środa, 9 stycznia 2019

Neogen Vita Duo Cream Have A Joan Day & Night - podwójny krem do twarzy!

Neogen należy do grona moich ulubionych koreańskich marek. Można to było zresztą dość wyraźnie zaobserwować czytając wpis z moimi koreańskimi hitami 2018 roku:) Kiedy więc przypadkiem zauważyłam nowy krem w ofercie tej marki – poczułam się mocno zaintrygowana. Od razu wiedziałam, że będę musiała wypróbować Neogen Vita Duo Cream Have A Joan Day & Night by Joan Kim;) Dziś kilka słów o moich wrażeniach;)
Neogen Vita Duo Cream Have A Joan Day & Night


Neogen Vita Duo Cream Have A Joan Day & Night


Najnowszy krem Neogen powstał we współpracy z koreańską influencerką Joan Kim. Zanim zwróciłam uwagę na sam produkt, jej osoba była mi zupełnie nieznana. Trudno się dziwić gdyż na dobrą sprawę nie śledzę nawet naszych polskich gwiazd Instagrama. O niej więc tym bardziej nie słyszałam;) Skoro jednak Neogen postanowił ją wyróżnić w ten sposób to z pewnością jest to osoba, która się liczy w świecie K-Beauty:) 

Krem otrzymujemy w kartonowym opakowaniu, którego nie uwieczniłam na zdjęciach;) Wewnątrz znajdziemy dość prosty zielony słoiczek z białą nakrętką, który został wyposażony w dodatkową osłonkę oraz szpatułkę do aplikacji. Opakowanie posiada sporą pojemność – aż 100g. A to dlatego, że zawiera ono tak naprawdę dwa kremy – na dzień i na noc:) Przyznaję, że zawsze chciałam mieć tak funkcjonalne opakowanie kremu. Choć osobiście zaprojektowałabym je inaczej – z pewnością posiadałoby mniejszą pojemność i tym samym mniejszy słoiczek. Krem Neogen jest bowiem fajnie wymyślony, ale jego gabaryty bardziej przypominają balsam do ciała niż krem do twarzy. Troszkę zawalidroga na łazienkowej półce;) 

Otwierając słoiczek mamy wyraźny podział na krem na noc i krem na dzień, więc z pewnością nic nam się nie pomyli. Nie ma tutaj złota i luksusów, ale pojemniczek prezentuje się estetycznie. Z góry wybaczcie, że krem jest tak „wypalcowany”, ale już od jakiegoś czasu nie zawsze trzymam się zasady „najpierw zdjęcie, potem używanie”. Ten produkt jest tego wyraźnym przykładem, ponieważ zdjęcia zrobiłam dopiero jak już sobie trochę poużywałam, czyli w grudniu, ale nie od nowości;)

Do kluczowych składników kremu na dzień (zielona połowa) należy ekstrakt z zielonej herbaty i witamina C. Składniki te posiadają właściwości kojące, antyoksydacyjne i wspomagające oczyszczanie. Dzięki nim skóra ma być bardziej rozświetlona, elastyczna i w lepszej kondycji ogólnej. 

Krem na dzień posiada zielonkawą barwę oraz dość gęstą, kremową konsystencję. Już na pierwszy rzut oka wydał mi się cięższy niż jego kompan na noc, przez co parę razy sprawdziłam czy aby na pewno to on jest na dzień;) Wszystko się jednak zgadzało, więc nie pozostawało nic innego jak dalej używać;) Owa konsystencja powoduje, że tuż po nałożeniu na skórę pojawia się na niej biała maź. Wolę kremy, które rozprowadzają się bez śladowo niż te, które zdają się krzyczeć - patrz, to ja! Jestem Twoim kremem i teraz będę Cię nawilżał! Ale nie tak szybko Moja Droga... Ja nie jestem taki łatwy. Najpierw gra wstępna;) Kosmetyk trzeba więc starannie wklepać, co niestety zajmuje nieco więcej czasu niż w przypadku lżejszych konsystencji. Na szczęście mimo swojej gęstości krem szybko się wchłania i nie zostawia białej poświaty już po wklepaniu. Wręcz zaskakujące jest to jak lekki się staje już po wchłonięciu. Nie pozostawia po sobie praktycznie żadnego filmu, skóra jest po nim subtelnie zmatowiona. Wersja na dzień posiada słabo wyczuwalny zapach, który sam w sobie nie powinien nikomu przeszkadzać. Jakie są efekty stosowania tego kremu? Z powodzeniem mogłabym powtórzyć obietnice producenta. Krem dobrze się wchłania (pomijając to, że trzeba się przyłożyć przy rozprowadzaniu;)), więc skóra oddycha i nie jest obciążona. W moim odczuciu mógłby być nawet troszkę cięższy, gdyż dla mojej mieszanej cery stosowany solo w tych bardziej skłonnych do przesuszania partiach byłby nieco zbyt lekki na zimę. Na szczęście ja akurat mam w zwyczaju praktycznie zawsze stosować serum. Nie zaobserwowałam zapychania porów czy nadmiernego pojawiania się niedoskonałości. Mimo, że krem wchłania się do matu to zapewnia taką naturalną promienność cery. Jest ona również bardziej elastyczna i gładka;) Krem dobrze współgra z makijażem, również tym mineralnym.

