piątek, 8 stycznia 2016

Kosmetyczni ulubieńcy i odkrycia 2015r - pielęgnacja i pielęgnacyjne gadżety + bonus!

Cześć Dziewczyny!

W przypadku ulubieńców makijażowo-zapachowych 2015r nie miałam ŻADNYCH problemów z wyborem, ponieważ była to „oczywista oczywistość”. Natomiast w przypadku pielęgnacji sprawa była już bardziej skomplikowana gdyż w ciągu roku zużyłam mnóstwo produktów i naprawdę najczęściej trafiałam na dobre kosmetyki. Nietrudno bowiem zauważyć, że na moim blogu rzadko pojawia się słowo bubel. Nie dlatego, że ściemniam, a dlatego, że mam dobrą intuicję i jednak z reguły trafiam na przyzwoite produkty. Choć z tego co pamiętam trafił mi się w tym roku jeden bubel, jedno, a może dwa rozczarowania i pewna ilość produktów, które po prostu nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia. Mam nadzieję, że jeszcze Wam o nich opowiem. Wróćmy jednak do tego co przyjemne czyli kosmetycznych ulubieńców tudzież odkryć w dziedzinie pielęgnacji i gadżetów. Nie mogło zabraknąć gadżetów gdyż jak nieraz podkreślałam jestem gadżeciarą. W swoim zestawieniu wzięłam pod uwagę produkty, które poznałam w tym roku (z wyjątkiem bonusu) począwszy od stycznia aż do listopada. Grudzień został pominięty tak po prostu;) Zestawienie wygląda wizualnie dużo gorzej niż w przypadku makijażu i zapachów, ponieważ kolorówka tak szybko się nie zużywa i mogłam ładnie wszystko ze sobą zestawić. W przypadku pielęgnacji jest już jednak inaczej. Pielęgnację zużywam szybko i w niektórych przypadkach musiałam po prostu skorzystać ze zdjęć archiwalnych, a w niektórych udało mi się zrobić zdjęcia jeszcze przed zużyciem kosmetyków czyli w listopadzie;) Nad poszczególnymi kosmetykami nie będę się rozwodzić. Wszystkie, które były już opisane zostały podlinkowane. Moje recenzje najczęściej są szczegółowe, wszystko podtrzymuję więc zainteresowani mogą wejść i sprawdzić co i jak;) Tyle wywodu, a teraz zaczynamy;)


Pielęgnacyjne gadżety

Zaczynam od tej kategorii, ponieważ tu wybór był najłatwiejszy. Soniczną szczoteczkę Foreo Luna Mini zamówiłam dokładnie w Sylwestra 2014 więc trafiła do mnie w pierwszych dniach 2015r i używam jej już ponad rok. Nie jest to produkt bez wad (w recenzji był dość długi wywód), ale mimo tego lubię ten produkt, używam regularnie i chętnie, a zakupu nie żałuję. Dwa produkty marki Nacomi czyli rękawica Kessa, która sama w sobie jest fajnym i przydatnym gadżetem ciągle jeszcze przez wiele osób nie docenianym oraz naturalny peeling do rąk, który już zużyłam i może w końcu zrecenzuję. Wiem, że wiele osób uważa używanie peelingów do rąk za zbędne, ale ja akurat lubię takie produkty. Ten złuszcza, nawilża i pielęgnuje dłonie. A przy tym ładnie pachnie, podobnie do malinowej Mamby;) Jedyne co mogę mu zarzucić to opakowanie. W przypadku peelingów do dłoni wygodniejsze są tubki, które można postawić na umywalce i dzięki temu mimowolnie się po nie sięga. Ze słoiczkiem jest większy problem, ale z drugiej strony tak odżywczą konsystencję ciężko byłoby chyba zamknąć w tubce więc jest jak jest. Kolejnym produktem jest Argan Bronzer od Bielendy. Jeszcze rok temu na myśl, że mogłabym przetestować jakiś produkt brązujący umarłabym ze śmiechu. A w tym roku? Nagle sama poczułam chęć wypróbowania, nikt mnie nie zmuszał do wyboru akurat tego kosmetyku:) Produkt okazał się być wielkim zaskoczeniem w dodatku w przystępnej cenie. Mam nadzieję, że go nie wycofają. Ostatnim produktem są Dermokapsułki Rewitalizujące Dr Irena Eris z serii Clinic Way. Sprawiłam je sobie w październiku i naprawdę bardzo miło mnie zaskoczyły. Oczywiście są zużyte już od jakiegoś czasu więc mam nadzieję, że wkrótce wydam obszerniejszą opinię. 



