poniedziałek, 16 października 2017

Nourish oczyszczająca emulsja z jarmużem 3D oraz Biomimetyczny przeciwstarzeniowy krem pod oczy!

Cześć Dziewczyny!
Letnie spotkanie z serum Nourish wywołało u mnie niemały zachwyt, więc byłam naprawdę ciekawa innych produktów tej marki. Na kolejne spotkanie wybrałam dwa kosmetyki z linii Kale (wzbogaconej o jarmuż). Będzie zatem dziś mowa o Nourish Kale 3D Cleanse i Nourish Kale Biomimetic Anti-Ageing Eye Cream. Musicie przyznać, że nazwy zacne. A co się za nimi kryje? Coś dobrego czy może jednak niekoniecznie?
zdjęcie przedstawiające kosmetyki Nourish London

Nourish Kale 3D Cleanse



„Zmieniająca kolor emulsja oczyszczająca, która usuwając zanieczyszczenia sprawia, że skóra jest zdrowsza i bardziej promienna. Kwas hialuronowy, probiotyki oraz wyciągi o właściwościach dotleniających działają w synergii, by dodać skórze energii poprzez usunięcie makijażu oraz zanieczyszczeń. Jarmuż oraz czarna fasola afrykańska z jednej strony oczyszczają z toksyn, z drugiej chronią skórę przed ich niekorzystnym wpływem. W efekcie cera wygląda młodziej, a oznaki starzenia są mniej widoczne”.
zdjęcie przedstawiające Kale 3D Cleanse

Oczyszczająca emulsja z jarmużem 3D umieszczona została w minimalistycznym kartonowym opakowaniu opatrzonym certyfikatami, które zostały przyznane tejże marce:) Wewnątrz znajdziemy zgrabną buteleczkę wyposażoną w pompkę typu airless, pozwalającą na maksymalnie higieniczne korzystanie z produktu. Opakowanie zawiera 100ml kosmetyku, czyli nieco mniej niż typowe produkty służące do oczyszczania twarzy i zaleca się je zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Emulsja posiada jasną, perłową barwę oraz przyjemną kremową konsystencję, która gładko się rozprowadza. Zwłaszcza po dobrze zwilżonej twarzy:) I tutaj zaskoczenie – podczas użycia, emulsja zmienia kolor na zielony:) Jest to zdecydowanie miłe urozmaicenie dla naszych rytuałów oczyszczających;)
zdjęcie przedstawiające oczyszczającą emulsję z jarmużem Nourish
Zapach produktu jest niespotykany, ponieważ ja wyczuwam w nim marchewkę. Taką prosto z gleby. Początkowo woń ta była dla mnie dość zabawna. Na szczęście lubię marchewki:D Jednocześnie zaliczyłabym go do kategorii ziołowych i naturalnych. Kosmetyk ten świetnie się sprawdza zarówno jako produkt typowo oczyszczający jak i w roli peelingu enzymatycznego gdy zostawimy go nieco dłużej na twarzy:) A muszę przyznać, że wcześniej miałam bardzo fajną piankę do oczyszczania twarzy, więc poprzeczka była ustawiona naprawdę wysoko. Po zmyciu skóra jest miękka, gładka, nawilżona, dokładnie oczyszczona i doskonale przygotowana na dalszą pielęgnację. Produkt nie wysusza i nie podrażnia cery. Będzie idealny dla osób ceniących sobie kosmetyczne bajerki:)

Kale Biomimetic Anti-Ageing Eye Cream

 
zdjęcie przedstawiające Biomimetyczny krem przeciwstarzeniowy Nourish


„Redukuje widoczność zmarszczek i cieni pod oczami, by w efekcie cała twarz wyglądała młodziej i bardziej promiennie”.

Biomimetyczny przeciwstarzeniowy krem pod oczy marki Nourish został opakowany w kartonik o bardzo podobnej szacie graficznej jak ta która występuje w przypadku emulsji 3D. Wewnątrz znajdziemy małe i zgrabne opakowanie o pojemności 10ml, które jest wyposażone w wygodną pompkę. Pojemność jest tutaj zatem również nieco mniejsza niż standardowo. Na zużycie kosmetyku mamy pół roku od otwarcia. 

Krem pod oczy Nourish postanowiłam wypróbować do kompletu z emulsją, choć wcale nie tak często stosuję produkty seriami;) Dodam też, że zafrapowało mnie słowo biomimetyczny;) Dobry krem pod oczy jest dla mnie ważny, ponieważ nie ukrywam, akurat ta strefa jest u mnie najbardziej problematyczna. Dorobiłam się linii, głównie dlatego, że intensywnie pocierałam oczy;) Często po dziś dzień nie mogę się opanować, ale cóż poradzić. Każdy ma jakieś małe natręctwa, a u mnie pocieranie oczu o poranku jest niczym rytuał. Szkodliwy rytuał;) 


Krem podsiada lekką konsystencję, beżowo-żółtawą barwę oraz praktycznie niewyczuwalny zapach. Można go stosować zarówno na dzień jak i na noc. A przyznam, że ja najczęściej używam jednego kosmetyku pod oczy zarówno na dzień jak i na noc, z racji tego, że nie lubię niepotrzebnie mnożyć bytów w łazience. Choć niekiedy robię mały wyjątek od reguły i np. ten krem lubię na noc stosować w połączeniu z wielofunkcyjnym serum, o którym napiszę niebawem. Biomimetyczny krem pod oczy Nourish dedykowany jest do każdego rodzaju skóry. Działa on przede wszystkim profilaktycznie, nawilżająco, a także kojąco. Jest bardzo łagodny dla wrażliwej skóry w okolicach oczu, nie powoduje łzawienia ani podrażnienia. Na duży plus zasługuje również zawartość peptydów, aminokwasów oraz witamin.