Do najważniejszych składników kremu na noc należy lawenda, która nie tylko zapewnia zapach, ale także posiada właściwości kojące i antyoksydacyjne. Witamina E ma dodatkowo wzmocnić barierę ochronną skóry oraz zadbać o jej odżywienie. 

Konsystencja kremu na noc jest ultra-lekka, przypomina krem wodny;) Bardzo komfortowo się rozprowadza pozostawiając po sobie uczucie odświeżenia i wilgoci. Co ciekawe, mimo dużo lżejszej formuły wersja na noc otula skórę przyjemnym, nietłustym filmem ochronnym, którego troszkę brakuje w kremie na dzień. Kwestią dyskusyjną może być lawendowy zapach kremu. Niewątpliwie nie jest on taki bez powodu, ponieważ jak powszechnie wiadomo lawenda odstresowuje, ułatwia zasypianie i koi zmysły (przynajmniej w teorii). Osobiście nie należę do fanek owej woni, więc nie napawa mnie ona optymizmem. Jest jednak dla mnie akceptowalna. Nie poczułam bluesa do tego zapachu, ale też nie mogę powiedzieć żeby mnie dobijał zuchwale świdrując w nozdrzach;) Jest to zapach w stylu dam ci po nosie, ale ulotnię się szybciej niż myślisz! Na plus mogę zaliczyć też to, że woń jest naturalna. Żadna tam chemiczna lawenda;) Jeśli chodzi o efekty to krem na noc mocniej przypadł mi do gustu:) Nie dość, że jest leciutki i przyjemnie się rozprowadza to jeszcze pozostawia po sobie delikatny film ochronny, świetnie nawilża, odżywia i koi. Skóra jest po nim gładziutka i jednocześnie świeża. Nie przetłuszcza cery.

Krem oraz szerszy opis producenta wraz z przybliżeniem obu konsystencji znajdziecie na Jolse.


Lubicie produkty Neogen? Znacie krem Joan Kim?
Czytaj dalej »

niedziela, 6 stycznia 2019

Jak zapuścić brwi? Krótka historia moich brwi!

