Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lirene. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lirene. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 października 2017

Lirene maseczki peel-off!

Cześć Dziewczyny!
Na początku października dotarło do mnie całe pudło nowych masek Lirene, a wśród nich te, które zainteresowały mnie najbardziej, czyli maski peel-off. Powiem szczerze, że nie jestem wielką fanką takich masek bo trzeba wsypać zawartość do pojemniczka, a potem jeszcze dodać wody i zamieszać (jej… straaaaszne!), ale wiem, że mogą działać fajnie i od początku mnie zainteresowały, więc od razu przeszłam do wypróbowania:) Jak się u mnie spisały?



Maseczki Lirene peel-off mają bardzo ładne, kolorowe opakowania. Nie jestem niestety szczególną fanką masek w saszetkach, ale w tym przypadku jest to nawet wygodne. Dlaczego? Otóż nie musimy odmierzać ilości, ponieważ saszetka zawiera optymalną porcję na jednorazowe użycie. Poza tym tył saszetki jest naznaczony w taki sposób, że wiemy do jakiego poziomu nalać wody do naszej wesołej mikstury. Ważne jest jednak żeby po rozmieszaniu z wodą od razu przystąpić do nakładania na twarz. W przeciwnym wypadku maska trochę już zgęstnieje i trudniej będzie nałożyć równomierną warstwę na twarz i na powierzchni powstaną grudy. Przytrafiło mi się to przy jednej z masek wtedy gdy robiłam zdjęcie na instastory;) Także… nie cudować tylko nakładać na facjatę od razu;) Maski nakładamy na twarz na 15-20min, a po tym czasie zdejmujemy zaczynając od dolnej części twarzy. Maska powinna zejść jednym gestem. Czy rzeczywiście tak jest? Tak, ale nie do końca. Każda z masek zeszła mi za jednym pociągnięciem, ale na twarzy zawsze zostawały takie drobne zaschnięte pola. Należy je zmyć przy użyciu ciepłej wody, ale nie idzie to aż tak sprawnie jakby się chciało. Dlatego warto posłużyć się gąbeczką do zmywania maseczek. Co oczywiście nie oznacza, że każdemu się to zdarzy. Ja nakładałam „na luziku”, więc bardzo możliwe, że gdzieniegdzie masa była rozłożona nierównomiernie i stąd ten kłopocik. Każdej z masek użyłam tylko raz, więc poniżej jedynie krótkie refleksje.


Lirene Spirulinowe nawilżenie, algowa maska nawilżająca



Od tej maski zaczęłam i spotkało mnie niemałe zaskoczenie. Maska posiada specyficzny, dziwny zapach, wymieszany z nutką mięty. Ma szarawo-zielonkawy kolor. Po nałożeniu na twarz odczuwalne jest spektakularne chłodzenie. Byłam w lekkim szoku bo jeszcze żadna maska tak nie wymroziła mi twarzy:D Co gorsza uczucie to utrzymywało się jeszcze dobrą godzinę po zdjęciu maski. Taki efekt mógłby być idealny w tropikalnych klimatach, ale jak na nasze polskie warunki to chyba nawet latem byłaby dla mnie zbyt zimna:D Zamiast nawilżenia doświadczyłam raczej odświeżenia i silnego orzeźwienia, a cera wyglądała naprawdę świeżo. Ale ze względu na tak silne chłodzenie raczej do tej wersji nie wrócę. 


Lirene Detoks i Rozświetlenie, glinkowa maska głęboko oczyszczająca



Ta wersja posiada delikatny glinkowy zapach i na szczęście nie daje żadnych efektów termicznych. Co ciekawe po jej użyciu uzyskałam większe nawilżenie niż po wersji nawilżającej. Choć jednocześnie skóra wymagała oczywiście nałożenia kremu. Dodatkowo pory wydały się nieco węższe i skóra była ładnie zmatowiona.


Lirene Olejkowe super odżywienie, regenerująca maska z olejkiem rozmarynowym




Ta wersja miała ciemnozieloną barwę i od początku miałam przeczucie, że tkwi w niej największy potencjał. I rzeczywiście. Maska regenerująca fajnie odżywiła, wygładziła i nawilżyła mi cerę. A efekt zdawał się utrzymywać nieco dłużej niż w przypadku pozostałych wersji. Zapach wersji zielonej jest jakby lekko ziołowy.


Lirene Ekspresowy lifting, napinająca maska z 24k złotem i perłą


Maska żółta miała być taka najbardziej luksusowa i rzeczywiście wskazywał na to nawet jej zapach, który określiłabym mianem eleganckiego:) Dodatkowo żółty kolor wyglądał naprawę pozytywnie. Ładnie nawilżyła i odświeżyła twarz, zauważyłam subtelne napięcie. Być może przy dłuższym stosowaniu przyniosłaby fajne efekty w tym zakresie. Dodatkowo przy tej wersji zrobiłam sobie małe domowe SPA, nakładając wcześniej Lirene oczyszczający zabieg z kwasami, czyli peeling enzymatyczny z papainą. A po zdjęciu maski algowej wykorzystałam dwuetapowy zabieg Lirene pt. Hialuronowy zabieg wypełniająco-liftingujący. To była całkiem fajna konfiguracja. Na minus było jedynie to, że nie przypadł mi do gustu zapach tego ostatniego zabiegu (zbyt intensywny i długotrwały).


Lirene Witaminowy koktajl dla skóry, rewitalizująca maska z witaminą C


Ostatnia z masek to coś sweet, czyli maska o różowej barwie i subtelnie owocowo-pudrowym zapachu. Po użyciu tego wariantu moja cera była ładnie rozświetlona, a jej koloryt wydawał się wyrównany. Dodatkowo zauważyłam przyjemne wygładzenie. 


Tak przedstawiają się moje wrażenia z zastosowania masek peel-off marki Lirene. Pomijając mroźną wersję nawilżającą i drobne trudności ze zmyciem resztek masek, jestem na tak.  