Kosmetyki Nourish dostępne są na Costasy. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem jakości tych kosmetyków. Często było mi nie po drodze z naturalną pielęgnacją twarzy, ale Nourish to zupełnie inna bajka i przede wszystkim przyjemność stosowania:)


Znacie kosmetyki Nourish z jarmużem?
Czytaj dalej »

sobota, 14 października 2017

Moja aktualna pielęgnacja włosów i małe włosowe rytuały;)

Cześć Dziewczyny!
Moje włosy przeszły w ostatnich latach trochę zmian, ponieważ po pierwsze zaczęłam je zapuszczać (a było co zapuszczać bo miałam krótkiego, asymetrycznego boba), po drugie 1,5 roku temu przestałam je farbować (co też było zdumiewające, gdyż farbowałam od gimnazjum;)), po trzecie zaczęłam zwracać większą uwagę na sprzęty pomagające nieco je okiełznać;) Jakiś czas temu pokazywałam Wam na Instagramie efekty mojego zapuszczania. Dostałam potem sporo pytań o pielęgnację. Uświadomiłam sobie wtedy, że właściwie nie robię nic szczególnego. Ale że od tego momentu trochę już minęło to postanowiłam nie cofać się wstecz tylko napisać o swojej aktualnej pielęgnacji włosów tudzież małych rytuałach. Bo w końcu kto jak nie ja uwielbia różne gadżety?

zdjęcie szamponu i odżywki Cece Sweden Hello Nature Black Caviar
Podstawą pielęgnacji włosów jest oczywiście oczyszczanie. Przyznam, że często sięgam po mocno oczyszczające szampony, ale akurat aktualnie mam coś eko. Jest to szampon Cece Sweden Hello Nature w wersji Black Caviar. Muszę przyznać, że wahałam się między tą wersją, a kokosową, ale ostatecznie postawiłam na powiew luksusu, czyli czarny kawior. Oba produkty umieszczone zostały w dość ładnych choć nie do końca praktycznych buteleczkach, ponieważ mam drobne problemy z wydobywaniem odżywki, która jest dość gęsta. Zauważyłam też ciekawą zależność. A mianowicie odżywka w połączeniu z szamponem innej marki działała mało spektakularnie. Swoją moc ukazała dopiero w duecie z szamponem tej samej linii. To zapewne dlatego, że szampon bardzo fajnie wygładza i zmiękcza włosy. Dzięki temu odżywka może po nim lepiej zadziałać. W tym wypadku okazuje się więc, że warto czasami sięgać po całą serię. Black Caviar Conditioner posiada dość ciekawą kremowo-żelową konsystencję, która jednocześnie jest zwarta i gęsta. Sprawia ona wrażenie bardzo odżywczej, ale szczęśliwie nie obciąża moich cienkich włosów. Cece posiada w ofercie również duety z olejem z konopii oraz z olejem kokosowym. Dla każdego coś dobrego;)
zdjęcie przedstawiające micelarną odżywkę myjącą Schwarzkopf

W prezencie od Shinybox wpadła mi ciekawostka w postaci Schwarzkopf BC Repair Rescue, czyli micelarna odżywka myjąca. I tutaj muszę powiedzieć, że używam jej mniej regularnie, ponieważ byłam w trakcie testowania innych produktów, a nie chciałam zbyt wiele mieszać. Poza tym nawet sam producent zaleca żeby nie używać codziennie, a np. co 2-3 mycia. A to dlatego, że jest to produkt, który oczyszcza delikatnie i przy przetłuszczającej się skórze głowy można mieć wrażenie zbyt słabego oczyszczenia (w przypadku stosowania na co dzień). Sam produkt ze swym zamysłem przypomina mi piankę Joico, którą uwielbiam, z tą różnicą, że nie jest w moim odczuciu aż tak super no i niestety nie jest pianką:) Micelarnej odżywki myjącej używam więc raz na jakiś czas z doskoku, ale muszę przyznać, że zrobiłam dużą odlewkę siostrze, która posiada suche włosy i jest tym produktem wręcz zachwycona. Zresztą wspomnę jeszcze o tym w innym wpisie. Balsam odbudowujący Biovax Opuntia Oil & Mango dotarł do mnie wiosną i aktualnie pozostało mi już odrobinę na spodzie:) Ta seria zachwyca przepięknym zapachem, ale i cieszy działaniem. Wystarczy odrobinę kremu rozetrzeć w dłoniach, a następnie wetrzeć we włosy ze szczególnym uwzględnieniem końcówek. Balsam nie obciąża włosów, a moje włosy mimo, że od półtora roku ścinam jedynie grzywkę, są w dobrej kondycji i jest to opinia fryzjera:)

