Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ciała. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2019

Nuxe Reve de Miel ma już 25 lat! Nowości w serii i kalendarz adwentowy Nuxe 2019!

Kultowa seria Reve de Miel marki NUXE w tym roku obchodzi już 25 urodziny! Obok słynnego suchego olejku Huile Prodigieuse, który doczekał się już czterech odsłon, to właśnie balsam do ust Reve de Miel jest kosmetykiem, który zna prawie każdy. Jeśli nie z doświadczeń własnych to przynajmniej ze słyszenia;) W skład serii łącznie wchodzi 10 produktów, z czego najnowszymi są olejkowy balsam do ciała i ultrakomfortowy krem do twarzy. Jakiś czas temu delikatnej zmianie uległa jej szata graficzna:) Warto też zaznaczyć, że marka dba o najwyższą jakość tworząc swoje produkty z poszanowaniem natury i ochroną pszczół:) Tego ostatniego do niedawna nie wiedziałam i bardzo pozytywnie mnie to zaskoczyło:)
Nuxe Reve de Miel kosmetyki

Nuxe Reve de Miel ultra odżywczy balsam do ust – nowa formuła 


Nuxe Reve de Miel balsam do ust nowa formuła

Kultowy balsam do ust Nuxe Reve de Miel jeszcze w zeszłym roku zyskał nie tylko nową szatę graficzną, ale i ulepszoną formułę:) Poprzednią wersję uznawałam za dobrą, ale nie najulubieńszą. Dlatego ciekawa jestem jak sprawdzi się u mnie nowa formuła. Mam nadzieję, że obejdzie się bez grudek, na które zdarzało mi się czasem trafiać przy starej wersji:) Na pewno mogę powiedzieć, że zawsze podobał mi się jego naturalny miodowy zapach. Balsam do ust Nuxe łączy w sobie propolis, miód oraz olejki roślinne. Ma za zadanie intensywnie odżywiać i regenerować suche oraz spierzchnięte usta. Na pewno dam znać jak wypadła u mnie nowa formuła w osobnym wpisie. Obecnie oprócz standardowego opakowania balsamu możemy też trafić na 3 wersje limitowanych słoiczków symbolizujące 3 wartości, tj. ochronę pszczół, poszanowanie natury i najwyższą jakość made in France:) 
Nuxe Reve de Miel balsam do ust edycja limitowana 2019
Na początku zeszłego miesiąca sama skusiłam się na standardową wersję, a później dotarła do mnie jeszcze limitowana. Który słoiczek podoba Wam się bardziej?;)


Nuxe Reve de Miel ulra-komfortowy krem do twarzy


Nuxe Reve de Miel ulra-komfortowy krem do twarzy

Pozostając jeszcze przy twarzy, nowością w gamie Nuxe Reve de Miel jest ultra-komfortowy krem do twarzy. Bazuje on oczywiście na miodzie, propolisie i cennych olejkach. Krem posiada właściwości intensywnie odżywiające, regenerujące i chroniące przed czynnikami zewnętrznymi typu niskie temperatury i wiatr;) Pomaga odzyskać skórze komfort i elastyczność, zmniejsza szorstkość i zaczerwienienie. Wydaje się więc, że może to być naprawdę mocno pielęgnujący krem. Polecany jest on przede wszystkim do skóry suchej i wrażliwej jako krem do codziennego stosowania. Natomiast w przypadku skóry normalnej – przy ekstremalnych warunkach pogodowych. Moja cera jest mieszana i możliwe, że krem będzie dla niej zbyt bogaty na co dzień, ale zawsze mogę wykorzystać go jako regenerującą maskę całonocną;) Lubię gdy moja skóra jest porządnie nawilżona i odżywiona, a zimą pogoda bywa bardzo kapryśna. Niekiedy negatywnie odbija się to na naszej skórze.


Nuxe Reve de Miel olejkowy balsam do ciała


Nuxe Reve de Miel olejkowy balsam do ciała

Rarytaskiem jest dla mnie olejkowy balsam do ciała o jedwabistej konsystencji;) Wprawdzie preferuję raczej lżejsze kremowe konsystencje, ale ta formuła wydaje mi się być wyjątkowo intrygująca. Poza tym dla dobrego efektu pielęgnacyjnego jestem w stanie się poświęcić, a dobrej jakości smarowidła do ciała to mój konik;) Liczę na pozytywne wibracje i w przypadku tego produktu pewnie też podzielę się opinią:) 

Nuxe Magnetique kalendarz adwentowy 2019

Nuxe Magnetique kalendarz adwentowy 2019
Przy okazji warto też wspomnieć, że w tym roku marka wypuściła kalendarz adwentowy. Taki w pełnej krasie - z 24 okienkami na każdy dzień adwentu. Muszę przyznać, że kalendarz adwentowy Nuxe od razu wpadł mi w oko:) Miałam już kalendarz Nuxe 2 lata temu, ale teraz jest jeszcze bardziej dopracowany. Ponadto wewnątrz znajdziemy także nowości z ostatnich miesięcy takie jak chociażby cudownie pachnący olejek Huile Prodigieuse Florale. Fajna rzecz na prezent, również dla siebie;) Sama bardzo chętnie bym go przygarnęła <3


Lubicie kosmetyki Nuxe Reve de Miel? Znacie już nowości w serii? Podoba Wam się kalendarz adwentowy Nuxe 2019?
Czytaj dalej »

wtorek, 27 lutego 2018

Dermedic Linum Emolient w trosce o suchą skórę!

