Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomadka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 maja 2023

Zamiennik Dior Addict Lip Glow? Espoir No-wear Glow Lip Balm!

W życiu piękne są tylko chwile. Ale najważniejsze żeby nie zabrakło… balsamów do ust😂 Zwykle sięgam po te bezbarwne, a ze szminkami mi nie po drodze🤪 Jednak jest jeszcze coś pomiędzy, czyli nawilżający balsam koloryzujący zapewniający efekt my lips, but better!😅 To opcja, dzięki której nie czuję się przebrana😎 Z produktów europejskich moim nr 1 od dekady jest Dior Addict Lip Glow, którego nie każdy lubi, chociażby za sprawą dodatku mentolu dającego efekt chłodzenia oraz cenę😉

Ostatnia wkrętka w k-dramy zaowocowała u mnie scrollowaniem apki Joom w której produktów do ust z Korei jest bez liku, a dostawa zawsze bezproblemowa (kod JOOMPL daje -10% na wszystko, możesz skorzystać też z kodu INSTAPL) Znalazłam tam sporo kosmetyków z potencjałem, a wśród nich Espoir No-wear Glow Lip Balm. To produkt, który mogę zarekomendować bez żenady, gdyż spełnił moje oczekiwania na tyle, że bez wahania kupiłabym kolejną sztukę za własne pieniądze👌🏼 


Wybrałam odcień, który wydał mi się najbardziej delikatny i naturalny - 01 Shell Pink. Ale do wyboru są jeszcze dwa inne. 

Opakowanie nie jest tak eleganckie, jak w przypadku Diora, ale też niczemu sobie. Poza tym zawiera 4,5g sztyftu, a Dior 3,2g😁 Tu rozmiar ma znaczenie😂 W przeciwieństwie do Diora nie zawiera mentolu i nie daje uczucia chłodzenia. I przyznam, że o ile w przypadku Diora mi to nie przeszkadzało to jednak brak efektów termicznych w Espoir oceniam na plus. Jego zapach jest subtelnie kwiatowo-owocowy i wyczuwalny jedynie w trakcie aplikacji. Balsam gładko sunie po ustach pozostawiając po sobie przejrzystą, różową poświatę. Po kilku chwilach usta nabierają subtelnego i świeżego różowego odcienia, który ładnie ożywia twarz, ale nie jest w żaden sposób nachalny. Dodatkowo balsam nie uwidacznia suchych skórek, ładnie nawilża, odżywia i nabłyszcza. Nie trzeba więc nakładać pod niego żadnej bazy w postaci innego balsamu. Klasyczne szminki zazwyczaj prędzej czy później robią mi na ustach Saharę, a tego mogę używać bez obaw. Powiedziałabym nawet, że nawilża lepiej niż niejeden balsam bezbarwny. Połączenie pielęgnacji z delikatnym kolorem to jest właśnie to💦🥰 Wygląda więc na to, że znalazłam koloryzujący balsam nawilżający może nie identyczny jak Dior, ale jednak stanowiący doskonałą i jednocześnie tańszą alternatywę z Korei. Kosmetyki Espoir znajdziesz u koreańskich sprzedawców na Joom.


Używasz szminek? A może tak jak ja preferujesz balsamy bezbarwne lub zapewniające delikatny kolor?

Współpraca reklamowa

Czytaj dalej »

niedziela, 10 marca 2019

Bell Bon Bon limitowana kolekcja makijażowa - swatche produktów!

Na początku lutego w sieci sklepów Biedronka pojawiła się nowa walentynkowa kolekcja kosmetyków do makijażu Bell Bon Bon. Tym razem kosmetyki były dość dobrze dostępne, ponieważ nawet w „mojej” nic niemającej Biedronce na początku ubiegłego miesiąca widziałam na półkach pełny albo przynajmniej większą część asortymentu. Spieszyłam się wtedy, więc drapnęłam tylko puder i udałam się do kasy;) Miesiąc później trafiła do mnie cała kolekcja i z racji tego, że kosmetyki oficjalnie mają być dostępne jedynie do końca marca, postanowiłam zrobić taki mały, szybki przegląd z pierwszymi wrażeniami i swatchami;)

Bell Bon Bon edycja limitowana


Bell Bon Bon Beauty-licious Face Powder


Bell Bon Bon Beauty-licious Face Powder

Pachnący puder upiększający posiada delikatnie rozświetlającą oraz optycznie wygładzającą formułę. Minimalizuje widoczność porów i drobnych zmarszczek. Posiada transparentno-brzoskwiniowy odcień, który ma za zadanie zapewnić efekt wypoczętej skóry.
Bell Bon Bon Beauty-licious Face Powder

Puder występuje w dość zwyczajnej plastikowej puderniczce o pojemności 9g. Wewnątrz skrywa jednak bardzo przyjemne dla oka tłoczenie i zapach Mamby;) Ten zapach był mi już znany z kilku wcześniejszych produktów Bell (najczęściej do ust), więc nawet z zamkniętymi oczami poznałabym, że to Bell;) Formuła pudru jest aksamitnie miękka i delikatna. Bardzo fajnie nakłada się go nieco większym pędzlem. 