zdjęcie przedstawiające zestaw Hello Body Cozy Hair Set

Każda pielęgnacja powinna zapewniać nam odrobinę relaksu i przyjemności. Dlatego warto zaopatrzyć się w niesztampowe kosmetyki i akcesoria. Niemiecka marka Hello Body ma w swej ofercie ciekawe zestawy do pielęgnacji. Moją uwagę zwrócił Cozy Hair Set składający się ze szczotki Hello Shiny Hair Brush, ręcznika Hello Fluffy oraz maski do włosów CoCo Shine. 
zdjęcie przedstawiające Hello Body CoCo Shine
Ręcznik jest miły i mięciutki w dotyku oraz całkiem niemałych rozmiarów. Szczotka posiada wygodną rączkę oraz fajny kształt, można nią rozczesać włosy bez wyrywania i szarpania bo jak to określił producent – Twoje włosy nacierpiały się już wystarczająco:) Maska to z kolei zaskakujący wynalazek. Opakowana została w 100ml zamykaną saszetkę przypominającą te z Babuszki Agafii, ale na szczęście jakość jest zdecydowanie wyższa. Jak wiecie nie służą mi rosyjskie kosmetyki, niemieckie za to z reguły jak najbardziej;) A co w tej masce jest takiego nietypowego? Przed użyciem należy na 15 minut włożyć ją do lodówki aby uzyskać konsystencję kremu. Przyznam, że spotykałam się już z maskami na gorąco, ale takimi z lodówki? Chyba jeszcze nie. Kosmetyk nakładamy na włosy oraz skórę głowy na 30 minut, a następnie zmywamy, myjemy szamponem i jak zawsze nakładamy odżywkę. Takie małe SPA dla włosów:) Kosmetyki dostępne są na Hello Body. Z kodem ADDICTION15 otrzymacie 15% zniżki na wszystkie kosmetyki tej marki. 

Jak zapuściłam włosy?


zdjęcie przestawiające witaminę C Colyfine

Pytaliście mnie czy używam suplementów wspomagających wzrost włosów. Od bardzo dawna nic takiego nie używam, ale tak „offtopowo” mogę wspomnieć o ciekawym suplemencie od Colyfine. Jest to Witamina C + Echinacea + Imbir + Kurkuma. Kiedyś ochoczo zażywałam przeróżne suplementy przeznaczając na to znaczne środki. Od jakiegoś czasu jestem jednak dość sceptyczna w tej kwestii i używam niewiele. Dlatego kiedy w niespodziance znalazłam ten produkt, od razu nabrałam wątpliwości;) Pokazałam jednak opakowanie siostrze i skład zatwierdziła mówiąc, że sama by takie chętnie brała;) Postanowiłam więc stosować i jak dotąd żadnych przykrych dolegliwości nie mam. Na minus mogę zaliczyć jedynie to, że kapsułki nie pachną zbyt pięknie. Mam nadzieję, że zyskam trochę sił witalnych bo tego niestety trochę mi brak;) Odpowiadając, więc na pytanie z podtytułu: nie robiłam nic szczególnego. Normalna pielęgnacja plus brak ścinania włosów, ponieważ od momentu powzięcia decyzji o zapuszczaniu, podcięłam końcówki tylko raz, a obecnie nie robiłam tego już 1,5 roku (choć niebawem zamierzam;)).

We wstępie zaznaczyłam, że mile widziane są u mnie sprzęty przeznaczone do stylizacji włosów. Stawiam na porządny sprzęt. Taki, na który nie będę musiała narzekać ani obawiać się, że zniszczy mi włosy. Na łamach bloga mieliście już okazję zapoznać się z recenzją lokówki Babyliss Curl Secret i prostownicy Philips Moisture Protect. Wkrótce zamierzam napisać kilka słów na temat suszarki Philips. Również z linii Moisture Protect. Na razie zdradzę Wam, że jestem z niej zadowolona i jak najbardziej warto.


A jak wygląda Wasza aktualna pielęgnacja włosów? Skupiacie się na myciu i odżywianiu czy może stosujecie jakieś dodatkowe rytuały albo triki? Chętnie się dowiem!
Czytaj dalej »

czwartek, 12 października 2017

MIYA myPOWERelixir!

Cześć Dziewczyny!
Rok temu opowiadałam Wam o kremach myWONDERbalm marki MIYA, która wówczas dopiero wkraczała na polski rynek. Przez ten czas firma stawiała na ciągły rozwój, nie tylko wypuszczając swój nowy produkt myPOWERelixir i (mam nadzieję;)) pracując nad kolejnymi, ale także wyszła naprzeciw klientom sprzedając swe produkty już nie tylko przez internet, ale także lokując je w największych i najlepiej dostępnych drogeriach w całym kraju, takich jak chociażby Rossmann, Hebe tudzież Super-Pharm. Osobiście nie mam problemów z zakupami drogą elektroniczną i jeśli mam ochotę to zamawiam nawet z odległych zakątków świata. Jednak uważam, że dobra dostępność mimo wszystko nadal często determinuje nasze zakupowe decyzje:) Przejdźmy jednak do myPOWERelixir, czyli naturalnego serum rewitalizującego bo jest nad czym się zatrzymać:)
zdjęcie przedstawiające opakowanie serum Miya Cosmetics

