środa, 9 sierpnia 2017

Nabla matowa pomadka Dreamy Matt Liquid Lipstick oraz cień do powiek Absinthe!

Cześć Dziewczyny!
O włoskiej marce Nabla Cosmetics usłyszałam dopiero kilka miesięcy temu. Rzadko oglądam urodowe YT, więc może to dlatego;) Jak to często ostatnimi czasy u mnie bywa, na początku nie planowałam wypróbować niczego z tej marki. Później jednak zobaczyłam u Iwony jeden z cieni do powiek i stwierdziłam, że może jednak warto spróbować. W międzyczasie na Instagramie kuszono pomadkami w płynie, więc nie oparłam się i tej pokusie;)


Nabla Cosmetics Dreamy Matt Liquid Lipstick Grand Amore


Według producenta pomadki z serii Dreamy Matt Liquid są produktami o wysokiej pigmentacji, które zapewniają efekt matowych i aksamitnych ust. Pomadki mają łatwo się rozprowadzać oraz zapewniać długotrwałe krycie. Każda ze szminek zawiera masło shea, mające za zadanie nawilżyć i odżywić usta. Szminki nie zawierają za to parafiny, parabenów oraz silikonów.


W ofercie jest 14 bardzo różnorodnych odcieni od delikatnych nudziaków i róży po te wyjątkowo wyraziste, a nawet ekstrawagancki błękit;) Prawdopodobnie każda kobieta znalazła by coś dla siebie;) Ja miałam wątpliwości co do koloru, ponieważ chciałam wybrać taki, który będzie inny niż wszystkie moje pozostałe, a jednocześnie zależało mi żebym mogła użyć go bez skrępowania nawet na co dzień;) Dokładnie obejrzałam wszystkie kolory u Aliny Rose, ale dobrze wiedziałam, że dobieranie koloru szminki na podstawie zdjęć jest ryzykowne, ponieważ już nie raz zasugerowałam się zdjęciem na kimś, a potem u mnie ten sam produkt wyglądał… zupełnie inaczej. I bądź tu mądry!;) Wstępnie wybrałam odcień Roses, choć nie miałam do końca przekonania. Jednak niestety mi wykupili i musiałam rozważyć inne odcienie. 
Ostateczny wybór padł na Grand Amore. Miałam wątpliwości czy nie będzie dla mnie za mocny, zwłaszcza, że u każdego wyglądał inaczej, ale Alina napisała, że jest to delikatna, naturalna, lekko zgaszona ciepła czerwień, która nie jest przesadnie intensywna. Coś mnie do tego koloru ciągnęło, więc uznałam, że zaryzykuję;) Z odcienia jestem bardzo zadowolona. Co prawda jak na moje realia wydaje się być jednak dość wyrazisty, ale o dziwo dobrze się w nim czuję. Pewnie dlatego, że podoba mi się jego tonacja. Co ciekawe czasem mam wrażenie, że wpada bardziej w zgaszoną czerwień, a innym razem jest jakby bardziej żywy, trochę w kierunku różowego. Najśmieszniejsze jest jednak to, że każda jego odsłona mi się podoba;) Kolor w moim przypadku utrzymuje się przez wiele godzin. Zwłaszcza gdy nałożę na gołe usta. Ściera się w kącikach jedynie po umyciu zębów. Jedzenie i picie mu nie straszne, ale lubi zostawić ślad na szklance. Gdy aplikuję na balsam, utrzymuje się ciut krócej, ale również satysfakcjonująco. Na tyle by stać się moją ulubioną matową pomadką:) Zapach płynnej pomadki Nabla również jest bardzo przyjemny. Mnie się kojarzy z krówką albo jakimś pysznym ciasteczkiem:) Najważniejsze, że nie ma swoistego zapachu farby;) Konsystencja jest bardzo komfortowa i według mnie pomadka nie wysusza ust, ale i tak najchętniej nakładam ją na balsam;) Warto zwrócić też uwagę na oryginalne pudełko przyozdobione gwiazdkami;) Jeśli zaś chodzi o opakowanie samej pomadki to jest ono dość klasyczne, eleganckie, ale bez fajerwerków:) W tej materii znam ładniejsze, czyli np. Diora albo Givenchy:) Opakowanie zawiera jedynie 3ml pomadki, ale żeby pokryć usta kolorem wystarczy cieniuteńka warstewka (tyle co kot napłakał:P) więc pomadka powinna być wydajna:) Właściwie to nigdy nie próbowałam dokładać drugiej warstwy, ale zapewne zintensyfikowałaby ona kolor;) Bardzo przypadła mi do gustu ta pomadka i choć nie mam jej długo to zdetronizowała wszystkie inne matowe pomadki, których przyszło mi używać. Prawdopodobnie będę chciała przygarnąć jeszcze jeden kolor albo zdecyduję się na którąś z tych w klasycznej formie:) Na zdjęciach cieniuteńka warstewka Grand Amore;) Swatche kilku odcieni możecie zobaczyć też u Fancy:)

