niedziela, 24 kwietnia 2016

Naomi Moriyama, William Doyle, Japonki nie tyją i się nie starzeją + KONKURS (zakończony)

Cześć Dziewczyny!

Jakiś czas temu otrzymałam propozycję przeczytania i zrecenzowania książki „Japonki nie tyją i się nie starzeją”. Z góry Was rozczaruję gdyż Ewelina też nie tyje;) Odkąd pamiętam zawsze byłam chuda. W dzieciństwie i wieku nastoletnim niemal nieustannie zamęczano mnie pytaniami typu: „dlaczego ty jesteś taka chuda?”. Prawdę mówiąc sama nie mam pojęcia. Nigdy się nie odchudzałam, jem co chcę, a bardzo szczupła byłam już od urodzenia. Moja waga od dawna stoi w miejscu. W ogóle nie mam tendencji do tycia mimo, że próbowałam przytyć już wiele razy. Tak więc kwestia dlaczego Japonki nie tyją subiektywnie nie ma dla mnie większego znaczenia. Patrząc jednak obiektywnie jest to interesujące dla przeważającej ilości społeczeństwa, ponieważ to nie niedowaga stanowi problem społeczny. To otyłość jest problemem XXI wieku. Problemem na tyle powszechnym i istotnym, że w książce został określony mianem epidemii, a nawet pandemii. Trudno się z tym nie zgodzić. Osobiście znam niewiele osób, które podobnie jak ja chciałoby przybrać trochę na wadze. Znam za to masę kobiet, które narzekają na namiar wagi, które wręcz chętnie by się ze mną podzieliły, ale tak niestety się nie da;)



Jest jednak takie miejsce, w którym wskaźnik otyłości jest mniejszy niż gdziekolwiek. Tym miejscem jest Japonia! Zaskoczone? Bo ja nie;) W tym kraju kobiety wyglądają na dużo młodsze niż są w rzeczywistości. Ja osobiście nie jestem fanką japońskiej urody. Gdybym była facetem nie zauroczyłaby mnie żadna Japonka (przynamniej wizualnie), ale zdrowej cery i młodego wyglądu rzeczywiście nie można im odmówić. Japończycy żyją też znacznie dłużej niż obywatele innych państw.



Autorka lansuje swoją książkę hasłem: „Japanese is the new black”. Myślę, że to lekka nadinterpretacja. Już nie przesadzałabym z tą gloryfikacją narodu japońskiego, ale rzeczywiście hasło jest bardzo chwytliwe. Możliwe, że pociągnie za sobą tłumy;)



Japonia to kraj owładnięty obsesją jedzenia, zdrowego stylu życia i przyjemności. Jednak nie liczy się tam kalorii. Sztuka tkwi w japońskiej kuchni i wbrew pozorom wcale nie chodzi o sushi. Autorka czerpała inspiracje z przepisów swojej mamy, ale jak sama twierdzi jej mama rzadko przygotowuje sushi, a ona sama praktycznie wcale (uwielbia je, ale przygotowanie pozostawia specjalistom). Książka kładzie nacisk bardziej na tzw. japońską kuchnię domową. Szybszą i mniej skomplikowaną w przygotowaniu. Naomi już jako dorosła kobieta wyjechała do Nowego Jorku gdzie zamieszkała wraz z mężem, który jest współautorem tej książki. Pewnego razu oboje przylecieli na tydzień do domu jej rodziców. To wywołało w autorce ciepłe wspomnienia z dzieciństwa oraz okresu nastoletniego. Przypomniała sobie swoją mamę krzątającą się po maleńkiej kuchni i dbającą o atmosferę domową, wspólne posiłki składające się zawsze ze świeżych, starannie wybranych produktów. Japończycy bardzo dbają o swoje dzieci:) Jej mąż zachwycił się japońską kuchnią do tego stopnia, że po powrocie do domu nie chciał już odżywiać się inaczej. Uznał, że jest to kuchnia najpyszniejsza na świecie. Autorka postanowiła wrócić więc do korzeni i spróbować odtworzyć tokijską kuchnię swojej mamy w Nowym Jorku. Zarówno jej jak i mężowi wyszło to na zdrowie. Zwłaszcza mężowi, który wcześniej ważył już 100kg, a po zmianie nawyków żywieniowych trochę ponad 80kg.