Zima to taki czas, podczas którego skóra naszego ciała jest bardziej wymagająca. Potrzebuje większej troski i intensywniejszego nawilżenia. To tak w teorii bo w praktyce skóra mojego ciała należy do tych suchych niezależnie od pory roku. Staram się więc używać produktów nawilżających i odżywczych regularnie. W przeciwnym razie potrafi mnie zaskoczyć dość spektakularna Sahara, a wtedy nie tak łatwo wyjść na prostą. Jeśli jesteście posiadaczkami skóry suchej i wrażliwej, wymagającej intensywnej pielęgnacji to warto zwrócić uwagę na polską apteczną markę Dermedic i jej serię Linum Emolient. Ja zużyłam 3 produkty z tej serii i dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami:)

Dermedic Linum Emolient Regenerujący krem do rąk



Krem do rąk Dermedic Linum Emolient dedykowany jest dla skóry suchej, bardzo suchej i skłonnej do alergii, a nawet atopowej. Skomponowany został on na bazie oleju lnianego, alantoiny, lanoliny, gliceryny i witaminy E.


Kosmetyk został umieszczony w zgrabnej 100ml tubce z zamknięciem na klik. Szata graficzna jest schludna, typowa dla produktów aptecznych, które mają przede wszystkim być skuteczne. Krem posiada jasną barwę oraz kremową konsystencję. Nie jest on rzadki ani też przesadnie treściwy, dobrze się wchłania. Jego zapach jest bardzo przyjemny, w moim odczuciu z nutą zielonego jabłuszka choć możliwe, że to były jedynie moje urojenia zapachowe;) Producent zaleca stosować krem kilka razy dziennie, najlepiej po każdym myciu rąk. Jednak ja jako typowy przewrotowiec i buntownik z wyboru, preferuję stosowanie raz, a dobrze. Kremu używałam więc jak to zwykle u mnie bywa aplikując grubszą warstwę przed snem, a następnie nakładając na parę minut bawełniane rękawiczki. Jest to jak wiecie mój patent życia i robię tak zawsze, od lat;) Krem spełnił moje oczekiwania nawilżając dłonie przez większość dnia. Skóra była gładka, miękka i nie pękała. Zużyłam go do ostatniej kropli przecinając jeszcze tubkę i byłabym skłonna zaprosić go do swojego domu ponownie;)


Dermedic Linum Emolient lotion do ciała



Lotion do ciała Dermedic Linum Emolient podobnie jak krem do rąk polecany jest do skóry suchej, bardzo suchej, alergicznej i atopowej. Składniki aktywne również prezentują się podobnie. Jest on produktem hipoalergicznym, łagodzącym podrażnienia i wspomagającym regenerację naskórka.


Lotion został umieszczony w sporej butelce o pojemności 400ml, czyli w  sam raz dla takich rasowych „zużywaczy” jak Ewelina. Muszę przyznać, że niezbyt często sięgam po lotiony. Częściej wybieram masła i balsamy, ale ten wyglądał na produkt w sam raz dla mnie. Konsystencja lotionu jest rzadka i naprawdę ultra lekka. Produkt wchłania się w mgnieniu oka, więc będzie idealną opcją dla niecierpliwych. Nie lepi się ani nie jest tłusty. Do tego przepięknie pachnie! W mojej ocenie znów jest to nuta zielonego jabłka. Bardzo przyjemna nuta! Jeden z tych produktów, które mogłabym wąchać nieustannie;) Jest to produkt, który przede wszystkim wygładza, nawilża i chroni. Idealny do stosowania na co dzień. 


Dermedic Linum Emolient Preparat do ciała intensywnie natłuszczający



Preparat intensywnie nawilżający to nowość – produkt do zadań specjalny o szerokim spektrum zastosowania i bardziej treściwej formule.

