Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peelingi do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peelingi do ciała. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 lutego 2018

Bielenda Vegan Friendly peeling do ciała arbuz!

Cześć Dziewczyny!
Całkiem niedawno była recenzja peelingu o zniewalającym zapachu śliwki, ale prawda jest taka, że na długo przed nim zużyłam jeszcze chociażby peeling arbuzowy Bielendy;) Miało to miejsce bodajże w listopadzie, ale jak wiecie nie jestem w stanie opisać wszystkiego na bieżąco;) Myślę jednak, że nie ma to wielkiego znaczenia. Opinia jest opinią i tyle:) 

Bielenda Vegan Friendly peeling do ciała arbuz


zdjęcie przedstawiające peeling do ciała arbuz Bielenda Vegan Friendly

Bielenda jest jedną z najprężniej rozwijających się polskich marek drogeryjnych. Mam wrażenie, że naprawdę uważnie śledzi trendy i bardzo szybko je materializuje, odpowiadając na rosnące potrzeby klientów. Myślę, że wśród tych produktów już niemal każdy znajdzie coś dla siebie. Bardzo fajną serią do pielęgnacji ciała jest Vegan Friendly. Miałam już kiedyś do czynienia z masłami, więc od razu zainteresowały mnie peelingi:) W ofercie jest pomarańcza oraz arbuz. Jestem fanką arbuzowych aromatów, więc Bielenda Vegan Friendly peeling do ciała arbuz okazał się być dla mnie tą najbardziej kuszącą opcją i przygarnęłam go jeszcze w ubiegłe lato;) Rzadko sięgam po peelingi marek drogeryjnych, gdyż te typowo eko najczęściej mają nad nimi przewagę. Ale tak jak wspomniałam, z serią Vegan Friendly miałam już wcześniej pozytywne doświadczenia, więc bez wahania postanowiłam wypróbować;)
zdjęcie przedstawiające arbuzowy peeling do ciała Bielenda Vegan Friendly

Arbuzowy peeling Bielenda Vegan Friendly podany został w tubce o pojemności 200g. Jest ona wygodna, choć pod koniec użytkowania nieco trudno wycisnąć zawartość. Na zużycie mamy pół roku od otwarcia, ale przy regularnym stosowaniu peeling wystarcza na jakieś 3 tygodnie. Jak pewnie się domyślacie, szata graficzna bardzo mi się podoba. Jest apetyczna i radosna. Zachęca do użycia;) W każdym razie ja lubię się otaczać kolorowymi opakowaniami;) Peeling posiada czerwoną barwę i ciemne drobinki (zmielone pestki kokosa), więc rzeczywiście mocno kojarzy się z arbuzem;) Choć akurat czerwony kolor peelingu niekoniecznie przywodzi mi na myśl naturę;) Konsystencja peelingu jest żelowa, ale mimo tego produkt złuszcza skutecznie pozostawiając skórę miękką i gładką. Nie pozostawia jednak po sobie tłustej warstwy, więc szczególnie spodoba się tym, którzy nie lubią mocno odżywczych peelingów. Jeśli chodzi o mnie to lubię zarówno te natłuszczające jak i lekkie, ponieważ i tak prawie zawsze po peelingowaniu używam balsamu. Najbardziej jednak pewnie interesuje Was zapach? Marka określa go jako egzotyczny i wakacyjny. Według mnie jest przyjemny i delikatny. Całkiem nieźle odzwierciedla zapach arbuza, który jest przecież subtelny:) Z całą pewnością nie umywa się do zapachu śliwkowego peelingu z Ministerstwa Dobrego Mydła, ale prawdę mówiąc tamtego już raczej nic nie przebije;) Zresztą chyba bez sensu porównywać śliwkę do arbuza. Wszak arbuz jest arbuzem i ten z Bielendy ma się całkiem dobrze:) Warto spróbować, na dodatek jego cena jest bardzo przystępna.


Znacie serię Vegan Friendly z Bielendy? Jak oceniacie te peelingi?
Czytaj dalej »

środa, 24 stycznia 2018

Ministerstwo Dobrego Mydła peeling śliwka i półkula do kąpieli cynamon!

Ministerstwo Dobrego Mydła

Mieć czy być? Użyć czy zjeść? 