Tak jak wspomniałam we wstępie, puder jest produktem, którego używam najdłużej, ponieważ pobiegłam po niego, gdy tylko się pojawił;) Zobaczyłam go na Insta Story u Agu Blog i tak jakoś pomyślałam, że chcę go mieć. Choć na niedobór pudrów nie narzekam, oj nie;) Oglądając go w sklepie miałam lekkie zawahanie ze względu na jego brzoskwiniowy odcień, ponieważ tego typu kolory niekiedy dają u mnie efekt świnkowego zaróżowienia, który przy moim ciepłym typie cery jest mocno niepożądany;) Pomyślałam jednak, że to tylko puder wykończeniowy i zaryzykowałam;) Muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Puder totalnie mnie zachwycił i na szczęście nie zauważyłam żeby nadawał mojej skórze jakiejś niechcianej, różowej poświaty. Jest on rzeczywiście transparentny z subtelnie brzoskwiniową mgiełką;) Według mnie jest bardzo uniwersalny. Do tej pory aplikowałam go przede wszystkim, jako puder wykończeniowy dla podkładów w pudrze, ponieważ do podkładu Bell zamierzam wrócić dopiero, gdy będzie cieplej;) Używam go również w celu utrwalenia korektora pod oczy:) We wszystkich przypadkach spisuje się super. Ładnie zmiękcza rysy twarzy i mimo, że jest to puder delikatnie rozświetlający to nie przetłuszcza mojej cery. Mogłabym się po prostu podpisać pod obietnicami producenta:) To jeden z pierwszych moich makijażowych hitów tego roku i muszę przyznać, że przebija wiele pudrów marek selektywnych. Liczę, że będzie dobrze współpracował z podkładem Bell:) Miałam nosa, że poszłam po niego do tej Biedronki, a wiecie jak nie lubię tam zaglądać:D 


Bell Bon Bon Sweet Love Highlighter


Bell Bon Bon Sweet Love Highlighter rozświetlacz

Zestaw intensywnie błyszczących rozświetlaczy ma za zadanie rozpromienić twarz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki oraz wymodelować jej owal.
Bell Bon Bon rozświetlacz

Rozświetlacze to coś, co uwielbiam i czego mam tak dużo, że chyba już nigdy nie zdołam zużyć do dna;) Sweet Love Highlighter podobnie jak puder zamknięty został w plastikowej puderniczce, ale jego wnętrze również jest miłe dla oka. Pojemność zestawu rozświetlaczy to 8g. Przyznaję, że po obejrzeniu tego rozświetlacza w Biedronce, szybko odłożyłam go na półkę, ponieważ najjaśniejszy odcień jest typowo dla Królewny Śnieżki;) Ja z takimi barwami muszę postępować delikatnie, ponieważ potrafią zbyt mocno odróżniać się od mojej ciepłej cery;) Niemniej odcień środkowy jest już bardziej uniwersalny:) Można też oczywiście zmieszać wszystkie razem.


Bell Bon Bon pomadki Long Lasting Mat Lipstick i konturówki Long Lasting Mat Lip Contour


Bell Bon Bon pomadki

W kolekcji Bell Bon Bon znajdziemy też matowe pomadki i konturówki w odpowiadających im odcieniach. Według producenta pomadki występują w nasyconych, ale stonowanych odcieniach. 

Miałam już kiedyś kilka pomadek Bell w takiej formie i muszę przyznać, że są wygodne w użyciu. Choć akurat tutaj mechanizm trochę mi się zacina i czasem muszę przycisnąć główkę pomadki żeby udało mi się ją zakręcić;) Pomadki posiadają przyjemne, delikatne zapachy oraz takie naturalne, nie jaskrawe odcienie. Pomadki mają lekką tendencję do przesuszania, więc trzeba pamiętać o dobrym nawilżeniu ust. Jeśli zaś chodzi o konturówki to muszę przyznać, że często jest mi z tego typu produktami nie po drodze. Chyba jestem trochę za nerwowa na precyzyjne obrysowywanie ust. Mam co prawda naturalnie inny odcień konturu ust niż w obrębie samych ust, więc pewnie częste stosowanie mogłoby być w jakiś sposób korzystne. Ale mi po prostu ta naturalna różnica w kolorycie ust nie przeszkadza. Dlatego nie sięgam po konturówki na co dzień. Plus jednak za dobre dopasowanie do pomadek, ponieważ nie trzeba się martwić czy dobrze wybrałyśmy;)