Pielęgnacja twarzy

Wybór był naprawdę trudny, ponieważ jak już wspomniałam we wstępie zużyłam mnóstwo pielęgnacji, ale udało się wyłonić;) Uwielbiam sera i w kategorii nawilżających wahałam się między Vichy Aqualia Thermal, a Bielendą. Wybrałam serum Bielendy, ponieważ jest tańsze, a ostatecznie działanie nie odbiegało od Vichy. Bielenda w ogóle zrobiła na mnie dobre wrażenie w tym roku. Ta marka jest moim odkryciem w 2015r. Oczywiście nie bądźmy śmieszni, znałam ją już wcześniej. Zawsze jednak byłam przekonana, że ma w ofercie przeciętne produkty. Okazało się jednak, że marka się rozwija, stawia na nowoczesność i wszystko to idzie w ciekawym kierunku. Ja zawsze byłam za innowacyjnością więc w miarę na bieżąco podpatruję i próbuję nowości. Jak dotąd w większości dobierałam sobie produkty, które spełniały moje oczekiwania i ich stosowanie było przyjemne. Zawsze powtarzam, że kluczem do zadowolenia jest dobry dobór produktu. To właśnie dlatego tak rzadko muszę wylewać żale na blogu;) Drugim produktem z tej kategorii jest Żurawinowe serum napinające Norel. Markę znam tylko z tego jednego produktu więc w przeciwieństwie do Bielendy się nie wypowiem, ale serum już jakiś czas temu zużyłam i nadal polecam. O wyjątkowym działaniu kremu Sensilis Pure Perfection napisałam na tyle obszerną recenzję, że nie wiem co jeszcze mogłabym dodać oprócz tego, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. W zapasach nadal czeka drugi krem Sensilis. Mam nadzieję, że nie będzie rozczarowania;) W przypadku balsamu pod oczy Vichy Aqualia Thermal musiałam poczekać na efekty, ale było warto. W dodatku był bardzo wydajny (zużyłam go dopiero w grudniu, a zaczęłam w lipcu). Krem Skin Chemists Wrinkle Killer DM również bardzo mi przypadł do gustu, choć nie wiem czy kiedyś do niego wrócę ze względu na cenę (i zapasy). 

Maseczki i peeling

Uwielbiam maseczki, choć ich recenzje często pojawiają się na blogu z dużym opóźnieniem;) To dlatego, że nieraz czekam na całkowite zużycie, a później nie ma czasu i recenzja czeka w długiej kolejce;) Bardzo dobra okazała się maseczka nawilżająca Bielendy. Już nie ma co się rozwodzić nad nią, ponieważ mimo tego, że to świetny produkt niestety nie trafił w polski target i został wycofany. Polki nadal nie mają zaufania do tego co nowe i trochę inne, a szkoda. Mam jednak nadzieję, że w miejsce tych masek pojawi się coś nowego, może jeszcze lepszego? Drugą maseczką zasługującą na pochwały jest błotna maska Sephory. Jest porównywana do Glam Glow, której nie miałam więc się nie wypowiem. Mogę jednak powiedzieć, że sephorowa naprawdę działa i na pewno w końcu dostąpi łaski i doczeka się pełnej recenzji;) Z peelingów do twarzy najbardziej polubiłam Oczyszczający Dermo-Peeling Pharmaceris T. Działaniem bardzo przypomina mi ten od Dr Irena Eris Normamat. Myślę, że również dostanie swoje 5 min na blogu;) 


Prawie bym zapomniała o produkcie do oczyszczania twarzy, a najlepiej w tej materii wspominam wspaniałe „ciasteczko" Lush czyli czyścik Let The Good Times Roll:) Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję ponownie go używać:) Z bardziej dostępnych mogę polecić piankę Biodermy


