Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 listopada 2017

The Body Shop Vanilla Pumpkin i Frosted Berries – edycje limitowane!

Cześć Dziewczyny!
Ostatnio biegałam jak kot z pęcherzem do Manufaktury;) A wszystko zaczęło się od wishlisty Interendo. Akurat zastanawiałam się co jej kupić na Mikołajki tudzież Gwiazdkę (jak zwał tak zwał bo i tak wysyłam zawsze wcześniej) więc wpis spadł mi jak z nieba;) Nie byłabym jednak sobą gdybym przy okazji nie kupiła czegoś dla siebie i jeszcze dla innych osób;) Dla siebie planowałam bez szaleństw i pierwotnie tak też się stało lecz finalnie odwiedziłam Manufakturę i tym samym The Body Shop 3x w ciągu jednego tygodnia. Dość zabawne, zwłaszcza że wcześniej przez parę miesięcy tam nie byłam;) Manufaktura nie jest mi po drodze, ale jak już coś wymyślę to nie ma mocnych;) I dziś postanowiłam opowiedzieć Wam trochę o 2 seriach limitowanych The Body ShopVanilla Pumpkin i Frosted Berries. Nie będzie to recenzja, a raczej drobne refleksje, ponieważ są to edycje limitowane i nie zagrzeją długo miejsca w sklepach TBS. Dlatego pokusiłam się jedynie o wzmianki;) 





The Body Shop Vanilla Pumpkin


Seria Vanilla Pumpkin składa się z 3 produktów – masła do ciała, żelu pod prysznic oraz kremu do rąk. Każdy z produktów posiada ekstrakt z wanilii, pochodzący z Madagaskaru. Dodatkowo kosmetyki te są 100% wegańskie. 

Przyznam, że poza pestkami dyni, nie przepadam za niczym co jest związane z dyniami. Żadnych zup dyniowych i innych dziwnych przysmaków;) Jednak kiedy zobaczyłam tę nową serię, byłam ciekawa jak pachnie. Dlatego pierwsze co zrobiłam po przekroczeniu progu TBS to sprawdzenie zapachu Vanilla Pumpkin. Kupił mnie od razu i już za pierwszym podejściem zdecydowałam się na krem do rąk i żel pod prysznic. Zapach jest po prostu fenomenalny. Jest dyniowa nuta, ale tak świetnie wyważona i urozmaicona wanilią oraz jakby orzechami, że poczułam zachwyt;) Jest słodko, ale nie za słodko! Woń bardzo niespotykana, trudno ją do czegokolwiek porównać:) Jeśli będziecie mieli okazję, polecam powąchać:) Dla mnie rewelacja. 

W kwestii samych produktów i ich działania nadmienię, że niejeden raz miałam już do czynienia z żelami i masłami TBS, więc tutaj byłam pewna swego zadowolenia i nie musiałam się zastanawiać. TBS ma świetnie pachnące żele o przyjemnych formułach (kremowych lub żelowych zależnie od serii) i naprawdę dobrze nawilżające masełka. Najczęściej wszystkie one są do siebie bardzo podobne. Różnią się jedynie zapachami oraz konsystencjami, ponieważ jedne są lżejsze, a inne nieco bardziej treściwe. Nowością był dla mnie jedynie krem do rąk, ponieważ dotychczas miałam jedynie taki z linii Hemp (dobrze nawilżający lecz o swoistym zapachu). Natomiast te odpowiadające poszczególnym liniom zapachowym zwykle omijałam, ponieważ słyszałam, że nie są zbyt mocno nawilżające, a ja lubię posmarować raz a dobrze (najlepiej na noc). Zniechęcała mnie też zawsze pojemność 30ml, ale że skusiły mnie zapachy limitek to zdecydowałam się na 2 sztuki w ramach wyjątku;) Krem do rąk Vanilla Pumpkin pachnie równie rewelacyjnie jak pozostałe 2 produkty z tej serii. Wchłania się błyskawicznie lecz nawilżenie rzeczywiście jest jedynie doraźne. Typowo do częstego stosowania w ciągu dnia. Wybaczam, ale tylko dlatego, że nadgania zapachem i mimo wszystko miło użyć. 