Bell Bon Bon Black Ink Liner i Gitter Blink Eyeliner


Bell Bon Bon Black Ink Liner i Gitter Blink Eyeliner

Jest też coś, co nada spojrzeniu głębi;) Głęboko czarna konturówka w płynie i eyeliner z brokatem:)


Ja i eyelinery to trudne sprawy:D Choć ostatnio nieźle mi idzie z egzemplarzem Eveline. Muszę jeszcze tylko popracować nad techniką zakończenia kreski, ale na razie jestem pozytywnie zaskoczona i nawet odkryłam co na to wpływa (ale o tym kiedy indziej). Czarny liner Bell nie jest na szczęście wyposażony w typowy miękki, ociekający produktem pędzelek, a coś „sztywniejszego”, dzięki czemu łatwiej go okiełznać. Jest trwały, ale w przeciwieństwie do Eveline jeśli potrzemy po nim palcem zaraz po aplikacji - można go rozmazać. Obsługa również jest nieco trudniejsza (w moim przypadku). Wersja z brokatem posiada już typowo giętki pędzelek, ale ją łatwiej skorygować, więc nie jest to takim problemem jak byłoby w przypadku czerni;) Całkiem ciekawa opcja dodająca makijażowi blasku. Można go nakładać np. na czerń urozmaicając swój make-up;) Przykładowy makijaż możecie zobaczyć u Ani.


Bell Bon Bon Delight Enamel


Bell Bon Bon lakiery

W kolekcji znalazły się też 3 lakiery do paznokci. Przyznam, że te dwa połyskujące widziałabym na swoich paznokciach. Ale niestety jestem team hybryda i nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek pomaluję paznokcie lakierami tradycyjnymi:)
Bell Bon Bon swatche
Od góry: pomadki 01, 02, 03, konturówki 01, 02, 03, eyelinery. Środek: rozświetlacz i puder. Dół: rozświetlacz.

Limitowana kolekcja Bell Bon Bon dostępna jest do 30 marca lub do wyczerpania zapasów. Z tego, co widziałam kolekcja cieszy się ogromnym zainteresowaniem i z tego, co na szybko spojrzałam, u mnie kilka dni temu nie zostało już praktycznie nic. Problem z zakupem może być więc spory, ale jeśli jeszcze gdzieś dojrzycie to zdecydowanie najbardziej polecam puder upiększający Beauty-licious:)
Czytaj dalej »

wtorek, 31 lipca 2018

Laneige Stained Glasstick 06 Red Spinel i 08 Peach Moonstone!

Pomadki Laneige Stained Glasstick kusiły mnie od momentu, gdy zobaczyłam je w sekcji nowe produkty na Jolse. Nie spieszyłam się jednak z wypróbowaniem, gdyż, co jak co, ale szminek to mi nie brak. A ich zużywanie przy takiej ilości wcale nie idzie mi tak kolorowo jak ich odcienie;) Ale ktoś tam mówił, że kolorówki nie musisz zużywać. Ważne, że używasz. W czerwcu pomyślałam sobie więc, że od dwóch nowych szminek Wisła się nie zarwie;) A jak wypadły w użyciu?

Laneige Stained Glasstick to gama 10 odcieni szminek, które nadają ustom kolor z połyskiem i jednocześnie chronią przez wysuszeniem. 


Pomadki zapakowane zostały w srebrne kartoniki. Wewnątrz znajdziemy również srebrne i dość smukłe opakowania. Każde z nich zawiera 2g sztyftu. Niewiele, ale jak na tego typu produkt wystarczająco:) PAO niestety nie mogłam się dopatrzeć, ale bodajże 12 miesięcy. Wizualnie bardzo  mi się podobają i stąd też tyle zdjęć produktowych:)

Spośród wszystkich 10 odcieni od razu wpadł mi w oko 01 Blue Topaz, ponieważ posiada niebieski sztyft;) Ach <3 Jednak jest on odcieniem ochładzającym i stwierdziłam, że przy mojej karnacji może wyglądać niezbyt stylowo;) Postawiłam więc na czerwień – 06 Red Spinel i delikatesik 08 Peach Moonstone. Co ciekawe, więcej razy użyłam czerwieni. Choć za zwyczaj nakładam ją delikatniej niż na zdjęciach:) Na zdjęciach mocniej, ponieważ obawiałam się, że efekt nie będzie widoczny po ich przesłaniu;) Delikatniejszego odcienia zaczęłam używać zdecydowanie później, ale nawet udało mi się dorobić zdjęcie w podobnym klimacie;) Pomadek nie brałam w plener, ponieważ byłam pewna, że to skończy się utrąceniem sztyftów;)