Preparat intensywnie natłuszczający Dermedic Linum Emolient występuje w plastikowym słoiczku o pojemności 225g. Jego konsystencję określiłabym mianem piankowej. Bardzo przyjemnie się rozprowadza i jak na moje realia wcale nie należy do wielkich tłuściochów. Jego zapach nie jest aż tak zachwycający jak w przypadku pozostałych dwóch kosmetyków, ponieważ jest bardziej standardowy, taki typowo kremowy. Nie oznacza to jednak, że jest brzydki tudzież nieprzyjemny. Po prostu nie wyróżnia się aż tak jak tamte:) Wspomniałam, że jest to produkt do zadań specjalnych. Wszak znajdzie on zastosowanie również w pielęgnacji stóp, dłoni, kolan, łokci i kostek. Jeśli chodzi o moją skórę to o najwięcej nawilżenia za zwyczaj wołają łydki;) Preparat ten wybrałam po części ze względu na mamę, która często skarżyła się na suchość dłoni. Chciałam sprezentować jej porcję produktu do przetestowania, ale wzgardziła gdyż stwierdziła, że w końcu odkryła coś dla siebie (te matki takie wybredne…;)). Nie ma jednak tego złego – całe opakowanie zostało dla mnie. No może prawie całe gdyż pewnego razu wpadła do mnie siostra i została na kilka dni korzystając radośnie z tego cuda. Po powrocie do siebie napisała do mnie żebym podała jej dokładną nazwę produktu gdyż jak sama stwierdziła – odmienił jej życie;) W owym czasie siostra zmagała się z suchością niewiadomego pochodzenia i dopiero ten produkt jej pomógł. Jeśli chodzi o mnie to również byłam zadowolona. Zwłaszcza z uwagi na intensywne i długotrwałe nawilżenie jakie zapewniał mi ten preparat. 


Znacie kosmetyki Dermedic i serię Linum Emolient? Podzielcie się swoimi wrażeniami i patentami na suchą skórę.
Czytaj dalej »

niedziela, 8 stycznia 2017

Rituals The Ritual of Sakura. Gdzie w Polsce można kupić kosmetyki Rituals?

Cześć Dziewczyny!

O kosmetykach marki Rituals od dawna krążą pełne zachwytów legendy. Przyznam jednak, że dopóki były niedostępne w Polsce uznawałam, że nie warto zaprzątać sobie nimi głowy gdyż jakby nie patrzeć w naszym kraju jest wiele godnych uwagi i łatwo dostępnych kosmetyków. Często naszych rodzimych producentów. Pomyślałam sobie więc, że wypróbuję je dopiero wtedy gdy będą lepiej dostępne i… stało się! Latem ubiegłego roku całkiem przypadkiem na Instagramie mignął mi komentarz użytkownika hania.com.pl. Z ciekawości wchodząc na profil Hani odkryłam, że prowadzi sklep.hania.com.pl, w którym posiada m.in. asortyment słabo dostępnych marek. Potem wymieniłyśmy kilka luźnych spostrzeżeń pod zdjęciami innych użytkowników i Hania wysłała mi wiadomość do szufladki na IG, w której napisała, że zachęca do zakupów, w razie potrzeby doradzi i przedstawiła aktualną ofertę promocyjną;) Przyznam, że początkowo niezbyt pozytywnie to odebrałam. Zwłaszcza, że jestem dość odporna na wszelkie próby nacisku i techniki sprzedaży;) Zbyt wiele wiem na temat różnych mechanizmów żeby można było mi coś wcisnąć jeśli sama tego nie chcę;) Poczułam się więc trochę zniechęcona i dałam sobie trochę czasu na decyzję czy złożyć zamówienie czy też nie. Ale ostatecznie pomyślałam: „No Ewelina, chcesz Rituals? Chcesz! Ona go ma więc daj jej szansę” i ostatecznie skorzystałam z porad Hani (w moim przypadku chodziło o wybór linii zapachowej) po czym kliknęłam zestaw Rituals The Ritual of Sakura i olejek Orly. Ku mojemu zadowoleniu paczka została szybko przygotowana i bezzwłocznie do mnie nadana, czyli zgodnie z tym czego oczekuję korzystając z ofert sklepów internetowych. A właściwie nie oczekuję tylko wymagam, ponieważ w dzisiejszych czasach szybka wysyłka to norma, a że niektóre sklepy nie trzymają odpowiednich standardów i każą czekać na zamówienie tydzień to już inna sprawa. Ja jestem dobrym klientem, płacę od razu więc oczekuję podobnego podejścia z drugiej strony i w tym przypadku tak też się stało;) Paczka zrobiła na mnie dobre wrażenie, ponieważ wszystko zostało starannie zapakowane w pudełko, a dodatkowo znalazłam w niej spersonalizowany liścik oraz próbki. Ucieszyłam się, ponieważ nie ma nic gorszego niż brzydko zapakowane zakupy np. w szary papier i pogniecione pudełko. Od razu przechodzi chęć na zakupy, prawda? Ostatecznie uznałam więc, że sklep jest warty uwagi i właśnie z tego wynika mój przydługi wstęp. Jeśli chcecie zobaczyć jak są pakowane zamówienia ze sklepu Hani to nawet zostało to pokazane na stronie. W momencie gdy ja zamawiałam wyglądało to ciut inaczej, ale z tego co widzę teraz jest nawet lepiej, ponieważ zrezygnowano z wypełniania pudełek ścinkami, zwanymi przeze mnie farfoclami;) Farfocli nie lubię, ponieważ zawsze coś wypadnie i trzeba sprzątać, ale pianki i bibuła są ok. Widać, że każde zamówienie jest ładnie zapakowane, a to zawsze cieszy:) Dodatkowo jeśli potrzebujecie porady to na stronie dostępny jest czat z właścicielką;) Ja z reguły wiem czego chcę, ale zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób taka opcja jest potrzebna. Wszystko dlatego, że poziom niezdecydowania u wielu ludzi nie zna granic;) Coś o tym wiem, ponieważ często jestem proszona o rady. Może więc ta nieco niestandardowa forma obsługi klienta i bardzo bezpośredni kontakt to jednak konieczność i znak naszych czasów? Zostawiam Was z tą refleksją i chętnie poznam Wasz punkt widzenia. A teraz przechodzę już do właściwej części wpisu, czyli oceny kupionego w lipcu i dawno już zużytego zestawu Rituals:)