Dla większości osób żele i masła TBS są wydajne. Dla mnie nie, ale w moim przypadku to nie nowość, ponieważ pielęgnację ciała „upłynniam” bardzo szybko. Zresztą ja w ogóle wszystkiego używam bardzo regularnie, więc zużywam w mig:D Trochę się uśmiałam gdy ostatnio wyczytałam, że po co mieć 10 maseł w zapasie skoro nie ma szans by zużyć je nawet w rok i muszę powiedzieć, że o ile posiadanie zapasów tak naprawdę jest zbędne lub przynajmniej niekonieczne to kwestia zużywania u każdego wygląda inaczej. Także… może ty nie zużyjesz 10 maseł/balsamów w rok, ale ja zużyję i to nawet więcej:P 


The Body Shop Frosted Berries




Linia Frosted Berries składa się z kosmetyków zawierających ekstrakt z żurawiny, pochodzący z Ameryki Północnej. Ta seria jest już bardziej rozbudowana lecz ja wybrałam z niej jedynie krem do rąk oraz mini masełko. Mini masła TBS są dla mnie produktami zupełnie bez sensu, ponieważ 50ml to jak dla mnie do zużycia na 3x, ale wybrałam je z przeznaczeniem do smarowania rąk;) Nawilża dobrze tak jak każde masło TBS, a konsystencja jest tu dość lekka - bardziej kremowa niż maślana. Jeśli zaś chodzi o krem do rąk Frosted Berries to jest podobnie jak w przypadku kremu Vanilla Pumpkin – leciutka formuła, ale i nawilżenie jedynie doraźne. Typowy kosmetyk dla zmysłów. Powiedzmy, że jego zapach umila mi takie czynności jak chociażby pisanie postów na bloga;) Tutaj zapach również jest bardzo przyjemny. Wyraźna żurawina z nutą cierpkości i jednocześnie słodyczy. Klimatyczny zapach, który utrzymuje się nawet po umyciu rąk:)


Z Frosted Plum dla siebie nic nie kupiłam, ale wybrałam na prezenty. Uważam, że zapach również jest godny uwagi:) Zupełnie natomiast nie przypadł mi do gustu Vanilla Chai. Uważam, że pachnie niemalże niczym:) Kupiłam jeszcze inne produkty, ale to już większości z linii, które już wcześniej znałam, czyli mango, virgin mojito i oliwka, której z kolei nie znałam;) 


Za zwyczaj omijam limitowane serie jesienne i świąteczne bo ani nie lubię jesieni ani wielką fanką świąt nie jestem, ale tym razem TBS potrafiło zainteresować nawet mnie! Masła i żele TBS dobrze znam, więc i z tych jestem zadowolona. Natomiast te maleńkie kremy do rąk potrzebują wsparcia czegoś treściwszego na noc, ale w ciągu dnia umilają mi czas swymi jakże udanymi zapachami. I to tyle jeśli chodzi o moje wrażenia dotyczące limitek:)



Znacie jesienną serię limitowaną The Body Shop Vanilla Pumpkin oraz limitowane edycje świąteczne? Lubicie serie limitowane?
Czytaj dalej »

czwartek, 13 lipca 2017

The Body Shop Pinita Colada - masło i żel pod prysznic o zapachu gorącego lata!

Cześć Dziewczyny!
Muszę przyznać, że ostatnio mam częste spadki energetyczne. Ciągle jestem zmęczona. Zaczęłam się już nawet zastanawiać czy nie jestem na coś chora, ale mam nadzieję, że to po prostu kwestia dość chwiejnej pogody. Nie wiem jak u Was, ale u mnie nawet jak rano jest ciepło i słonecznie to potem ni stąd ni zowąd zaczyna lać! Bardzo nie lubię takich wahań… Zrobiłam nawet niedawno badania i wyniki mam dobre, ale mój czujny lekarz wystawił mi skierowania do 3 specjalistów. Cóż, już się cieszę na te kolejki w przychodniach;) Na samą myśl czuję się "chorsza":D Ale kto wie? Może w końcu dowiem się czegoś ciekawego bo dr Google ma to do siebie, że stawia raczej niezbyt pokrzepiające diagnozy:D Chociaż znając moje szczęście, rachunek prawdopodobieństwa podpowiada, że pewnie znowu trafię na lekarzy delikatnie mówiąc "nie z powołania";) Żeby jednak nie było zbyt zrzędliwie, a wręcz przeciwnie – radośnie jak na tę porę roku przystało, to dziś na tapecie The Body Shop Pinita Colada! Kosmetyki te czekały u mnie w zapasach od zeszłego roku i w czerwcu w końcu stwierdziłam, że czas je otworzyć bo w przeciwnym wypadku znowu lato minie i nie zdążę się nimi nacieszyć;) A jak wypadły w praktyce?