Co sądzicie o maskach peel-off? Używaliście tych nowych z Lirene?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 lipca 2017

Lirene Mineral Collection - pielęgnacja z minerałami z Morza Martwego;)

Cześć Dziewczyny!
Całkiem niedawno marka Lirene wypuściła nową serię produktów przeznaczonych do pielęgnacji ciała o intrygującej nazwie Mineral Collection. Mnie jako maniaczkę kosmetyków do pielęgnacji, seria oczywiście z miejsca zainteresowała:) Zwłaszcza, że zużywam tego wiele, o tak... Balsamów i pacierza nie odmawiam!;) A czy się polubiliśmy?



Lirene Mineral Collection


„Czerpiąc inspiracje z sił natury, zespół Ekspertek Lirene stworzył linię balsamów Mineral Collection, których formuły zawierają starannie dobrane składniki aktywne, takie jak minerały z Morza Martwego, Koral Morski czy Jedwab Morski. Balsamy i mgiełka doskonale pielęgnują skórę ciała, nadając jej aksamitną gładkość i pozostawiając subtelny, świeży zapach”.


W skład linii Mineral Collection wchodzą 3 produkty: Multi - Regenerujący Balsam do Ciała, Lekki Balsam Odżywczy do ciała oraz Olejkowa Mgiełka do Ciała. Mgiełkę i balsam Multi-Regenerujący sprawdziłam na sobie. Natomiast balsam w wersji lekkiej oddałam do wypróbowania siostrze. Opakowania kosmetyków z serii zostały utrzymane w morskich barwach, które świetnie wpisują się w mój gust:) 


Lirene Mineral Collection Multi - Regenerujący Balsam do Ciała


Balsam otrzymujemy w 200ml tubce z zamknięciem na zatrzask;) Opakowanie jest więc proste i wygodne. Choć bardziej lubię te z pompką lub w słoiczkach:) Balsam posiada jasną barwę oraz kremową średnio-gęstą konsystencję. Jednocześnie zawiera kapsułki z witaminą E. Przyznam, że średnio lubię dodatkowe bajery w postaci mikro-kapsułek, ponieważ trzeba poświęcić nieco więcej czasu na rozsmarowanie produktu, tak żeby wszystkie kapsułki się rozpłynęły;) Zapach balsamu rzeczywiście jest świeży i przyjemny, ale nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Chyba dlatego, że skądś już go znałam. Prawdopodobnie z jakiegoś kremu do twarzy;) Po drugie nieco wcześniej zużyłam kosmetyki The Body Shop Pinita Colada, które pachniały naprawdę wybornie, więc poprzeczka była ustawiona wysoko;) Dlatego Lirene Mineral Collection nie jest zapachem, który będę wspominać miesiącami. Był po prostu poprawny. Wiem jednak, że ma już sporo fanek;) Balsam stosowałam zarówno na ciało jak i stopy, gdyż nie miałam akurat żadnego kremu do stóp. Kosmetyk wchłania się dość dobrze, choć potrzebuje na to kilku minut. Zwłaszcza gdy ktoś tak jak ja – smaruje się porządnie, a nie jedną kropelką;) Pielęgnacja jaką zapewniał mi ten produkt była na przyzwoitym poziomie. Produkt nawilżał i odżywiał moja suchą skórę, chroniąc ją przed utratą wilgoci. Nie było to jednak nawilżenie 24h. Powiedziałabym, że w granicach 14-15h.


Lirene Mineral Collection Olejkowa Mgiełka do Ciała


Olejkowa mgiełka do ciała została umieszczona w wygodnym 195ml opakowaniu z atomizerem. Jest ona produktem dwufazowym, więc należy wstrząsnąć przed użyciem. Zapach jest bardzo podobny jak w przypadku balsamu. Świeży i przyjemny, ale jak dla mnie nieporywający:) Czegoś mi w nim brakowało, ale czego? Tego nie wie nikt! Dodam jeszcze, że jest on o jakieś 70% mniej intensywny w porównaniu z balsamem i wyczuwalny właściwie jedynie podczas aplikacji. Zastanawiałam się czy produkt ze względu na swoją olejkową formułę nie będzie zbyt tłusty, ale po dobrym wstrząśnięciu ładnie się rozprowadza i szybko wchłania. Nie pozostawia po sobie nieprzyjemnej lepkiej warstwy, ale nadaje skórze subtelny, zdrowy połysk. Z tego powodu nadaje się do użycia w ciągu dnia;) Poziom pielęgnacji pozytywnie mnie zaskoczył:) Można powiedzieć, że pod tym względem mimo lżejszej konsystencji przewyższył balsam w wersji regenerującej:) Formuła mgiełki jest właściwie nawet trochę wygodniejsza niż balsam i umożliwiająca naprawdę ekspresowe zastosowanie. Gdybym miała wybierać to uważam, że mgiełka jest lepsza.


Lirene Mineral Collection Lekki Balsam Odżywczy do ciała


Lekki balsam odżywczy otrzymujemy w niemal identycznej tubce jak w przypadku wersji multi-regenerującej. Różnią je tylko drobne detale;) Tę wersję podarowałam siostrze, ponieważ lubi ona Lirene, a balsamów zużywa tak samo dużo jak ja;) Lekkiego balsamu nie wąchałam ani nie oglądałam jego konsystencji, ale z tego co deklaruje producent, również zawiera ona kapsułki z witaminą E lecz jest lżejsza, ponieważ dedykowana skórze normalnej. Zadałam siostrze 3 krótkie pytania: jak tam ten balsam Lirene, czym Ci to pachnie? Czy dobrze się wchłania? Na ile dobrze nawilża i czy robi coś jeszcze? Odpowiedź brzmiała: pachnie niczym:D Neutralnie, roślinnie może? Wchłania się dobrze i szybko. Nawilżenie przyzwoite i to tyle. Takie 8/10;) Dowód pokazywałam Wam zresztą na Instagramie;) Wnioskuję więc, że jest to typowy balsam nawilżający o lekkiej konsystencji i bez dodatkowych właściwości;)

*Fotografii tegoż egzemplarza brak, gdyż najpierw zrobiłam zdjęcia serii i dałam ten balsam siostrze, po czym stwierdziłam, że wyszły brzydko i zrobię je jeszcze raz;) A że balsam był już u siostry to nie chciałam prosić żeby go z powrotem przynosiła bo... kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera:D


Znacie nową linię do pielęgnacji ciała Lirene Mineral Collection? Co sądzicie o produktach i zapachu?
Czytaj dalej »

środa, 5 lipca 2017

5 najciekawszych kosmetycznych nowości z wysokim filtrem na lato!