Taka była moja pierwsza myśl po zapoznaniu się z zapachami peelingu śliwka i półkuli do kąpieli cynamon! Już od dawna chciałam wypróbować coś spod skrzydeł tej rodzinnej marki, ale stało się to dopiero za sprawą prezentu od Justyny. Zawsze podobała mi się nazwa Ministerstwo Dobrego Mydła oraz zabawne opisy produktów. Pod tym względem chyba nadajemy z ministerstwem na tych samych falach;) A jak moje wrażenia związane z pierwszym spotkaniem z tą marką?

Misterstwo Dobrego Mydła peeling śliwka

zdjęcie przedstawiające peeling śliwka Misterstwo Dobrego Mydła

Peeling śliwka otrzymujemy w ciężkim, szklanym 300g opakowaniu i tutaj już na wstępnie zgrzyt gdyż nakrętka była pęknięta. Według mnie przesyłka została zbyt słabo zabezpieczona, a przecież w przypadku szkła trzeba szczególnie uważać. Nie jestem też fanką szklanych opakowań pod prysznicem bo zawsze wiąże się to z większym ryzykiem jakiegoś nieszczęśliwego wypadku. Zwłaszcza gdy myśli się o niebieskich migdałach;) Ale wiadomo, są to kosmetyki naturalne, a szkło jest takie eko. Chociaż gdybym osobiście miała wybierać to postawiłabym na funkcjonalność, czyli plastic is fantastic. 
zdjęcie przedstawiające konsystencję peelingu śliwka Misterstwo Dobrego Mydła

Jednak dalej jest już tylko lepiej… Tak bardzo, że to aż niewyobrażalne:) Peeling śliwka skomponowany został na bazie cukru trzcinowego. Jego barwa jest jasno-brązowa i zawiera dość duże drobinki owego cukru. Konsystencja jest raczej sypka i twarda, więc najlepiej nabierać go mniejszymi porcjami i nakładać na wilgotne ciało, dzięki czemu zyska lepszą przyczepność i nie będzie się rozsypywał. Zapach śliwkowego peelingu Ministerstwo Dobrego Mydła jest po prostu fenomenalny! Naprawdę nie kłamali pisząc te wszystkie pieśni pochwalne na jego temat bo są w pełni zasłużone! Jest tak apetyczny, że aż zniewalający! Dla mnie to przepyszna śliwka w czekoladzie. Tak bardzo jadalna! Coś wspaniałego! Nie wiem czy kiedykolwiek trafiłam na tak cudownie pachnący peeling, a zużyłam ich mnóstwo! 
zdjęcie przedstawiające konsystencję peelingu śliwka Misterstwo Dobrego Mydła
Jeśli chodzi o działanie to nie mam się do czego przyczepić. Jest dokładnie tak jak napisało ministerstwo – „Grubas ale łagodny, wymasuje porządnie, ale skóry nie zedrze”. Co za tym idzie peeling nie jest nadmiernie mocny lecz skuteczny. Pozostawia skórę miękką i gładką z delikatną, ale nie przesadnie tłustą warstewką i otula ją boskim, niepowtarzalnym zapachem! Aż chciałoby się zjeść siebie samą!
Zapach utrzymuje się na skórze jeszcze przez jakiś czas po kąpieli, więc można się nim upajać. Dosłownie. A jeśli użyłam rano i nie nakładałam już balsamu to zapach utrzymywał się nawet przez większość dnia:) Peeling jest w pełni zgodny z opisem producenta. Całkowicie mogłabym się pod nim podpisać! Cudo i jeszcze raz cudo! Teraz marzy mi się śliwkowy balsam w sztyfcie:)


Misterstwo Dobrego Mydła półkula do kąpieli cynamon


zdjęcie przedstawiające półkulę do kąpieli Misterstwo Dobrego Mydła

Półkula do kąpieli cynamon zapakowana została w biały papier z etykietą typową dla tego producenta. Mnie osobiście kojarzą się one z kartkami na zakupy, które funkcjonowały za czasów PRL:D Po rozwinięciu papieru naszym oczom powinna ukazać się słodko wyglądająca półkula do kąpieli. Moja niestety niezbyt dobrze zniosła transport i była w 3 częściach plus okruchy życia;) To ta sama kwestia – zbyt słabe zabezpieczenie przesyłki. Wracając jednak do wyglądu półkuli, posiada ona kremową barwę oraz zatopionego wewnątrz goździka.
zdjęcie przedstawiające półkulę do kąpieli cynamon Misterstwo Dobrego Mydła