Nabla Cosmetics cień do powiek Absinthe


Według producenta cienie Nabla są mocno napigmentowane i mogą być nakładane zarówno na sucho jak i na mokro.

W przypadku cienia do powiek skusiłam się na wkład. Nie był to super wybór, ponieważ właściwie nie planowałam skomponowania całej paletki Nabla. Dlatego też póki co stosowanie nie jest dla mnie zbyt wygodne i trochę już sobie ten cień zarysowałam. Tylko czekać aż upadnie i się połamie:(
Cień można nakładać zarówno na sucho jak i na mokro. Ja póki co aplikowałam jedynie na sucho. Odcień Absinthe bardzo mi się spodobał, ponieważ jest wielowymiarowy, taki nieoczywisty, a jednocześnie nadaje się do stosowania na co dzień:) To mieszanka beżu, zieleni i... lekkiej cegiełki? Najbardziej podoba mi się w nim, że daje taki efekt jakbym użyła nie jednego cienia, a trzech cieni;) Magia i coś w sam raz dla leniuszków! Przyznam szczerze, że ja go nakładam palcami, ale bardzo możliwe, że w przypadku aplikacji pędzlami można uzyskać jeszcze nieco inny efekt;) 
Pierwsze moje spotkanie z tym cieniem nie było udane, ponieważ nałożyłam bez bazy i utrzymał się na moich powiekach godzinę. Potem już zawsze nakładałam na bazę (w moim przypadku Bell Hypoallergenic) i problem braku trwałości został rozwiązany. Na bazie cień utrzymuje się u mnie przez wiele godzin. Podejrzewam, że podczas chłodniejszych miesięcy ten wynik będzie jeszcze lepszy. Jestem zadowolona i marzą mi się kolejne, może odcień Selfish;) Nie sądziłam, że marka zrobi na mnie tak pozytywne wrażenie:) 

Zdjęcia na twarzy robione telefonem, więc może nie są jakieś extra, ale jak na moje astygmatyczne oko... widać:P Może dlatego, że ja wiem, że ten malunek tam jest:D Poza tym lepszych zrobić i tak nie dam rady bo np. mój aparat w ogóle "nie widzi" cieni;) Pozostaje więc tylko telefon;) Zmierzam do tego, że jeśli skrytykujesz moje fotki zza firany to zginiesz (żarcik:D). 

Kosmetyki Nabla dostępne są w sklepach internetowych. Ja swoje pierwsze sztuki kupiłam na cocolita.pl.