Cześć Dziewczyny!
Lato w pełni! Pomyślałam więc, że przygotuję dla Was przegląd najciekawszych kosmetyków z filtrami, które mogą Wam się przydać zarówno na wakacjach jak i na co dzień:) Wszystkie kosmetyki, które tu umieściłam to tegoroczne nowości. Wyjątek stanowi jedynie emulsja Pharmaceris, która miała swą premierę rok temu:) Jest ona jednak świetnym produktem, więc grzechem byłoby o niej nic nie wspomnieć;) Wpis ma charakter przeglądu. Nie jest to typowa recenzja, ponieważ nie każdy z produktów udało mi się dogłębnie przetestować. Tym bardziej, że wakacji póki co nie zaznałam;)




Garnier Aqua Bomb Mist SPF 30


Garnier Aqua Bomb Mist, czyli nawilżająca mgiełka ochronna do twarzy to jedna z najbardziej innowacyjnych tegorocznych premier. Miewałam bowiem różne mgiełki do twarzy, ale takie z filtrem? Nigdy. Produkt umieszczony został w niewielkiej 75ml puszce z atomizerem. Stosowanie mgiełki jest bardzo komfortowe, ponieważ wystarczy rozpylić ją na twarz i gotowe. Nie przepadam jedynie za jej zapachem, który jest dla mnie nieco sztuczny. Wiem, że niektórzy nie są z tego produktu zadowoleni, ale moim zdaniem wynika to z nadinterpretacji właściwości owej mgiełki. Otóż część osób uważa, że mgiełka ta ma zastąpić krem. Moim zdaniem nie do końca jest ona do tego przeznaczona. Zwłaszcza, że w tej samej linii znajduje się również krem na dzień i krem na noc:) Ja polecam stosować tą mgiełkę jako ostatni etap pielęgnacji przed nałożeniem makijażu. Myślę, że będzie też świetną opcją przed wyjściem na plażę;) 


Lirene Hydrolipidowy ochronny krem do twarzy SPF 50


Kolejnym interesującym produktem z filrem, przeznaczonym do stosowania na twarz jest Lirene Hydrolipidowy ochronny krem do twarzy SPF 50. Krem ten nie tylko chroni przed negatywnym wpływem promieniowania UVA i UVB, ale także niweluje skutki działania promieniowania światła podczerwonego (IR). Badania dowiodły bowiem, że promieniowanie IR należy do jednych z najbardziej agresywnych rodzajów promieniowania. Dociera ono do najgłębszych warstw skóry i przyczynia się do tzw. fotouszkodzeń. Dodatkowo krem ten jest odpowiedni dla skóry wrażliwej i alergicznej. Może być także stosowany po zabiegach medycyny estetycznej. Ja stosowałam go po zabiegach, ale bardziej z uwagi na to, że między poszczególnymi sesjami wyjątkowo niefortunnie rozdrapałam sobie drobne krostki tworząc z nich rany, więc wiedziałam, że muszę dodatkowo ochronić podrażnioną skórę przed słońcem. Same zabiegi nie wymagały bezwzględnej ochrony przeciwsłonecznej, ponieważ były z tych mało inwazyjnych i nie zwiększały wrażliwości na promieniowanie. Jeśli chodzi o wrażenia ze stosowania to krem pachnie bardzo delikatnie, jest leciutki i szybko się wchłania praktycznie do matu. W moim przypadku lekko bieli, więc ważne jest żeby nakładać stopniowo i dokładnie wklepać. Natomiast z tego co zaobserwowałam, większość osób nie zauważyło żadnych symptomów bielenia. Zapewne jest to spowodowane jaśniejszym odcieniem cery w ich przypadku. Moja karnacja jest średnia i ciepła, więc łatwo dostrzec jakiekolwiek bielenie. Natomiast w przypadku jaśniejszych cer (czyli u większości) nie powinno to być widoczne. Jeśli chodzi o nawilżenie to oczywiście znam silniej działające produkty. Natomiast w kwestii ochrony nie mogę mu nic zarzucić. Dużym plusem jest matowe wykończenie oraz przystępna cena i łagodność. 


Nivea Sun Protect & Moisture nawilżający balsam do opalania SPF 30


Nivea Sun Protect & Moisture SPF 30, czyli nawilżający balsam do opalania to nowe dziecko wszystkim nam znanej marki:) W tym przypadku moją uwagę od razu zwróciła przyjemna dla oka niebieska butelka;) Produkt posiada komfortową kremową konsystencję i lekki zapach. Nie brudzi ubrań, a ponadto dobrze nawilża. Trzeba trochę poczekać na wchłonięcie, ale działanie pielęgnacyjne dobrze to rekompensuje. Oprócz tego dostępny jest również produkt w formie sprayu, czyli Nivea Sun Protect & Moisture Moisturiusing Sun Spray, który może być dobrym wyborem dla osób poszukujących leciutkich formuł. 


Pharmaceris S Emulsja ochronna dla niemowląt i dzieci SPF 50


Emulsja ochronna dla niemowląt i dzieci marki Pharmaceris to produkt, który od razu zyskał moją sympatię. Nie mam co prawda dzieci i stosowałam go na sobie, ale w przypadku produktów z filtrem wcale nie jest to zły pomysł, gdyż kosmetyki przeznaczone dla dzieci są niezwykle łagodne:) Emulsja posiada bardzo wygodny dozownik i poręczne opakowanie. Jej ogromnym autem jest brak zapachu (idealny produkt dla wrażliwców) oraz przyjemna emulsyjna konsystencja, która mimo swej lekkości doskonale pielęgnuje skórę. Gorąco polecam:)