Nie jestem jakąś wielką psychofanką cynamonu. Rzadko sięgam po tego typu zapachy, więc osobiście pewnie wybrałabym czekoladę, ale muszę przyznać, że ten ministerialny cynamon pachnie wybornie (przynajmniej na sucho) niczym ciasteczka korzenne z Aldi (nie wiem czy kojarzycie?). Jest naprawdę apetyczny:) Ministerstwo powiada: „Cynamon nie pyta, Cynamon rozumie”. Aby skorzystać z tej wesołej (pół)kuleczki wystarczy rzucić ją pod strumień ciepłej wody. Dalej już radzi sobie sama, rozpuszczając się uwalnia mleko oraz oleje. Woda staje się jasna i mętna. Niestety zanika też zapach gdyż podczas kąpieli już niemalże go nie czułam. Dużo mocniej czułam woń maseczki, którą miałam nałożoną na twarz, a akurat była to maska o naprawdę subtelnym zapachu. Jeśli chodzi o wpływ na skórę to moją kuleczka lekko nawilżyła i wygładziła, ale nie na tyle żeby pominąć już balsam. Na pewno nie jest to kosmetyk tłusty, więc ci którzy obawiają się lepkiej warstwy powinni być usatysfakcjonowani. Pod względem odżywczego działania na ciało najlepiej spisują się kule Organique. Po użyciu trzeba opłukać wannę gdyż na dnie osadzają się pozostałości kuli w postaci „piasku”;) Ministerstwo zaleca ostrożnie opuszczać wannę, ponieważ jej powierzchnia może być śliska, ale ja akurat nic takiego nie zauważyłam:) 

Znacie kosmetyki Ministerstwo Dobrego Mydła?

Mam wrażenie, że styczeń pędzi jak szalony! Dopiero był Nowy Rok, a już zbliżają się Walentynki i następnie Dzień Kobiet. Jest wiele możliwości na obdarowanie bliskich nam osób, ale co z tymi, które zwykły twierdzić, że wszystko mają?:) Można sprawić im radość czymś mniej materialnym i ofiarować np. dzień w SPA, który pozwoli trochę się oderwać od codziennych obowiązków. Tego typu atrakcje oferuje sklep z prezentami Prezent Marzeń. Mnogość ofert i lokalizacji sprawia, że dla każdego można wybrać coś miłego:)
Czytaj dalej »

sobota, 21 stycznia 2017

Biolove! Czy było między nami love?

Cześć Dziewczyny!

Jakiś czas temu zaczęłam trafiać na pozytywne opinie na temat kosmetyków Biolove. Niestety są one dostępne jedynie w drogeriach Kontigo, których w Łodzi nie uświadczysz więc musiałam obejść się smakiem;) W grudniu jednak los się do mnie uśmiechnął gdyż udało mi się wygrać zestaw kosmetyków Biolove u Joy of Jelly. Z racji tego, że kosmetyki wywarły na mnie naprawdę dobre wrażenie, postanowiłam o nich napisać:)



Mój zestaw kosmetyków Biolove zawierał: masło do ciała wiśniowe, peeling do ciała wiśniowo-waniliowy, żel pod prysznic z olejem ze słodkich migdałów oraz półkule do kąpieli Niezapominajka. Co ciekawe Biolove produkowane jest przez tą samą firmę co Nacomi oraz Bioamare.


Biolove peeling wiśniowo-waniliowy


„Naturalny peeling cukrowy z olejem z pestek winogron odżywia i przywraca miękkość skórze. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników, konserwantów, alergenów”. 