Znacie kosmetyki Nabla? Jesteście w stanie polecić coś fajnego?:) Jeśli wiecie jak pozbyć się tego placka po drapanku na czole to też dajcie znać;)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Van Cleef Arpels Feerie – pachnąca dobra wróżka;)

Cześć Dziewczyny!
Pomyślałam sobie, że dawno nie było żadnego wpisu na temat perfum:) Zaczęłam się więc zastanawiać, o którym z moich zapachów napisać i decyzja nie była łatwa, gdyż trochę tego mam;) Przypomniałam sobie jednak o tym co przeczytałam jakiś czas temu na temat perfum Van Cleef Arpels Feerie. Podobno największy wzrost zainteresowania tym konkretnym zapachem odnotowuje się w grudniu, gdyż ze względu na swój bajkowy flakonik stanowi on idealny pomysł na prezent dla bliskiej osoby;) A jako że jestem osobą przewrotną (buntownik z natury;)) postanowiłam, że napiszę o nim teraz, w środku lata. W grudniu recenzja będzie jak znalazł czyż nie?;)



Zapach Feerie został wydany w 2008r, czyli już niespełna 10 lat temu, a jego twórcą był Antoine Maisondieu.


Nuty głowy: czarna porzeczka, fiołek, włoska mandarynka i czerwone jagody

Nuty serca: róża bułgarska i egipski jaśmin

Nuty bazy: irys i wetyweria


Perfumy Feerie zostały zapakowane w dość duży niebieskawy kartonik opatrzony błyszczącymi elementami. Zapach ten występuje zarówno jako woda toaletowa, jak i woda perfumowana. Ja wybrałam tę drugą opcję. Do wyboru są też dwie pojemności – 50 i 100ml, ale niestety ta pierwsza jest trudno dostępna. Wolę mniejsze pojemności, więc bliżej byłoby mi do pięćdziesiątki aniżeli do setki, ale niestety ta wersja była wręcz nieuchwytna;) Przyznam, że Feerie są moim pierwszym i jak dotąd jedynym zapachem duetu Van Cleef Arpels. 
Flakonik z tajemniczą wróżką (Feerie) dostrzegłam na półkach perfumerii już kilka lat temu. Wtedy jednak wydawał mi się tandetny i kiczowaty. Kojarzył mi się z baśniowymi opowieściami, za którymi nigdy szczególnie nie przepadałam. Jestem chyba zbyt mało odrealniona żeby odpływać w takie klimaty. Science-Fiction też nie lubię;) Wydaje mi się, że chyba nawet go wtedy nie wąchałam;) 
Jednak jakiś czas temu flaszka Feerie znowu rzuciła mi się w oczy. Tym razem spojrzałam na nią bardziej łaskawym okiem i stwierdziłam, że właściwie to owa wróżka jest bardzo ładna i niewątpliwie bajkowa. Może nie jest to do końca mój klimat pod względem estetyki, ale bardzo przypadł mi do gustu chabrowy kolor flakonu, a także wiernie oddane detale. Uznałam, że właściwie mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Lekko kiczowatym, ale jednak bardzo oryginalnym:) Schyliłam się więc żeby poznać zapach;) Pierwsza moja myśl brzmiała: hmm pachnie jakby… trupem;) Jednak po chwili było już tylko lepiej. Poczułam to co poczuć chciałam – czarną porzeczkę. Następnie do głosu doszły cytrusy, czyli nuty które podobno lubią niemalże wszyscy. Nie wiem jak jest ze wszystkimi, ale ja je niewątpliwie lubię;) W nucie głowy wyczuwalne są też leśne owoce – jak dla mnie jeżyny, które chyba najmocniej kojarzą mi się z nazwą tego zapachu. Po jakimś czasie zapach się rozwija i wyczuwalne stają się nuty kwiatowe. Głównie fiołek. Zawsze wydawało mi się, że niekoniecznie go lubię, a jednak;) W tej kompozycji układa się on bardzo ładnie na skórze. Dodaje zapachowi trochę ciężkości, ale jednocześnie nie jest typowo mdły i męczący. 
Zapach nie ma może ogromnej projekcji i nie ciągnie się za mną niczym ogon, ale jest zdecydowanie wyczuwalny dla otoczenia i najczęściej dobrze odbierany. Nawet mama i siostra uznały go za ładny:) 
Trwałość jest według mnie dobra. Wróżka utrzymuje się u mnie przez ładnych kilka godzin. 