Lirene Kids Pianka chroniąca przed słońcem SPF 30 o zapachu gumy balonowej


Ponownie produkt dla dzieci;) Wychodzi na to, że zdziecinniałam;) Ale po wielu pochwałach odnośnie zapachu gumy balonowej oraz świetnej piankowej konsystencji, włączyło mi się coś pt: muszę to mieć!;) Dzieci nie posiadam, więc ciężko mi ocenić ich reakcję skóry, ale podczas wymiany spostrzeżeń z kilkoma mamami dowiedziałam się, że dzieci wprost uwielbiają tą piankę. Trudno się dziwić, ponieważ jak sądzę zdecydowanie łatwiej namówić dziecko na posmarowanie ciała delikatną pianką o zapachu gumy balonowej niż np. tłustym olejkiem:) Wiem też, że niejedna mama podkrada ten produkt swojemu dziecku;)


Szeroki wybór kosmetyków z filtrami znajdziecie na iperfumy.pl. Można wybierać spośród marek popularnych, aptecznych, a także selektywnych:)


Znacie przedstawione przeze mnie kosmetyki z filtrami? Stosujecie ochronę przeciwsłoneczną? Jakie produkty polecacie?
Czytaj dalej »

piątek, 9 czerwca 2017

Lirene płyny micelarne – czy można im zaufać?

Cześć Dziewczyny!
Jak już kiedyś wspominałam, nie mam jednego ulubionego płynu micelarnego, do którego stale wracam. W tej materii lubię poznawać nowości. Płyny micelarne za zwyczaj krzywdy mi nie czynią, więc wybór w tej kwestii mam dość szeroki. Dziś chciałabym opowiedzieć o dwóch płynach micelarnych spod szyldu Lirene, które jakiś czas temu przelały się przez moją łazienkę;) Jeden z nich - płyn micelarny nawilżająco-łagodzący z D-Panthenolem przeznaczony jest do każdego typu cery, również wrażliwej. Drugi - płyn micelarny z minerałami morza martwego, także nadaje się do każdego typu cery, w tym do tłustej i mieszanej. Jak się u mnie spisały i który wypadł lepiej?


Lirene płyn micelarny nawilżająco-łagodzący z D-Panthenolem



„Zespół ekspertek Laboratorium Naukowego Lirene, stworzył technologię Micel Pure&Calm z D-Panthenolem, opartą na synergii składników oczyszczających oraz łagodzących. Dzięki temu, zapewnia ona działanie na kilku poziomach: usuwa makijaż i uwalnia skórę od zanieczyszczeń, koi, łagodzi podrażnienia i regeneruje, nawilża i odświeża. Dzięki technologii Micel Pure&Calm płyn zapewnia delikatny i precyzyjny demakijaż, oczyszcza skórę, przywracając jej naturalne pH i pozostawiając świeżą i nawilżoną. D-Panthenol zapobiega podrażnieniom skóry, przywracając jej komfort. Intensywnie nawilżający kompleks Moist Concept regeneruje naskórek oraz przywraca właściwy poziom nawilżenia skóry”.

Płyn został umieszczony w typowej dla marki Lirene zgrabnej buteleczce o pojemności 200ml. Na zużycie mamy 9 miesięcy od momentu otwarcia, ale dość proste i logiczne, że na tyle nie wystarczy:) Dozowanie w przypadku tego micela nie było do końca wygodne, ponieważ dość często zdarzało mi się, że trochę się ulało;) 
Kosmetyk jest bezzapachowy, ale jak się wczujemy to coś tam wyczujemy;) Konsystencja rzecz jasna typowo wodnista:) Chociaż… może nie taka jasna, ponieważ są już micele o formule żelowej lub dwufazowej;) Ten jest jednak „normalny”;) Ot zwykły przedstawiciel micelarnego kramu;) 
Na wypróbowanie tej wersji płynu zdecydowałam się bez obaw, ponieważ do tej pory statystycznie najczęściej wybierałam wszelkie łagodne wersje przeznaczone do cery wrażliwej. Wszak moja cera jest mieszana, ale i wrażliwa. Taka kombinacja;) Jak już pewnie wiele razy wspominałam, płynów micelarnych używam jedynie do twarzy. Nie zmywam nimi oczu, a jedynie koryguję makijaż jeśli podczas malowania oczu wybrudzę sobie powieki tuszem (czyli zawsze:P). Nie powiem więc jak zmywa makijaż oczu, ale z „wyjechanym tuszem” sobie radzi i nie powoduje łzawienia;) Płyny micelarne nie są też dla mnie jedyną formą oczyszczania gdyż zawsze używam również żelu lub pianki. Wiem, że niektórzy uważają, że wystarczy przetrzeć twarz płynem micelarnym i gotowe, ale nie ze mną te numery;) Jak więc używam miceli? Jako pierwszy lub ostatni etap oczyszczania. Ten najlepiej używać jako pierwszy etap oczyszczania, czyli przed użyciem żelu/pianki, ponieważ pozostawia lekko klejący film na skórze. Możliwe, że to ze względu na delikatne właściwości nawilżające. Działanie oceniam na plus. Płyn jest łagodny, nie wysusza i nie podrażnia. Dobrze spisuje się do wstępnego oczyszczenia cery radząc sobie z większością makijażu lub jako wstępne oczyszczenie po nocy;) Zaznaczam jednak, że w większości przypadków stosuję lekki makijaż twarzy (najczęściej w formie pudru i dodatków typu róż/rozświetlacz). Nie wiem więc czy radzi sobie np. z mocno kryjącymi podkładami, ponieważ gardzę nimi;) Czy jednak kupiłabym go ponownie? Nie, ponieważ ten poniżej jest dla mnie lepszy:) Ech, spojler;)


Lirene płyn micelarny z minerałami morza martwego


„Zespół ekspertek Laboratorium Naukowego Lirene, stworzył unikalną technologię Micel Pure& Matt z minerałami Morza Martwego, opartą na synergii składników oczyszczających oraz normalizujących wydzielanie sebum. Zapewnia ona działanie na kilku poziomach: usuwa makijaż zanieczyszczenia, normalizuje wydzielanie sebum, odświeża. Dzięki technologii Micel Pure&Matt płyn precyzyjnie usuwa makijaż i oczyszcza całą twarz z wszelkich zanieczyszczeń i nadmiaru sebum. Minerały Morza Martwego regulują pracę gruczołów łojowych, jak również działają na skórę detoksykująco i oczyszczająco. Formuła skutecznie odblokowuje pory i zapewnia długotrwały efekt świeżości”.