RITUALS THE RITUAL OF SAKURA


Przymierzając się do zakupu produktów Rituals tak naprawdę do końca nie wiedziałam czego mogę się spodziewać, ponieważ wszystkie opinie, na które trafiałam w internecie były bardzo zdawkowe, a ja preferuję nieco bardziej szczegółową wykładnię;) Z opinii wynikało jedynie, że marka jest ogólnie warta uwagi, ale trochę brakowało argumentów:) Najpierw miałam więc zamówić pojedynczo 1-2 produkty, ale uznałam, że lepiej zamówić cały zestaw, ponieważ po 1 mogę żałować, że nie kupiłam więcej, a po 2 zestawy zapakowane były w urocze pudełka, co pozytywnie wpływało na ich odbiór w moich oczach;) Ewelina uwielbia jak coś jest ładne i często jest w stanie zapłacić więcej jeśli coś cieszy oko. W ofercie były wówczas 4 linie zapachowe: Ayurveda, Dao Calming, Laughing Buddha i The Ritual of Sakura. Wizualnie najbardziej przemawiał do mnie Ayurveda, a zapachowo kusił Laughing Buddha. Miałam jednak pewne obawy co do intensywności zapachu i Hania zarekomendowała mi The Ritual of Sakura. Zaryzykowałam i to był dobry wybór (lecz Laughing Buddha nadal mocno mnie kusi):)
Zapach kosmetyków jest bowiem z tych dobrze wpływających na zmysły. Dość intensywny, ale niesłychanie przyjemny i bardzo kobiecy:) Każdy z kosmetyków zawiera mleczko ryżowe oraz kwiat wiśni, które powodują, że zapach jest tak wyjątkowy. Jest to jeden z tych zapachów, których na próżno szukać w produktach innych marek. Absolutnie wart poznania i niestety ciężko go do czegoś konkretnego porównać:) 

W zestawie znajdowały się 4 produkty: pianka pod prysznic, olejek pod prysznic, krem do ciała oraz peeling do ciała


Olejek pod prysznic The Ritual of Sakura


Umieszczony został w elegnackim i poręcznym opakowaniu, które dodatkowo zostało wyposażone w wygodną pompkę. Pompka działała bez zarzutów aż do ostatniej kropli produktu;) Pojemność opakowania to 200ml więc dość standardowo. Słyszałam, że produkt jest bardzo wydajny, ale u mnie było raczej normalnie, czyli szybko go zużyłam:) Kosmetyk ma postać olejku, który kontakcie z wilgotną skórą lekko emulguje i przyjemnie się rozprowadza otulając ciało jak już zdążyłam wyżej napisać wyjątkowym lecz  w tym konkretnym przypadku ulotnym zapachem. Zapach ten w opakowaniu jest intensywny. Natomiast w kontakcie ze skórą dość szybko przechodzi w niemalże bezwonną nutę, która kojarzyła mi się z morską świeżością z bardzo subtelną wonią olejków. Warto jednak dodać, że olejek nie posiadał tzw. rybnej nuty, która zdecydowanie by go zdyskwalifikowała w moich oczach;) Sam olejek oczyszcza dokładnie i delikatnie. Nie wysusza skóry, a nawet wspomaga jej nawilżenie. Niemniej przy suchej skórze nie zastąpi balsamu. To jednak nie było dla mnie problemem gdyż lubię balsamowanie. Olejek wypadł w moich testach dobrze. Jedynie liczyłam na dłużej utrzymujący się zapach.