Peeling został umieszczony w niewielkim 100ml pojemniczku z aluminiową nakrętką. Wydaje mi się, że wiele firm zaczerpnęło ten typ opakowań od Organique;) Zresztą w przypadku „siostrzanych marek” Nacomi i Bioamare wygląda to identycznie. Różnią się one jedynie etykietami. W przypadku peelingu 100ml to niezbyt wiele. Wewnątrz peeling został zabezpieczony dodatkową osłonką, ale od razu ją wyrzuciłam gdyż zdejmowanie osłonki pod prysznicem nie jest zbyt wygodne;) 
Peeling posiada jasną barwę i mocno zbitą konsystencję. W pierwszej chwili myślałam, że połamię sobie na nim me piękne hybrydy, ale nic takiego się nie stało;) Zawiera on w sobie dużo drobinek cukru i jego moc jest dosyć solidna. Bardzo dobrze nawilża i natłuszcza ciało:) Będzie więc idealną opcją dla osób lubiących pielęgnacyjne peelingi. Zapach wiśniowo-waniliowy pachnie przyjemnie i niedrażniąco. Nie przepadam za wanilią, ale to połączenie okazało się bardzo ciekawe. Choć osobiście pewnie prędzej wybrałabym wersję kawową, kokosową lub pomarańczową:) Jest to typowy zapach jedzeniowy. Zdecydowanie ma coś z… ciasta;) Co za tym idzie może nie przypaść do gustu osobom, które nie lubią „jadalnych zapachów”. Na szczęście ja akurat lubię. Peeling świetnie wygładza ciało i złuszcza naskórek. W połączeniu z żelem to już w ogóle był szał:)


Biolove masło wiśniowe


„Silnie nawilżające  masło do ciała na bazie masła shea wzbogacone zimnotłoczonym olejem arganowym o działaiu odżywczym i ujędrniającym. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników, konserwantów, alergenów”.

Wiśniowe masło do ciała występuje w niemalże identycznym pojemniczku jak w przypadku peelingu. Masło nie jest jedynie przyozdobione wanilią gdyż w przeciwieństwie do peelingu jej nie posiada. Przy pierwszych użyciach etykieta była dla mnie trochę myląca, ponieważ na wieczku nie jest napisane, które to masło, a które to peeling (jedynie na bocznej etykiecie). Masło również występuje w pojemności 100ml, co oczywiście dla balsamomaniaka oznacza niedługie użytkowanie;) Choć w przypadku takiej konsystencji wydajność i tak była wyższa w porównaniu do produktu o takiej samej pojemności, ale innej formule. Po otwarciu moim oczom ukazało się niewielkie, urocze wgniecenie;) Masło Biolove swą konsystencją jest bardzo zbliżone do tradycyjnych maseł shea z Organique, z tą różnicą, że jest bardziej miękkie i nie trzeba go jakoś szczególnie roztapiać w dłoni przed nałożeniem na ciałko. Wyczuwalne są w nim drobne grudki, ale łatwo przemieniają się one jakby w olejek;) Produkt jest z tych bardziej tłustszych, treściwych. Z uwagi na swoją formułę masło potrzebuje trochę więcej czasu na wchłonięcie niż np. lekkie balsamy, ale według mnie to normalne. Zapach masła to według mnie wiśniowe delicje z nutą czegoś wyjątkowego, poprawiającego nastrój i jednocześnie nieprzesłodzonego. Nie jest to taka typowa wiśnia. 
Masło nawilża i bardzo dobrze natłuszcza nawet przesuszone partie ciała. Nawilżenie jakie zapewnia jest długotrwałe. Ja z racji skóry suchej stosowałam codziennie wieczorem, ale gdy byłam bardzo zmęczona, zdarzyło mi się nie użyć i skóra nadal była w dobrej kondycji. Produkt zapewnia tak solidne nawilżenie i wygładzenie, że nie powstydziłby się go nawet łowca skór:D Masło fantastycznie nawilża i regeneruje również skórę stóp. Nie polubią go osoby, które źle tolerują treściwe konsystencje. Pozostałym szczerze polecam;) 


Biolove Półkule do kąpieli Niezapominajka


„Półkule do kąpieli z olejem z pestem winogron odżywiają i pielęgnują skórę. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, konserwantów, alergenów”.