Znacie perfumy Feerie Van Cleef Arpels? Podoba Wam się ich flakonik?
Czytaj dalej »

sobota, 5 sierpnia 2017

Jakoś to będzie. Szczęście po polsku, czyli polska odpowiedź na hygge

Cześć Dziewczyny!
Jeśli już recenzuję książkę to za zwyczaj staram się żeby była ona spójna z tematyką mojego bloga, czyli przede wszystkim uroda i zdrowie;) Gdy jednak dostałam informację, że pojawiła się polska odpowiedź na hygge (którego lektury nie zaliczam do owocnej) to stwierdziłam, że sprawdzę co mają na ten temat do powiedzenia Polacy i tak trafiło do mnie „Jakoś to będzie. Szczęście po polsku”. Z czystej przekory!



Dlaczego duńskie hygge zupełnie do mnie nie przemówiło?


Zanim przejdę do „Jakoś to będzie” pozwolę sobie napisać kilka słów odnośnie „Hygge” autorstwa Marie Tourell.  Książkę tą zakupiłam spontanicznie pod wpływem zdjęć na instagramie jeszcze w ubiegłym roku. Pomyślałam, że skoro tak się zachwycają to i ja sprawdzę. A nuż dowiem się czegoś nowego na temat szczęścia? Choć w to już z góry powątpiewałam, ponieważ nawet studia filozoficzne nie przyniosły mi odpowiedzi na wiele fundamentalnych pytań, więc co dopiero książeczka na temat „filozofii” szczęścia?  Filozofii w cudzysłowie i przez małe „f” bo osobiście nie nazwałabym tego stricte filozofią;) No, ale przecież świat idzie z duchem czasu i pewne sprawy są coraz bardziej upraszczane tak żeby mogły z powodzeniem trafić do szerszego grona odbiorców i stać się bestsellerami. A to w dzisiejszych czasach nie byłoby tak łatwe w przypadku tradycyjnego dyskursu filozoficznego;) Utarło się, że w naszym pędzącym świecie nie ma czasu na górnolotne dywagacje i trzeba podawać ludziom proste rozwiązania, które nie wymagają od nich umiejętności analitycznego myślenia. Czy jednak wszystko to musi być banalne aż do bólu? Przeczytanie Hygge zajęło mi ok. godzinę i jedyną rzeczą, którą uznałam za przydatną był przepis na domowego Snickersa;) Piękna okładka, ale niestety puste wnętrze. Mnóstwo banałów i powtórzeń, a także odmiana słowa hygge przez chyba wszystkie możliwe przypadki;) Zaś samo hygge nudne i mdłe do granic możliwości. Sens tej książki można by było przedstawić na jednej stronie;)  Czy naprawdę tak wygląda szczęście? Dokąd zmierza ten świat skoro ludzie zachwycają się i inspirują tak marnymi książkami? Takie były moje refleksje po przeczytaniu Hygge.  Byłam naprawdę zdruzgotana, że można się czymś takim zachwycić. Zgadzam się, że w czasach, w których przyszło nam żyć każdy pędzi i trzeba trochę dopasować formułę tak aby była łatwa w odbiorze, co regularnie przecież czynię pisząc bloga (kto by mi to czytał gdybym pisała niczym nadęta dama?), ale jednocześnie uważam, że nadmierne uproszczenia nie są dobre. Książka powinna dawać nam coś więcej. A tego Hygge zdecydowanie nie czyni. 


Jakoś to będzie. Szczęście po polsku.