Pianka pod prysznic The Ritual of Sakura


Piankę otrzymujemy w postaci 200ml puszki. Tutaj atomizer również działał bez zarzutów od początku do samego końca. Ten produkt zdecydowanie wyróżnia się na tle innych marek. Pierwsze co mnie zaskoczyło to konsystencja! Przy pierwszym użyciu wycisnęłam i moim oczom ukazało się coś na kształt perłowo-białego kremowego żelu pod prysznic. Zaraz, zaraz gdzie obiecana pianka? Przejechałam jednak dłonią po ciele i nastąpiła „magia”;) Kremowy żel urósł zmieniając się w puszystą, zarazem gęstą i odżywczą białą pianę:) Pianka bardzo komfortowo rozprowadza się po ciele. Oczyszcza delikatnie i sprawia, że skóra pozostaje gładka, miękka i delikatnie nawilżona;) Przepiękny zapach towarzyszy podczas całej kąpieli, a nie tak jak w przypadku olejku – jedynie przez chwilę:) Ten produkt totalnie mnie zachwycił. Dlatego też znalazł się w ostatniej części kosmetycznych ulubieńców 2016 roku. Jeżeli miałabym wybrać olejek czy pianka to zdecydowanie pianka! Na pewno wypróbuję jeszcze wersję Laughing Buddha i Ayurveda. Dao sobie daruję, ponieważ pachnie bardziej zwyczajnie, trochę jak mydło. 


Peeling do ciała The Ritual of Sakura


Peeling otrzymujemy w wygodnym plastikowym słoiczku. Zawartość jest dodatkowo chroniona „sreberkiem”. Gramatura peelingu wynosi 125g, czyli jak na tego typu kategorię produktu – niewiele;) Jest to jednak ilość w sam raz na wypróbowanie oraz dobra opcja dla osób, którym szybko nudzą się zapachy;) Po zerwaniu zabezpieczenia byłam lekko zaskoczona, ponieważ zawartość „przesunęła się” jakby na jedną stronę sprawiając wrażenie, że w opakowaniu jest jedynie połowa peelingu;) Po drugiej stronie został olej więc przed pierwszym użyciem musiałam lekko zamieszać w opakowaniu:) W przypadku peelingu zapach jest intensywny i towarzyszy dość długo:) Peeling ma jasną barwę, zawiera sporo olejku i dużo drobinek cukru. Jego moc jest średnia, co oznacza, że złuszcza skutecznie i dokładnie, ale nie podrażnia przy tym wrażliwej skóry. Peeling posiada działanie pielęgnacyjne. Nawilża i lekko natłuszcza skórę, ale nie jest typowym tłuścioszkiem ani oblepiaczem:) Ze względu na typowo suchą skórę oraz to, że lubię pielęgnację ciała, po każdym użyciu dodatkowo smarowałam ciało balsamem lub masłem:) Peeling jest warty uwagi. Jedynie opakowanie mogłoby być większe.


Krem do ciała The Ritual of Sakura


Krem umieszczony został w białej odkręcanej tubce. Jego pojemność wynosi zaledwie 70ml więc dla takiego balsamomaniaka jak ja stanowi jedynie coś w rodzaju produktu na deser:) Mało, mało, mało:) Co za tym idzie miałam go jedynie przez chwilę;) W kilku słowach mogę więc napisać, że krem posiada białą barwę i konsystencję jakby bitej śmietany, dzięki której przyjemnie się rozprowadza i szybko wchłania. Po zastosowaniu ciało było przyjemnie pachnące przez długi czas. Zwłaszcza jeśli wcześniej użyłam również peelingu i pianki. Skóra była miękka i wygładzona, przyjemnie nawilżona, a także sprawiała wrażenie nieco bardziej „zwartej”.


Zestaw The Ritual of Sakura to ciekawa opcja dla osób chcących wypróbować parę produktów marki i ocenić, które z nich odpowiadają im najbardziej. Jest idealny również na prezent (osobiście mnie by taki prezent ucieszył) W przypadku zestawów obecnie lekko zmodyfikowany został wygląd opakowań kosmetyków i pudełek. W przyszłości na pewno najbardziej chciałabym wypróbować piankę Laughing Buddha:) 

Ps. teraz kosmetyki Rituals bez problemu dostępne są w perfumeriach Sephora:)


Znacie kosmetyki Rituals? Co polecacie?
Czytaj dalej »

piątek, 23 grudnia 2016

Mikołaj to Interendo!

Cześć Dziewczyny!

W nocy z niedzieli na poniedziałek miałam sen, w którym listonosz przyniósł mi paczkę. Dokładnie widziałam, że była zaadresowana do mnie;) Stwierdziłam, że już chyba marnie ze mną skoro nawet w snach odwiedzają mnie listonosze i kurierzy;) Ale… sen był proroczy gdyż tego samego dnia nawiedził mnie listonosz m.in. z niespodzianką od Interendo:* Jak to określiła Patrycja jest to spóźniony prezent urodzinowy, spóźniony mikołajkowy i… niespóźniony świąteczny:D



Jako że są święta pomyślałam, że nikomu nie będzie się chciało czytać recenzji więc uznałam, że podzielę się z Wami zawartością paczki od Interendo na łamach bloga;) Tak dla odmiany!