Pomadki Laneige mają przyjemne delikatne zapachy, które ciężko mi porównać do czegoś konkretnego. Są jakby lekko owocowe. Zapachy wyczuwam jednak jedynie przed nałożeniem:)

Warto też zwrócić uwagę na miłe dla oka wyrzeźbienie sztyftów:) Nie da się ukryć, że pomadki Laneige prezentują się naprawdę godnie:) Mogłyby leżeć na jednej półce z Diorem, YSL lub Givenchy:) Przy czym są od nich znacznie tańsze:) 

Konsystencja pomadek jest fajna, gładka. Zdecydowanie nie sucha. Pomadki rzeczywiście nie wysuszają ust, a nawet je trochę nawilżają i zmiękczają:) Jednak jeśli przed nałożeniem nasze usta są wysuszone to po nałożeniu trochę produktu może się zebrać w tych suchych miejscach. U mnie potrafi się wtedy trochę zebrać w bocznej części ust. Oczywiście przytrafiło mi się to w dniu zdjęciowym, gdyż kilka godzin wcześniej byłam na tyle zajęta, że zapomniałam użyć balsamu;) Niemniej za zwyczaj pilnuję się w kwestii nawilżania. Zresztą dobrze o tym wiecie;) 



Odcień 08 Peach Moonstone jest delikatny, idealny na co dzień i dość uniwersalny. Powinien pasować do większości typów karnacji. Choć zapewne u każdego będzie prezentował się trochę inaczej:) Jak już niejeden raz wspominałam, jeszcze mi się nie zdarzyło żeby ten sam odcień wyglądał identycznie u mnie jak u innej osoby;) 

Odcień 06 Red Spinel to już z kolei odcień idący w kierunku czerwieni, ale jakby z lekką domieszką różu?:) Jakiś czas temu zapytałam w ankiecie na Insta Story, który odcień podoba Wam się bardziej. Wyniki były niemal wyrównane, ale wygrał delikatesik:) Nie jest to zaskakujące, ponieważ subtelne odcienie zawsze są bardziej uniwersalne:) A czerwień bądź co bądź jest już nieco bardziej zwracająca uwagę. Choć tak jak wspominałam, za zwyczaj nakładam ją delikatniej niż na zdjęciach. Sama bardziej polubiłam 06:) Jeśli miałabym wskazać różnicę między tymi odcieniami to 08 jest bardziej jak delikatny balsam koloryzujący, a 06 może być już szminką;) 

Efekt można oczywiście stopniować, co próbowałam pokazać na dłoniach;) Jeśli zaś chodzi o zdjęcia na twarzy to wszystkie robiłam w ten sam dzień. Choć jak to zwykle bywa światło było kapryśne i miałam problem z uchwyceniem prawdziwego odcienia cery etc;) Starałam się, ale takie zabawy to nie jest moja ulubiona rozrywka:) Nie lubię robić też zdjęć ust bo mam je jakby trochę krzywe;)

Jeśli chodzi o trwałość to u mnie jest to jakieś 2 godziny w przypadku tego lekkiego odcienia i 3 w przypadku tego bardziej wyrazistego. Pomadki schodzą dość ładnie i równomiernie. Nawet gdy trochę się już zetrą to na ustach pozostaje pigment, czyli troszkę jak w przypadku tintów. Ich demakijaż nie wymaga wyszukanych produktów i zabiegów:) 


Laneige Stained Glasstick miło mnie zaskoczyły. Zwłaszcza, że udało mi się trafić z kolorami:) 


Znacie pomadki Laneige albo jakieś inne fajne koreańskie szminki?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 lipca 2018

Innisfree – My Lip Balm i My Drop!

Marka Innisfree w swej ofercie posiada nie tylko skuteczne serie kosmetyków przeznaczone do pielęgnacji twarzy, ale także kolorówkę, bazy pod makijaż i balsamy do ust zarówno te bezbarwne jak i z dawką koloru:) Kusił mnie ich podkład, który jest dość nowatorski, ponieważ można sobie dobrać zarówno poziom krycia jak i stopień nawilżenia;) Jednak nie byłam jeszcze wtedy na niego gotowa (może za jakiś czas;)), więc wybrałam coś bardziej uniwersalnego – My Lip Balm w odcieniu #Ruby Grapefruit Tea i My Drop w wersji Mattifying. Jak się u mnie spisały?

Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea

zdjęcie balsamu do ust Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Innisfree My Lip Balm opakowany został w dość długą i pojemną, bo aż 15g tubkę i wyposażony w ścięty aplikator. Sam w sobie jest on bardzo wygodny, lecz łatwiej by mi się nakładało produkt gdyby był jednak nieco węższy. W moim przypadku przydatne jest, więc lusterko, ale to raczej nie problem, bo po przemeblowaniu luster ci u mnie pod dostatkiem;) Barwa tubki zależy od odcienia balsamu. W moim przypadku jest to nr 10 #Ruby Grapefruit Tea, więc tubka jest biało-czerwona (dobrze, że już po mundialu;)).
zdjęcie przedstawiające Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Wersji My Lip Balm mamy aż 11, także każdy wybierze coś dla siebie:) Pierwsze 3 odcienie są bardzo delikatne, natomiast ja chciałam coś z czerwono-różowym akcentem. 
zdjęcie Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Polubiłam Innisfree Glow Tint Lip Balm i tak naprawdę chciałam żeby ten był do niego podobny:) Muszę przyznać, że z koloru jestem bardzo zadowolona:) Jest to moja ulubiona tonacja, ponieważ już jakiś czas temu zauważyłam, że w nude nie wyglądam najlepiej i że lepiej czuję się w nieco żywszych (ale nie przesadnych) kolorach:) Efekt można oczywiście stopniować zależnie od tego jak dużo balsamu nałożymy na usta. Co ciekawe balsam wygląda nieco inaczej zależnie od światła. Wszystkie zdjęcia na twarzy wykonałam tego samego dnia (te z samymi ustami są bez makijażu twarzy, a całościowe już w makijażu) i tak naprawdę na każdym ujęciu odcień prezentuje się nieco inaczej (na niektórych zdjęciach mam nałożone mniej, a na innych więcej). Niemniej w każdej odsłonie go lubię:) Muszę zresztą przyznać, że podczas robienia zdjęć „efektów” pogoda była niestety bardzo kapryśna, a światło chwiejne;) Wszystkie kolory zaprezentowane zostały w sklepie Jolse, aczkolwiek efekt zawsze będzie inny zależnie od wyjściowego koloru ust i z tego co widzę u mnie też wygląda nieco inaczej niż na stronie;)
zdjęcie Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea na ustach
Zarzutów co do tego produktu nie mam żadnych i nie będę udawać, że mnie to zaskakuje bo przerobiłam już kilka balsamów do ust Innisfree i każdy mi odpowiadał:) Nie jest to produkt mocno kryjący tudzież zastygający bo w końcu to koloryzujący balsam do ust. Posiada on więc cechy z pogranicza pomadki i balsamu;) Najlepsze cechy, gdyż zarówno nadaje ustom koloru, czyli je upiększa, a jednocześnie dba o ich kondycję nie dopuszczając do wysuszenia:) Mam jeszcze na oku parę wersji i możliwe, że w przyszłości się skuszę. Konsystencja produktu jest bardzo przyjemna i taka „gładka”. Natomiast zapach bardzo subtelny, prawie niewyczuwalny. Faktycznie jest to coś w rodzaju herbatki grejpfrutowej. Na ustach w ogóle tego zapachu nie czuć. Jeśli jesteście fankami takich nawilżających balsamów do ust z kolorem to szczerze polecam:) Podkreśli kolor ust i jednocześnie zadba o ich kondycję w ciągu dnia.
zdjęcie przedstawiające makijaż z Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea

Innisfree My Drop Mattifying


zdjęcie przedstawiające Innisfree My Drop Mattifying
Innisfree My Drop to stosunkowa nowość w ofercie marki, gdyż pojawiła się dopiero kilka miesięcy temu. Mamy do wyboru kilka wersji – nawilżającą, rozświetlającą, olejkową (którą można nakładać również jako bazę pod szminkę), matującą oraz wersje do rozjaśniania lub przyciemniania podkładów. Ja zdecydowałam się na Mattifying, ponieważ latem moja mieszana cera lubi sobie poświecić za dnia, a nie zawsze jest to mile widziane;) 
zdjęcie przedstawiające Innisfree My Drop Mattifying
Sam produkt występuje w opakowaniu, które jakiś czas temu zyskało moją sympatię (dawniej nie znosiłam takich buteleczek z pipetką). Może dlatego, że mój podkład Bell również występuje w podobnym opakowaniu? Jest ono przezroczyste i o niewielkiej lecz w pełni wystarczającej pojemności – 14ml. Takich produktów nie nakładamy bowiem kilogramami. Jeden lub dwa „dropsiki” wystarczą;) 
zdjęcie Innisfree My Drop Mattifying
Produkt posiada białą barwę, a jego konsystencja jest leciutka niczym lotion:) Rozsmarowuje się błyskawicznie nie pozostawiając po sobie lepkiego filmu ani koloru (nie rozbiela podkładu). My Drop jest praktycznie bezzapachowy, co stanowi dla mnie zaletę. 