Półkule do kąpieli zostały ładnie opakowane w niebieski woreczek i z tego co widziałam na stronie Kontigo są jeszcze inne zapachy półkul w innych kolorach woreczków;) Myślę, że mogą być idealne na drobny prezent:) Niestety nie zwróciłam uwagi jaka jest gramatura pojedynczej półkuli, ale można by rzec, że w sam raz na jedną kąpiel;) Każda z półkul została częściowo opakowana folią, dzięki czemu łatwo jest rozpakować kulę tuż przed wrzuceniem jej do wanny;) Moje półkule były niebieskie więc wizualnie przypadły mi do gustu:) Czyż nie piękny smerfny kolor?;) Zapach kulek okazał się być niesamowicie przyjemny. Nie sądziłam, że kosmetyki o zapachu niezapominajek mogą pachnieć AŻ TAK przyjemnie. Zapach był dość intensywny więc zdążył mi wypachnić szafkę z zapasami;) Podczas kąpieli zapach jest już mniej intensywny, ale nadal wyczuwalny i bardzo relaksujący:) Kule rozpuszczają się dość szybko i barwią wodę na niebiesko, ale nie aż tak mocno jak wyglądają;) Kule nie są typowo tłuste, ale przyjemnie nawilżają i wygładzają ciało. Choć po wyjściu z kąpieli dodatkowo nakładałam jeszcze trochę masełka:) Tak dla zasady;) Zdecydowanie je polecam – świetny zapach i duży komfort użytkowania.


Biolove  żel pod prysznic z olejem ze słodkich migdałów


„Żel pod prysznic z naturalnymi olejkami ze słodkich migdałów i kokosa oraz masłem shea. Zapewnia optymalne nawilżenie nie podrażniając skóry. Nie zawiera: SLS, PEG, silikonów, parabenów, barwników”.

Żel Biolove występuje w smukłym 250ml opakowaniu z zamknięciem na zatrzask, które posiadało dodatkowe zabezpieczenie (w sam raz dla sklepowych „otwieraczy”;)). Zacznę może od tego iż żel posiada łagodny skład bez SLS, co ucieszy osoby, które muszą unikać bardziej inwazyjnych środków myjących. Osobiście używam produktów z obu grup więc nie jest to dla mnie najważniejsze, ale trzeba przyznać, że rzeczywiście nie jest tak łatwo znaleźć na drogeryjnej półce żel o łagodnym składzie i bez SLS:) Spośród wszystkich zapachów produktów Biolove zapach żelu jest taki najbardziej zwyczajny – migdałowy. Typowo delikatny, ale z tego co widzę na stronie Kontigo, dostępne są jeszcze 3 inne wersje. Żel prawie się nie pieni i jest on bardziej oczyszczającym olejkiem w żelu niż typowym żelem co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło:) Produkt oczyszcza ciało nie przyczyniając się do jego wysuszenia:) Posiada właściwości wygładzające i lekko nawilżające. Ale ja oczywiście posiłkowałam się jeszcze dodatkowym nawilżaczem po myciu.

Kosmetyki Biolove dostępne są niestety jedynie w sklepach Kontigo. Jeśli więc nie mamy dostępu do tych drogerii to pozostają nam dwie drogi: albo męczymy kogoś o zakup albo… kupujemy coś z Nacomi lub Bioamare gdyż kosmetyki Biolove produkowane są przez pana Kamila – tego samego, który zajmuje się produkcją Nacomi oraz Bioamare. Bioamare dostępne są w Tesco, a Nacomi m.in. w Hebe. Jeśli przejrzycie asortyment wszystkich tych marek to zobaczycie ogromne podobieństwo zarówno pod względem cen (Nacomi ciut drożej), składów jak i zapachów. Największą różnicę stanowi grupa docelowa, czyli klienci poszczególnych sklepów;) Składy w przypadku wszystkich trzech marek są naprawdę dobre i proste, a ceny przystępne.


Znacie kosmetyki Biolove? Przypadły Wam do gustu? A może znacie kosmetyki siostrzanych marek, czyli Nacomi i Bioamare?;) 

Ps. znacie jakieś skuteczne sposoby na wzmocnienie odporności? Ostatnia choroba sprawiła, że nadal jestem w totalnej rozsypce i wiele moich spraw zaczęło się piętrzyć... Może jakieś naturalne metody? Co u Was działa?
Czytaj dalej »

piątek, 13 stycznia 2017

Iossi - kosmetyki naturalne!

Cześć Dziewczyny!