Książka ta nie jest poradnikiem dietetycznym ani typową książką kulinarną. Natomiast znajdują się w niej odkrycia ekspertów potwierdzone odpowiednimi przypisami, dane statystyczne oraz porady jak przygotować niektóre dania np. kulki ryżowe na poprawę nastroju;) Jest oczywiście również odrobinę o różnicach kulturowych Wschodu i Zachodu, a także trochę ciekawostek;) Większość kręci się jednak wokół jedzenia. Nie znajdziemy tutaj typowych porad z zakresu pielęgnacji;) Jak już wspominałam we wstępie ja nie muszę szczególnie przejmować się tym co jem, ponieważ jestem szczupła, ale myślę, że książka może okazać się pomocna dla osób, które chcą zmienić coś w swojej diecie i spróbować czegoś nowego albo po prostu dla osób lubiących gotować. Ja niestety nie mogę się pochwalić wielkimi umiejętnościami w tym zakresie;)



Książka dostępna jest tutaj

Jeżeli macie ochotę zapoznać się z tą pozycją mam dla Was jeden egzemplarz:)


Wystarczy wypełnić formularz zgłoszeniowy. Obowiązkowe są pola oznaczone gwiazdką. Aby wziąć udział w konkursie należy być publicznym obserwatorem bloga (wystarczy posiadać konto Gmail) oraz podać adres e-mail, na który wyślę informację w przypadku wygranej.


Regulamin

Konkurs trwa od 24.04 do 14.05.2016r. Organizatorem jestem ja – autorka bloga secretaddiction86. Natomiast sponsorem jest Wydawnictwo Muza. Zgłoszenia przyjmuję wyłącznie poprzez formularz. Zgłoszenia w komentarzach nie będą brane pod uwagę. Prawidłowość zgłoszeń będzie weryfikowana. Wyniki ukażą się w ciągu 5 dni od zakończenia przyjmowania zgłoszeń. Zwycięzca będzie zobowiązany podać swoje dane do wysyłki w ciągu 3 dni od ogłoszenia wyników. Nagrodę wysyłam ja wyłącznie na terenie Polski. W przypadku braku zgłoszenia wybrana zostanie kolejna osoba. Nagroda nie podlega wymianie na nic innego. Wyniki ukażą się jako edycja tego wpisu oraz na FB Secretaddiction86. Zastrzegam sobie możliwość zmiany regulaminu.


Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr. 4, poz. 27 z późn. zm).





Banner.

Życzę powodzenia i zapraszam również na wiosenne rozdanie kosmetyczne:)


A może czytaliście już tą książkę? Jakie są Wasze odczucia względem niej?
....


Edit. 15.05 18:50


WYNIKI
Książka wędruje do Jou of jelly. Gratuluję! Wysyłam maila i czekam na dane do wysyłki. Jeśli mail nie dotarł lub jeśli nie otrzymasz ode mnie potwierdzenia otrzymania adresu daj znać w komentarzu.

Pozostałym bardzo dziękuję za udział i trzymam kciuki w kolejnych konkursach! Na pewno będzie jeszcze okazja!:)
Czytaj dalej »

piątek, 22 kwietnia 2016

Marcowo - kwietniowe zachwyty:)

Cześć Dziewczyny!

Ulubieńców marca nie było głównie ze względu na to, że miałam trochę postów, które po prostu chciałam wpuścić;) Postanowiłam więc zrobić zestawienie z dwóch miesięcy czyli już ulubieńców marca i kwietnia. Cóż tym razem mnie oczarowało?


Jak zwykle przypadło mi do gustu wiele produktów. Kto jak kto, ale ja chyba mam szczęście w tej dziedzinie;) Postanowiłam jednak ograniczyć się do kilku, a na innych i tak przyjdzie pora o ile już nie mieli swoich 5 minut na blogu;)