The Body Shop Pinita Colada


„Chcąc wprowadzić Cię w wakacyjny nastrój, stworzyliśmy linię do ciała, Pinita Colada od The Body Shop, o zapachu soczystego ananasa i orzeźwiającego kokosa prosto z rajskich Karaibów. Masło z serii Pinita Colada zawiera organiczny olej sojowy, pochodzący od zaufanego dostawcy Gebana z południowo-wschodniej Brazylii. Dostawca ten jest mocno zaagangażowany w działania przeciwko wycinaniu lasów oraz promuje zrównoważone, organiczne metody rolnictwa, pozbawione chemikaliów i zbędnych pestycydów”.


The Body Shop Pinita Colada żel pod prysznic


Żel został umieszczony w wygodnej przezroczystej buteleczce z iście wakacyjną szatą graficzną, która wyjątkowo do mnie trafia:) W ofercie dostępne są różne pojemności, ja wybrałam 250ml. Dozowanie żelu przebiega sprawnie, więc zmiana opakowań żeli TBS zdecydowanie jest na plus (poprzednie opakowania niekiedy otwierałam przez ręcznik;)). Nie jest to żaden eko żel, ponieważ zawiera SLS, ale jak doskonale wiecie, ja akurat nie stronię od tego składnika. Przez moją łazienkę przelewa się mnóstwo żeli o mniej lub bardziej łagodnych składach i chyba jeszcze żaden mi nie zaszkodził. Konsystencja kosmetyku jest kremowo-żelowa. Nie za rzadka, nie za gęsta. Zapach jest bardzo przyjemny i wakacyjny. Połączenie kokosa z ananasem jest tutaj idealne i właśnie ze względu na zapach wybrałam ten żel:) Osobiście bardzo lubię żele TBS, właśnie za piękne zapachy:) Nie jest on niestety długotrwały, ale od czego mamy masło?;) Jeśli zaś chodzi o właściwości kosmetyku to żel oczyszcza dokładnie, pieni się dość ładnie, nie podrażnia skóry i lekko ją zmiękcza. To produkt dla fanów pięknych wakacyjnych zapachów:)


The Body Shop Pinita Colada masło do ciała


Miałam już niejedno masło do ciała spod szyldu TBS. Pod względem właściwości ze wszystkich byłam zadowolona. Czasami jedynie niekoniecznie odpowiadał mi zapach (tak jak np. w przypadku truskawki). Rok temu zaopatrzyłam się więc w 4 masła TBS, w tym oczywiście wersję Pinita Colada:) Opakowanie posiada przepiękną, optymistyczną szatę graficzną. Myślę, że najładniejszą ze wszystkich linii tej marki:) Trudno choć trochę się nie uśmiechnąć gdy się na nie patrzy. W przypadku masła również mamy do wyboru różne pojemności. Ja wybrałam standardowe 200ml, choć biorąc pod uwagę swoje wyśrubowane potrzeby i zużycia, powinnam była wytypować to największe (chlip, chlip;)). Konsystencja masła Pinita Colada jest wyjątkowo lekka. Zwłaszcza w porównaniu z dość treściwą i odżywczą wersją orzech brazylijski. Pinita Colada jest mało maślana. To bardziej lekki balsam niż masło:) Nie miało to jednak dla mnie żadnego znaczenia, ponieważ pielęgnowało równie dobrze jak inne wersje:) Mimo, że konsystencja jest ultra-lekka to masło nie wchłania się w sekundkę. Potrzebuje kilku minut na wchłonięcie, a dodatkowo pozostawia po sobie lekki film ochronny. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że mimo pozornie nie maślanej konsystencji finalnie zachowuje się jak masło:)  Ja akurat lubię tego typu efekt;) Jeśli chodzi o zapach to podobnie jak w przypadku żelu jest on fantastyczny. To zapach lata i gorącej plaży:) Połączenie ananasa z kokosem jest tutaj niezwykle udane i bardzo dobrze wyważone. Zapach nie jest bowiem mdły i przesłodzony, to żaden tani ulepek, a idealnie dobrane proporcje:) Woń nie jest też nadmiernie intensywna:) Poziom pielęgnacji oferowany przez masło Pinita Colada jest bardzo dobry, gdyż produkt mimo lekkiej konsystencji nawilża skutecznie i długotrwale. Skóra jest nie tylko pachnąca, ale także miękka, gładka i zregenerowana:) 
Wydajność obu produktów nie powaliła, ale w moim przypadku to standard, więc już nie będę tego komentować:) Niedługo zresztą puszczę kolejną partię produktów do pielęgnacji ciała;)


Seria Pinita Colada marki The Body Shop była zeszłoroczną limitką, ale w tym roku pojawiła się ponownie:) Oprócz masła i żelu dostępny jest jeszcze scrub oraz sorbet do ciała. Myślę, że jeszcze kiedyś ponownie skuszę się na masło, które nie bez kozery pojawiło się wśród kosmetycznych ulubieńców 2017 roku part. 1:)


Znacie linię Pinita Colada z TBS? A może polecicie jakieś inne produkty „pachnące latem”?:) Jak tam Wasze samopoczucie?