Kto jak kto, ale Patka naprawdę potrafi mnie zaskoczyć. Nie dość, że kompletnie niczego się nie spodziewałam to i zawartość była bardzo oryginalna i wyszukana:)

Pierwsze co zwróciło moją uwagę to kolorowe przysmaki;) Są cukierki w opakowaniu z myszką Mickey, żelki i jakieś danie – nie do końca wiem co to jest więc czekam na podpowiedź:D Na razie zjadłam tylko żelki;)

Dalej mamy oczywiście kosmetyki. Moją uwagę najbardziej przykuły limitowane kosmetyki It’s Skin Sesame Street:) Jest Macaron Lip Balm o zapachu zielonego jabłuszka oraz krem do rąk o zapachu truskawek:) Oba kosmetyki mają urocze opakowania, a Ewelina bardzo lubi takie zdziecinniałe akcenty;) Jeśli chcecie przeczytać więcej o limitce to pisała o nich niedawno Interendo – klik. Powiem szczerze, że przypadły mi do gustu te produkty i od razu chciałam zrobić napad na ebay w celu zakupu jeszcze pozostałych wersji kremów do rąk – zwłaszcza czekoladowej!!! Ale na Ebay mają akurat w tym przypadku mniej korzystne ceny niż w koreadepart gdzie kupowała Interendo. Problem w tym, że ebay ogarniam, a z zagranicznymi sklepami jeszcze nie próbowałam więc wolałabym ebay:P

Od razu zaintrygował mnie też Essence gel Rouge  Maquillage, ponieważ znam już bazę pod makijaż z tej serii i jest naprawdę fajna. To mazidełko do ust też przypadło mi do gustu gdyż ma bajeranckie opakowanie i ładny kolor z połyskiem. Dokładnie taki jak lubię, czyli z czerwonym tonem, ale jednocześnie dający nieprzerysowany efekt – coś w rodzaju soczystych ust:) Jedyną wadą jest nieco dziwny zapach aplikatora. Poza tym świetny produkt:)

Było też peptydowe serum do twarzy Mizon Peptide 500 Ampoule. Sera do twarzy bardzo lubię więc na pewno się nie zmarnuje. Pamiętam, że czytałam o nim kiedyś u Iwonyklik.  


Kosmetykiem, którego chyba nigdy wcześniej nigdzie nie widziałam jest The Saem Jeju Horse Oil, czyli jakiś nawilżający krem do ciała o żelowej formule. Jeszcze go nie próbowałam:) 

Interendo dziękuję i na razie nie zdradzę jakie są moje plany:) 

Jeśli jeszcze jakimś cudem nie znacie to zapraszam Was na bloga Interendo. Na pewno nie raz znajdziecie tam zaskakujące i oryginalne treści (mnie zajęło trochę czasu zanim przywykłam do prezentowanej tam formuły wypowiedzi, ale teraz czuję się tam jak w domu:D) Interendo ma też kanał na YT:)


Na koniec chciałabym Wam wszystkim życzyć Wesołych Świąt oraz Szczęśliwego Nowego Roku! Nie jestem ekspertem od życzeń więc prosto i tradycyjnie;) Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą (choć nie zabrzmi to dobrze i nie bierzcie ze mnie przykładu) - nie jestem szczególną fanką świąt. Lubię okres przedświąteczny, ale gdy już przyjdzie co do czego tylko czekam aż będzie „święta, święta i po świętach”;) Niemniej chciałabym wszystkim nowym i "starym" Czytelnikom serdecznie podziękować za kolejny rok z Secretaddiction86! Za wszystkie wiadomości, komentarze, ciepłe słowa, pozytywny odbiór bloga i mnóstwo przejawów sympatii:) Nawet nie wiecie jak wiele mi to daje:)

Czytaj dalej »

środa, 23 listopada 2016

Kosmetyki EOS!

Cześć Dziewczyny!

Pierwsze moje spotkanie z marką EOS miało miejsce ok. 2,5 roku temu za sprawą jednej z blogerek, która niestety dawno już porzuciła swojego bloga. Jak pewnie wiele z Was kojarzy jestem maniaczką pielęgnacji ust i balsamy wręcz „zjadam”. Stąd też jedna z dziewczyn dowiedziawszy się o tym moim małym uzależnieniu zapytała czy znam może balsamy EOS. Odparłam, że niestety nie i wtedy postanowiła mi jeden sprezentować, ponieważ sama bardzo je sobie chwaliła. Dziś już produkty EOS są dobrze dostępne chociażby w sieci perfumerii Douglas, zarówno stacjonarnie jak i online, ale w owym czasie były jeszcze dość nieuchwytne:) Do dziś pamiętam jak „zajadałam” się moim pierwszym EOS'em najczęściej podczas oglądania filmów;) Potem miałam okazję wypróbować jeszcze dwa inne warianty, a w październiku zawitały u mnie nie tylko dwa nieznane mi dotąd smaki balsamów do ust, ale także krem do rąk oraz balsam do ciała. Można więc zatem powiedzieć, że trafił do mnie cały przekrój jednych z ulubionych kosmetycznych kategorii produktów. Jeśli czytaliście mój wpis o kosmetycznych pomysłach na prezent, to już pewnie wiecie, że w produktach EOS niewątpliwie jest coś co lubię.