Zniesmaczona lekturą Hygge, postanowiłam się zapoznać z naszą polską koncepcją szczęścia;) Pokiwałam głową już na sam tytuł: Jakoś to będzie. Ile razy powtarzałam to zdanie? Ile razy powtarzaliście to Wy? Założę się, że niejeden, oj niejeden;) Niejednokrotnie czytając lub słuchając o czymś myślę sobie: „to takie polskie”. Dlatego byłam ciekawa czy autorom udało się dobrze zobrazować naszą naturę i temperament;)


Od razu zaznaczę, że w Jakoś to będzie widać pewną inspirację Hygge. Ładna twarda oprawa, niewielka objętość tekstu (niby 348 stron, ale ze względu na dużą ilość ilustracji, stron tytułowych oraz czcionkę – tekst można by zmieścić na niemalże połowie tych stron;)), jest też przepis – tym razem na chleb;) No i oczywiście prosty przekaz;) 

Czy zatem Jakoś to będzie jest kopią Hygge? Na szczęście nie. W porównaniu z Duńczykami, (choć trudno w to uwierzyć;)) Polacy są narodem o wiele bardziej dynamicznym i ta książka dość dobrze to obrazuje. Ze względu na swą nieskomplikowaną formułę nadal nie jest to pozycja najwyższych lotów, taka po której masz natłok myśli i nie możesz zasnąć, ale przemówiła do mnie o wiele bardziej niż Hygge. W Jakoś to będzie nie wałkuje się nieustannie jednego słowa. Znajdziemy tu zarówno wzmianki na temat kultury i historii, które w przystępny sposób subtelnie umacniają nasze poczucie tożsamości narodowej,  jak i elementy badań statystycznych oraz dawkę wypowiedzi znanych osób. A wszystko to okraszone nutką, nierzadko ironicznego humoru;) Podczas lektury dość często powtarzałam sobie w myślach: „no tak”, „tak było”, „coś w tym jest” albo „to takie polskie”;) 
Przytoczę Wam jeden fragment: „Jest i takie słowo, którego obcokrajowcy uczą się najszybciej. Usłyszane za granicą bezbłędnie pozwala namierzyć rodaków. W kraju zaś występuje nader często bo aż znajduje się w ścisłej czołówce użycia. To kurwa. I jak się nad tym zastanowić, nie ma w tym nic dziwnego. Jesteśmy przecież narodem żywiołowym i emocjonalnym. Zadziornym. Co za tym idzie nie stronimy od przekleństw.” I jak k… się z tym nie zgodzić?:)
W Jakoś to będzie nawet tytuły brzmią bardzo swojsko. Dla przykładu – Chlebem i solą, czyli gościnnie albo – Jeśli ktoś to zrobi, to Polacy, czyli z ułańską fantazją. To ostatnie jakże trafne. Często powtarzam, że zrobiłam coś z ułańską fantazją;) W Hygge nie ma dynamizmu. Są tylko świece, jedzenie i odpoczynek w domowym zaciszu pod miękkim kocykiem. U nas zaś to tak nie wygląda. Autorzy zauważyli zarówno niepodważalną skłonność narodu polskiego do narzekania jak i ogromną dozę zaradności, determinacji oraz pracowitości. Dość mocno podkreślona została też nasza różnorodność. Chociażby na przykładzie regionalizmów. Pierwszy przykład z brzegu: wychodzisz na – a) dwór b) pole c) plac? U mnie mówi się na dwór:)  Co jak co, ale trzeba przyznać, że Polacy nie są tak prostolinijni jak Duńczycy. Z jednej strony często powtarzamy sobie, że jakoś to będzie, ale z drugiej uwielbiamy narzekać, martwić się i stresować;) A kiedy jest dobrze zaraz mamy wrażenie, że coś nie gra;) Na dalszych stronach znajdziemy również ciekawostki na temat niektórych polskich miast, coś o modzie, o designie i oczywiście o jedzeniu;) 