W maju ubiegłego roku we wpisie pt. 75 urodowych faktów o mnie wyznałam Wam, że poprawna regulacja brwi „odmieniła moje życie”. Z rozbrajającą szczerością muszę zaznaczyć, że byłam o tym święcie przekonana;) W końcu to kosmetyczka, czyli osoba, która (teoretycznie) się na tym zna, wyznaczyła mi taką, a nie inną linię brwi;) Sądziłam, że nie mam powodów żeby jej nie zaufać w takiej jakby się mogło wydawać – błahej kwestii, więc uwierzyłam jak dziecko i wzięłam to za prawdę objawioną;) Przez lata powielałam ten schemat w domu i od czasu do czasu odwiedzałam też kosmetyczkę;) Któregoś razu wysłałam mojej siostrze selfie na messengerze;) Napisała, że spoko tylko te brwi, takie cieniutkie… Ja oczywiście na to:, ale jak to? Kosmetyczka tak mi je wyregulowała, więc pewnie takie do mnie pasują;) Siostra wspomniała jednak, że jej koleżanka po nieudanym makijażu permanentnym brwi (pigment się nie utrzymał) szukała mniej trwałej alternatywy i trafiła na salon, w którym wykonuje się tzw. pudrową hennę brwi wraz z profesjonalnym wyznaczeniem łuku brwiowego za pomocą rysunków i pomiarów;) Z efektów była zadowolona, więc stwierdziłam, że też się wybiorę i przy okazji spróbuję również liftingu rzęs z botoksem i koloryzacją;) Muszę przyznać, że jeśli chodzi o lifting rzęs to byłam zadowolona jedynie przez chwilę;) Bez niezrobionych brwi było widać jakiś tam efekt, ale już po tej pudrowej hennie, kiedy to brwi stały się naprawdę wyraziste – rzęsy i cała reszta twarzy zeszły na drugi plan;) Poczułam się trochę jak człowiek, który ma już brwi, ale za to stracił rzęsy i twarz:D Łuk brwiowy został perfekcyjnie wyznaczony, ale henna była tak mocna, że byłam w lekkim szoku;) Do galerii handlowej weszłam w okularach przeciwsłonecznych, ponieważ czułam się bardzo nienaturalnie;) Z jednej strony wiedziałam, że usługa została wykonana należycie, ale z drugiej te brwi były dla mnie zbyt mocne;) Efekt miał się utrzymać do 2 tygodni na skórze i 6-8 tygodni na włoskach;) Po 2 dniach moje brwi wyglądały już tak jak na zdjęciu profilowym (zrobiłam je właśnie wtedy), czyli widać było już prześwity, a po 5 dniach nie zostało już nic. Ani na skórze ani na włoskach;) Moje brwi są bardzo oporne na hennę, więc nie byłam zaskoczona. Choć zaręczano mi, że ich henna jest wyjątkowo trwała i u każdego utrzymuje się super. Gdyby tak było to muszę przyznać, że pewnie korzystałabym regularnie;)

jak zapuścić brwi sposoby

Wiem… długi wstęp, ale chciałam precyzyjnie nakreślić sytuację;) Już po przekroczeniu drzwi gabinetu usłyszałam, że rzęsy mam ładne, ale te brwi to kto mi tak wyskubał? Ano inna kosmetyczka:D Radosna nowina brzmiała, że moje brwi jak najbardziej są do odratowania, ale będę musiała współpracować, czyli zaprzestać ich wyrywania;) Kosmetyczka oznajmiła, że od tego momentu mam zacząć je zapuszczać.

Ale jak ja mam zapuścić brwi? Przecież to się nie uda!


Long 4 Lashes na wzrost brwi

Zapytałam z niedowierzaniem, ponieważ z moich informacji wynikało, że jeśli ktoś przez lata nadmiernie wyrywał brwi to stają się one coraz słabsze aż w końcu przestają rosnąć i już ich się nie zapuści choćby nie wiem co;) Kosmetyczka zapewniła jednak, że moje z pewnością odrosną (a wyrywane były przez 12 lat);) Wystarczy na jakiś czas całkowicie zaprzestać samodzielnego wyrywania brwi i pozwolić im żyć swoim życiem;) W międzyczasie żeby nie wyglądać dziwnie, należy domalowywać brakujące włoski lub regularnie pojawiać się na takiej właśnie pudrowej hennie;) Z uwagi na to, że pudrowa henna okazała się u mnie nietrwała, a wydatek rzędu 80zł co 5 dni byłby już lekką przesadą – poszłam tą drugą drogą;) Byłam bardzo sceptyczna, co do tego, że samo pozostawienie brwi w spokoju pozwoli im wyjść na prostą, więc dopytywałam co jeszcze mogę zrobić? Pani powiedziała, że na koniec wizyty dostanę dwie szczoteczki – jedną do rzęs, a drugą do brwi. Tą drugą miałam energicznie czesać, wręcz drapać brwi – tak żeby pobudzić je do wzrostu. Ten sposób nie przekonał mnie zbyt mocno, ponieważ (i tu śmieszna anegdotka) mając 12 lat udało mi się wytrzeć brwi od częstego pocierania ich palcami;) Autentycznie;) „Stukałam” sobie brwi palcami, po pewnym czasie stały się one drapiące, a dalsze tego typu praktyki sprawiły, że brwi częściowo mi się wytarły (tak, odrosły wtedy:D). Wiedziałam więc, że z tą szczoteczką nie mogę być zbyt nadpobudliwa;) Niemniej praktykowałam to przez jakiś czas w nadziei, że zadziała;) Taka szczoteczka to niewielki wydatek (jeśli musimy zakupić we własnym zakresie), więc myślę, że mimo wszystko warto spróbować. A nuż coś da;) Ostatnią poradą, jaką usłyszałam były oczywiście odżywki:) Można sięgnąć po specjalną odżywkę do brwi lub używać tej przeznaczonej do rzęs. Miałam otwarte Long 4 Lashes serum do rzęs, które od czasu do czasu stosowałam zgodnie z przeznaczeniem, więc postanowiłam tym razem wypróbować je na brwiach:) Po jakimś czasie pomyślałam, że dołączę do niego również Delia Cosmetics Creator, czyli serum przyspieszające wzrost brwi i rzęs. Oba te sera okazały się być dobrym pomysłem. Być może bez nich brwi również by odrosły, ale możliwe, że przebiegałoby to wolniej i z nieco gorszym skutkiem. Najważniejsze było jednak to, że połączenie wszystkich tych zaleceń, czyli powstrzymywanie się od „skubania”, używanie szczoteczki i odżywek przyniosło zamierzone efekty. 
zapuszczanie brwi efekty