Pod koniec października dotarło do mnie kilka kosmetyków polskiej marki Iossi. Wszystkie zużyłam i już jakiś czas temu chciałam się z Wami podzielić moją opinią na ich temat, ale niestety doba ma tylko 24h i nastąpił mały poślizg:) U Eweliny jednak nic nie ginie więc oto i są właśnie dziś! Będzie coś do ciała i coś do twarzyczki;)



Kosmetyki przywędrowały do mnie zapakowane totalnie w stylu eko:) Od razu pomyślałam, że rzeczywiście tworzy je pasjonatka:) A ja zawsze patrzę przychylnym okiem na ludzi z wizją. Poza tym jak doskonale wiecie kibicuję polskim markom:) Niestety paczka miała chyba za sobą niezbyt komfortową podróż gdyż pootwierały się wszystkie nakrętki od peelingów. Wszystkie produkty wybrałam sama, dzięki czemu nie musiałam testować produktów co do których miałabym wątpliwości czy będą odpowiednie dla mojej cery i twarzy.


Iossi peelingi do ciała: Energetyzująca trawa cytrynowa, Odświeżający Rozmaryn i Limonka, Aromatyczna mandarynka i pomarańcza


Iossi oferuje 3 zapachy peelingów do ciała. Są one dostępne pojedynczo w pojemności 250ml oraz w zestawie, w którym mamy wszystkie 3 peelingi – każdy z nich o pojemności 120ml. Postanowiłam wypróbować zestaw, ponieważ dzięki niemu można poznać wszystkie 3 rodzaje peelingów i zdecydować, który najbardziej nam odpowiada. Mamy wtedy łącznie 360ml peelingu tylko dla siebie;) Jeden peeling o pojemności 120ml to byłoby dla mnie stanowczo zbyt mało, ale co trzy peelingi to nie jeden, prawda?;) Poza tym ujęły mnie ich urocze opakowania. Każdy z nich został umieszczony w przyjemnym dla oka słoiczku z prostą i czytelną etykietą. Peeling należy zużyć w ciągu 4 miesięcy od momentu otwarcia. Jak wspominałam moja paczka miała chyba ciężki los w podróży gdyż nakrętki peelingów się pootwierały. Skoro więc peelingi postanowiły same się przede mną otworzyć to uznałam, że nie ma na co czekać tylko trzeba je jak najszybciej wdrożyć do swej pielęgnacji. Pierwsze użycie przypadło mi więc na początek listopada. Na pierwszy ogień poszła wersja Aromatyczna mandarynka i pomarańcza gdyż wizualnie wydała mi się najbardziej apetyczna i przyciągająca wzrok za sprawą swego soczystego koloru:) Jest to peeling cukrowy z olejkami cytrusowymi oraz polską solą kamienną. Muszę przyznać, że już przy pierwszym użyciu ujął mnie on swym soczystym intensywnie cytrusowym zapachem! To woń, która zdecydowanie dodaje energii i poprawia humor, a podczas listopadowych wieczorów co jakiś czas miewałam „czarne myśli” gdyż pomimo, że zostałam urodzona w listopadzie (dokładnie w Święto Zmarłych – smuteczek!) to zdecydowanie nie przepadam za tym miesiącem. Moje klimaty to zdecydowanie lato i tylko lato! Drugą wersją, po którą sięgnęłam po wypróbowaniu jakże sympatycznej mandarynki i pomarańczy była Energetyzująca trawa cytrynowa. W tym przypadku miałam wrażenie, że gdzieś już czułam ten zapach i wtedy przypomniałam sobie o scrubach Naturativ. Jednak używając go dalej stwierdziłam, że nie jest to ten sam zapach, a wzbogacony czymś jeszcze. Jak ja to mówię „autorska nuta zapachowa”. Ostatecznie doszłam do wniosku, że jest to zapach trawy cytrynowej przełamany grejpfrutem:) Jest on również z tych intensywnych i pobudzających do działania. Również jest on peelingiem cukrowym, a dodatkowo zawiera różową sól himalajską. Wersję Odświeżający Rozmaryn i Limonka zostawiłam sobie na koniec. Według mnie posiada ona bardziej odświeżającą i wyciszającą nutę zapachową. Zapach jest ziołowo-cytrusowy z mocno wyczuwalną nutą rozmarynu. Peeling o tym zapachu również jest cukrowy i zawiera sól epson. Jak więc widać każdy ze skrubów zawiera inny rodzaj soli. Wszystko po to żeby nie było nudno!
Peelingi Iossi zawierają sporo drobinek i są nieco sypkie więc polecam je nakładać małymi porcjami tak by nie lądowały w wannie zamiast na ciele:) Działanie każdego z peelingów przypadło mi do gustu ze względu na ciekawe i jednocześnie naturalne zapachy, a także pozytywny wpływ na skórę ciała. Każdy z nich posiadał średnią moc złuszczania więc nie był ani zbyt drażniący ani zbyt łagodny. Duża ilość drobinek sprawiała, że nie roztapiały się one zbyt szybko, a zawartość olejków pozwalała nawilżyć i natłuścić ciało. Większość osób po tego typu peelingach nie sięga już po dodatkowe smarowidła, ale ja używałam, ponieważ jak wiadomo jestem balsamomaniaczką i nie lubię odmawiać sobie przyjemności;) Jeśli miałabym wybrać tylko jeden to zdecydowanie byłby to ten pierwszy:)