Czytaj dalej »

wtorek, 11 lipca 2017

Kosmetyczni ulubieńcy 2017 roku! Pielęgnacja – część 1!

Cześć Dziewczyny!
Pora na kosmetycznych ulubieńców 2017 roku w zakresie kosmetyków do pielęgnacji! Podobnie jak rok temu wpis dotyczący pielęgnacji postanowiłam rozdzielić na dwie części. Część pierwsza obejmuje pierwsze półrocze, czyli okres od stycznia aż do końca czerwca:) Wszystkie kosmetyki będą tymi, których miałam okazję używać w tymże okresie. Nie będzie żadnych powtórzeń ani odgrzewanych kotletów!;) Wpis ten chciałam puścić już pod koniec czerwca, ale w owym czasie moje palce zdawały się nieco stronić od klawiatury:) Jest więc poślizg;) Dawniej publikowałam ulubieńców co miesiąc, ale ostatni tego typu wpis pojawił się u mnie w październiku, gdyż postanowiłam zaniechać ten zwyczaj;) Przynajmniej póki co;)


Odkrycie roku – Hada Labo Tokyo!


Szczerze? Kiedy dowiedziałam się, że Hada Labo Tokyo wkracza do Polski i będzie dostępne w Rossmannie, nie czułam się w żaden sposób zobowiązana żeby wypróbować te kosmetyki, zero ekscytacji. Stwierdziłam, że może ewentualnie kupię maskę w płachcie, tak z czystej ciekawości. Jednak gdy otrzymałam niespodziankę zawierającą zestaw kosmetyków tej marki, pomyślałam, że co mi szkodzi dać im szansę? I tak to się zaczęło:) Mimo przezabawnej #gównoburzy, która wybuchła wokół tych kosmetyków, polubiłam je na tyle, że sama z siebie pobiegłam po więcej! Nie żałuję, ponieważ wszystko czego używałam się u mnie sprawdziło:) Moją opinię o białej linii możecie przeczytać TUTAJ.  A o czerwonej z całą pewnością jeszcze coś napiszę. Zwłaszcza o masce 3D Lifting Mask Shape - Memory Gel. Jeśli chodzi o linię białą to najbardziej polubiłam hydro-żel wypełniający skórę Hada Labo Tokyo Skin Plumping Gel:) 


Norel serum ProFiller


Do używania tego serum zostałam wręcz „zmuszona”. A to dlatego, że kupiłam je rok temu i niestety jego data ważności nie była dla mnie do końca satysfakcjonująca:) W końcu jednak zegar coraz głośniej tykał i to był już niemal ostatni gwizdek żeby je otworzyć;) W międzyczasie zupełnie straciłam na nie ochotę, ale w końcu otworzyłam;) Nie wiem co mnie przed tym aż tak powstrzymywało, gdyż serum spełniło moje oczekiwania. O wypełnieniu nie ma oczywiście mowy, ale ja tego typu kosmetyki traktuję prewencyjnie aniżeli leczniczo i zawsze czuję się lekko rozbawiona jak ktoś pisze, że serum usunęło mu zmarszczki:) Postaram się napisać o nim coś więcej niedługo;)


Nikel Nikelift krem pod oczy


O marce Nikel usłyszałam przeszło rok temu. Pomyślałam wtedy, że dziwna nazwa i pewnie byle co;)  Nie zaprzątałam sobie tą marką głowy, ale nie tak dawno pojawiła się okazja by ją sprawdzić. Wahałam się czy sobie tego nie odpuścić i nie wybrać kosmetyku innej marki, ale… zawołało do mnie interesujące opakowanie i postanowiłam bardzo zachowawczo dać szansę temu jednemu produktowi (na wypadek gdyby kosmetyki miały okazać się fatalne;)). Krem pod oczy Nikel Nikelift okazał się być całkiem godny mojego zaufania. Pachnie przyjemnie słonecznikiem, ma delikatną konsystencję, ładnie się wchłania, długotrwale nawilża i poprawia napięcie skóry. Jak na eko krem to naprawdę pozytywne zaskoczenie:) 


Bielenda Multi Essence 4w1 Multiwitaminowa esencja do pielęgnacji twarzy, cera mieszana