Misz-Masz


Jeśli chodzi o produkty do włosów nie mogę powiedzieć żebym zużyła ich bardzo dużo w tym roku. Powód jest prosty – krótkie włosy, a co za tym idzie duża wydajność kosmetyków. Być może w tym roku się to zmieni gdyż podjęłam decyzję, że zapuszczam (zobaczymy jak mi pójdzie). Nie znaczy to jednak, że nie odkryłam perełek bo odkryłam. Niezaprzeczalnie rewelacyjnym produktem jest odżywka Vichy Dercos Nutri Reparateur. Jestem jej pewna tak jak żadnego innego produktu do włosów. W ofercie jest też maska, ale uwaga – podobno dużo gorsza. Kolejnym produktem jest Olej ze słodkich migdałów Optima Plus. W moim przypadku świetny do olejowania, ale można go wykorzystać na wiele innych sposobów jak to olej;) Na zdjęcie załapał się też Intensywnie nawilżający krem do stóp Fuss Wohl zawierający 10% mocznika. Krem kosztuje grosze (zwłaszcza w promocji) i jest najlepszym kremem do stóp jaki miałam w życiu. Od razu zaznaczę, że nie mam szczególnych problemów ze stopami, ale gdy posmaruję je tym kremem są tak niesamowicie gładkie jak po niczym innym;) 


Pielęgnacja ciała


Z wyborem produktów do pielęgnacji ciała był największy problem, ponieważ zużyłam ich naprawdę mnóstwo. Jeśli przeglądacie moje denka to zapewne wiecie, że nie żartuję. 

Zużyłam tak dużo żeli pod prysznic zarówno tańszych jak i tych bardziej wymyślnych, że naprawdę trudno mi wskazać najlepszy, ale w końcu mnie olśniło. Najlepszym produktem okazała się Pianka pod prysznic KA-HA czyli produkt Mineralnej Kasi. To takie moje spełnione kosmetyczne marzenie. Jak wiecie lubię cuda pod prysznicem i np. pianki Organique, ale Organique nie było na tyle łaskawe aby wprowadzić do sprzedaży piankę o zapachu czekolady (albo np. kawy też bym chciała). Zrobiła to więc dla mnie Kasia.

Jeśli chodzi o peelingi do ciała nadal kocham, uwielbiam i polecam peelingi cukrowe Organique. Jednak o ich dobroczynnym działaniu wiedziałam już w latach ubiegłych. W tym roku poznałam kolejne zapachy, ale działaniem wszystkie są podobne. Uznałam zatem, że nie znajdą się  tutaj mimo, że ręczę za nie:) Wybrałam więc coś typowo z tego roku. Niestety znowu jest to Bielenda. Można by rzec, że wstyd tyle produktów jednej marki w tym samym zestawieniu, ale już kiedyś napisałam co sądzę o wstydzie (ktoś pamięta?;)). Poza tym co poradzę, że peeling z serii Golden Oils naprawdę mi pasował. Jak na drogeryjny ma całkiem dobry skład i zapach też mi odpowiadał;) A jeśli chodzi o mocniejsze zdzieranie to gorąco polecam też peeling Wellness&Beauty! Dobrym rozwiązaniem jest też peeling GoCranberry - zwłaszcza do suchej skóry.

W kategorii balsamów do ciała gdybym nie prowadziła bloga na zawsze już (albo przynajmniej na długo) zostałabym z Cetaphilem MD;) Swym zapachem i przyjemnym działaniem obezwładniał mnie Melonowy mus do ciała Organique;) Bardzo dobrze też wspominam zapach i działanie Sorbetu ujędrniającego Tołpa Dąb Paragwajski. Moje serce skradła również linia Virgin Mojito The Body Shop:)


Jeśli olejek to Malinowy Go Argan+, a jeśli dodatkowo w dobrej cenie to Wellness&Beauty:)


Jeśli chodzi o balsamy do ust w ciągu roku zużyłam ich tyle, że naprawdę brak słów;) Z tych, które poznałam w tym roku to chyba najlepiej wspominam kawowo-śmietankowe masło do ust Stenders – teraz są również w sztyfcie i też dobre. Z takich hitów, ale już poznanych dobrych kilka lat wcześniej to na pewno Clarins w niebieskiej tubce, który był w ulubieńcach grudnia

B O N U S !