MIYA Cosmetics myPOWERelixir



„Dodaje energii i blasku. Redukuje ślady zmęczenia. Ożywia skórę. Napina. Ujędrnia. Wygładza. Rozświetla. Energetyczna kompozycja 11 skoncentrowanych, skutecznych składników – naturalnych antyoksydantów, witamin i kwasów Omega 3+6 – to prawdziwa MOC dla skóry. Olejki z gorzkiej pomarańczy, słodkich migdałów, masło mango oraz ekstrakt z planktonu, ożywiają i rozświetlają zmęczoną, szarą skórę; dodając jej energii i blasku. Olejki chia, jojoba, kokosowy oraz wosk ze skorki pomarańczy działają przeciwstarzeniowo, ujędrniając i napinając kontur twarzy. Olejek ryżowy oraz witaminy E i F wygładzają drobne zmarszczki, wzmacniając skórę. Skoncentrowana konsystencja zmienia się na skórze w delikatny, jedwabisty olejek o zapachu cytrusów. Dzięki temu nasze serum to coś więcej niż standardowe serum. To produkt, który możesz używać codziennie na wiele różnych sposobów. Po prostu  – Do It Your Way!”
zdjęcie przedstawiające myPOWERelixir Miya Cosmetics

Naturalne serum rewitalizujące MIYA myPOWERelixir otrzymujemy w porządnym kartonowym opakowaniu, które jest dodatkowo zafoliowane, więc mamy pewność, że w środku zastaniemy nietykany przez nikogo kosmetyk;) Po otwarciu kartonika jeszcze nie ujrzymy kosmetyku – najpierw czeka nas kilka ciepłych słów od marki, które ja wesoło nazwałam słowem na niedzielę od producenta:) A tak naprawdę jest to coś w rodzaju motywatora. Wszak nie bez powodu hasłem przewodnim marki jest #JestemGotowa. A jeśli chodzi o mnie to i owszem. Jestem gotowa – na dobre kosmetyki od zawsze;) Gdy już zapoznamy się z treścią przesłania, naszym oczom ukazuje się uroczy szklany słoiczek z serduszkiem na wieczku. On również został jeszcze dodatkowo zabezpieczony sreberkiem. Kosmetyk posiada pojemność 50ml i możemy go spokojnie zużywać aż do końca daty ważności podanej na opakowaniu. Nie ma tu więc poganiania w stylu koniecznie zużyj w ciągu miesiąca;) 
zdjęcie przedstawiające serum Miya
Szata graficzna serum jest bardzo subtelna i kobieca. Mój szanowny aparat lubi „nie widzieć” takich odcieni, więc trochę się nagimnastykowałam przy tejże sesji;) Serum ze względu na obecność w składzie wosku pszczelego nie jest wegańskie, ale jest hipoalergiczne, nie testowane na zwierzętach, nie zawiera: parabenów, olejów mineralnych, silikonów, sztucznych barwników, glikolu propylenowego, parafiny i PEG-ów. Pełny skład dostępny jest na stronie marki.  
zdjęcie przedstawiające konsystencję serum Miya

Konsystencja produktu jest kameleonem;) Pierwotnie kosmetyk ma postać zbitego olejkowo-woskowego koncentratu, który zależnie od temperatury może zmieniać konsystencję na bardziej płynną. Podejrzewam, że to ze względu na sporą dawkę oleju kokosowego w składzie. Nie należy się niepokoić zmianą konsystencji, gdyż jest to całkowicie naturalne i nie wpływa na właściwości produktu. Jeśli chcemy by kosmetyk wrócił do bardziej stałej formy, wystarczy umieścić go na kilka minut w lodówce. Barwa serum jest żółtawa. 
A jak pachnie myPOWERelixir? Według mojego nosa jest to woń cytrusowa. Coś na pograniczu cytrynowego aromatu do ciast w połączeniu z łagodną kosmetyczną nutą. Nie za słodki, nie za cierpki. To zapach, który pomyślnie przeszedł nawet „psi test”;) Musicie bowiem wiedzieć, że mój natrętny pies lubi sprawdzić to i owo własnym nosem. Dość często krzywi się na woń moich kosmetyków, a to serum wręcz przeciwnie – gdyby mógł, zjadłby mi ze słoiczka. Nie chciał ode mnie odejść kiedy testowałam zapach na dłoni;) Chyba naprawdę uwierzył, że to coś do jedzenia;) 
zdjęcie przedstawiające myPOWERelixir

To jeszcze nie koniec przebojów;) Serum myPOWERelixir jest produktem wielofunkcyjnym. Można je stosować na wiele sposobów - jako serum, maskę, rozświetlacz, krem… Tak naprawdę ogranicza nas tylko wyobraźnia oraz osobiste oczekiwania bo przecież każda z nas jest inna:) 
zdjęcie przedstawiające serum Miya