W przeciwieństwie do poprzednika, płyn z minerałami morskimi znajduje się w butelce o bardziej obłych kształtach i większej pojemności – 400ml. Natomiast na zużycie mamy również 9 miesięcy. Ta forma opakowania nawet bardziej przypadła mi do gustu, ponieważ precyzyjniej dozuje płyn i nic w sposób niekontrolowany nie rozlewa się na boki;) 
Konsystencja również jest płynna, a zapachu brak. Choć przez kilka pierwszych użyć wyczuwałam coś bliżej nieokreślonego. 
Płynu używałam w identyczny sposób jak różowego, łagodnego poprzednika więc pominę już tę oczywistą kwestię;) Nadmienię jednak, że tej wersji byłam bardzo ciekawa, ale jednocześnie trochę się obawiałam, ponieważ rekomendowana jest również do cery tłustej i mieszanej, a moja mimo że jest mieszana to wrażliwa. Dlatego na ogół wybierałam wersje do cery suchej i wrażliwej. Lekko obawiałam się podrażnienia i wysuszenia, ale nic takiego nie miało miejsca. Co więcej płyn ten sprawdził się u mnie lepiej niż jego łagodny poprzednik. Absolutnie się nie lepi, dobrze oczyszcza, a dodatkowo wykazuje właściwości odświeżające, które przypadły mi do gustu:) Czytałam, że w przypadku niektórych szczypie w oczy. Ja jednak jak już wspomniałam – nie zmywam oczu micelami, więc się nie wypowiem. W każdym razie przy oczyszczaniu powiek z tego co wyjechałam tuszem żadne podrażnienie ani łzawienie u mnie nie wystąpiło. Czasami gdy siostra się u mnie zasiedzi, zmywa u mnie makijaż i ona z kolei lubi przetrzeć oczy micelem albo zmyć żelem. Zapytałam ją więc czy płyn Lirene szczypie w oczy i odrzekła, że nie. Czasami taki "niedzielny tester" bywa pomocny;) Jest to zatem czynnik mocno indywidualny. Dla odmiany pianka Holika Holika mocno ją szczypała w oczy. A czy reguluje wydzielanie sebum? Powiem szczerze, że troszeczkę. Przede wszystkim jednak oczyszcza i odświeża. Jak już wspomniałam we wstępie, nie jestem wierna płynom micelarnym, ale gdyby któryś z tych dwóch miał pojawić się ponownie w mojej łazience to zdecydowanie ten. 


Znacie płyny micelarne Lirene? Jak się u Was sprawdziły? Macie jakieś ulubione micele?
Czytaj dalej »

środa, 7 czerwca 2017

Lirene C+D Vitamin Energy! Energia ukryta w pomarańczowych opakowaniach?

Cześć Dziewczyny!

Czy potrzebne są Wam witaminy?;) Jeśli tak to wygląda na to, że marka Lirene ma coś dla Was;) W każdym razie ja i moja siostra nie omieszkałyśmy wypróbować. Ja zajęłam się żelem i serum, a siostra kremem;) Jak się prezentują nasze wrażenia? Mowa oczywiście o serii Lirene C+D Vitamin Energy.

Lirene C+D Pro Żel myjąco-energizujący do twarzy 30+


„Oczyszczona skóra to pierwszy i niezbędny krok skutecznej pielęgnacji energetyzującej i odmładzającej. Ekspertki Laboratorium Naukowego Lirene, poszukując rozwiązania jak dokładnie oczyścić i zatrzymać witalność skóry na dłużej, opracowały wyjątkowy Żel myjąco-energetyzujący C+Dpro Vitamin Energy, o wielopoziomowym działaniu: dokładnie oczyszcza skórę, zwęża pory, zmniejszając ich widoczność, zapewnia zdrowy wygląd cery. Skuteczna baza myjąca, została wzbogacona o cenne dla skóry składniki aktywne, synergicznie dbające o kondycję cery. Unikalna Duo C w połączeniu z wit. D pro rozpromieniają skórę oraz wspierają barierę naskórkową. Kompleks oligosacharydowy  wspomaga odblokowanie i zwężenie porów oraz ujednolica koloryt skóry. Witamina E, zamknięta w gwarantujących stabilność mikrokapsułkach, działa antyoksydacyjnie oraz poprawia ogólne odżywienie skóry”.

Zacznę od żelu, ponieważ za zwyczaj stanowi on jeden z pierwszych etapów pielęgnacji;) Został on umieszczony w charakterystycznym dla Lirene opakowaniu, a jego pojemność wynosi 200ml, czyli ok. 50ml więcej niż standardowo;) Żel należy zużyć w ciągu 12 miesięcy od momentu otwarcia, ale wątpię, żeby ktoś go tyle męczył:) Chyba, że ma rzadkie spotkania z wodą;) Butelka niektórym może się wydawać niewygodna, ale ja miałam już kiedyś inny żel Lirene w takim opakowaniu, więc byłam przyzwyczajona. Osobiście nie zauważyłam problemów z wydobywaniem produktów. Na pewno dużo łatwiej się go dozuje niż piankę Holika Holika, która posiada niestety twarde opakowanie. Kosmetyk ma postać średnio-gęstego żelu z zanurzonymi mikrogranulkami;) Zapach jest bardzo przyjemny, soczyście pomarańczowy:) Idealny do stosowania rano;) Skład nie zachwyca, więc ekomaniaczki nie będą zadowolone, ale mi drogeryjne żele nie szkodzą. Dlatego też nie będę tu sztucznie wydziwiać tylko po to żeby być bardziej trendy i cool;) Mnie żel nie podrażnił ani nie wysuszył. Z poziomu oczyszczania byłam zadowolona. Choć zaznaczę, że żel czy pianka jest u mnie zawsze jednym z etapów oczyszczania. Nie wzmaga przetłuszczania skóry, więc dla cery tłustej i mieszanej jest ok. Dodatkowo piękny zapach uprzyjemnia stosowanie. Jeśli jednak chodzi o dodatkowe walory pielęgnacyjne takie jak nawilżenie to tych nie zaobserwowałam. Jednak producent ich nie obiecuje, więc nie mam tego za złe:) Po użyciu żelu skóra jest przede wszystkim odświeżona i dobrze oczyszczona. 