Zapuszczanie brwi efekty
Nie robiłam dokładnej „dokumentacji fotograficznej”, ponieważ nie sądziłam, że stworzę wpis na ten temat. Pomyślałam jednak, że być może komuś się przyda i przy okazji pośmiejemy się trochę;) 
Na 1 zdjęciu od góry mamy brwi po 1,5 tygodnia bez żadnej regulacji, na 2 zdjęciu po ok. miesiącu, a na 3 zdjęciu po ok. 1,5 miesiąca, ale dodatkowo z henną. Myślę, że mimo słabej jakości zdjęć (były robione tak po prostu w łóżku zaraz po przebudzeniu;)) dość wyraźnie widać efekt;) Obecnie ubytków, czyli tych pustych pól niepokrytych włoskami jest jeszcze mniej (ostatnie zdjęcie powyżej zrobione zostało w połowie sierpnia).
zapuszczanie brwi efekty
Tutaj jeszcze aktualne zdjęcie. Brwi z henną, ale taką, która farbuje jedynie włoski, więc widać stan faktyczny. Efekt po hennie wykonanej w salonie wygląda dużo bardziej starannie niż tutaj, ponieważ tam zostały najpierw perfekcyjnie wyrysowane kontury brwi, a następnie zostało to zabezpieczone i dokładnie wypełnione henną również, w miejscach, w których nie było włosków. Dzięki temu efekt był taki równy. A przy swojej domowej hennie Refectocil, która "nie łapie" mi skóry, nie jestem w stanie tego osiągnąć:) Niemniej poprawa jest znaczna. Może z czasem wyrośnie jeszcze trochę brakujących włosków. Ciężko mi to ładnie uchwycić z bliska, ale macie taki ogólny zarys;)

Moje brwi nie są takie maksymalnie gęste, ale pierwotnie, czyli zanim zaczęłam jakąkolwiek regulację również takie nie były. Z natury pamiętałam je jako dość szerokie, ale nieco rzadkie;) Zresztą według mnie mało kto ma takie totalnie gęste brwi z natury. Sporo osób posiada takie wręcz niewidoczne brwi, które muszą stworzyć makijażem niemal od podstaw;) A ja chociaż powątpiewałam czy to się uda – z efektów jestem zadowolona. Efekt musi być naprawdę widoczny, ponieważ mnóstwo osób dostrzegło te moje odrodzone brwi wyrażając swoją aprobatę;) Większość komentarzy brzmiało, że zupełnie inny człowiek/inna twarz, super etc. A ja oglądając swoje stare zdjęcia podśmiewam się pod nosem;) Cóż… chociaż raz warto było posłuchać kogoś innego;) I chociaż henna zastosowana w salonie była u mnie nietrwała jak każda inna wcześniej mi znana to przynajmniej dowiedziałam się jak powinny wyglądać moje brewki;) Człowiek jednak uczy się przez całe życie;) A więc podsumowując…


Jak zapuścić brwi?