Jakoś to będzie jest zbiorem felietonów podzielonym na 3 części. Zawiera mnóstwo anegdotek, wypowiedzi znanych dziennikarzy i artystów oraz wyniki badań. Większość z nich dla Polaków będzie czymś oczywistym, ale jako że książka nastawiona jest również na pozyskanie zagranicznych odbiorców to wiele rzeczy zostało przedstawionych w sposób dosadny;) Czy jednak odpowiada ona na pytanie czym jest szczęście? Nie do końca. Jakoś to będzie ma bardziej charakter otwartej dyskusji nad naszą polską mentalnością oraz tym co ją ukształtowało. Nie jest to typowy poradnik. Poza tym trudno byłoby zdefiniować czym jest szczęście z perspektywy wszystkich Polaków bo mimo wszystko każdy z nas jest inny;) Większość zagadnień została przedstawiona w telegraficznym skrócie, więc książkę czyta się szybko. W książce znajdziemy również dużo fotografii, które w odróżnieniu od tych, które znajdziemy w Hygge również są bardziej "żywe". A to dlatego, że zdjęcia w Hygge w większości wyglądają jak te, które możemy znaleźć na wszystkich tych blogach traktujących o minimalizmie. Natomiast w tych "naszych" jest więcej autentyzmu. 

Czytaliście Jakoś to będzie?
Czytaj dalej »

czwartek, 3 sierpnia 2017

Sisley L’Orchidee rozświetlający róż do policzków, który cieszy nie tylko oko;)

Cześć Dziewczyny!
Są takie rzeczy, które niebezpiecznie przyciągają nasz wzrok. To takie drobne kaprysy. Nie są nam niezbędne do życia, a mimo to nęcą i dręczą;) Znacie to uczucie? Ja tak miałam w przypadku rozświetlającego różu do policzków Sisley L’Orchidee, który zasilił moją kosmetyczkę jeszcze przed końcem ubiegłego roku - tak na dobry początek nowego;) Od tej pory stał się jednym z najczęściej używanych przeze mnie kosmetyków. Dlatego postanowiłam poświęcić mu parę słów w osobnym wpisie. Tym bardziej, że prawdopodobnie znajdzie się on w moich ulubieńcach roku:)


Sisley L’Orchidee rozświetlający róż do policzków


Według marki Sisley, Orchidea jest różem, który poprawia koloryt skóry i nadaje jej słoneczny blask. Aplikację można łatwo stopniować aż do osiągnięcia oczekiwanego efektu na twarzy.

Róż L’Orchidee otrzymujemy w kartonowym opakowaniu typowym dla marki Sisley. Wewnątrz znajdziemy przyjemną dla oka, lustrzaną puderniczkę przyozdobioną w paski oraz tytułową orchideę. Nie ma niestety dodatkowego welurowego woreczka na puderniczkę. Choć właściwie i tak rzadko z takich korzystam. Opakowanie jest dobrej jakości i nigdy nie otwiera się samoistnie. Jedynym minusem jest to, że dość łatwo pozostawić na nim odciski palców;) Jak na tego typu produkt, Orchidea według mnie posiada bardzo dużą gramaturę (15g). Z tego powodu bardzo długo wahałam się czy warto go mieć bo przecież nie dam rady go zużyć chyba przez najbliższych kilka lat;) Tym bardziej, że jest naprawdę wydajny. Po ponad 7 miesięcznym użytkowaniu, jego zużycie jest śladowe. 
Plus jest jednak taki, że tłoczenie w kształcie płatków kwiatu orchidei nadal prezentuje się niemalże nienagannie, a nie ukrywajmy, że to głównie ono sprawiło, że chciałam go mieć;) Wszak piękne kosmetyki bardzo często są kupowane właśnie po to by napawać nasz wzrok;) Tutaj tłoczenie jakie jest każdy widzi. Chyba mało kto powie, że nie robi pozytywnego wrażenia?;) 