Ja postanowiłam sprawdzić kilka możliwości, zaczynając od zastosowania jako serum. Miałam już wtedy w użyciu serum z witaminą C, ale okazało się, że przy stosowaniu dwa razy dziennie powoduje ono u mnie nieco nadmierne, jakby wewnętrzne napięcie skóry, a nawet przesuszenie. Nie było to dla mnie do końca komfortowe, więc postanowiłam do wieczornej pielęgnacji wdrożyć też serum MIYA. Próbowałam zarówno w opcji zamiast serum z witaminą C jak i w połączeniu z nim, czyli jako krem. Serum myPOWERelixir jest oleiste i potrzebuje chwilkę na wchłonięcie, więc najlepiej aplikować je wieczorem. Dzięki takiej konfiguracji moja skóra odzyskała komfort. Stała się bardziej rozświetlona, odżywiona i nawilżona, a nadmierne uczucie napięcia ustąpiło. Gdy rano jestem wyjątkowo niewyspana, zdarza mi się nałożyć odrobinę serum powyżej kości policzkowych tak żeby wydobyć ze skóry więcej blasku. Serum można stosować również jako maskę. Ja próbowałam zarówno nakładając większą ilość na twarz i pozostawiając na noc, jak również w metodzie kombinowanej, czyli np. dodając porcję serum do maseczki z glinki. Dzięki temu maseczka staje się łagodniejsza dla skóry, a cera jest dodatkowo zrewitalizowana i odprężona. Podobnie jest w przypadku okolic oczu. Warto zastosować serum gdy potrzebujemy więcej wygładzenia i nawilżania lub po prostu zrobić sobie 30min maseczkę pod oczy:) Niekiedy nakładam również na usta i muszę przyznać, że przy takim zastosowaniu kosmetyk nie tylko świetnie wygładza i nawilża usta, ale także pięknie je nabłyszcza. Przy czym w przypadku ust wystarcza dosłownie odrobina produktu! Ze względu na oleistą formułę warto również zastosować serum na skórki wokół paznokci. Jeśli chodzi o moje, to mają one niestety skłonność do wysuszenia, a mnie zdarza się je niestety zaniedbywać. Na szczęście serum bardzo dobrze radzi sobie również z zaniedbanymi skórkami. Wystarczy parę dni żeby zostały dobrze odżywione;) Jak widać myPOWERelixir niejedno ma imię. Dlatego też z pewnością wpisze się w potrzeby niejednego wymagającego konsumenta:) Dobrze sprawdzi się również na wyjazdach, umożliwiając zmniejszenie kosmetycznego bagażu;) 

Serum rewitalizujące oraz wszystkie inne kosmetyki MIYA Cosmetics można zamawiać online na stronie producenta www.miyacosmetics.pl, w wielu innych sklepach internetowych, a także już coraz częściej we wspomnianych na wstępie drogeriach stacjonarnych:)


Znacie MIYA Cosmetics? Co sądzicie o myPOWERelixir? Wpisałby się w Waszą pielęgnację?
Czytaj dalej »

wtorek, 10 października 2017

Lily Lolo bronzer Honolulu!

Cześć Dziewczyny!
Prasowane bronzery marki Lily Lolo pojawiły się w ofercie już dłuższy czas temu, ale dopiero niedawno zdecydowałam się wypróbować jeden z nich. Wcześniej miałam do czynienia z tymi w wersji duo i byłam zadowolona. Postanowiłam więc dać szansę wersji w okrągłym opakowaniu. Mój wybór padł na Lily Lolo Honolulu, ponieważ opisany został jako satynowy bronzer o średnim odcieniu, a ja akurat miałam ochotę na coś niezbyt ciemnego;) Jak wypadł w praktyce?
zdjęcie przedstawiające bronzer Lily Lolo

Lily Lolo Honolulu



„Honolulu to satynowy, prasowany, chłodny bronzer o średniej pigmentacji i średnim odcieniu. Prasowane bronzery od Lily Lolo idealnie sprawdzą się, gdy będziesz chciała nadać swojej cerze tego niezwykłego blasku, który skóra zyskuje wraz z nadejściem cieplejszych dni. Ich delikatna formuła i możliwość budowania intensywności koloru pozwolą Ci przepięknie podkreślić swoją opaleniznę”.
zdjęcie przedstawiające bronzer Lily Lolo Honolulu