Może być stosowany jako matująca baza pod makijaż na wybrane partie twarzy lub można zmieszać go z podkładem. Tego drugiego sposobu nie próbowałam, gdyż jak wiecie nie jestem zbyt biegła w aplikacji podkładów i wolałam nie kombinować;) Zdecydowanie wolę stosować tradycyjnie jako bazę pod podkład lub puder. Mój podkład Bell Nude Liquid Powder jest co prawda sam w sobie o pudrowym wykończeniu, ale po jakimś czasie zaczynam się świecić, a gdy przesadzę z pudrem wykończeniowym to moja twarz prezentuje się już zbyt pudrowo. Czasami więc lepszym rozwiązaniem podczas ciepłych lub stresujących dla mnie dni jest nałożenie bazy, a pominięcie już pudru lub aplikacja minimalnej jego ilości;) Muszę przyznać, że ta wersja zdaje u mnie egzamin i twarz pozostaje bez połysku na dłużej. Przy czym nie jest to płaski mat, a po prostu utrzymanie cery w ryzach:) Jestem jeszcze ciekawa tej olejkowej w ramach zastosowania na usta:)

Znacie My Drop lub My Lip Balm z Innisfree?

Czytaj dalej »

sobota, 5 maja 2018

L’Oreal Color Riche Shine 905 Bae – biała pomadka z efektem holo!

Jak już pewnie wiecie ze wpisu o ładnych kosmetykach, pomadka L’Oreal Color Riche Shine 905 Bae skusiła mnie przede wszystkim ze względu na przyjemne dla oka opakowanie oraz nietypowy efekt. Bowiem białe pomadki z efektem holo nie są aż tak powszechne jak tradycyjne:) Czy warto zainwestować w pomadkę w odcieniu Bae?

zdjęcie przedstawiające pomadkę L’Oreal Color Riche Shine 905 Bae


L’Oreal Color Riche Shine 905 Bae


zdjęcie przedstawiające pomadkę L’Oreal Color Riche Shine 905 Bae

W gamie szminek L’Oreal Color Riche Shine znajdziemy formuły odżywcze, o kremowej konsystencji zapewniające nawilżenie i blask.
zdjęcie przedstawiające pomadkę L’Oreal Color Riche Shine 905 Bae

Pomadka L’Oreal zamknięta została w opakowaniu przypominającym kryształki albo kostki lodu. Jest ono przezroczyste i dodatkowo przyozdobione złotym elementem. Opakowanie zostało wykonane z plastiku, ale jest dość porządne i prezentuje się naprawdę przyjemnie, więc nie będzie wstyd wyjąć ją z torebki w miejscu publicznym;)
zdjęcie przedstawiające pomadkę L’Oreal Color Riche Shine 905 Bae

Szminka posiada białą barwę z mnóstwem różowych drobinek, choć dostrzegam w niej również subtelniejsze drobinki w odcieniu złota. 
Sztyft jest ścięty i dość miękki, a jego formuła kremowa i bardzo komfortowa. Bardzo przyjemnie się rozprowadza, choć oczywiście drobinki są nieco wyczuwalne na ustach;)
zdjęcie przedstawiające swatch pomadki L’Oreal Color Riche Shine 905 Bae
Pomadka posiada również delikatny zapach. Mnie on się kojarzy z owocami leśnymi. Być może to jeżyny;) Jest on wyczuwalny, ale nie drażni nosa.  Cóż ciekawego może być w białej pomadce? Wygląda przecież tak niepozornie i niewinnie jak klasyczny, bezbarwny balsam do ust;) Pomadka w odcieniu Bae pięknie odbija światło, a różowe drobinki ładnie podbijają kolor ust nadając im świeżości i takiego dziewczęcego blasku. Jednocześnie uzyskujemy modny w ostatnim czasie efekt holo;) 
Dzięki niej usta wyglądają jak pokryte rozświetlającym błyszczykiem, ale z uwagi na to, że jest to pomadka nie musimy obawiać się uczucia lepkości. Przeciwnie – dzięki kremowej konsystencji nosi się ją bardzo komfortowo, a usta są dodatkowo lekko nawilżone:) Pomadkę w odcieniu nr 905 Bae możemy stosować na wiele sposobów – solo, na balsam do ust, na matową pomadkę, na szminkę i jak tylko sobie zamarzymy;) Efekt możemy budować od subtelnego rozświetlenia po nieco mocniejsze zaróżowienie;) To wyjątkowy i warty uwagi produkt!


Co sądzicie o białych pomadkach? Znacie L’Oreal Color Riche Shine w odcieniu Bae?

Czytaj dalej »

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Kupiłam bo było ładne! 11 kosmetycznych pokus, którym uległam!