Orchidea Sisley jest produktem drobno zmielonym i dość dobrze napigmentowanym, a jednocześnie lekkim, co sprawia, że naprawdę trudno zrobić sobie nim krzywdę. Nawet niewprawioną ręką:) Puder zawiera w sobie koralowy odcień różu, delikatny brąz oraz złote i lekko różowe drobinki. Dzięki takiemu połączeniu z powodzeniem uzyskamy efekt promiennej i wypoczętej cery pokrytej dobrze wyważonym kolorem:) Mój odcień jest idealny dla kobiet o ciepłym kolorycie cery. Natomiast dla chłodniejszych typów lepszym wyborem będzie Sisley L’Orchidee Rose. U mnie Orchidea spełnia dwie, a czasami nawet 3 funkcje. Kiedy zależy mi przede wszystkim na uzyskaniu świeżego rumieńca, przejeżdżam wąskim pędzlem jedynie po części różowej. Gdy mam ochotę na subtelnie rozświetlający bronzer, korzystam z części brązowej, która jest dodatkowo pokryta drobinkami. Jeśli natomiast mam ochotę na delikatny bronzer, ale z jeszcze mniej zauważalnym połyskiem – używam części, która jest ich niemalże pozbawiona:) Zdarza mi się też wymieszać wszystko razem:) Jeden produkt, a tak wiele możliwości:) Efekt można oczywiście stopniować, ale ja z reguły zachowuję umiar:) Wszystkie odcienie, które zostały w nim zawarte, są dla mnie idealnie dobrane:) Róż Sisley okazał się więc być dla mnie nie tylko uroczym kaprysem, ale także przedmiotem użytkowym, który bezbłędnie spełnia moje oczekiwania:) Jeśli chodzi o trwałość to tutaj również jest dobrze. Jedynie podczas upałów lub gdy często dotykam twarzy, utrzymuje się trochę krócej.


Znacie makijaż marki Sisley? Co sądzicie o Orchidei? Macie czasem nie do końca rozsądne zachcianki? 

Czytaj dalej »

wtorek, 1 sierpnia 2017

Bielenda Multi Essence 4w1 Multiwitaminowa esencja do pielęgnacji twarzy cera mieszana

Cześć Dziewczyny!
Kiedy kilka miesięcy temu marka Bielenda inspirując się azjatyckimi rytuałami pielęgnacji, wypuściła serię Multi Essence 4w1, nie byłam szczególnie zainteresowana i nie planowałam żeby wypróbować którąś z esencji. Jednak pewnego dnia nagle stwierdziłam, że może jednak to będzie dobre i zdecydowałam się na esencję przeznaczoną do pielęgnacji cery mieszanej. Tak też się stało, ponieważ produkt ten polubiłam od pierwszego użycia. Co zresztą miało już swoje reperkusje w kosmetycznych ulubieńcach pierwszej połowy roku:) Polubiłam Multi Essence na tyle, że kiedy dobijała dna, postanowiłam wypróbować również dwie pozostałe wersje:) Dziś jednak o wersji zielonej, czyli do cery mieszanej:)


Czym jest Bielenda Multi Essence 4w1?


Multi Essence ma płynną postać i można jej używać jak toniku zwilżając nią wacik lekko dociskając do twarzy, szyi i dekoltu. Należy ją stosować po uprzednim oczyszczeniu skóry. Jednak według producenta esencja to nie tylko zwykły tonik. Ma ona pielęgnować jak krem, regenerować jak maska, tonizować jak tonik i oczyszczać jak mleczko:) Do wyboru mamy 3 wersje: do cery mieszanej, suchej oraz dojrzałej. Recenzowana dziś przeze mnie wersja do skóry mieszanej zawiera dobroczynny filtrat drożdżowy, kwas glikolowy, witaminę B3 i prowitaminę B5, a także kwas hialuronowy. Po użyciu cera ma być gładka, matowa, pełna witalności i nawilżona. 