Bronzer Lily Lolo Honolulu tradycyjnie został opakowany w biały logowany kartonik. Wewnątrz znajdziemy zgrabną płaską puderniczkę, zwierającą 9g produktu, który najlepiej byłoby zużyć w ciągu roku od otwarcia. Czy to dużo czy mało? Według mnie gramatura jest spora. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wydajność produktu. No chyba, że ktoś uskutecznia makijaże rodem z Instagrama, czyli ¼ opakowania na jedno użycie;) Jak to mówią: punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia;) Ja preferuję raczej delikatny makijaż aniżeli zastosowanie wszelkich najnowszych makijażowych trendów… na raz;) Ale co kto lubi! 
zdjęcie przedstawiające odcień bronzera Lily Lolo Honolulu
Bronzer posiada naturalny zapach typowy dla kosmetyków mineralnych tej marki. Jego konsystencja jest aksamitna, dzięki czemu kosmetyk rozprowadzimy bardzo sprawnie, bez pylenia. 
Jeśli chodzi o odcień to patrząc na nazwę Honolulu trochę się obawiałam, ponieważ dokładnie tak samo nazywał się bronzer innej marki, na który się kiedyś skusiłam i z którego byłam wybitnie niezadowolona. Trochę niepokoiło mnie też słowo chłodny, ponieważ jestem ciepłym typem i w zbyt chłodnych odcieniach wyglądam jakbym była brudna:) Jednak po przejrzeniu zdjęć w sieci stwierdziłam, że nie wygląda on na chłodny w sposób niedopuszczalny i postanowiłam wypróbować właśnie jego;) Jak bym oceniła ten kolor? W opakowaniu jest dość ciemny, ale na skórze odcień rzeczywiście jest średni i to bardziej w kierunku jasnego niż ciemnego (przynajmniej w moim przypadku). Nie jest też typowo chłodny, bardziej określiłabym go mianem uniwersalnego. Przyznam, że mnie to akurat bardzo ucieszyło:) 
zdjęcie ukazujące puderniczkę bronzera Lily Lolo
Wykończenie jakie oferuje bronzer Honolulu jest satynowe, więc na twarzy produkt wygląda świeżo i delikatnie. Moja szczupła twarz praktycznie nie potrzebuje konturowania, więc nie muszę mieć produktu typowo matowego i maksymalnie chłodnego:) Wolę właśnie takie pośrednie, ponieważ zapewniają naturalny efekt. Jeśli chodzi o trwałość to na mojej mieszanej cerze w połączeniu z pudrem wykończeniowym produkt ten utrzymuje się przez większość dnia.

Bronzer można zamówić na Costasy.pl. Oprócz Honolulu, w ofercie jest jeszcze Montengo Bay i Miami Beach.  Podoba mi się jeszcze ten ostatni, ale na mojej cerze byłby zupełnie niewidoczny, więc pewnie musiałabym celować w Montengo Bay:) A szkoda bo nazwa Miami Beach wybitnie do mnie trafia;)


Znacie prasowane bronzery Lily Lolo? Który z odcieni Wam odpowiada najbardziej?
Czytaj dalej »

niedziela, 8 października 2017

Facelle Rozgrzewające plastry menstruacyjne oraz produkty do higieny intymnej

Cześć Dziewczyny!
Kilka miesięcy temu marka Facelle nieco odświeżyła swoją szatę graficzną, a dodatkowo wprowadziła ciekawą nowość – rozgrzewające plastry menstruacyjne. Jako że ból, nie tylko menstruacyjny, a także różnego pochodzenia nie jest mi obcy to nie ukrywam, że plastry od razu mnie zainteresowały. Nie miałam jednak przekonania co do takiej formy produktu, ponieważ stawiam przede wszystkim na farmakologię, żele przeciwbólowe i niekiedy masaż z dodatkiem olejków eterycznych. Dlatego też będąc na zakupach w Rossmannie najczęściej odstawiałam plastry z powrotem na półkę. W sierpniu jednak plastry same do mnie zawitały i muszę przyznać, że po przetestowaniu pierwszego opakowania od razu kupiłam dwa kolejne. Bóle miesiączkowe nie są jakimś super tematem na bloga, ale umówmy się, że to taki czas, który dotyczy niemal wszystkich i osobiście znam niewiele kobiet, które podczas tych dni nie mają jakichkolwiek nieprzyjemnych dolegliwości. Zresztą żyjemy w takich czasach, że już raczej dla nikogo nie jest to temat tabu. W każdym razie w moim otoczeniu na te tematy rozmawia się swobodnie. Przy okazji wspomnę też o kilku produktach Facelle do higieny intymnej, które po części znam od dawna, ale nigdy nie przyszło mi do głowy by o nich pisać;)


Facelle rozgrzewające plastry menstruacyjne



„Facelle plastry rozgrzewające na bóle menstruacyjne. Łagodzą dolegliwości występujące podczas miesiączki. Utrzymują ciepło do 8 godzin. Maksymalna temperatura jest osiągana w ciągu 30 minut. Ciepło aktywowane przez dostęp powietrza, bez dodatków substancji czynnych. Samonagrzewające się, bez dodatków substancji czynnych. Samoprzylepne na skórze lub na wewnętrznej stronie majtek. Substancja klejąca przyjazna dla skóry”.


Rozgrzewające plastry menstruacyjne marki Facelle otrzymujemy w pomarańczowym kartonowym opakowaniu. Wewnątrz znajdziemy jedynie 2 plastry, więc cena regularna 8,99zł (w promocji 6,99zł) wydaje mi się nieco wysoka biorąc pod uwagę, że podczas jednego okresu optymalne jest dla mnie zużycie 4-5 plastrów (można zastosować jeden plaster nie częściej niż raz na 24 godziny). W środku znajdziemy również ulotkę, w której opisane zostały wskazania i przeciwwskazania, a także skład. W skład tych plastrów wchodzą: żelazo, woda, ziemia okrzemowa, węgiel aktywny i chlorek sodowy. Prawdę mówiąc byłam nieco zaskoczona tym składem, ale jest mi to obojętne. Byleby były jakieś efekty;) 