Pielęgnacyjny hit życia

Zdecydowałam się na tę kategorię, ponieważ jest taki produkt, który odmienił moje życie. Zestaw do manicure japońskiego, o którym pisałam w jednym z pierwszych wpisów na blogu czyli jeszcze pod koniec 2013r. Wydatek się opłacał, ponieważ mimo regularnego stosowania po dziś dzień nie zużyłam tego zestawu:) Od przeszło dwóch lat w moim słowniku nie istnieje coś takiego jak odżywka do paznokci. Muszę przyznać, że nawet jak koleżanki wspominają o odżywkach pusty śmiech mnie ogarnia na samą myśl, że miałabym ich używać podczas gdy mam taką perełkę w domu;) Nie mam żadnego problemu z płytką paznokcia. Wszystko robi niesamowicie prosty w obsłudze zestaw do manicure japońskiego. Paznokcie są błyszczące, gładkie, mocne. Dla mnie rewelacja:) Wszystko można przeczytać w recenzji. Jedyne co się nie zgadza to końcówka gdzie napisałam, że lakier szybko odpryskuje jeśli nałożę go na manicure japoński. Po czasie okazało się, że winę za taki stan rzeczy ponosiła baza Eveline. Przy innych produktach wszystko jest ok.;) Choć obecnie np. nie maluję paznokci zbyt często, ponieważ nie mam chęć;)



Hit wszech czasów do pielęgnacji dłoni


Kremów do rąk używam jedynie na noc, ale mimo tego w ubiegłym roku zużyłam ich sporo. Jedne były fajne, inne przeciętne i ostatecznie zaświtała mi w głowie myśl żeby polecić coś co poznałam jeszcze w 2014r. Coś co powinno się sprawdzić nawet u najbardziej wymagających osób - Hudosil Hud Salva. Sama nie mam ogromnych problemów ze skórą dłoni, ale Hudosil zdążyłam polecić już wielu znajomym i osobom, które miały naprawdę poważne problemy. W tym również mamie i siostrze, mama poleciła również koleżance i wszyscy są absolutnie zachwyceni. To jest taki krem ostatniej deski ratunku. Jeśli nic nie działa wystarczająco warto sięgnąć po Hudosil Hud Salva. Można go też używać na inne mocno przesuszone partie ciała. Wadą jest cena ok 33zł/100ml i dostępność. Można go zamówić w sklepie producenta, ale np. w moim otoczeniu za zwyczaj poluje się na niego na doz.pl (gdzie też niestety często jest wykupiony, a stacjonarnie nie mają. Dlatego zwykle zamawiamy i odbieramy na miejscu). 


Pewnie coś pominęłam, ale wpis jest już tak długi, że same rozumiecie;) No niestety ten człowiek (ja) nie potrafi napisać wystarczająco krótko. Musi być krew, pot i łzy:D Poza tym kto dużo zużywa, ten ma też dużo do powiedzenia;) 
A wiecie co w tym wszystkim było najgorsze? To, że od jakiegoś czasu nie działa wyszukiwarka na blogu. Widziałam, że na wielu innych blogach też nie działa, wie ktoś jak to naprawić? Szukanie w etykietach jest cięższe zwłaszcza gdy pisałam o wielu produktach tej samej marki albo z tej samej kategorii. Archiwum niestety też nie działa już jak należy.


Znacie te produkty? A co Wy szczególnie wspominacie w kategorii pielęgnacji i gadżetów?;)


 

Czytaj dalej »

środa, 6 stycznia 2016

CZEKOLADA i… „czekolada”

Cześć Dziewczyny!

Pomysł na ten wpis powstał równocześnie z radości i rozczarowania. Jeden z produktów bardzo przypadł mi do gustu, a drugi bardzo rozczarował swoim zapachem. Oba mają ze sobą coś wspólnego, ale tylko pozornie;) Jeżeli jesteście ciekawe który zyskał, a który podpadł zapraszam do dalszej części wpisu;)