Eos balsam do ust Summer Fruit i Blueberry Acai



„Balsam do ust bogaty w przeciwutleniacze, witaminę E, masło shea oraz olej jojoba nada aksamitną miękkość ustom, zachowując ich naturalną wilgotność. Produkt posiada właściwości odżywcze, regenerujące i antybakteryjne. Nie zawiera glutenu, parabenów, ftalanów oraz wazeliny. Produkty EOS są w 95% organiczne i w 100% naturalne”.


Summer Fruit to mój zapachowy faworyt! Przebił nawet wersję miętową, która pojawiła się w kosmetycznych ulubieńcach (2014) roku. Według mnie jest to radosny zapach owoców lata, czyli zdecydowanie mogę przyznać rację producentowi. Wyczuwam w nim miks owoców, który razem daje bardzo przyjemne doznania zapachowe. Ta woń zdecydowanie poprawia mi humor!


Blueberry Acai to według producenta orzeźwiający zapach jagód acai. Tak się składa, że nigdy ich nie próbowałam więc nie jestem co do tego pewna, ale mogę stwierdzić, że ten zapach jest subtelniejszy niż Summer Fruit i bardziej jednolity.

Postanowiłam zacząć od balsamów do ust, ponieważ łącznie miałam do czynienia już z 5 wersjami. Kilka razy obiecywałam recenzję tych wcześniej poznanych smaków, ale niestety pomysł spłonął na panewce gdyż chęci były, ale niestety nie jestem w stanie opisać każdego produktu na bieżąco;) Lepiej jednak późno niż wcale więc dziś napiszę kilka słów o dwóch wersjach EOS'a;)
Jeśli miałabym wskazać czym się one różnią to powiedziałabym, że głównie zapachem! Jak już wspominałam moim faworytem jest ten czerwony, ponieważ rzeczywiście kojarzy mi się z latem. Jeśli chodzi o konsystencje to wszystkie balsamy Eos mają dość zbitą konsystencję, która jest jednak bardzo komfortowa w aplikacji. Dodatkowym plusem jest to, że te balsamy nie roztapiają się. W ubiegłych latach testowałam niektóre wersje nawet podczas opalania się;) Sztyfty odpadały, roztapiały się i łamały, a Eos pozostawał niewzruszony. Według mnie większość wersji posiada lekko słodki posmak. Wiem, że niektórym to przeszkadza, ale mnie odpowiada. Ja nie toleruję jedynie tzw. mydlanego posmaku, który posiadają niektóre balsamy drogeryjne. Tutaj na szczęście tego nie ma. 
A jaki stopień pielęgnacji oferuje Eos? Według mnie różny, zależnie od człowieka. Dla  niektórych Eos jest najlepiej nawilżającym balsamem świata, a dla innych niekoniecznie. Dużo zależy od tego jak bardzo nasze usta są wymagające. Moje usta są bardzo wrażliwe i skłonne do wysuszenia dlatego w moim przypadku potrzebna jest częsta aplikacja. Nie jest to jednak dla mnie problemem gdyż Eos jest wyjątkowo przyjemny w użyciu, a jeśli dodać do tego moje balsamowe uzależnienie to już tym bardziej. Nadmienię jednak, że w moim przypadku Eos działa najlepiej w połączeniu z pomadką peelingującą. Te dwa produkty dobrze się uzupełniają, ponieważ Eos nadaje ustom ładny zapach:) Dlatego też Eosów używam najczęściej w połączeniu z innym produktem lub jako uzupełnienie pielęgnacji. Wiem jednak, że przy mniej wymagających ustach sam Eos daje radę. Warto też dodać, że Eosy to najwydajniejsze balsamy jakie znam, a wiem co mówię, ponieważ statystycznie sztyft wystarcza mi na 2 max. 3 tygodnie. Eos zaś na wiele miesięcy. Dodatkowym atutem jest też to, że jest ważny aż 30 miesięcy od momentu otwarcia. Przy takiej wydajności i uroczym designie opakowań cena jest więc jak najbardziej do przyjęcia.


Eos balsam do rąk Berry Blossom


„Relaksujący jagodowy zapach i perfekcyjna pielęgnacja dłoni z nowym balsamem do rąk Eos. Bogata formuła z mleczkiem shea, aloesem, wyciągiem z owsa i przeciwutleniaczami, zapewnia jedwabiście gładkie i nawilżone dłonie do 24 godzin”.