Plastrów nie powinno się stosować dłużej niż 8 godzin w ciągu 24 godzin, aczkolwiek mnie się zdarzało stosować nawet przez 12 godzin. Cały czas właściwości były odczuwalne, ale oczywiście jeśli producent nie zaleca to lepiej nie stosować tak długo. Ja robiłam to wyłącznie na swoją odpowiedzialność. Mam duże doświadczenie z lekami przeciwbólowymi i sporą oporność na nie, więc wiedziałam, że takie plastry tym bardziej nie stanowią dla mnie żadnego zagrożenia. Plastrów nie powinno się stosować u dzieci poniżej 12r.ż, w miejscu podrażnionym, stłuczonym, zaczerwienionym, spuchniętym, w przypadku pęknięć skóry, krwawych wybroczyn, nadwrażliwej, chorej, zranionej lub uszkodzonej skóry. Nie powinno się również stosować w miejscu, w którym pacjent nie odczuwa ciepła, a także w połączeniu z kosmetykami, kremami czy żelami przeciwbólowymi. Należy zastosować środki ostrożności i skonsultować się z lekarzem w przypadku chorób reumatycznych, zaburzeń układu naczyniowego, cukrzycy, RZS, chorób serca, chorób skóry. 


Plastry opakowane zostały w pojedyncze saszetki, z których należy je wyjąć bezpośrednio przez zastosowaniem, ponieważ dostęp do powietrza aktywuje w nich ciepło. Jeżeli otworzymy opakowanie i będziemy chcieli użyć dopiero za jakiś czas to plaster nie będzie już nadawał się do użycia. Dlatego też nie robiłam zdjęć samych plastrów;) Zwłaszcza, że stosowałam je zawsze na noc. Plastry wyglądają zresztą dość zwyczajnie:) Aby skorzystać z plastra należy wyjąć go z opakowania, odkleić folię zabezpieczającą i przykleić plaster do bolącego miejsca. Plastry nie są zbyt duże więc najlepiej wybrać to najbardziej bolące miejsce. U mnie ból miesiączkowy jest umiejscowiony głównie po lewej stronie. Od kręgosłupa lędźwiowego przez część brzucha i nogę aż po duży palec u stopy, więc jak dla mnie plaster powinien mieć spokojnie długość 100cm:D Ale jest to nierealne, gdyż nie zaleca się ogrzewać tak dużych powierzchni;) Ból jest u mnie zlokalizowany w ten sposób, ponieważ mam jakiś ucisk na nerw od kręgosłupa i niestety te dolegliwości nasilają się podczas okresu. Niestety lekarze twierdzą, że nic się z tym nie zrobi, więc stosuję jedynie leczenie zachowawcze. Facelle podaje by nie stosować plastrów jednocześnie ze środkami przeciwbólowymi. Jednak ja ze względu na specyfikę i rozległość mojego bólu stosuję je w połączeniu z tabletkami przeciwbólowymi. Dawniej stosowałam leki z grupy NLPZ dostępne na receptę, ale jakiś czas temu miałam bardzo niemiły incydent i przeszłam głównie na paracetamol. Ma to jednak taką wadę, że paracetamolu muszę zażyć znaczniej więcej niż przykładowo ketoprofenu, tramadolu, diclofenacu czy czegokolwiek innego. Często więc stosuję paracetamol i dodatkowo żel przeciwbólowy np. Olfen. Plastry postanowiłam więc stosować niejako zamiast Olfenu. Po przyklejeniu plastra w wybrane miejsce rozgrzewanie następuje powoli i osiąga maksymalną temperaturę po 30 minutach. Miałam wątpliwości czy taki plaster zapewni mi jakąkolwiek ulgę, ale szybko zorientowałam się, że to coś daje. Plastry są dyskretne, ale ja stosowałam je oczywiście na noc. Rozgrzewanie jakie zapewniają jest bardzo przyjemne, koi zszargane podczas okresu nerwy;) Ciepło ma zresztą udowodnione działanie przeciwbólowe przy wybranych typach bólu. W moim skomplikowanym przypadku sam plaster to oczywiście za mało, więc stosuję w połączeniu z tabletkami, ale muszę przyznać, że ulga była dla mnie naprawdę widoczna, ponieważ plaster mogłam umiejscowić w tym największym źródle bólu. Produkt okazał się więc być dla mnie bardzo dobrym uzupełnieniem dla tabletek. Dlatego też szybko pobiegłam po kolejne opakowania na zapas. Myślę, że u dziewczyn z mniej specyficznymi dolegliwościami nawet sam plaster na noc powinien sporo zdziałać. Natomiast nie polecałabym go kobietom, które mają obfite krwawienia, ponieważ ciepło może je jeszcze niestety dodatkowo nasilić. Pozostałym polecam spróbować. Ja zamierzam dalej korzystać. Plastry nie powodują u mnie żadnego podrażnienia ani zaczerwienia skóry.


Wspomnę jeszcze pokrótce o paru innych produktach Facelle.