Iossi Masło do ciała Mandarynka i Bergamotka


Skoro niejako naturalnie przeszliśmy już do tematu balsamowania to kolejnym produktem z rodzinki Iossi będzie masło do ciała mandarynka i bergamotka. Wybrałam je specjalnie po to by móc używać po peelingu Aromatyczna mandarynka i pomarańcza. Choć jak doskonale wiecie nie zawsze używam pielęgnacji ciała z tej samej linii. Wszystko zależy od tego co mi się „uroi”;) Tym razem jednak był duecik. Masło występuje w identycznym jak w przypadku peelingu przyciemnianym słoiczku. Różni je jedynie etykieta i oczywiście zawartość;) Pojemność także wynosi 120ml co w przypadku „jednostkowego” masła uważam za niewiele. Dużo jednak zależy od zapotrzebowania, ponieważ niektórzy męczą jedno masło przez parę miesięcy, a inni (tak jak ja) zużywają w tempie ekspresowym. Mała pojemność będzie więc idealna dla „maślanych ślimaków”, ale już mniej korzystna dla „maślanych pożeraczy”. Mi masło starczyło na naprawdę króciutko, mimo że stosowałam je jedynie na nogi. Jednak nie ujmuję tego jako wadę gdyż u mnie wszelkie nawilżacze szybko schodzą i taka kolej rzeczy jest dla mnie po prostu regułą;) 
Pierwsze co mnie pozytywnie zaskoczyło w tym maśle to konsystencja. Na oko wydawała się zbita, ale jak się okazało miała ona postać pianki! Pianki, która radośnie, cichutko skrzypiała podczas nabierania na dłoń, a w kontakcie ze skórą była bardzo plastyczna i natychmiast zmieniała się w odżywczy olejek. Ta konsystencja ujęła mnie na tyle, że masło znalazło się wśród kosmetycznych ulubieńców 2016 roku, a uwierzcie, że z racji tego iż zużywam multum nawilżaczy konkurencja była naprawdę duża! Masło potrzebowało kilku minut na wchłonięcie, ale odwdzięczało się skórą miękką jak aksamit:) Dogłębnie regenerowało i nawilżało moje nóżki:) Mam nadzieję, że w przyszłości pojawi się wersja o większej pojemności. Jeśli chodzi o zapach to był on zdecydowanie delikatniejszy niż peeling. Bardzo naturalny z subtelną nutą mandarynki i bergamotki.

Iossi Olejek do demakijażu Śliwka i Morela


Olejek do demakijażu występuje w niewielkiej przyciemnianej buteleczce o pojemności 50ml wyposażonej w wygodny atomizer. Należy go zużyć w ciągu 4 miesięcy od momentu otwarcia. Długo nie byłam przekonana do demakijażu olejkami. Przekonał mnie dopiero olejek Resibo i co za tym idzie, dzięki temu zaczęłam patrzeć przychylniej na tego typu produkty. W przypadku olejku Iossi od razu przypadła mi do gustu niewielka pojemność opakowania gdyż takie produkty są u mnie wydajne i dla przykładu olejek Resibo o dużo większej pojemności zużywałam przez wiele miesięcy. Doszłam więc do wniosku, że w tym przypadku mniej znaczy więcej:) Olejek nadaje się zarówno do demakijażu oczu jak i twarzy, ale ja z racji tego, że do powiek upodobałam sobie rękawicę do demakijażu to olejku używałam jedynie do twarzy. Na tym polu olejek radził sobie bardzo dobrze zmywając wszelkie ozdobniki typu puder, róż, rozświetlacz i nie obciążając przy tym mojej mieszanej, ale jednocześnie wrażliwej skóry. Nie używam jednak kosmetyków wodoodpornych więc w tej kwestii się nie wypowiem. Iossi posiada w swej ofercie 3 rodzaje olejków do demakijażu. Ja wybrałam wersję śliwka i morela, ponieważ wydała mi się najbardziej „smakowita”;) I rzeczywiście zapach okazał się być całkiem przyjemny gdyż olejek pachnie marcepanem. Przyznam, że kiedyś marcepanu nie lubiłam, a od jakiegoś czasu chętnie wcinam. Oczywiście marcepan, nie olejek;) 