Może nie przesadzałabym, że zastąpi 4 kosmetyki, ale jest bardzo dobrym tonikiem. Miałam zawahanie, którą wersję wybrać, ponieważ moja cera jest jednocześnie mieszana i wrażliwa, ale stanęło na wersji do cery mieszanej i nie żałuję:) Miałam lekkie obiekcje w kwestii zawartości filtratu drożdżowego, ponieważ słyszałam, że niekiedy potrafi on spowodować wysyp, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Esencja bardzo ładnie odświeża i wygładza cerę, lekko nawilża i dobrze przygotowuje na dalsze pielęgnacyjne kroki. Jest przy tym bardzo łagodna dla cery:)

Laneige Lip Sleeping Mask


Pozycja obowiązkowa dla maniaczek pielęgnacji ust;) Pełną recenzję znajdziecie TUTAJ


Płatki pod oczy


Zawsze uważałam, że inwestycja w płatki pod oczy to strata zarówno czasu jak i pieniędzy. Zmieniłam zdanie kiedy w końcu trafiłam na płatki w opakowaniach zbiorczych. Dotychczas opisałam płatki KoelfKLIK, ale będzie jeszcze o innych (teraz używam Skin79) lub wpis zbiorczy;) W recenzji napisałam, że bardzo polubiłam te płatki mimo, że cudów nie czynią bo oczywiście o usunięciu cieni nie ma mowy. Niektórzy rzucili, że oczekiwaliby więcej po tego typu produkcie, ale według mnie nie mają racji;) Więcej wymagać się nie da. To tylko kosmetyk! To tak jak z tymi kremami i serum mającymi rozprasowywać zmarszczki – nierealne:) Żeby naprawdę usunąć zmarszczki i cienie pod oczami trzeba by zainwestować w zabiegi medycyny estetycznej i to nie takie typu „soft”, a już bardziej inwazyjne. Moje podejście do tej kwestii jest po prostu świadome i realistyczne:) Z tego względu płatki uważam za godne uwagi. 


The Body Shop Pinita Colada


W przypadku pielęgnacji ciała wybór był bardzo trudny, ponieważ zużyłam tego mnóstwo. Postanowiłam jednak wyróżnić coś co cechowało się zarówno dobrą pielęgnacją jak i pięknym zapachem:) Padło na masło The Body Shop Pinita Colada. Zapach to połączenie ananasa z kokosem:) 


To wszystko jeśli chodzi o pielęgnacyjnych ulubieńców pierwszej połowy roku:) Makijaż i gadżety będą dopiero pod koniec roku, ponieważ w tej kwestii jestem bardziej "wierna" niż w przypadku pielęgnacji:)


Znacie coś z tych produktów? Podzielcie się swoimi ulubieńcami ostatnich miesięcy;)

Czytaj dalej »

środa, 4 stycznia 2017

Kosmetyczni ulubieńcy i odkrycia 2016 roku – pielęgnacja i zapachy, część trzecia!

Cześć Dziewczyny!

Pod koniec czerwca zaskoczyłam Was wpisem z kosmetycznymi ulubieńcami i odkryciami 2016 roku z zakresu pielęgnacji;) Wszystko dlatego, że tym razem postanowiłam podzielić ulubieńców roku na dwie części. Miało być 1 i 2 półrocze lecz w praktyce po drodze wpadli jeszcze ulubieńcy lata;) Co za tym idzie ostatnia część pielęgnacyjnych ulubieńców to okres od września do grudnia. Taaaak, musiałam wszystko jak zawsze objaśnić – szczegółowo aż do bólu. Żeby nie było wątpliwości czyj to wpis bo chyba nikt inny się aż tak nie patyczkuje;) Starałam się mocno zawęzić te najlepsze produkty z zakresu pielęgnacji, a dodatkowo wzbogaciłam też wpis o ulubiony zapach tego roku! Niestety zdjęcia są trochę niespójne i częściowo „archiwalne”, ponieważ jak wiadomo pielęgnacja szybko się zużywa (przynajmniej u mnie). Skoro już wiadomo co i jak to zaczynamy!