KA-HA vel Mineralna Kasia Czekoladowa pianka pod prysznic

Jestem fanką pianek pod prysznic, ale też czekolady. Nie tylko tej spożywczej, ale też kosmetycznej. Lubię produkty o zapachu czekolady oraz czekoladowe tłoczenia w produktach do makijażu. Jeśli chodzi o pianki bardzo lubię te z Organique, ale niestety ta marka nie ma w swej ofercie ani pianki czekoladowej ani kawowej, która też mi się marzy. Z pomocą przyszła mi Mineralna Kasia spełniając to moje małe kosmetyczne marzenie o czekoladowej piance do mycia ciała. Jak dokładnie ją zrobiła nie wiem i nie chcę wiedzieć, ponieważ i tak sama tego nie powtórzę. Jakbym się postarała to może nawet miałabym szansę, ale spójrzmy prawdzie w oczy. Jestem na to zbyt nerwowa;) Będę więc korzystać z innych swych talentów (chyba jakieś mam?), a za DIY się nie zabieram;) 
Produktów pod prysznic używam prawie zawsze wspólnie z siostrą i jeśli chodzi o tą piankę zastawiłam na siostrę zasadzkę;) Zostawiłam piankę w łazience bo wiedziałam, że się na nią połasi, a byłam ciekawa jej zdania zwłaszcza, że nie wiedziała, że ktoś tak po prostu zrobił to cudo w domowym zaciszu;) Nazajutrz zapytałam i jak tam używałaś tej pianki, która leży w łazience? Tak! - I jak? Zajebista! Z góry przepraszam za określenie, ale było właśnie takie poza tym jakże dobrze opisuje ten produkt. Krótko i prawdziwie;) Pianka umieszczona została w plastikowym pojemniczku. Po otwarciu zaskoczyła mnie różowa barwa. Spodziewałam się brązowej, ale różowa całkiem wesoła;) Konsystencja jest bardzo przyjemna, aksamitna i piankowa jednocześnie, a produkt łatwo się rozprowadza. Można w niej wyczuć śladowe ilości niewielkich drobinek. Początkowo myślałam, że to cukier, ale Kasia wyjaśniła, że to SCI, które dość trudno rozpuścić. W każdym razie te mini drobinki nie wpływają na jakość pianki. Pianka całkiem nieźle się pieniła. Słabiej niż żel, ale to oczywiste. Oczyszczanie ciała również przebiegało bez zarzutów. Kosmetyk nie podrażniał skóry, a miałam wrażenie, że nawet subtelnie ją nawilżał. Nie doznałam też żadnego uczulenia i krostek. Najważniejszy był jednak zapach bo tak wspominałam nie znalazłam dotąd marki, która miałaby w swej ofercie czekoladowe pianki do ciała (duży błąd!). KA-HA spisała się na medal:) Pianka była prawdziwie czekoladowa, świetnie wyważona bez przesłodzenia albo nadmiernej cierpkości i nawet siostra parę razy dopytywała kiedy znowu będę taką miała:) Bardzo udany kosmetyk, tym bardziej, że Kasia oznajmiła, że był to właściwie prototyp. Co oznacza, że kolejne mogą być jeszcze lepsze:) Mniam!


The Body Shop Chocomania

Jeżeli czytałyście to co wyżej to już pewnie wiecie, że tym razem TBS mi podpadł. Latem byłam bardzo zadowolona z zapachu żelu Virgin Mojito. Zapragnęłam więc przygarnąć więcej zapachów. Jako że lubię czekoladowe zapachy wśród nich koniecznie musiał się znaleźć żel z serii Chocomania. Przetrzymywałam go w zapasach specjalnie do grudnia żebym mogła się rozkoszować (taką miałam nadzieję) wspaniałym czekoladowym zapachem w okresie około świątecznym. Jeśli chodzi o właściwości żel był ok. Nie wysuszał skóry, dobrze mył, a jego konsystencja była przyjemna. Nie ukrywam jednak, że kupiłam go dla zapachu i tutaj niestety rozczarowanie. Zapach w żaden sposób nie przypominał mi woni czekolady, to nie był nawet wyrób czekoladopodobny. Dla mnie miał w sobie jakieś męskie nuty, niezbyt przyjemne. Siostrze w miarę się podobał, ponieważ lubi takie trochę męskie zapachy w kosmetykach, ale ja byłam rozczarowana i na pewno więcej już nie kupię. Przy okazji zapytałam mamę czym jej to pachnie. Opowiedziała, że zgnilizną czyli chyba uznała ten zapach za jeszcze gorszy niż ja;) Na domiar złego dodam jeszcze, że o milion razy bardziej przypadł mi do gustu zapach świątecznego żelu Isany (a za marką nigdy nie szalałam) niż tego! Jedyny plus był taki, że zapach szybko znikał.  Cieszę się, że nie dokupiłam masła albo balsamu do kompletu bo byłby problem;) I jak to jest, że Kasia umie zrobić czekoladkę, a TBS nie? Przez chwilę zastanawiałam się czy może żel nie był wcześniej przez kogoś otwierany w salonie i po prostu zapach się spaskudził bo np. minęło 12 miesięcy od otwarcia, ale ciężko powiedzieć. Podejrzewam, że jednak panie w salonie dbają o to by klienci nie otwierali pełnowartościowych kosmetyków. 