Lirene C+D Pro Skoncentrowane StimuSerum do twarzy 30+


„Skoncentrowane StimuSerum - specjalistyczne serum, zapewnia idealną pielęgnację uzupełniającą, gwarantując widoczny efekt rewitalizacji i stymulacji energetycznej skóry: ROZŚWIETLENIE i ODMŁODZENIE: optymalna zawartość kompleksu witaminy Duo C oraz wit. Dpro zapewnia wielowymiarowy efekt odmłodzenia. Duo C skutecznie penetruje skórę, chroniąc DNA komórkowe oraz aktywując syntezę białek kolagenu. Intensywnie rewitalizuje i rozświetla. Wit. Dpro, wspomaga barierę naskórkową oraz stymuluje naprawę mikro-uszkodzeń, spowodowanych starzeniem i negatywnymi czynnikami zewnętrznymi. Skóra staje się promienna, jędrna i elastyczna. STYMULUJĄCA DAWKA ENERGII KOMÓRKOWEJ: unikalny kompleks SkinAwake pochodzenia naturalnego, bogaty w niezbędne dla skóry mikroelementy, cukry i witaminy, wspomaga procesy odnowy komórkowej zachodzące podczas snu. Komórki są lepiej odżywione, skóra jest pełna energii i witalności. NAWILŻENIE i ultraWYGŁADZENIE: wysokocząsteczkowy kwas hialuronowy wiąże wodę w skórze, silnie ją nawilżając i wygładzając. Zamknięta w gwarantujących stabilność mikrokapsułkach witamina E wygładza skórę, zapewniając ochronę antyrodnikową oraz odpowiedni poziom nawilżenia”.

Serum to oczywiście produkt, który zainteresował mnie najbardziej, ponieważ ta kategoria pielęgnacji należy do moich ulubionych. Serum otrzymujemy w kartonowym opakowaniu, a wewnątrz znajdziemy szklaną 30ml buteleczkę, która jest całkiem przyjemna dla oka;) Opakowanie zostało wyposażone w wygodną pompkę. Choć niestety ma ono tendencję do odkręcania się podczas dozowania. Najlepiej więc poprosić kogoś silnego o mocne dokręcenie pompki i wtedy już możemy korzystać bez podnoszenia poziomu irytacji;) Podobnie jak w przypadku żelu, zapach jest bardzo ładny, pomarańczowy. Zdecydowanie poprawia on humor i uprzyjemnia stosowanie. 
Konsystencja produktu ma postać lekkiego żelu z dodatkowymi mikrogranulkami lecz w rzeczywistości nie jest on aż tak bardzo delikatny, ponieważ ma on niestety tendencję do lekkiego klejenia się po rozsmarowaniu na skórze;) Uczucie to jednak po kilku minutach znika. Najlepiej stosować serum pod krem. Podobnie jak w przypadku żelu, skład StimuSerum nie poraża naturalnością i jest typowo drogeryjny. Moje podejście do tej kwestii jest jednak takie samo jak w przypadku żelu. Jeśli jednak ktoś ma odmienne zdanie to po prostu nie zawraca sobie głowy takimi produktami i tyle;) W końcu każdy ma wybór, a ja do niczego nie zmuszam:) Mnie serum nie wysuszyło ani nie podrażniło. Choć muszę dodać, że używałam go w połączeniu z mocno nawilżającymi kosmetykami Hada Labo, które dobrze się z tym serum zgrywały. Producent zaleca stosowanie serum na noc, ale mnie się zdarzało używać również w dzień dodatkowo korzystając z filtra. Kosmetyk dość dobrze uzupełniał codzienną pielęgnację pozostawiając skórę wygładzoną, rozświetloną i lekko napiętą. Jeśli jednak chodzi o właściwości nawilżające to serum wymaga dodatkowego zastosowania kremu. Nie było to jednak dla mnie wadą, ponieważ robię tak zawsze;) Jak na serum z drogeryjnej półki jest to całkiem przyjemny produkt w bardzo przystępnej cenie.

Lirene Vitamin Energy C+D pro 30+ Odżywczy głęboko nawilżający krem do twarzy na dzień i noc




„Odżywczy głęboko nawilżający krem do twarzy na dzień i noc przeznaczony do pielęgnacji cery suchej i wrażliwej. Nawilża, odżywia, rozświetla i rewitalizuje. Produkt zawiera unikalny potrójny kompleks witaminowy. Unikalny kompleks ultranowoczesnej formy witaminy Duo C, w połączeniu z wit.Dpro, chroni młodość skóry wielowymiarowo, gwarantując spektakularne efekty. Unikalny kompleks SkinPROTECT tworzy na skórze film ochronny regulujący gospodarkę wodno-lipidową oraz wspierający poziom odżywienia naskórka, dzięki czemu skóra lepiej broni się przed przesuszeniem”.

Krem dla odmiany przekazałam do przetestowania siostrze, ponieważ bardzo lubi ona kremy Lirene, a niestety jakiś czas temu seria, która wyjątkowo przypadła jej do gustu została wycofana (smuteczek). Pomyślałam więc, że krem z linii C+D będzie dla niej w sam raz na otarcie łez;) Produkt znajduje się w kartonowym opakowaniu, wewnątrz którego znajdziemy plastikowy słoiczek o dość przyjemnej, energetycznej szacie graficznej:) Pojemność to standardowe 50ml:) Wypytałam siostrę „co i jak” i jak to ona zwięźle ujęła: „te kremy Lirene to jednak nie mają sobie równych”. Konsystencja kremu jest dość lekka i podobnie jak w wyżej opisanych produktach, znajdziemy w niej mikrodrobinki;) Zapach siostra określiła jako przyjemny i cytrusowy. Podejrzewam więc, że pachnie podobnie jak żel i serum. Siostra orzekła, że krem dobrze nawilża, ale najlepiej spisuje się jako nocna pielęgnacja energetyzująca skórę. Jeśli chce zastosować na dzień to w związku z tym, że ma cerę skłonną do przetłuszczania, musi użyć dobrze matującego pudru i wtedy jest ok. Zatem takim optymalnym rozwiązaniem byłby dla niej prawdopodobnie wybór wersji dla cery normalnej aniżeli suchej:) Dodam, że seria teoretycznie rekomendowana jest dla osób 30+. Siostra ma dopiero 24, ale się tym nie przejmuje. Tym bardziej, że prowadzi bardzo aktywny tryb życia i ceni sobie zwłaszcza odżywcze produkty na noc, które dodadzą skórze energii;) Podobnie jak ja nie jest niewolnicą składów;)