Czy zdarzyło Wam się kupić kosmetyk w dużej mierze dlatego, że jego opakowanie lub nietypowe właściwości budziły natychmiastową żądzę posiadania oraz myśl pt: jakie to piękne? Mi tak i to wiele razy! Dziś właśnie o kosmetykach, które kupiłam (lub ewentualnie wybrałam do wypróbowania) bo były ładne! 


Nabla Dreamy paletka cieni do powiek

zdjęcie przedstawiające Nabla Dreamy paletka cieni do powiek

O tej paletce pisałam całkiem niedawno;) Nie ma co ukrywać, że głównym motorem do zakupu był "nagły zryw" oraz aspekty wizualne;) W moim przypadku zarówno wnętrze jak i „zewnętrze”;) Okładka jest według mnie przepiękna! Zakup jak najbardziej trafiony! Od 3 maja w sprzedaży ma pojawić się nowa paletka cieni Nabla Soul Blooming. Jeszcze nie wiem czy skończy się to zakupem, ale nigdy nie mów nigdy;)

Zobacz - Nabla Dreamy


Becca Ocean Jewels paletka cieni do powiek

zdjęcie przedstawiające Becca Ocean Jewels paletka cieni do powiek

Znów paletka cieni bo ostatnio mam na nie jakąś zajawkę;) Paletka zawiera 7 cieni do powiek, które są bardzo dobrej jakości. Mam ją dopiero od ponad tygodnia, ale wstępnie jestem zadowolona. Pokazywałam nawet na Instagramie makijaż wykonany cieniami z tej paletki, ale niestety zupełnie nie udało się uchwycić efektu. Niemniej bardzo dobrze jest to pokazane na modelkach w sklepie Sephory online;) Identyczny rezultat osiągnęłam:D W tej paletce spodobało mi się ułożenie cieni. Nie wiem dlaczego, ale zawołała do mnie i już. Jest piękna, porządnie wykonana i wyposażona w duże, dobrej jakości lusterko. Świetna propozycja na lato, a nazwa idealnie opisuje zawartość! Kupiłam ją właściwie nawet bez oglądania. Po prostu poprosiłam o odłożenie, rzuciłam okiem i OK - poproszę;) Ewelina to klient idealny;)

Kat von D Alchemist Holographic Palette


zdjęcie przedstawiające Kat von D Alchemist Holographic Palette

Paletka rozświetlaczy do twarzy i oczu nazywana przeze mnie po prostu trójkątem;) Ze względu na specyficzne efekty jakie można dzięki niej uzyskać jest to raczej ekstrawagancki wybór i absolutnie żaden must have. Ale nie mogłam się oprzeć jej urokowi;) Plusy i minusy nakreślę w osobnej recenzji i wtedy też pokażę Wam ją z bliska!

L’Oreal Color Riche Shine Bae 905



zdjęcie przedstawiające L’Oreal Color Riche Shine Bae 905
Pozostając w temacie holo, ale już w nieco przystępniejszej cenie:) Propozycja marki L’Oreal, czyli odżywcza pomadka nawilżająco-nabłyszczająca o komfortowej konsystencji zapewniającej efekt holo z różowymi drobinkami (w żadnym wypadku nie barwi ust na biało:D). L’Oreal Color Riche Shine Bae 905 to prawdopodobnie najbardziej komfortowy produkt do ust tej marki z jakim miałam do czynienia.  I rzecz jasna opakowanie oraz nietypowy kolor sztyftu zdecydowanie skłoniły mnie do zakupu! Wkrótce pokażę ją z bliska w osobnym wpisie.

Too Faced Sweetie Pie

zdjęcie przedstawiające

Marka Too Faced słynie z niebanalnych i radosnych opakowań oraz wodzących na pokuszenie zapachów takich jak np. czekolada albo brzoskwinka. Nie jestem kolekcjonerką i moje zakupy są bardziej wynikiem impulsu niż zamysłu kolekcjonowania, ale zdarza się, że coś mnie skusi:) Ten egzemplarz Sweetie Pie jest co prawda prezentem od Interendo, ale jak już wspominałam, wyszło na tyle śmiesznie, że w tym samym czasie zdążyłam go sobie kupić (co tylko potwierdza trafność prezentu:D) Chodziła za mną też paletka cieni Too Faced Just Peachy Matte Eye Palette i niewykluczone, że zasili moją toaletkę, ale nie była ona pragnieniem pierwszorzędnym, ponieważ lepsze cienie zdecydowanie ma Nabla:) A bronzer? Sama słodycz! Szkoda tylko, że tłoczenie nie zostaje na zawsze;)