TWARZ


W kwestii pielęgnacji twarzy bardzo pozytywnie mnie zaskoczył duet polskiej marki Norel dr Wilsz. Mowa tutaj o produktach z linii MultiVitaminRozświetlający krem pod oczy oraz Energizujący sorbet witaminowy. Produkty te przez wiele miesięcy leżakowały u mnie w zapasach i im dłużej czekały nieotwarte tym bardziej traciłam ochotę żeby zacząć ich używać. Wręcz żałowałam, że je kupiłam. Myślałam nawet żeby je komuś sprezentować albo zrobić konkurs na blogu. Jednak ostatecznie stwierdziłam, że skoro są kosmetykami o najkrótszej dacie ważności ze wszystkich moich twarzowych zapasów to dam im szansę i wdrożę do swej pielęgnacji. Krem pod oczy otworzyłam w momencie gdy doznałam silnego wysuszenia strefy pod oczami (nie wiem czy to z racji choroby, jakaś alergia czy jeszcze coś innego) i już nic mi nie pomagało. Nawet drogie serum. Jakież było moje zdziwienie kiedy krem uporał się z moim problemem w ciągu dwóch dni! W dodatku jest lekki, szybko się wchłania, dobrze nawilża i lekko rozświetla skórę pod oczami. A do tego jest bezzapachowy co jest dość pożądane w przypadku kosmetyków pod oczy;) Energizujący sorbet witaminowy pachnie zaś dokładnie jak multiwitamina i ma bardzo przyjemną sorbetową konsystencję. Bardzo dobrze współgra z kremem pod oczy. To naprawdę zgrany duet. W zasadzie nie ma wad. Poza tym, że okazał się być mniej wydajny niż inne kremy. Niemniej i tak warto. Myślę, że ten duet sprawdzi się niemalże u każdego. Nie wiem czy uda mi się napisać osobną recenzję, ale mam nadzieję, że tak:)

Kolejnym produktem jest Glov on-the-go color edition. Ten produkt recenzowałam w czerwcu podając zarówno wady jak i zalety (czyli standard). Natomiast po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że jednak… rękawica do demakijażu odmieniła moje życie! (dlatego pojawia się dopiero w tej części). Zaczęłam jej używać już tylko do demakijażu oczu i brwi i to jest właśnie to! Zawsze byłam fanką płynów dwufazowych, a teraz już od wielu miesięcy ani razu nie zmyłam oczu dwufazą:) Na razie nie zamierzam rezygnować z rękawic:) Wiem, że produkt budzi kontrowersje, ale według mnie są one z lekka nieuzasadnione:)

Klairs Freshly Juiced Vitamin Drop Serum to kosmetyk, który również miał już swą osobistą recenzję. Dodam więc jedynie, że nie jestem jakimś wielkim azjatykomaniakiem, ale to serum jest naprawdę perfidnie dobre! Jeśli Twoja skóra lubi witaminę C – warto wziąć je pod uwagę:)

The Body Shop maska Superfood Amazonian Acai. Mam dwie maski z serii Superfood (Amazonian Acai i Himalayan Charcoal) – obie lubię, ale najbardziej przypadła mi do gustu Amazonian Acai (różowa). Jej konsystencja i zapach przypominają jakieś konfitury, dzięki czemu maseczkowy seansik jest bardzo przyjemny. Maska dodaje cerze blasku i bardzo delikatnie ją złuszcza. Po użyciu skóra jest mięciutka:) Postaram się napisać o tych maskach za jakiś czas.

USTA


Może przemilczę ile balsamów do ust zużyłam w ciągu ostatnich miesięcy. Na dobrą sprawę sama tego nie wiem, ponieważ już dawno zaniechałam projektu denko;) Produktem, który chciałabym wyróżnić jest MAC Lip Conditioner, czyli pieszczotliwie mówiąc odżywka do ust;) Kupiłam go tak dla kaprysu, ponieważ czułam, że muszę wypróbować i muszę przyznać, że było warto. Balsam ma przyjemną konsystencję i zapach. Pozostawia na ustach lekki połysk. Jest wydajny nawet dla takiego „zjadacza” jak ja. Ma tylko jedną wadę – z racji tego, że jest w tubce zawsze dodatkowo muszę mieć jeszcze zamiennie drugi produkt w sztyfcie. Tak z czystego przyzwyczajenia, nie pytajcie;) Jeśli nie szkoda Wam kasy to polecam.

CIAŁO


Z higieną rzecz ma się podobnie jak z balsamami do ust – multum zużyć! Wyłoniłam jednak jedną totalną perełkę spod szyldu Rituals. Jej dokładna nazwa to Ritual of Sakura. Kilka miesięcy temu kupiłam całą serię produktów i muszę przyznać, że tym najlepszym okazała się pianka do mycia ciała. Jest inna niż zwykłe pianki. Ma kremową konsystencję, która po aplikacji „rośnie” zmieniając się w gęstą, białą pianę. Dodatkowo przyjemnie pachnie i jest delikatna dla skóry. Za jakiś czas napiszę o całym zestawie.

Nie inaczej jest z wszelkimi balsamami i masłami do ciała. Tego typu produkty średnio wystarczają mi na 1-2 tygodnie stosowania co generuje naprawdę pokaźne zużycia. Zużywam tego tyle, że nie jestem w stanie opisać każdego produktu, który zużyłam. Choć bardzo bym chciała. Nie przedłużając wyróżnię tutaj masło Iossi Mandarynka&Bergamotka. Marka Iossi w ogóle jest dla mnie sporym odkryciem i jako że mam zaległy wpis do napisania na temat produktów tej marki, które zużyłam już jakiś czas temu napiszę tylko, że wszystko będzie we wpisie! 