Lubicie zapach czekolady w kosmetykach? Mieliście okazję poznać radosną twórczość Kasi? A może znacie tego gagatka z TBS?


 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Yves Saint Laurent Black Opium EDT

Cześć Dziewczyny!

Klasyczny zapach YSL Opium jest dla mnie nie do przejścia, ponieważ jego woń w moim odczuciu jest zbyt intensywna i dusząca. Po prostu nie jest to mój zapach, choć np. mojej mamie bardzo się podoba. Dlatego też długo nie chciałam nawet powąchać innych zapachów z rodziny Opium;) Do czasu aż podczas wakacji skomplementowałam zapach mamy: „no, ładne masz perfumy, takie byś mogła nosić”. Na co mama odparła: „Tak? Ale przecież to jest Opium, którego tak nie znosisz!”. Moja mina była bezcenna, ale nie pozostając dłużna odpowiedziałam jej: „Niemożliwe! Za ładne! Albo coś Ci się pomyliło albo masz podróbę!”. Na co mama oczywiście odparła sama masz podróbę i pokazała mi próbkę, na której widniał napis Yves Saint Laurent Black Opium. Wtedy zrozumiałam, że to po prostu nowa, ale zupełnie niepodobna do klasyka odsłona Opium. Szalenie udana zresztą. Postanowiłam więc osobiście sprawdzić ten zapach w perfumerii. Robiłam to kilkukrotnie gdyż poza drobnymi wyjątkami nie podejmuję zbyt szybko decyzji o zakupie perfum. Ze względu na to, iż zdarza się, że później coś mi nie pasuje gdy wybieram impulsywnie. A zapach musi być skrojony na miarę;) Choć zdarzały się również złote strzały po jednym powąchaniu. Do Opium podeszłam jednak nieufnie bo jakże ono może być ładne? Za każdym razem gdy miałam możliwość testowałam Black Opium, ale coś jeszcze mi nie grało. Raz było idealnie, a innym razem było ładnie, ale nie do końca tak jakbym chciała;) Okazało się, że byłam trochę nieuważna podczas tych przymiarek i raz wąchałam Black Opium w wersji EDP, a innym razem Black Opium w wersji EDT. Szkopuł w tym, że woda toaletowa ma nieco inne nuty zapachowe niż woda perfumowana i już jesteśmy w domu;) Od tej pory wiedziałam, że moim zapachem jest Black Opium, ale w wersji EDT. Byłam nieco zaskoczona tymi różnicami gdyż zwykle pomiędzy wersjami EDP, a EDT tego samego zapachu jest jedynie różnica w stężeniu zawartości olejków zapachowych. Tutaj jednak YSL zgotowało mi przyjemną niespodziankę:) Obie wersje utrzymane są w podobnym klimacie, ale jednak przy bliższym poznaniu można wyczuć różnicę.


Opis zapachu

Black Opium EDT otwiera się cierpkimi nutami owocowymi oraz odświeżającą czarną porzeczką w połączeniu ze skórką gruszki, cytrusami i zieloną mandarynką. Serce zbudowano wokół głównego motywu kawy, która jest łagodniejsza za sprawą dodatku herbaty jaśminowej i słodkiego kwiatu pomarańczy. Perfumy podkreślają zmysłowość za sprawą białego piżma i jasnych nut drzewnych, które wspomagają kwiatowe i owocowe oblicze zapachu.


Nuty  zapachowe
Nuta głowy: czarna porzeczka, gruszka, mandarynka, cytrusy
Nuta serca:  kawa, zielona herbata, jaśmin, kwiat pomarańczy
Nuta bazy: białe piżmo, jasne nuty drzewne.