Bielenda Multi Essence multiwitaminowa esencja do skóry mieszanej umieszczona została w zgrabnym opakowaniu o pojemności 200ml. Kosmetyk ten należy zużyć w ciągu 6 miesięcy od momentu otwarcia, co jest jak najbardziej wykonalne, ponieważ mnie jedna butelka wystarczyła na trochę ponad miesiąc regularnego stosowania rano i wieczorem na twarz, szyję i dekolt. Nie wiem czy to widzicie, ale na zdjęciu powyżej jest puste opakowanie;)
Zapach na początku nie przypadł mi do gustu, ponieważ uznałam go za perfumowany i nieco sztuczny. Jednak już po kilku użyciach praktycznie przestałam go czuć podczas użycia. Według mnie wersja fioletowa pachnie ładniej;) Konsystencja produktu jest wodnista, ale jednocześnie bardzo komfortowa. Daje bardzo fajny poślizg, co jest szczególnie mile widziane zwłaszcza gdy bezpośrednio po użyciu nakładamy serum:) W połączeniu z Multi Essence serum rozprowadza się bajecznie gładko, a ja bardzo lubię to uczucie;) Esencja na mojej mieszanej cerze nie pozostawiała żadnego poczucia lepkości ani dyskomfortu. Wręcz przeciwnie, była szybko absorbowana przez skórę. 

Pewnie jesteście ciekawi czy rzeczywiście pielęgnuje jak krem, regeneruje jak maska, tonizuje jak tonik i oczyszcza jak mleczko? Przyznam szczerze, że oczekiwałam po prostu dobrego toniku i zdecydowanie to dostałam. Nawet nie śmiałam marzyć o tylu efektach, o czym zresztą wspomniałam w ulubieńcach. Potem jednak uzmysłowiłam sobie, że rzeczywiście w pewnym sensie pielęgnuje jak krem. Chodzi mi o czoło;) Z racji tego, że mam grzywkę i moje czoło lubi się przetłuszczać to nie smaruję go kremem regularnie. Podczas użytkowania esencji przecierałam czoło jedynie nią i faktycznie było gładkie oraz wypielęgnowane bardziej niż wcześniej:) Natomiast na pozostałych partiach twarzy oraz szyi i dekoltu, esencję stosowałam w połączeniu z serum i kremem, czyli typowo jak tonik po uprzednim oczyszczeniu skóry:) To połączenie było dla mnie idealne i powiedziałabym, że esencja bardzo dobrze współpracowała z pozostałymi krokami pielęgnacyjnymi. A do tego bardzo przyjemnie wygładzała, odświeżała i uelastyczniała cerę bez obciążenia. Czy oczyszcza jak mleczko ciężko mi powiedzieć, ponieważ stosowałam na uprzednio oczyszczoną twarz przy użyciu płynu micelarnego i następnie żelu. Poza tym ja nie lubię mleczek, więc ciężko mi porównać:) Czy regeneruje jak maska? Szczerze mówiąc słyszałam o ciekawym patencie. Podobno można nasączyć esencją płachtę, a następnie nałożyć na twarz i wtedy mamy efekt jak po zrobieniu maski. Nigdy jednak tego nie robiłam, ponieważ preferuję gotowe maski i nie miałam nawet w zanadrzu takiej suchej płachty:) Trochę obawiałam się obecności filtratu drożdżowego, ponieważ słyszałam, że niekiedy potrafi wywołać wysyp lub uczulić. Na szczęście nic takiego u mnie nie wystąpiło, tzn. zdarzały mi się jakieś drobne niedoskonałości, ale nie więcej niż standardowo, a chyba nawet mniej;) Czułam też nutkę niepewności w kwestii zawartości kwasu glikolowego. Producent nie podał jednak stężenia, więc uznałam, że musi być ono niewielkie. Nie zauważyłam żadnego podrażnienia ani nadwrażliwości mimo, że stosowałam rano i wieczorem w porze letniej (o ile to coś można nazwać latem;)). 
Podsumowując wiem, że esencje Bielendy swego czasu wyskakiwały już z lodówki, ale sama się przekonałam, że naprawdę warto spróbować:) Będę jeszcze analizować, która wersja jest dla mnie najlepsza i myślę, że będę do nich wracać. Zwłaszcza, że cena jest bardzo korzystna.


Znacie Multi Essence od Bielendy? Która wersja przypadła Wam najbardziej do gustu? A może polecicie coś innego?
Czytaj dalej »