Drugim produktem jest masło Organique z linii Bloom Essence. Starałam się dać tylko jednego ulubieńca w danej kategorii, ale tu zrobiłam wyjątek. Ci, którzy czytają mnie od początku zapewne wiedzą, że marka Organique została przeze mnie prześwietlona dogłębnie i napisałam już mnóstwo na jej temat (etykiety na dole) więc nie powinno być zdziwienia, że chwalę masło Bloom Essence. Za co? W skrócie: piękny zapach, gęsta konsystencja i wspaniałe nawilżenie!


Nie ma żadnego peelingu, ponieważ wypróbowałam sporo dobrych, ale moje serce nadal najbardziej „należy” do BodyBoom, które były już w części 1:) 


WŁOSY


W tym roku zapuszczałam włosy co niejednokrotnie doprowadzało mnie do szału. Przerobiłam sporo dobrych, ale też trochę złych produktów. Najlepiej sprawdza się u mnie tzw. pielęgnacja profesjonalna. Do ulubionych marek należy Joico, L’Oreal Professionnel oraz Kerastase. I tutaj chciałabym wyróżnić maskę Kerastase Resistance. Podpatrzyłam ją kiedyś u siostry, raz użyłam i już wiedziałam, że „kiedyś” będę musiała ją mieć. W lutym postaram się napisać o niej więcej:)


PERFUMY


Nadal lubię wszystkie zapachy, które pojawiły się w ulubieńcach zeszłego roku oraz przy okazji innych „chwalebnych” wpisów, ale ponieważ znalazły się one w zeszłorocznym zestawieniu to nie spełniają już wymogów ulubieńców 2016 gdyż muszą to być produkty, które posiadłam w tym roku;) Taaak.. nie przedłużając wygrywa Chanel Chance Eau Vive. Zapach budzący kontrowersje i skrajne emocje, że niby jakiś taki mało „chanelowy”;) Mało mnie to obchodzi:) Jest on bowiem bardzo mój i na pewno w końcu doczeka się odrębnej recenzji! 


I to już wszystko jeśli chodzi o ostatnią część ulubieńców roku w kategorii pielęgnacji i zapachów:) Za rok pewnie opracuję jeszcze jakiś inny system:)


Znacie te produkty? Pochwalcie się swoimi pielęgnacyjno-zapachowymi hitami minionego już roku!
Czytaj dalej »

środa, 12 października 2016

Nie takie znowu nowe... sierpniowo - wrześniowe nowości;)

Cześć Dziewczyny!

Nie było jeszcze okazji pokazać sierpniowych nowości więc postanowiłam połączyć je razem z wrześniowymi. Ze względu, że są to nowości z dwóch miesięcy niektóre zdążyłam już zużyć i opisać. Dlatego też ten wpis częściowo stanowi coś w rodzaju podsumowania. Trochę tego jest więc postaram się przestawić wszystko zwięźle;)




ZAKUPY


Marka The Body Shop postanowiła wrócić do Łodzi. Począwszy od dnia otwarcia aż do połowy sierpnia z tej okazji w łódzkiej Manufakturze trwała promocja 2+2 na wszystkie produkty. Oczywiście nie mogłam nie skorzystać i pojawiłam się tam od razu na otwarciu. Pani powiedziała, że byłam jej pierwszą klientką - brawo ja! (pewnie więcej napalonych nie było;)) Postawiłam na produkty, które już znałam, czyli masła do ciała i żele pod prysznic. Wybrałam takie zapachy jak Pinita Colada, Fuji Green Tea, Kokos, Grejpfrut i Satsuma. Byłam mocno nastawiona na żel i masło Virgin Mojito, które miałam rok temu, ale niestety musiałam obejść się smakiem, ponieważ nie było. Kupiłam produkty do pielęgnacji i higieny ciała, ponieważ akurat te kategorie kosmetyków zużywam najszybciej więc potrzeby mam niemałe;)

Czytaj dalej »

piątek, 30 września 2016

The Body Shop Pink Grapefruit

Cześć Dziewczyny!