O różu Artdeco Blush Couture Talbot Runhof pisałam już tzw. pierwsze wrażenie. Nie przepadam szczególnie za tą formą wpisów, ale w przypadku edycji limitowanych bez sensu jest się ociągać;) Pierwsze wrażenie póki co zostało tym ostatnim. Bardzo się cieszę, że go kupiłam. Róż pretenduje już do ulubieńców roku. Chyba, że trafi mi się coś jeszcze lepszego, kto wie? Pełny wpis jak zwykle podlinkowany w nazwie. Drugim ulubieńcem jest zakup chyba jeszcze z lutego czyli dziwnym trafem również limitka – rozświetlacz Dior Diorskin Nude Air Glowing 002 Glowing Nude. To również był taki zakup pt: nie muszę, ale chyba pragnę;) Nie żałuję. Odkąd go mam oddałam siostrze Mary Lou bo wiem, że nigdy więcej nie użyję i co ciekawe póki co w odstawkę poszedł mój wielki ulubieniec MAC Soft&Gentle. Wszystko to oznacza, że jest grubo;) Wpis również podlinkowany, zdania nie zmieniłam ani trochę;) 
Kolejnym produktem jest Skin79 Hot Pink Sun Protect Beblesh Pact SPF30 PA++ czyli puder wygładzający;) Coś co koteczki lubią najbardziej! Ale… jednocześnie kosmetyk, którego na pewno nie kupiłabym z własnej inicjatywy (dostałam go od Interendo). To bardzo fajny puderas i na pewno prześwietlę jego zalety w osobnej recenzji, na którą zdecydowanie zasłużył. Dlaczego jednak nie kupiłabym go z własnej woli? Po prostu bałabym się zaryzykować gdyż azjatyckie kosmetyki bądź co bądź skierowane są głównie do bladziochów. Miałam próbki wszystkich kremów BB Skin79 i żaden nie spełnił moich oczekiwań pod względem odcienia. Różowy Skin79 podpadł mi szczególnie ze względu na sorry, ale przebrzydły, szarawy odcień. Na szczęście puder takim koszmarkiem nie jest. Wprawdzie jego odcień jest jasny (na pewno najjaśniejszy ze wszystkich moich pudrów), ale za to żółty i jakimś cudem dobrze się dopasowuje;) Do gustu przypadł mi również balsam do ust Douglas. Wiadoma rzecz, że mam świra na punkcie pielęgnacji ust i widzę, że ten balsam był silnie inspirowany czymś co bardzo lubię czyli balsamem Clarins. Douglasowy balsamik dostałam od Ines:) Ładnie wygląda na ustach czyt. nie jest matowy, dobrze pielęgnuje, a jego zapach jest nieco specyficzny (ale delikatny). Ja sobie wkręciłam, że to zapach pączka z różą. Nie pytajcie;)
W zestawieniu znalazł się również dwustronny szklany pilnik do paznokci For Your Beauty, który znalazłam w paczce od Rossmanna. Nigdy bym nie pomyślała, że pochwalę pilnik. Zawsze uważałam, że te szklane są nic nie warte, a tu niespodzianka. Pilnik jest delikatny i bardzo szybki w obsłudze. Gwoździem do trumny będzie to, że lubię go o wiele bardziej niż elektroniczny Scholl. Jeszcze jednym dobrym przedmiotem codziennego użytku okazała się być nieciągnąca szczotka do włosów For Your Beauty czyli coś na kształt TT. Sama pewnie nie zwróciłabym uwagi na tą szczotkę. Bardziej rozważałam Ikoo, choć mam 4 TT w tym jedną psią, a tu znowu niespodzianka! Zaczęłam jej używać od razu gdy do mnie dotarła i od tej pory ani razu nie użyłam żadnej z moich TT, nawet najulubieńszej TT Aqua Splash. To chyba mówi samo za siebie? Myślę, że będzie jakiś wpis o niej;) Ostatnim produktem jest zapach czyli Collistar Profumo Della Felicita, który wygrałam u Iwony. Lekki i zarazem trwały. Idealny na wiosnę, ale myślę, że nie tylko bo u mnie sztywne reguły nie obowiązują;) Na pewno doczeka się osobnej recenzji wyrażającej coś więcej niż jedno zdanie;)


I to już wszystko choć przyznam, że mogłabym tak jeszcze powymieniać. Ale niech część zostanie jeszcze tajemnicą;)


Znacie moich ulubieńców? Co Was zauroczyło w marcu i kwietniu?;)

Czytaj dalej »

środa, 20 kwietnia 2016

Klapp Cosmetics SkinConCellular Energy

Cześć Dziewczyny!

Jeśli wkładacie odrobinę wysiłku by przeczytać moje wpisy, a nie tylko obejrzeć obrazki to zapewne wiecie, że lubię przeróżne „pielęgnacyjne wynalazki”. Sera, kapsułki, gadżety… Od dłuższego czasu ciekawi mnie to co wykracza poza granicę podstawowej pielęgnacji i chętnie stosuję tzw. pielęgnację uzupełniającą. Niedawno miałam okazję stosować kurację ampułkową SkinConCellular Energy marki Klapp Cosmetics. Ta niemiecka firma zajmuje się produkcją profesjonalnych kosmetyków do pielęgnacji twarzy i ciała. Czy zatem ampułki przypadły mi do gustu?