Znacie Lirene C+D? Jak wypadły u Was te produkty?
Czytaj dalej »

piątek, 19 maja 2017

Lirene Olejek pod prysznic Inca Inchi. Polej olej!;)

Cześć Dziewczyny!
Człowiek uczy się całe życie:) Ja np. dopiero w marcu dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak olejek Inca Inchi;) Nie wiem czy jest to powód do wstydu, ale takie są fakty;) Tym razem garść nowej wiedzy posiadłam dzięki marce Lirene, która wypuściła olejek pod prysznic Inca Inchi. Upłynniłam go już jakiś czas temu (hmmm "dwa żele temu"?), więc myślę, że nie zaszkodzi podzielić się krótką opinią;)




„Olejek dokładnie oczyszcza oraz intensywnie odżywia i zmiękcza skórę. Dzięki zawartości oleju inca inchi, bogatego w kwasy Omega-3 i Omega-6, produkt wzmacnia barierę hydrolipidową naskórka, zapobiega utracie wody, dodatkowo poprawiając kondycję skóry. Olej jojoba i sojowy intensywnie odżywiają i zapobiegają przesuszeniu skóry. Ciało po kąpieli staje się miękkie, gładkie i doskonale nawilżone”.


Glycine Soja Oil, Laureth-4, Mipa-Laureth Sulfate, Ricinus Communis Seed Oil, Cocamide Dea, Plukenetia Volubilis Seed Oil, Propyl Gallate, Phenoxyethanol, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Tocopheryl Acetate, BHT, Parfum, Tocopherol, Coumarin, Butylphenyl Methylpropional, Limonene, Linalool.


Olejek pod prysznic Lirene Inca Inchi otrzymujemy w buteleczce, która jest niejako znakiem (kształtem?) rozpoznawczym marki Lirene, gdyż bardzo często w takich opakowaniach umieszczane są ich toniki, płyny micelarne, żele pod prysznic, a także żele do mycia twarzy;) Według mnie butelki te są wygodne i pozwalają na wydobycie produktu praktycznie do samego końca. Pojemność olejku to w tym przypadku 200ml, czyli w granicach normy;) 

Olejek posiada dość rzadką, olejkową konsystencję o żółtawym zabarwieniu. Nie pieni się, ale ładnie się rozprowadza po mocno zwilżonej skórze. Wtedy barwa zmienia się w białą, a konsystencja staje się bardziej kremowa/emulsyjna. Zapach w opakowaniu jest dość ciepły, otulający i zarazem męski, ale podczas mycia łagodnieje i staje się bardziej oleisty;) Nie ma więc takiego efektu zapachowego jak np. przy olejkach Rituals, ale najważniejsze, że produkt nie posiada swoistej „rybiej nuty”;) Właściwości oczyszczające były dla mnie bez zarzutów. Myję się codziennie, więc nie ma wiele brudu do zmycia:D Jeśli zaś chodzi o właściwości pielęgnacyjne to podczas stosowania zauważyłam lekkie nawilżenie i zmiękczenie skóry. Nie zastąpił mi on balsamu, ale nie wymagam takich cudów od produktów myjących:) Podrażnienia, krostek i innych nieprzyjemności nie odnotowałam. Zużyłam go do samego końca;) Wydajność oczywiście nie była powalająca, ale to też nie było dla mnie zaskoczeniem. Skład jak na produkt z drogerii wydaje mi się całkiem przyzwoity, choć nie jestem znawczynią w tej materii;) Dlatego to już każdy sam musi ocenić (dobrze pamiętam, że niektóre z Was są bardzo wybredne;)). Wiem, że tego typu olejków można również używać do czyszczenia pędzli, ale szczerze mówiąc było mi szkoda chłopaka;)


Znacie olejek pod prysznic Lirene Inca Inchi? Stosujecie tego typu produkty? Może coś polecicie? 
Czytaj dalej »

sobota, 31 grudnia 2016

Lirene skarpetki złuszczające oraz rękawiczki regenerujące

Cześć Dziewczyny!

Pod koniec października prezentowałam Wam nowości marki Lirene. Jeszcze tego samego dnia postanowiłam wypróbować skarpetki złuszczające, a dwa dni później rękawiczki regenerujące. Jakie były moje wrażenia odnośnie tych dwóch produktów?





Lirene Skarpetki Złuszczające profesjonalny zabieg do domowego użytku



„Profesjonalny zabieg do samodzielnego wykonania w domu, zapewniający efektywne usunięcie martwego naskórka i intensywne wygładzenie skóry stóp. Maseczka w formie gotowych do użycia, nasączonych skarpetek zawiera 7,5% kompleksu kwasów owocowych (mlekowego i glikolowego), które efektywnie stymulują proces eksfoliacji obumarłego naskórka, wspomagając odnowę skóry stóp. Intensywne działanie złuszczające maseczki trwa 7 – 10 dni po zastosowaniu. Zawarty w maseczce bogaty zestaw składników aktywnych pielęgnuje skórę w czasie i po zakończeniu zabiegu. UREA nawilża i reguluje proces rogowacenia, wyciąg z trawy azjatyckiej oraz olejek kokosowy regenerują i zmiękczają stwardniałą skórę. Kwas salicylowy w połączeniu z ekstraktem z miodu i afrykańskiego czerwonokrzewu (Rooibos) działają kojąco na świeżo złuszczoną skórę”.