Delia Cosmetics Creator odżywka do brwi i rzęs


1. Zaprzestać regulowania brwi pozwalając im „wykiełkować”. Można oczywiście wyrywać pojedyncze włoski, które rosną poza ustalonym przez nas „łukiem idealnym”. 


2. Energicznie przeczesywać brwi za pomocą szczoteczki do czesania brwi, która może pomóc pobudzić ich wzrost (może to być nawet stara szczoteczka po tuszu). 


3. Sięgnąć po odżywki przeznaczone typowo do brwi albo do rzęs. Ja używałam serum przyspieszające wzrost rzęs Long 4 Lashes marki Oceanic i Delia Cosmetics Creator, czyli serum na wzrost rzęs i brwi. Można też oczywiście poeksperymentować z innymi odżywkami. U mnie wybór padł na te, ponieważ po prostu miałam je na stanie.


4. Można też posiłkować się metodami naturalnymi takimi jak np. olej rycynowy lub inne oleje. Ich zaletą jest to, że ładnie nawilżą i nabłyszczą włoski. Niemniej sama podczas swojej akcji zapuszczania brwi nie korzystałam z tej metody. Była mi ona już bowiem wcześniej znana i uważam ją za niezbyt skuteczną. Poza tym w moim przypadku po zastosowaniu tak tłustych produktów w okolicach powiek i brwi pojawiają się dość uciążliwe drobne krostki. 


5. Henna brwi i/lub makijaż brwi. Jeśli nie możemy patrzeć na te „kiełkujące włoski”, a na naszych brwiach henna dobrze się utrzymuje, warto po nią sięgnąć. Dla wielu osób usługa, o której wspomniałam na wstępie będzie super opcją, ponieważ w większości przypadków rzeczywiście utrzymuje się przez kilka tygodni (ja miałam pecha). Plusem jest to, że owa henna „łapie” też skórę, zatem dobrze maskuje ubytki. Dla opornych na hennę lub nieprzekonanych do niej pozostaje domalowywanie włosków kredką lub pomadą aż w końcu nie będzie takiej potrzeby. Ja czułam się naprawdę dziwnie domalowując sobie taką fikcyjną linię brwi, ale nie miałam innego wyboru;) Teraz już "jadę" po tej linii, która mi odrosła.

6. Jeśli nic nie działa - skorzystaj z prawa przyciągania:D Wizualizuj, że już masz te brwi aż w końcu odrosną:D


Czy każdy może skutecznie zapuścić i odbudować naturalny łuk brwiowy?


Niestety nie. Niektórym włoski nie odrastają mimo starań. Nie ma reguły, ale zawsze warto spróbować i może akurat się uda tak jak w moim przypadku? Mojej mamie np. włoski w obrębie łuku brwiowego nie rosną. W czasach jej młodości była moda na cieniuteńkie brwi i takie jej już pozostały. Choć na dobrą sprawę nie wiem jakie miała z natury. Musiałabym to sprawdzić na zdjęciach;) W ostateczności zawsze pozostaje makijaż permanentny brwi, który mnie osobiście kusi, ponieważ nie musiałabym już ich dodatkowo malować. W moim przypadku jest to jednak niepewna akcja, ponieważ z tego co się dowiadywałam bywa, że u osób, które słabo reagują na hennę (tak jak ja) pigment również się nie utrzymuje. Musiałabym spróbować żeby się przekonać. Chciałabym, ale z drugiej strony martwi mnie wizja kasy wyrzuconej w błoto. Także póki co pozostaję z tym co wyhodowałam, a koloru dodaję sobie kredką lub pomadą.


A jak się mają Wasze brewki? Doświadczyliście jakichś śmiesznych historii albo wpadek na miarę Eweliny?;) Może znacie jakieś inne sposoby na pobudzenie brwi do wzrostu?
Czytaj dalej »

piątek, 4 stycznia 2019

Promocja w Rossmannie 2+2 gratis styczeń 2019 na produkty przyjazne naturze!

