku gdzie zamieszkała wraz z mężem, który jest współautorem tej książki. Pewnego razu oboje przylecieli na tydzień do domu jej rodziców. To wywołało w autorce ciepłe wspomnienia z dzieciństwa oraz okresu nastoletniego. Przypomniała sobie swoją mamę krzątającą się po maleńkiej kuchni i dbającą o atmosferę domową, wspólne posiłki składające się zawsze ze świeżych, starannie wybranych produktów. Japończycy bardzo dbają o swoje dzieci:) Jej mąż zachwycił się japońską kuchnią do tego stopnia, że po powrocie do domu nie chciał już odżywiać się inaczej. Uznał, że jest to kuchnia najpyszniejsza na świecie. Autorka postanowiła wrócić więc do korzeni i spróbować odtworzyć tokijską kuchnię swojej mamy w Nowym Jorku. Zarówno jej jak i mężowi wyszło to na zdrowie. Zwłaszcza mężowi, który wcześniej ważył już 100kg, a po zmianie nawyków żywieniowych trochę ponad 80kg.



Książka ta nie jest poradnikiem dietetycznym ani typową książką kulinarną. Natomiast znajdują się w niej odkrycia ekspertów potwierdzone odpowiednimi przypisami, dane statystyczne oraz porady jak przygotować niektóre dania np. kulki ryżowe na poprawę nastroju;) Jest oczywiście również odrobinę o różnicach kulturowych Wschodu i Zachodu, a także trochę ciekawostek;) Większość kręci się jednak wokół jedzenia. Nie znajdziemy tutaj typowych porad z zakresu pielęgnacji;) Jak już wspominałam we wstępie ja nie muszę szczególnie przejmować się tym co jem, ponieważ jestem szczupła, ale myślę, że książka może okazać się pomocna dla osób, które chcą zmienić coś w swojej diecie i spróbować czegoś nowego albo po prostu dla osób lubiących gotować. Ja niestety nie mogę się pochwalić wielkimi umiejętnościami w tym zakresie;)



Książka dostępna jest tutaj. 

Jeżeli macie ochotę zapoznać się z tą pozycją mam dla Was jeden egzemplarz:)


Wystarczy wypełnić formularz zgłoszeniowy. Obowiązkowe są pola oznaczone gwiazdką. Aby wziąć udział w konkursie należy być publicznym obserwatorem bloga (wystarczy posiadać konto Gmail) oraz podać adres e-mail, na który wyślę informację w przypadku wygranej.


Regulamin

Konkurs trwa od 24.04 do 14.05.2016r. Organizatorem jestem ja – autorka bloga secretaddiction86. Natomiast sponsorem jest Wydawnictwo Muza. Zgłoszenia przyjmuję wyłącznie poprzez formularz. Zgłoszenia w komentarzach nie będą brane pod uwagę. Prawidłowość zgłoszeń będzie weryfikowana. Wyniki ukażą się w ciągu 5 dni od zakończenia przyjmowania zgłoszeń. Zwycięzca będzie zobowiązany podać swoje dane do wysyłki w ciągu 3 dni od ogłoszenia wyników. Nagrodę wysyłam ja wyłącznie na terenie Polski. W przypadku braku zgłoszenia wybrana zostanie kolejna osoba. Nagroda nie podlega wymianie na nic innego. Wyniki ukażą się jako edycja tego wpisu oraz na FB Secretaddiction86. Zastrzegam sobie możliwość zmiany regulaminu.


Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr. 4, poz. 27 z późn. zm).





Banner.

Życzę powodzenia i zapraszam również na wiosenne rozdanie kosmetyczne:)


A może czytaliście już tą książkę? Jakie są Wasze odczucia względem niej?
....


Edit. 15.05 18:50


WYNIKI
Książka wędruje do Jou of jelly. Gratuluję! Wysyłam maila i czekam na dane do wysyłki. Jeśli mail nie dotarł lub jeśli nie otrzymasz ode mnie potwierdzenia otrzymania adresu daj znać w komentarzu.

Pozostałym bardzo dziękuję za udział i trzymam kciuki w kolejnych konkursach! Na pewno będzie jeszcze okazja!:)
Czytaj dalej »