Skarpetki złuszczające Lirene umieszczone zostały w płaskim papierowym opakowaniu. Wewnątrz znajdziemy jedną parę skarpetek o pokaźnym, czyli tzw. uniwersalnym rozmiarze;) Skarpetki posiadają specjalny zgrzew chroniący zawartość więc żeby z nich skorzystać należy go po prostu rozdzielić. Nie wiem z jakiego dokładnie materiału były wykonane te skarpetki, ale kojarzyły mi się z czymś szpitalnym;) 
Skarpetki według mnie posiadają kwasowo-alkoholowy zapach, który przed użyciem jest bardzo delikatny, ale już po zdjęciu i nawet umyciu stóp bardziej intensywny. Utrzymuje się na stopach jeszcze po jakimś czasie po zdjęciu skarpetek i umyciu stópek. 
Jeśli chodzi o same skarpetki to jest to jeden z tych produktów, których raczej nie kupiłabym z własnej inicjatywy. Zawsze uważałam bowiem, że taki wynalazek nie jest mi potrzebny. Zwłaszcza, że nigdy nie miałam jakiegoś szczególnego problemu ze skórą stóp. Gdy jednak takie skarpetki do mnie dotarły uznałam, że mam dwa wyjścia: albo rzucę je gdzieś na dno szuflady albo użyję od razu żeby „mieć je z głowy”. Jak nietrudno się domyślić żeby mi nie zalegały postawiłam na tę drugą opcję. 
Producent zaleca żeby nałożyć skarpetki na umyte i osuszone stopy na czas 60-90 minut. Uznałam, że skoro moje stopy nie są problematyczne to wystarczy 60 max. 70 minut i tak też uczyniłam. Skarpetki nie są szczególnie komfortowe w noszeniu gdyż po pierwsze są wielkie (rozmiar uniwersalny zobowiązuje), a ja akurat mam drobne stópki, a po drugie podczas chodzenia wydają z siebie odgłosy chlupania;) Ślizgają się w klapkach więc lepiej nie biegać;) Po upływie ustalonego przeze mnie czasu opłukałam stopy wodą i lekko przemyłam mydłem gdyż zapach z "płynu skarpetkowego" nie był zbyt kuszący. 
Proces złuszczania miał pojawić się po 5-7dniach od użycia. Ja skarpetki zastosowałam dokładnie 31.10, a pierwsze symptomy łuszczenia zaobserwowałam 8 listopada. Podczas łuszczenia zaleca się smarowanie stóp odżywczymi kremami i tak też robiłam. Kiedy widziałam łuszczące się fragmenty skóry stóp dodatkowo wspomagałam ten proces skubiąc te skórki. Choć możliwe, że powinno się je zostawić same sobie. To jednak nie na moje nerwy;) Łuszczenie zakończyło się 15 listopada więc według mnie cały ten proces trwał długo. Stopy zyskały ładniejszy kolor, gładkość oraz miękkość. Wszak odsłoniły przede mną nową skórę. 
Jednak czy ten efekt był warty aż tak długiego czekania? Nie jestem co do tego przekonana, gdyż w moim odczuciu nie był on spektakularny. Podobne odczucia „dotykowe” zapewniały u mnie tradycyjne kremy i peelingi. Z tą jedynie różnicą, że tamte nie obdzierały mnie ze skóry;) Być może lepsze efekty można zaobserwować u osób, które mają naprawdę duże problemy ze skórą stóp i u których same kremy i peelingi to za mało. Dla mnie ten zabieg nie był szczególnie potrzebny, ale z przekory kupiłam jeszcze tego typu skarpetki Bielendy żeby mieć potem porównanie. Choć do tamtych niestety trzeba samodzielnie zaaplikować płyn. 


Lirene Rękawiczki Regenerujące dwustopniowy zabieg wygładzający



„Profesjonalny zabieg w dwóch krokach do samodzielnego wykonania w domu:
1. Intensywnie wygładzający peeling kwasowy typu gommage
2. Regenerująca maseczka w formie nasączonych rękawiczek
Unikalne połączenie wygładzająco-złuszczającego peelingu gommage do rąk z przywracającą miękkość, regenerującą maseczką w jednym rytuale pielęgnacyjnym”!



W przeciwieństwie do skarpetek rękawiczki regenerujące to produkt, który bardziej mnie ucieszył, ponieważ możliwość dodatkowego zadbania o dłonie jest zawsze na plus;) 
Zabieg na dłonie składa się z dwóch kroków. Pierwszym z nich jest peeling typu gommage, który dość słabo zapamiętałam gdyż po jego użyciu nic szczególnego nie zaobserwowałam. Z tego co pamiętam miał dość rzadką konsystencję. 
Drugim krokiem po wykonaniu peelingu i osuszeniu dłoni są rękawiczki, które podobnie jak skarpetki należy rozdzielić na zgrzewie, a następnie założyć, w tym przypadku na nasze rączki;) Rękawiczki, a raczej ich zawartość bardzo ładnie pachniała. Wydaje mi się, że jakby grejpfrutowo;) 
Rękawiczki należy pozostawić na dłoniach na 30 minut, a po zdjęciu pozostałość płynu wmasować w dłonie. Płyn z rękawiczek był z tych „mokrych” więc rzeczywiście po ich zdjęciu pozostało go jeszcze sporo. Po użyciu dłonie były gładkie, miękkie, nawilżone i jedwabiste w dotyku. Efekt utrzymał się do 24h. Jest to więc fajny gadżet do użycia raz jakiś czas albo jako kuracja uzupełniająca. Ze względu jednak na to, że rękawiczki są jednorazowego użytku ich zakup nie byłby zbyt opłacalny do częstego stosowania. W takim przypadku lepiej zainwestować nawet w jakiś drogi krem, który wystarczy na przynajmniej kilkanaście zastosowań. Jeśli jednak macie ochotę na domowe SPA to jak najbardziej takie rękawiczki mogą być miłą odmianą.


Korzystałyście ze skarpetek złuszczających lub rękawiczek regenerujących? Znacie te od Lirene? A może polecacie coś z tej kategorii?

Życzę Wam wspaniałego Sylwestra oraz Szczęśliwego Nowego Roku!:)
Czytaj dalej »