Iossi Serum rozświetlające. Dzika róża, geranium, cyprys, witaminy E i C


Ostatnim produktem spod skrzydełek Iossi, o którym chciałam dziś wspomnieć jest serum rozświetlające. Jest ono dostępne zarówno w wersji pełnowymiarowej (30ml), jak i w formacie mini (10ml). Ja celowo zdecydowałam się na format mini, ponieważ uznałam, że będę go używała głównie na noc. Serum w formacie mini jest bardzo kompaktowe i prezentuje się przesłodko. Opakowanie wyposażone jest w pipetę i nie jest to moja ulubiona forma dozowania, ale zużyłam już tyle produktów z pipetami, że już pogodziłam się ze swym losem i je toleruję;) Serum również należy zużyć w ciągu 4 miesięcy od momentu otwarcia. Co ciekawe było ono wydajne gdyż starczyło na 1,5 miesiąca stosowania. Podczas gdy statystycznie na tyle wystarczają mi opakowania pełnowymiarowe:) Iossi w kategorii serum ma do wyboru aż 5 rodzajów tego typu specyfików. Muszę przyznać, że nie byłam pewna które z nich wybrać, a powodem tego stanu rzeczy były zapachy. Obawiałam się bowiem, że trafię na zbyt intensywnie pachnącą wersję, która będzie negatywnie wpływać na moje samopoczucie. W owym jesiennym czasie uznałam, że moja cera najbardziej ma ochotę na rozświetlenie więc zaczęłam czytać obietnice producenta w kwestii serum rozświetlającego. Tutaj jednak pojawiło się coś co mnie zaniepokoiło – dzika róża już na drugim miejscu w składzie. Nie jestem fanką zapachu róży w kosmetykach więc jakiś czas się wahałam, ale w końcu intuicja podpowiedziała mi, że powinnam zaryzykować. Zaryzykowałam i… zapach mnie nie zabił:) Okazał się być naturalny i całkiem znośny, żadne tam babcine różyczki:) Naprawdę odetchnęłam wtedy z ulgą:) Serum ma lekką oleistą konsystencję i żółto-pomarańczową barwę, która wskazuje, że rzeczywiście zawartość oleju z dzikiej róży jest wysoka:) Żadnej ściemy! Trzeba jednak uważać żeby nie pobrudzić tym olejkiem ubrań. Początkowo miałam zamiar używać go tylko na noc, ale szybko zauważyłam, że olejek ładnie się wchłania i często stosowałam go również na dzień pod makijaż. Oczywiście pod krem. Nie zauważyłam żeby negatywnie wpływał na jego trwałość. Produkt bezpośrednio po aplikacji jakby zażółca skórę więc należy go ładnie wklepać. Efekty zauważyłam szybko, a należała do nich przede wszystkim poprawa kolorytu cery. Miałam wrażenie, że kosmetyk jeszcze bardziej podkręcił ciepłe tony mojej skóry:) Mimo naturalnego składu nie zauważyłam żadnej niepożądanej reakcji skórnej. Cera była zdecydowanie bardziej odżywiona i uelastyczniona, a także chroniona przed utratą wilgoci. Serum spisało się u mnie naprawdę dobrze podczas ubiegłorocznej już jesieni;)


Wszystkie produkty dostępne są w sklepie Iossi gdzie znajdziecie bardzo dokładne opisy, zalecenia, a także składy. Ceny powiedziałabym, że są zbliżone do Organique więc według mnie akceptowalne;) Dodatkowo część z nich występuje w promocji. 


Znacie kosmetyki Iossi? Co polecacie?
Czytaj dalej »