Moja opinia

Opakowanie

Perfumy zapakowane zostały w czarny kartonik zawierający różowawe, jakby brokatowe, ozdobne logo YSL. Sam flakonik posiada nietypową formę, pośrodku mamy okienko, a pozostała jego część jest zdobiona czymś stylizowanym na brokat, choć brokatem nie jest. Jest bardzo solidnie wykonany. Pod względem wizualnym od wersji EDP różni się kolorem flakonu – tamten jest czarny. Zapach dostępny jest w trzech wersjach: 30, 50 oraz 90ml. Ja oczywiście posiadam najmniejszą pojemność, gdyż najbardziej lubię niewielkie flakoniki:)

Zapach

Black Opium EDT pojawił się we wpisie o kosmetycznych odkryciach 2015r więc jak nietrudno się domyślić nadal jestem nim zachwycona, a może raczej odurzona?;) W porównaniu do wody perfumowanej zapach wody toaletowej jest nieco bardziej mainstream’owy, ale mnie to nie przeszkadza. Dzięki temu zapach lepiej mi się nosi, nie męczy mnie ani nie powoduje innych nieprzyjemnych dolegliwości, które niestety w przeszłości nie były mi obce. A do zapachów niszowych chyba jeszcze nie dojrzałam;) To, że polubiłam ten zapach jest dla mnie absolutnym zaskoczeniem gdyż nie jest to zapach typowy dla większości moich wcześniejszych wyborów. W przeszłości najczęściej wybierałam bowiem typowo radosne, owocowe i lekkie zapachy. Black Opium są inne, bardziej intensywne i złożone niż pozostałe moje zapachy. Otwarcie zapachu jest słodkie, soczyste, niemalże musujące. Wyczuwalna jest wyraźna nuta czarnej porzeczki, która zawsze poprawia mi nastrój. Całość przeplata się ze słodyczą gruszki i cierpkością cytrusów. Cytrusy zdają się tu jednak pachnieć inaczej niż w przypadku wielu znanych mi zapachów. Po czasie do głosu dochodzi zielona herbata. Muszę przyznać, że nigdy nie piję zielonej herbaty, ponieważ nie lubię, ale jej woń w tych perfumach jest charakterna, dobrze wyczuwalna i bardzo mi odpowiada. Delikatny zapach jaśminu miesza się z kwiatem pomarańczy. Wyczuwam czarną kawę, ale bez cierpkiej nuty. Raczej taką z dodatkiem bitej śmietany i czekoladowej posypki albo lodów:) Całość wieńczy delikatne białe piżmo wraz z nutami drzewnymi. Piżmowa baza należy do moich ulubionych:) Woń jest w moim subiektywnym odczuciu bardzo udana, lekko otulająca (ale nie mdląca) i ciepła. Nosząc ten zapach czuję, że nieco mocniej stąpam po ziemi i często jestem pytana czym pachnę;) Nigdy bym nie pomyślała, że nasza relacja będzie AŻ TAK udana! Trwałość na mojej skórze jest fantastyczna, nawet 12 godzin. Czasami  wyczuwam jeszcze subtelną mgiełkę Opium gdzieś w tle nawet gdy już kładę się spać po kąpieli. Zapach długo utrzymuje się również na ubraniach mimo, że ich nim nie spryskuję.


YSL Black Opium EDT jest słabiej dostępne niż EDP, ale na iperfumy.pl już są:)


Znacie YSL Black Opium EDT? A może Waszym faworytem pozostaje woda perfumowana?
Czytaj dalej »

sobota, 2 stycznia 2016

Isana zimowa edycja limitowana

Cześć Dziewczyny!

Jeszcze jesienią marka Isana wypuściła zimowy żel pod prysznic oraz mydło. O ile nie jestem szczególną entuzjastką żeli pod prysznic Isany to mydła w płynie kupuję głównie z tej marki. Do moich ulubionych należy wersja z orchideą oraz mydło kuchenne, które jest pomocne zwłaszcza gdy przygotowywaliśmy te bardziej aromatyczne potrawy albo np. ryby. Dlaczego kupuję akurat mydła Isany, a nie inne? Z prostej przyczyny. Mydła schodzą u mnie jak woda. Zawsze mam w użyciu jedno w płynie i 1-2 kostki, a i tak zużywane są w zastraszającym tempie mimo, że używane są u mnie w domu głównie do mycia rąk;) Mydlane zużycia są na tyle duże, że nie pokazuję ich nawet w denku bo to nie ma sensu. Przerobiłam już mydła różnych marek i wydajność jest u mnie na podobnym poziomie niezależnie od ceny. Doszłam więc do wniosku, że w kwestii mydła nie ma sensu przepłacać. Lepiej kupić droższy krem albo kolorówkę, a na mydle zaoszczędzić i tak oto od wielu miesięcy kupuję głównie mydła Isany. Cóż za wywód;) W świątecznej paczce od Rossmanna dodatkowo zostałam uraczona egzemplarzem mydła świątecznego, które było mi już znane oraz żelem zimowym. Pomyślałam, że z racji pory roku napiszę kilka słów o tym zimowym duecie. Nie znalazłam dokładnych opisów producenta więc będzie jedynie moja opinia;)


