Raczej nie garnę się do
używania kosmetyków samoopalających, ale dla marki Vita Liberata raz na jakiś czas robię wyjątek. Wszystko to dlatego,
że zarówno ich jakość jak i komfort stosowania są na naprawdę wysokim
poziomie:) W styczniu trafiły do mnie „kropelki słońca” pod postacią serum i
muszę przyznać, że był to produkt, który intrygował mnie już od dłuższego
czasu. Mamy wiosnę, więc to chyba dobry moment na tego typu wpis:)
Vita Liberata Self Tanning Anti Age Serum
Serum ma za zadanie nadać
skórze subtelny złoty blask i równocześnie zapewnić jej kompletną pielęgnację. W
swoim składzie zawiera m.in. wyciąg z róży i z ogórka, a także peptydy.
Odpowiednio dobrany poziom dihydroksyacetonu (DHA) umożliwia wybór
intensywności opalenizny. Możemy dodać 1-3 krople serum do kremu lub zastosować samodzielnie.
Samopalające serum Vita
Liberata otrzymujemy w maleńkim białym pojemniczku o pojemności 15ml. Ładne,
nie zajmuje wiele miejsca. Czego chcieć więcej?;) Na zużycie mamy 6 miesięcy od
momentu otwarcia. Serum zostało wyposażone w dozownik w postaci pipety, która
działała u mnie sprawnie. W pewnym momencie byłam co prawda pewna, że mi się
popsuła, ale już przy następnym zastosowaniu wszystko wróciło do normy. Zapach
serum to według mojego nosa coś w kierunku moczonych w wodzie rodzynek;) Nie
jest dokuczliwy. Uznałabym go nawet za całkiem przyjemny. Konsystencja zaś
bardzo ciekawa i komfortowa w stosowaniu. Niektórzy określają ją mianem „suchego
olejku”. Mnie jednak bardziej przypomina coś w rodzaju silikonowej bazy pod
makijaż. Po zastosowaniu daje takie przyjemne wrażenie „wypełnienia” skóry.
Sposoby stosowania Vita Liberata Self Tanning Anti Age Serum są dwa. Możemy codziennie dodawać 1-3
kropelki serum do używanego przez nas kremu lub nałożyć solo na oczyszczoną i
uprzednio wypeelingowaną twarz. Ja uznałam, że serum niekoniecznie super się
połączy z moją pielęgnacją, więc postanowiłam stosować je solo jedynie raz na
jakiś czas. Nie należę do bladzioszków, ale jak już wspominałam przy wpisie z
tonikiem Pixi, zawarty w nim kwas glikolowy powoduje u mnie dość spektakularne
rozjaśnienie cery. I mimo, że działanie toniku naprawdę bardzo mi się podobało
to blednięcie było dla mnie takim drobnym efektem ubocznym;) Zwłaszcza, że w
jego wyniku niektóre kosmetyki do makijażu potrafiły się potem odcinać od mojej
skóry;) Serum było, więc dla mnie jak znalazł. Tym bardziej, że zaserwowało mi
na tyle intensywne działanie, że nie musiałam po nie sięgać często:) Mój patent
na aplikację był prosty. Oczyszczałam skórę, robiłam peeling gommage (Mizon),
przecierałam łagodnym tonikiem i starałam się dokładnie rozprowadzić
serum po twarzy, szyi i dekolcie. W taki „samoopalający wieczór” nie nakładałam
już kremu. Wystarczyła grubsza warstwa serum, która zdecydowanie zaspakajała
wszelkie potrzeby mojej cery na pielęgnację. Musiałam się wręcz pilnować żeby
nie dotykać skóry zachwycając się jej miękkością i gładkością, gdyż pewnie
nabawiłabym się drobnych smug;) Również rano nie odczuwałam żadnych
niedostatków w pielęgnacji typu brak nawilżenia czy inne przykrości. Muszę
jednak przyznać, że przy ilości, jaką nakładałam, po kilku godzinach pojawiał
się swoisty, mało przyjemny zapaszek. Którejś nocy utrudniał mi zasypianie,
więc uznałam, że niegłupim pomysłem będzie, jeśli serum będę aplikować rano w
jakiś dzień, kiedy od rana nie nakładam makijażu;) Czyli np. sobota;) Po
południu zmywanie i w razie potrzeby można się umalować. Serum można oczywiście
stosować również pod makijaż, mieszając je np. z kremem na dzień. Ale ja
uznałam, że lepiej będzie je stosować nie nakładając już makijażu;) Poza tym
zależało mi żeby nie sięgać po ten produkt codziennie, a jedynie wedle potrzeb
i ochoty;) A w przypadku dodawania serum do kremu, efekt byłby subtelniejszy,
więc trzeba by było stosować je regularnie;) Zaś przy moim patencie uzyskiwałam
efekt murowany. Jak po wakacjach:D Po takim jednorazowym zastosowaniu widoczna opalenizna
utrzymywała się u mnie kilka dni. A ogólny koloryt był bardziej złocisty tak do
1,5 tygodnia. Średnio więc sięgałam po nie raz na 2-2,5 tygodnia:)
Satysfakcjonujące, prawda? Muszę jednak lojalnie uprzedzić, że moja skóra nie
dość, że z natury nie należy do bladych to jeszcze jest podatna zarówno na
naturalne opalanie jak i to w butelce;)
I na koniec podzielę się jeszcze moją małą wpadką związaną z zastosowaniem serum Vita Liberata;) Pewnej soboty nałożyłam je rano. Następnie po południu dokładnie zmyłam i przyszło mi do głowy żeby zrobić hennę brwi;) Jak już kiedyś wspominałam, moje brwi są oporne na hennę, więc jeśli już ją robię to nakładam nawet na 1,5h;) Tym razem spotkała mnie niespodzianka w postaci dość intensywnie pomarańczowego górnego konturu brwi:D Albo niedokładnie zmyłam serum na linii brwi albo ono mimo wszystko jeszcze działało i weszło w reakcję z henną;) Nie wiem co mi strzeliło do głowy żeby przeprowadzić oba zabiegi jednego dnia;) Pomarańczowe ślady utrzymały się na linii brwi bity tydzień;) Abstrahując jednak od tego niemądrego pomysłu - w moim odczuciu serum jak najbardziej warte wypróbowania:)
I na koniec podzielę się jeszcze moją małą wpadką związaną z zastosowaniem serum Vita Liberata;) Pewnej soboty nałożyłam je rano. Następnie po południu dokładnie zmyłam i przyszło mi do głowy żeby zrobić hennę brwi;) Jak już kiedyś wspominałam, moje brwi są oporne na hennę, więc jeśli już ją robię to nakładam nawet na 1,5h;) Tym razem spotkała mnie niespodzianka w postaci dość intensywnie pomarańczowego górnego konturu brwi:D Albo niedokładnie zmyłam serum na linii brwi albo ono mimo wszystko jeszcze działało i weszło w reakcję z henną;) Nie wiem co mi strzeliło do głowy żeby przeprowadzić oba zabiegi jednego dnia;) Pomarańczowe ślady utrzymały się na linii brwi bity tydzień;) Abstrahując jednak od tego niemądrego pomysłu - w moim odczuciu serum jak najbardziej warte wypróbowania:)
Znacie
serum lub inne kosmetyki Vita Liberata?











