Klub Rossmann w 2019 roku nadal ma się dobrze i wkrótce startuje z kolejną promocją:) Już za parę dni promocja w Rossmannie 2+2 gratis na produkty najlepsze dla Ciebie i przyjazne dla natury;) Zatem coś dla miłośników tych „lepszych” składów;) Promocja nosi nazwę – Zadbaj o siebie, zadbaj o naturę;)
Promocja w Rossmannie 2+2 styczeń 2018, rossmann styczeń 2019

Promocja w Rossmannie 2+2 styczeń 2019


Akcja promocyjna skierowana jest dla członków Klubu Rossmann.

Promocja trwa w dniach od 9 do 18 stycznia 2019 lub do wyczerpania zapasów.


Promocja obejmuje zakup 4 różnych produktów z sekcji zdrowe odżywianie oraz produktów przyjaznych naturze, które oznaczone zostaną zieloną etykietą, a także zostaną podane w regulaminie na stronie Rossmann. Produkty mogą być z tej samej kategorii. Muszą się jedynie różnić kodami kreskowymi.


Nie wiem jak będzie w tym roku, ale rok temu oprócz produktów spożywczych można było kupić wybrane kosmetyki z tych nieco bardziej eko np. Yope, Alterra etc. Trzeba poczekać na listę produktów;)


Trzeba przyznać, że Rossmann od dłuższego czasu nie zaskakuje, ponieważ promocje są powtarzalne i przewidywalne, ale ma to też swoje plusy. Chociaż z drugiej strony przydałby się jakiś powiew świeżości;) Jeszcze nie wiem czy skorzystam tym razem z promocji, ale Rossmann ma sporo ciekawych przysmaków, więc niewykluczone, a jeśli chodzi o kosmetyki to już zależy od tego czy promocją zostanie objęte coś co będzie mi potrzebne;)


Zamierzacie skorzystać ze styczniowej promocji w Rossmannie?

Zobacz też:


Czytaj dalej »

środa, 2 stycznia 2019

Make Me Bio woda różana!

Jeszcze nie tak dawno, ponieważ jakieś 2-3 lata temu unikałam jak ognia kosmetyków, które miały cokolwiek wspólnego z różą. Uwielbiam dostawać róże i wcale nie są dla mnie oklepane, ale woń różanych kosmetyków często mnie odrzuca;) Zupełnie nie przypominają znanego mi delikatnego aromatu ciętych róż. Ich zapach najczęściej jest babciny i niezbyt zachęcający;) Niemniej któregoś razu „zatkałam nos” i postanowiłam dać szansę chociażby kremom i wodom różanym;) Obecnie mam już za sobą niejedno zużyte opakowanie wody różanej z kilku marek. Dziś o tej, którą zużyłam kilka dni przed świętami, czyli Make Me Bio
Make Me Bio hydrolat z róży



Hydrolat z róży damasceńskiej przeznaczony jest do wszystkich rodzajów skóry. Zwłaszcza zmęczonej, dojrzałej i wrażliwej. Ma on za zadanie przywrócić skórze blask, dokładnie ją oczyścić zmniejszając tym samym zmiany trądzikowe. Oprócz tego wygładza, nawilża oraz uelastycznia skórę. Może być stosowany nie tylko na twarz, ale i na włosy, sprawiając, że staną się one bardziej elastyczne i odżywione. 
Woda różana Make Me Bio

Woda różana Make Me Bio umieszczona została w zgrabnej plastikowej buteleczce o pojemności 100ml. Na opakowaniu nie mamy oznaczenia PAO, zatem obowiązuje data ważności. Opakowanie zostało wyposażone w atomizer, wodę można więc używać w formie mgiełki. Przyznam, że ja jednak wolę tradycyjne wylewanie na wacik, ponieważ tak jest dla mnie wygodniej i sprawniej;) Dlatego też odcięłam rurkę i używałam bardziej tradycyjnie odkręcając nakrętkę;) Z pewnością przyczyniło się to do zmniejszenia wydajności, ale nie ukrywam, że komfort stosowania jest dla mnie najważniejszy;)