Isana mydło zimowe, edycja limitowana

Mydło umieszczone zostało w 500ml opakowaniu wyposażonym w wygodną pompkę. Opakowanie jest nieco szerokie więc zajmuje trochę miejsca;) Szata graficzna nawiązuje do świąt. Jest przyjemna dla oka, choć bywały ciekawsze;) 
Konsystencja jest pośrednia, lekko kremowa. Zapach jest bardzo przyjemny, słodki, waniliowo-karmelowy. Idealny dla osób, które lubią „jedzeniowe” zapachy, innych może nieco zemdlić;) Ja akurat lubię takie zapachy więc dla mnie na plus. 
Mydło spełnia swe zadanie czyli myje, pieni się dość dobrze choć nie bardzo mocno;) Ja mydeł używam jedynie do mycia rąk, pędzli lub ewentualnie do przeprania czegoś na szybko. Wersja zimowa nie wykazuje działania pielęgnacyjnego. Tego typu działanie zauważam jedynie w mojej ulubionej wersji z orchideą. Nie mam jednak za złe braku nawilżenia, czego wymagać od mydła, które kosztuje 2,99zł w cenie regularnej;) Większość znanych mi nawet dużo droższych mydeł w płynie tego nie robi;) Wyjątkiem pod tym względem są jedynie kostki Dove, które rzeczywiście ładnie moje rączki wygładzają i lekko nawilżają. Dlatego też zawsze mam w użyciu jednocześnie kostki i mydła w płynie;) Wydajność jak już wspominałam we wstępie niska co jest dla mnie normą dla absolutnie każdego mydła. Z tego powodu uważam, że na co dzień nie warto dużo inwestować w mydła. Właśnie sobie uświadomiłam, że po raz pierwszy napisałam na blogu o mydle;)


Isana zimowy żel pod prysznic, edycja limitowana

Żel znajduje się w 300ml opakowaniu o identycznej jak mydło szacie graficznej. Opakowanie jest wygodne, z zamknięciem na zatrzask choć bez jakiś szczególnych bajerków:) 
O ile mydła Isany lubię to z żelami pod prysznic tej marki mam nierówną relację. Zdarza się, że skusi mnie szata graficzna albo zapach, ale niekiedy podczas używania okazuje się, że żel nie do końca mi odpowiada. Wtedy też część zużywam jako żel, a resztę jako mydło;) W tym przypadku było jednak ok. ze względu na zapach trafiający w mój gust. Słodki, karmelowy z nutką wanilii, taki do zjedzenia:) Utrzymuje się na skórze jeszcze przez krótką chwilę po użyciu. Ten zapach zdecydowanie przebił zapach żelu Chocomania z TBS, który niestety okazał się dla mnie rozczarowaniem. Kolor i konsystencja żelu są lekko kremowe.  Żel ma typowo drogeryjny skład więc nie każdemu będzie odpowiadał, ale jak już nieraz podkreślałam w moim przypadku skład żelu nie ma kluczowego znaczenia, ponieważ jeszcze się nie zdarzyło żeby jakiś mnie podrażnił lub w inny sposób zaszkodził. Skoro więc nie muszę się tym przejmować to tego nie robię, zwłaszcza, że żel ma kontakt ze skórą tylko przez krótką chwilę, a następnie jest zmywany;) 
Żel spełniał podstawowe zadanie jakim było oczyszczanie, mojej skóry nie wysuszał i nie podrażniał, ale też nie nawilżał. Wydajność standardowa co w moim przypadku oznacza, że zużywa się szybko;) Koszt żelu to również poniżej 3zł.


Znacie zimową edycję limitowaną Isany? Sięgacie po produkty tej marki?

Czytaj dalej »