Jak zapewne niektóre z Was wiedzą Łódź na parę lat została pozbawiona bezpośredniego dostępu do kosmetyków The Body Shop. Jednak ku mojej radości (i rozpaczy portfela) na początku sierpnia salon tej marki został ponownie otwarty w łódzkiej Manufakturze. Oczywiście skorzystałam z okazji i od tego momentu pojawiłam się tam już kilka razy;) Dużo by opowiadać na co się skusiłam, ale będziecie mieli okazję to zobaczyć w moich sierpniowo-wrześniowych nowościach, które już niebawem;) Dziś postanowiłam, że napiszę parę słów na temat dwóch produktów z linii Pink Graperfruit:)


The Body Shop woda toaletowa Pink Graperfruit


Wodę toaletową Pink Graperfruit otrzymujemy w niewielkiej uroczej buteleczce o pojemności 30ml, która została wyposażona w sprawnie działający atomizer.  Początkowo miałam zamiar wybrać mgiełkę o tym samym zapachu, ale trochę zniechęcała mnie jej duża pojemność – 100ml. Jednak przypadkowo Black Liner uświadomiła mnie, że zapach ten występuje również w wersji edt. Cenowo wychodzi tak samo jak mgiełka, ale ja lubię mniejsze pojemności więc paradoksalnie wolałam wybrać edt o pojemności 30ml. Dodatkowo oczywiście liczyłam, że wersja edt będzie bardziej trwała niż mgiełka. Ciężko mi jednak orzec jak jest w rzeczywistości gdyż mgiełki nie posiadam. Poza tym kwestia trwałości zapachów jest bardzo indywidualna:)
W TBS dostępnych jest wiele wersji mgiełek i wód toaletowych, które odpowiadają zapachom żeli, balsamów oraz maseł do ciała więc możemy skomponować sobie całą serię produktów:) Zawsze wydawało mi się, że niekoniecznie lubię używać produktów całymi seriami, ale ostatnio uświadomiłam sobie, że właściwie to jednak lubię. Kobieta zmienną jest;) Wybrałam zapach Pink Graperfruit, ponieważ jeszcze zanim TBS powrócił do Łodzi miałam do czynienia z żelem pod prysznic o tym właśnie zapachu. Żel bardzo przypadł mi do gustu więc nie musiałam długo zastanawiać się nad wyborem zapachu. 
W większości używam perfum z wyższej półki, ale chciałam mieć dodatkowo coś lekkiego, prostego i owocowego na lato. Taki właśnie jest zapach Pink Graperfruit. Prostolinijny i nieskomplikowany, ale zaskakująco przyjemny w swej prostocie:) Nie jest to zapach, który w miarę noszenia się rozwija tudzież ewoluuje. On od początku do końca trwa w niemalże niezmienionej formie. Dla mnie jest to grejpfrut w czystej formie. Orzeźwiający, pulsujący, delikatnie cierpki i nie trąci sztuczną słodkością. Bardzo dobrze zgrywa się z moją skórą. Jest dokładnie taki jak oczekiwałam. Jedynym mankamentem jest trwałość, która w moim przypadku jest różna. Raz wyczuwam go przez 2 godziny, raz przez 3, a czasem ciut krócej. Nie ma co liczyć na moc rodem Z Black Opium YSL więc nie liczyłam;)


The Body Shop żel pod prysznic Pink Graperfruit


Żelu pod prysznic TBS Pink Graperfruit używałam na początku lata tego roku, jeszcze w starej wersji opakowania (na zdjęciu pokazuję nową wersję opakowania). Spodobał mi się on na tyle, że po paru miesiącach przy okazji promocji pt. żel gratis przygarnęłam ten zapach ponownie, a muszę przyznać, że naprawdę rzadko sięgam dwa razy po ten sam zapach żelu. Nawet jeśli niesamowicie mi się podoba;) Żel otrzymujemy w prostym przezroczystym opakowaniu o pojemności 250ml. Dostępne są również większe opakowania oraz miniaturki. 
Żel dobrze się pieni, ale jest dość rzadki i mało wydajny. Z tego co pamiętam wystarczył mi na krótko, ale jak wiecie u mnie to norma. Podobnie jak woda toaletowa zapach jest bardzo przyjemny, soczysty i orzeźwiający. Idealny na upały (rychło wczas to piszę, ale tak bywa;)). Jeśli chodzi o właściwości są one dość standardowe, czyli dobrze oczyszcza, pozostawia skórę gładką i pachnącą. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak ma w sobie to coś;) Dlatego też od momentu otwarcia salonu zawitało już do mnie 5 żeli tej marki o różnych zapachach;) 


Z serii Pink Graperfruit posiadam również masło do ciała, ale jeszcze nie używałam więc nie będę się wypowiadać;) Jestem jednak dobrej myśli gdyż masła TBS miałam już wiele razy w różnych wersjach zapachowych i zawsze byłam zadowolona;)


Znacie zapachy i żele pod prysznic TBS? Podoba Wam się linia Pink Graperfruit?
Czytaj dalej »