Sisley L’Orchidee


zdjęcie przedstawiające Sisley L’Orchidee

Orchidea Sisley, czyli mój ukochany róż:) Pomimo upływu czasu, nadal cieszy moje oczy! Tym bardziej, że jest bardzo wydajny, więc tłoczenie jeszcze się nie wytarło (cały czas używam górnej części żeby dolna pozostawała ładna:P). W jego cenie mogłam mieć pierdylion różów, ale musiałam mieć ten;) 

Zobacz: Sisley L'Orchidee róż do policzków

Lovely – Banana Chocolate, Creamy Chocolate, Glow Junky


zdjęcie przedstawiające Lovely  Banana Chocolate, Creamy Chocolate, Glow Junky

Na moim celowniku był właściwie jedynie Lovely Banana Chocolate, ale że Creamy Chocolate i Glow Junky też były ładne i dostępne, a nawet tanie… to złapałam je jak Pokemony:P Przynajmniej raz moje uwielbienie do piękna nie potrząsnęło za portfel:D Bananek mimo, że żółty, w moim przypadku ma niestety tendencję do bielenia, więc muszę się z nim obchodzić delikatnie:D Radosne opakowania to coś co lubię!:D 

Zobacz: Mój haul z promocji w Rossmannie


Huda Beauty Lip Tin zestaw do konturowania


zdjęcie przedstawiające zestaw Huda Beauty Lip Tin Bombshell&Ritzy
Kiedy jakiś czas temu do perfumerii Sephora wkroczyła marka Huda Beauty, nie zainteresowała mnie ona ani trochę, a już na pewno nie zamierzałam kupić czegokolwiek z jej asortymentu. Jednak pewnego kwietniowego dnia, w którym wstąpiłam do Sephory celem zakupu prezentu, moim oczom ukazały się usta, czyli zestaw do konturowania ust Huda Beauty Lip Tin Bombshell&Ritzy. Bajeranckie pudełko było mi już wcześniej znane z Instagrama, ale dopiero na żywo nieśmiało do mnie zawołało;) Odłożyłam jednak potulnie usta na półkę kierując się do kasy jedynie z owym prezentem. A potem co ja paczę wieczorem na Insta? Interendo z usteczkami:P Jeszcze tego samego dnia usta były moje bo stwierdziłam, że potem mi wykupią i będę narzekać. Nawiasem mówiąc gdy czekałam na tramwaj, wyświetliła się tablica z kierunkiem Kochanówka. Jak pewnie niektóre z Was wiedzą to dawna nazwa szpitala psychiatrycznego w Łodzi, więc pomyślałam, że MKP chyba mi sugeruje właściwy kierunek, tj. psychiatryk zamiast Sephory:P Jak myślicie?

Guerlain Meteorites Compact


zdjęcie przedstawiające Guerlain Meteorites Compact

Dawno temu podążając za rekomendacjami innych skusiłam się na słynne Meteoryty w kulkach. Produkt jednak zupełnie mi nie podszedł (zwłaszcza, że miałam zbyt jasny odcień – Medium) i puściłam zawartość w świat, sobie zostawiając jedynie uroczą puszeczkę;) Meteoryty w kompakcie kusiły mnie dobrych parę lat. Wołała do mnie urocza puderniczka i kolorowe wnętrze, ale obawiałam się, że znów ciężko będzie z zadowoleniem. Finalnie jednak pojawiła się okazja żeby je wypróbować, więc nauczona złymi doświadczeniami wybrałam już odcień najciemniejszy – Dore/Golden. Nie ma jednak co ukrywać, że opakowanie grało pierwsze skrzypce przy wyborze:D 


To tylko kilka przykładów typowo makijażowych bo jeśli miałabym wziąć pod uwagę inne dziedziny i szersze ramy czasowe to byłby niezły tasiemiec:D Jak pewnie zauważyłyście, większość z nich to kosmetyki z nieco wyższej półki. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Jeśli już mam wydać na jakiś produkt więcej to wymagam od niego pewnej estetyki tudzież nietuzinkowości;) Nie mam sprecyzowane jakiej, ale musi być to coś co do mnie "przemówi";) Przy średniej półce mogę nieco przymknąć oko;) Z kolei ta niższa rzadko mnie kusi, więc jeśli mam się na coś zdecydować to też dobrze by było żeby opakowania nie były szpetne;) Cały ten tekst potraktujcie z przymrużeniem oka - wygląd oczywiście nie był jedynym kryterium wyboru:) Często jednak taką pierwszą przesłanką, impulsem;) Kto jak kto, ale ja potrafię połączyć przyjemne z pożytecznym. W tym wypadku - wygląd i działanie:)


A jak jest u Was? Zdarza Wam się kupować kosmetyki oczami czy jednak jesteście nieczułe na tego typu atrakcje wizualne?;)
Czytaj dalej »