Produkt Make Me Bio oparty jest w 100% na Rosa Damascena. Nie ma tu więc mowy o żadnym oszustwie jeśli chodzi o skład. Czysta woda różana. Hydrolat ten posiada przezroczystą barwę i jak na mój gust daleki od przyjemnego zapach;) Ale tak jak już wspomniałam na wstępie, wód różanych zdecydowanie nie używam w celach aromatycznych;) Muszę przyznać, że moja poprzednia woda różana prosto z Bułgarii pachniała bardziej znośnie. Przy tej natomiast pierwsze dni były ciężkie i nie byłam pewna czy nie zrobi mi się niedobrze od tej wątpliwej woni. No, ale cóż… jak wiecie hydrolaty dość często nie pachną zbyt zalotnie. Jak sięgnę pamięcią to miewałam gorsze, np. bodajże z rumianku. Postanowiłam więc nie rozczulać się zbytnio nad tym zapachem;) Na szczęście nie należy on do tych długotrwałych. Znika niemal od razu po aplikacji, a nałożenie dalszej pielęgnacji skutecznie załatwia sprawę. Także nie zrażajcie się;) Poza tym czytałam, że dla niektórych jest on cudowny także nie wnikam;) Wodę różaną stosowałam jako tonik po uprzednim oczyszczeniu twarzy pianką, czyli przed zastosowaniem dalszej pielęgnacji typu serum/krem i inne wynalazki. Przyznam, że bardzo dobrze spisała się ona u mnie w tej roli. Jej największą zaletą jest łagodność dla skóry. Nie odczuwałam żadnego ściągnięcia, a przyjemne ukojenie. Zwłaszcza gdy skóra była lekko podrażniona lub miejscowo przesuszona co niestety od czasu do czasu zdarza się zimą. Po jej użyciu cera zawsze była lekko rozświetlona i dobrze przygotowana na przyjęcie kolejnych kosmetyków. Jedynymi wadami był wspomniany zapach oraz mała pojemność, ponieważ te 100ml wystarczyło mi na jakieś 2 tygodnie stosowania. Mimo tego z działania byłam zadowolona i ciekawi mnie jeszcze woda waniliowa z tej marki. Cena należy do przystępnych, ponieważ jej koszt to kilkanaście złotych.

Lubicie wodę rózaną? Znacie hydrolaty Make Me Bio?

Czytaj dalej »

niedziela, 30 grudnia 2018

Kosmetyczny badziew 2018 roku!

Lubię pisać przede wszystkim o kosmetykach, które się u mnie sprawdziły i polecać dobre produkty. Robię to z rozkoszą:P Pisanie o fajnych kosmetykach jest proste i przyjemne, a ja nie widzę zbyt dużego sensu w rozwodzeniu się nad słabymi produktami. Życie jest wystarczająco ciężkie żeby skupiać się na negatywach jeszcze na blogu;) Ale raz na jakiś czas trzeba sobie upuścić i dzisiaj zapraszam na mój kosmetyczny badziew 2018 roku, czyli mówiąc nieco bardziej elegancko – kosmetyczne rozczarowania;) Miały być rozczarowania, ale jednak mam duży sentyment do słowa badziew:P Ola podsunęła mi jeszcze słowo dziadostwo i nie powiem - również było kuszące (to takie polskie!), ale już pozostawiłam tą pierwotną myśl i oto mamy tenże przykry wpis;) Biorąc pod uwagę moje zdecydowanie ponadprzeciętne całoroczne zużycia i ilość rzeczy jakie do mnie trafiają, nie ma tego wiele, ale trafiło się parę czarnych owiec - dokładnie 6 najgorszych kosmetyków tego roku;)


1. Czarszka Aksamitny balsam do demakijażu twarzy


najgorsze kosmetyki 2018 blog

Absolutne pierwsze miejsce wśród "badziewiów" 2018 roku. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób jest hitem, ale to mój badziew i moja opinia. Nie i jeszcze raz nie. Zrobił mi masakrę na twarzy! Nie wiem dlaczego, ale takie są fakty. Pełny wpis znajdziecie tutaj

2. Ministerstwo Dobrego Mydła balsam w sztyfcie  śliwka


najgorsze kosmetyki 2018 blog
Totalna porażka. To produkt, który zamiast uprzyjemniać pielęgnację, skutecznie ją uprzykrza. Odsyłam do recenzji