Krem do rąk Eos występuje w 3 wariantach zapachowych. Moja to Berry Blossom. Według mnie pachnie przyjemnie, wręcz cukierkowo. Opakowanie zawiera jedynie 44ml balsamu do rąk więc chciałoby się rzec, że jest to produkt idealny do torebki. Ja absolutnie nie jestem maniaczką kremowania rąk milion razy w ciągu dnia, ale raz na jakiś czas zdarzają się produkty, dla których robię wyjątek i umieszczam je w torebce tudzież smaruję w ciągu dnia np. teraz gdy piszę tę recenzję. Co musi zrobić taki krem do rąk żebym okazała mu łaskę i użyła w ciągu dnia?:) Oczywiście musi mieć przyjemne dla oka opakowanie. W końcu u kogo jak nie u mnie widzieliście kremy do rąk w gadżeciarskich opakowaniach typu banan albo panda? No oczywiście, że u mnie. Opakowanie balsamu Eos przypadło mi do gustu, ponieważ jest wyjątkowo kompaktowe i wyjątkowe. Mnie przypomina myszkę komputerową albo jakiś kosmiczny latający spodek:) Dodatkowo posiada wygodne zamknięcie na klik, dzięki czemu nie rozleje się w torebce oraz precyzyjny dozownik pozwalający na aplikację nawet jednej kropelki;) Jeśli chodzi o właściwości balsamu to nie liczyłam na wiele gdyż najczęściej kremy do rąk w gadżeciarskich opakowaniach niewiele czynią. Krem jednak całkiem pozytywnie mnie zaskoczył gdyż okazał się być lepszy zarówno od kremów Tonymoly jak i kremu Insight. Nie jest to krem, który zapewni silną regeneracje mocno spękanym dłoniom i nie wystarczy go zaaplikować raz dziennie, ale muszę przyznać, że naprawdę przyjemnie wygładza, nawilża i chroni dłonie przez działaniem czynników atmosferycznych, a do tego ładnie pachnie. Polecam stosować go w ciągu dnia, a na noc dodatkowo używać czegoś bardziej treściwego. Warto też dodać, że krem łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania nie pozostawiając po sobie lepkiej warstwy co jest szczególnie ważne w przypadku stosowania w ciągu dnia gdy szybko chcemy wrócić do codziennych czynności takich jak np. korzystanie z komputera. Na pewno wypróbuję jeszcze wersję ogórkową. O balsamie do rąk przeczytacie też na portalu Idealna.


Eos balsam do ciała Delicate Petals


„Widocznie gładka i wygładzona skóra z balsamem EOS. Bogata formuła z naturalnym masłem shea, witaminą E i olej z awokado zapewnia intensywne 24-godzinne nawilżenie. Balsam szybko się wchłania i relaksuje delikatnym zapachem. Przebadane dermatologicznie”.


Ostatni produkt, czyli balsam do ciała zaintrygował mnie najbardziej, ponieważ jest to „najnowsza nowość” marki Eos, a ja uwielbiam balsamy do ciała i jestem w stanie wsmarować w siebie chyba każdą ich ilość. Nawet nie chcecie wiedzieć jak szybko je zużywam;) Balsam zwraca uwagę swoim subtelnie fioletowym kolorem opakowania, poręcznym rozmiarem oraz nowoczesnym kształtem, który mnie osobiście przypomina uroczy wazonik. Bez wątpienia można stwierdzić, że ładnie prezentuje się w łazience. Jeśli zaś chodzi o funkcjonalność opakowanie jest błyszczące więc niekiedy wymykało mi się z rąk;) Jest też nieco twarde więc pod koniec użytkowania nieco trudniej wydobyć produkt. Zastanawiało mnie jaki zapach kryje się pod nazwą Delicate Petals i według mnie balsam pachnie subtelnie, kobieco, a może nawet bardziej dziewczęco. Jest kwiatowy, ale bardzo dobrze wyważony, dzięki czemu jego zapach nam towarzyszy, ale nie nastręcza się swoją intensywnością. Myślę, że zapach jest dość uniwersalny i spodoba się większości kobiet. Nawet tym, które nie są wielkimi fankami kwiatowych woni. Balsam ma białą barwę i przyjemnie się rozprowadza. Nie jest ani zbyt rzadki ani przesadnie gęsty. Przyjemnie zmiękcza i wygładza skórę. Nawilżenie określiłabym jako 24 godzinne. Przynajmniej takiego doświadczyłam z nim używając tej jesieni. Nie wiem jakby sobie poradził latem kiedy moja skóra jest bardzo sucha. Jesienią i zimą również jest sucha, ale co ciekawe mniej wymagająca niż latem, a z tego co wiem u większości ludzi jest odwrotnie. 


Kosmetyki Eos można znaleźć w sieci perfumerii Douglas zarówno online jak i stacjonarnie (sprawdzałam – w Łodzi jest cały regał;)).


Znacie produkty Eos? Lubicie je czy niekoniecznie?
Czytaj dalej »