Opis producenta

Ampułki są swoistym zastrzykiem energii dla skóry, pobudzają syntezę kolagenową, uruchamiają proces odnowy i regeneracji komórek. Zabieg wzmacnia strukturę tkanek, poprawia ukrwienie skóry, posiada właściwości antyoksydacyjne. Polepsza proces doprowadzenia tlenu i przemianę materii w komórkach. Ampułki te są idealne dla palaczy oraz dla osób lubiących często się opalać. Przeznaczone do skóry zmęczonej, wymagającej rewitalizacji.

Moja opinia

Opakowanie

Ampułki otrzymujemy w sprytnym, otwieranym kartonowym opakowaniu. Wewnątrz znajdziemy 6 ampułek o pojemności 2ml. Żeby skorzystać z produktu należy przełamać ampułkę i rozprowadzić zawartość po twarzy, szyi i dekolcie. Przed pierwszym użyciem miałam lekkie obawy czy dam radę złamać ampułkę, ponieważ jestem słabeuszkiem oraz czy aby na pewno się nie skaleczę;) Postanowiłam więc pierwszą sztukę przełamać przez ręcznik. Nic się nie stało, ręce całe więc jeśli ja bez problemu dałam radę to zrobić jestem pewna, że każdy będzie potrafił.

Konsystencja i zapach

Produkt ma postać delikatnie mętnej, wodnistej cieczy. Jego zapach przypomina mi rodzynki. Jest on jednak niesamowicie subtelny i po rozprowadzeniu na skórze od razu znika. Stanowi to więc pozytywną informację dla wrażliwców.

Działanie

Produkt przeznaczony jest dla cery zmęczonej i wymagającej regeneracji. Czyli według mnie w sam raz na wiosnę, ponieważ po zimie cera często potrzebuje dodatkowego pielęgnacyjnego kopa. Ampułki dedykowane są również palaczom oraz osobom, które często się opalają. Do palaczy na szczęście nie należę! Natomiast w lecie lubię zażyć trochę słońca, a jak wiadomo opalanie nie jest zdrowe (każdy ma jednak swoje grzeszki). Ampułki można stosować zarówno rano i wieczorem lecz ja stosowałam jedynie wieczorem i oczywiście pod krem czyli tak jak jest zalecane. Jedna ampułka przeznaczona jest na jednorazowe użycie. Ja jednak zużywałam połowę zawartości na raz, co stanowiło dla mnie optymalną ilość. Ciężko naocznie stwierdzić czy stosowanie produktu gwarantuje właściwości antyoksydacyjne, poprawia proces dostarczania tlenu i przemiany materii w komórkach gdyż potrzebowałabym do tego bardziej zaawansowanych metod badawczych. Mogę jednak powiedzieć, że produkt rozprowadza się bardzo komfortowo i świetnie wchłania dzięki czemu bardzo szybko można na niego nałożyć krem. Ampułki stosowałam na twarz, szyję i dekolt pod krem z wyjątkiem czoła gdzie na ampułkę nie nakładałam już kremu. Najlepsze efekty zauważyłam na szyi gdzie skóra była w gorszej kondycji, ponieważ parę dni wcześniej dopadło mnie tam uczulenie. Zastanawiałam się czy w ogóle zauważę jakiś pozytywny wpływ po zastosowaniu tych kilku ampułek? Wszak dość często aby odnotować efekty potrzeba czasu. Niemniej ku mojemu zaskoczeniu efekty pojawiły się bardzo szybko. Przede wszystkim poprawił się koloryt cery dzięki czemu skóra nabrała więcej życia i stała się bardziej promienna. Nie mogę oczywiście powiedzieć, że wcześniej cera była w tragicznym stanie gdyż używam dobrze dobranej pielęgnacji, ale ten dodatkowy zastrzyk energii był dla mnie zauważalny:) Zwiększył się również poziom nawilżenia i napięcia skóry. Ampułki dobrze uzupełniały działanie mojego kremu na noc i przyznam, że bardzo chętnie kontynuowałabym taką kurację dłużej. 


Produkt dostępny jest w sklepie Klapp Cosmetics.


Znacie kosmetyki marki Klapp Cosmetics? Jakie macie z nimi doświadczenia?
Czytaj dalej »