3. Ziaja Lano Maść



najgorsze kosmetyki 2018 blog
Może najpierw wyjaśnię o co chodzi z tą maścią bo być może nie każdy wie;) Na opakowaniu mamy napisane, że jest to produkt przeznaczony do pielęgnacji brodawek sutkowych w okresie ciąży i karmienia. Kosmetyk ten oparty jest jednak na lanolinie i dość szeroko polecany jako ratunek na spierzchnięte usta;) Swoją sztukę Lano-maści wygrzebałam z zapasów jakoś w styczniu. Długo tam leżała, ponieważ nie byłam do niej przekonana. Mam jednak wymagające usta i pomyślałam, że skoro już ją posiadam to czemu by nie spróbować skoro tak wielu osobom podobno uratowała usta?;) Początkowo nawet wydawało mi się, że działa. Zwłaszcza, że otula usta treściwą warstewką. Jednak przy dłuższym, regularnym stosowaniu było już tylko gorzej, a usta stawały się coraz bardziej podrażnione. Ostatecznie maść znalazła u mnie zastosowanie jedynie na skórę wokół nosa podczas kataru. Choć i tu szału nie robi. Poza tym katar mam rzadko, więc po dziś dzień nie udało mi się jej zużyć. Możliwe, że mam po prostu uczulenie na lanolinę... Choć jest to mało prawdopodobne, ponieważ skłonność do alergii mam niemal zerową. Niemniej mam jeszcze w zapasie Lanolips i jeśli zafunduje mi podobne atrakcje to już będzie wiadomo, że to jednak uczulenie. Wtedy to już niczyja wina;)

4. Perfecta Endorfinium Aroma


najgorsze kosmetyki 2018 blog

Któregoś razu dostałam serię Perfecta Endorfinum Aroma mającą nie tylko pielęgnować, ale także hamować wydzielanie hormonu stresu. W sumie od razu miałam złe przeczucia... Użyłam trochę jednego z nich (primer) i tak perfidnego zapachu tanich perfum w kosmetykach dawno nie czułam, a do tego efekt był żaden:P Nie mogłam tego zdzierżyć, więc całe trio łącznie z tym napoczętym produktem oddałam siostrze;) Ona też stwierdziła, że daje po nosie;)

5. Lovely Banana Chocolate



najgorsze kosmetyki 2018 blog
Kupiłam go podczas promocji w Rossmannie ze względu na to, że miał ładne opakowanie, zapach, cenę i w ogóle był chwalony;) I nie to żeby to był klasycznie zły produkt bo ma przyjemną formułę, ale jest to zdecydowanie kosmetyk dla bladziochów. Moją cerę bielił prze-okrutnie i musiałam się z nim obchodzić jak z jajkiem;) Cierpliwości nie wystarczyło mi na zbyt długo, więc nie mieszka już w mojej toaletce. Ja to jednak nie mogę ufać opiniom innych w kwestii makijażu:D Zwłaszcza tych o dużo jaśniejszej karnacji, gdyż już nieraz przejechałam się na „słoczyku” z bladej ręki:P

6. Lovely Creamy Chocolate


Ten bronzer trafił do mnie w podobnych okolicznościach, ale kto go nazwał brozerem, tego po dziś dzień nie wiem?;) Mogłam go sobie kilo nałożyć, a i tak wtapiał się w moją skórę, a nawet był od niej jaśniejszy:D Dla bardzo jasnych cer może być jednak spoko. Może nawet być jedynym rozwiązaniem, ponieważ takim karnacjom trudno dobrać tego typu produkt... No, ale dla mnie to jest żart, a nie bronzer.



Tak się przedstawia moich 6 najgorszych kosmetyków, jakich miałam nieprzyjemność spróbować w 2018 roku. 

Czy jest tu jakiś punkt wspólny łączący wszystkie te produkty? A i owszem. Każdy z nich był szeroko polecany i chwalony, a ja jak wiecie najlepiej wychodzę na tym gdy sama wybieram produkt - nie sugerując się zbytnio opiniami innych;) Połowę z tych produktów dostałam w prezencie. A z drugą połową niepotrzebnie zaufałam, usypiając swoją intuicję:D A w przypadku pudrów i Lano-maści, kierując się również niską ceną;) Mimo wszystko te 6 produktów w skali moich ogromnych rocznych zużyć to takie tyci-tyci;)


I to by było na tyle, a Wy na jaki kosmetyczny badziew trafiliście w tym roku?

Szczęśliwego Nowego Roku😊
Czytaj dalej »