Facelle wkładki higieniczne w metalowym etui



Wkładki higieniczne umieszczone zostały w metalowym opakowaniu, wewnątrz którego znajdziemy 5szt. Jest to więc typowe opakowanie do torebki. Naklejki możemy oderwać, więc nikt nie będzie wiedział, że w pudełeczku kryją się akurat wkładki. Do wyboru są różne wersje graficzne;) Jeśli chodzi o mnie to ja ze względu na to, że najczęściej noszę niewielkie torebki, bardziej skłaniam się ku pojedynczo paczkowanym wkładkom i podpaskom, ponieważ zajmują zdecydowanie mniej miejsca. Wszak wiecie, że Ewelina to jednak specyficzna istota;) Biorąc jednak pod uwagę to, że większość kobiet preferuje jednak większe torebki, takie rozwiązanie powinno być jak najbardziej satysfakcjonujące.  Do samych wkładek nie mam zastrzeżeń. Są dobrej jakości i nie podrażniają. Nie są grube ani też nadmiernie cienkie. A jeśli by komuś nie odpowiadały to zawsze można potem uzupełnić opakowanie o inne wkładki;)

Facelle chusteczki do higieny intymnej Aloe Vera


„Chusteczki do higieny intymnej. Przebadane ginekologicznie. Wartość pH od 4,0 do 5,0 jest optymalnie dostosowana do strefy intymnej, przez co produkt doskonale nadaje się do codziennego mycia i pielęgnacji tego obszaru. Zawierają wyciąg z aloesu, zielonej herbaty i rumianku. Materiał chusteczek podlega w 100% biodegradacji”.


Chusteczki do higieny intymnej zostały opakowane typowo dla takich produktów. Trzeba jedynie pamiętać o tym żeby szczelnie je zamykać, ponieważ mogą wyschnąć. Paczuszka zawiera 20 sztuk chusteczek. Dostępna jest również wersja mini w sekcji z mini produktami (na wyjazd lub do torebki). Jeśli chodzi o chusteczki Facelle to korzystam z nich od lat, a niedawno została właśnie wprowadzona nowa wersja z wyciągiem z aloesu, zielonej herbaty i rumianku. Gdy myślę o chusteczkach nawilżanych to zaraz przypomina mi się anegdotka ze szpitalnego OIOM’u na którym miałam „przyjemność” leżeć dwukrotnie. Tam zawsze padało pytanie: myjesz się wodą czy chusteczkami? Z racji tego, że wiele pacjentów nie miało sił dosłownie na nic to większość z nas często wybierała… mycie chusteczkami;) Po dziś dzień mnie to śmieszy. Ale wracając do chusteczek, na ogół nie są one produktem niezbędnym, ale przydatnym zarówno w sytuacjach ekstremalnych jak i codziennych gdy chcemy się po prostu odświeżyć. Chusteczki Facelle sprawdzają się w tym bardzo dobrze oczyszczając i odświeżając okolice stref intymnych, a przy tym nie podrażniają i są niedrogie. Więcej od tego typu produktu nie wymagam.

Facelle intim płyn do higieny intymnej Fresh


„Facelle Fresh to wyjątkowo delikatny płyn do higieny intymnej z wyciągiem z awokado i rumianku, z kwasem mlekowym, o pH 4,2, nie zawiera mydła, opracowany specjalnie do codziennego mycia i pielęgnacji strefy intymnej, optymalnie dopasowany do jej pH. Płyn nadaje się również do delikatnego mycia całego ciała”.

Płyn do higieny intymnej Facelle Intim Fresh został opakowany w niebieską 300ml butelkę wyposażoną w pompkę. Nowa szata graficzna występuje w… iście marynarskim stylu i muszę powiedzieć, że jest to zmiana na plus. Dobrym posunięciem jest także wyposażenie opakowania w pompkę, choć akurat moja sztuka miała wypadek w transporcie i postanowiła zalać kilka pozostałych kosmetyków, które z nią podróżowały z Łodzi do Łodzi…;) Jeśli chodzi o płyny do higieny intymnej tej marki to akurat muszę przyznać, że nigdy nie byłam ich szczególną fanką. Wprawdzie przez dłuższy czas ich używałam, ale w pewnym momencie doznałam jakiegoś podrażnienia i przerzuciłam się na te delikatniejsze wersje Laktacydu. Od tego czasu nie kupowałam już płynów Facelle naprawdę długo. Zważywszy jednak na nowe opakowanie postanowiłam sprawdzić czy może zmieniło się coś na plus i zaryzykowałam. Płyn pachnie bardzo delikatnie rumiankiem. Zapach ten jest jednak wyczuwalny króciutko. Konsystencja jest żelowa, a sam płyn dobrze się pieni i jest dość wydajny. Na plus mogę zaliczyć to, że nie zawiera mydła oraz SLS, ponieważ o ile w żelach do mycia ciała mi to nie przeszkadza to w przypadku produktów do higieny intymnej preferuję bez tego typu składników.  Płyn dobrze oczyszcza i odświeża. W tym przypadku żadnych podrażnień nie zauważyłam i mam nadzieję, że tym razem nie wystąpią nagle po wielu zużytych opakowaniach tak jak to miało u mnie miejsce w przypadku wersji w smukłej butelce. Zobaczymy.


Korzystałyście z plastrów menstruacyjnych marki Facelle lub innych? Znacie produkty do higieny intymnej Facelle? Co o nich sądzicie?
Czytaj dalej »