niedziela, 7 kwietnia 2019

Vita Liberata Self Tanning Anti Age Serum – lato ukryte w małej butelce!

Raczej nie garnę się do używania kosmetyków samoopalających, ale dla marki Vita Liberata raz na jakiś czas robię wyjątek. Wszystko to dlatego, że zarówno ich jakość jak i komfort stosowania są na naprawdę wysokim poziomie:) W styczniu trafiły do mnie „kropelki słońca” pod postacią serum i muszę przyznać, że był to produkt, który intrygował mnie już od dłuższego czasu. Mamy wiosnę, więc to chyba dobry moment na tego typu wpis:)

Vita Liberata Self Tanning Anti Age Serum

Vita Liberata Self Tanning Anti Age Serum


Serum ma za zadanie nadać skórze subtelny złoty blask i równocześnie zapewnić jej kompletną pielęgnację. W swoim składzie zawiera m.in. wyciąg z róży i z ogórka, a także peptydy. Odpowiednio dobrany poziom dihydroksyacetonu (DHA) umożliwia wybór intensywności opalenizny. Możemy dodać 1-3 krople serum do kremu lub zastosować samodzielnie. 
Vita Liberata serum

Samopalające serum Vita Liberata otrzymujemy w maleńkim białym pojemniczku o pojemności 15ml. Ładne, nie zajmuje wiele miejsca. Czego chcieć więcej?;) Na zużycie mamy 6 miesięcy od momentu otwarcia. Serum zostało wyposażone w dozownik w postaci pipety, która działała u mnie sprawnie. W pewnym momencie byłam co prawda pewna, że mi się popsuła, ale już przy następnym zastosowaniu wszystko wróciło do normy. Zapach serum to według mojego nosa coś w kierunku moczonych w wodzie rodzynek;) Nie jest dokuczliwy. Uznałabym go nawet za całkiem przyjemny. Konsystencja zaś bardzo ciekawa i komfortowa w stosowaniu. Niektórzy określają ją mianem „suchego olejku”. Mnie jednak bardziej przypomina coś w rodzaju silikonowej bazy pod makijaż. Po zastosowaniu daje takie przyjemne wrażenie „wypełnienia” skóry. 
Vita Liberata serum samoopalające

Sposoby stosowania Vita Liberata Self Tanning Anti Age Serum są dwa. Możemy codziennie dodawać 1-3 kropelki serum do używanego przez nas kremu lub nałożyć solo na oczyszczoną i uprzednio wypeelingowaną twarz. Ja uznałam, że serum niekoniecznie super się połączy z moją pielęgnacją, więc postanowiłam stosować je solo jedynie raz na jakiś czas. Nie należę do bladzioszków, ale jak już wspominałam przy wpisie z tonikiem Pixi, zawarty w nim kwas glikolowy powoduje u mnie dość spektakularne rozjaśnienie cery. I mimo, że działanie toniku naprawdę bardzo mi się podobało to blednięcie było dla mnie takim drobnym efektem ubocznym;) Zwłaszcza, że w jego wyniku niektóre kosmetyki do makijażu potrafiły się potem odcinać od mojej skóry;) Serum było, więc dla mnie jak znalazł. Tym bardziej, że zaserwowało mi na tyle intensywne działanie, że nie musiałam po nie sięgać często:) Mój patent na aplikację był prosty. Oczyszczałam skórę, robiłam peeling gommage (Mizon), przecierałam łagodnym tonikiem i starałam się dokładnie rozprowadzić serum po twarzy, szyi i dekolcie. W taki „samoopalający wieczór” nie nakładałam już kremu. Wystarczyła grubsza warstwa serum, która zdecydowanie zaspakajała wszelkie potrzeby mojej cery na pielęgnację. Musiałam się wręcz pilnować żeby nie dotykać skóry zachwycając się jej miękkością i gładkością, gdyż pewnie nabawiłabym się drobnych smug;) Również rano nie odczuwałam żadnych niedostatków w pielęgnacji typu brak nawilżenia czy inne przykrości. Muszę jednak przyznać, że przy ilości, jaką nakładałam, po kilku godzinach pojawiał się swoisty, mało przyjemny zapaszek. Którejś nocy utrudniał mi zasypianie, więc uznałam, że niegłupim pomysłem będzie, jeśli serum będę aplikować rano w jakiś dzień, kiedy od rana nie nakładam makijażu;) Czyli np. sobota;) Po południu zmywanie i w razie potrzeby można się umalować. Serum można oczywiście stosować również pod makijaż, mieszając je np. z kremem na dzień. Ale ja uznałam, że lepiej będzie je stosować nie nakładając już makijażu;) Poza tym zależało mi żeby nie sięgać po ten produkt codziennie, a jedynie wedle potrzeb i ochoty;) A w przypadku dodawania serum do kremu, efekt byłby subtelniejszy, więc trzeba by było stosować je regularnie;) Zaś przy moim patencie uzyskiwałam efekt murowany. Jak po wakacjach:D Po takim jednorazowym zastosowaniu widoczna opalenizna utrzymywała się u mnie kilka dni. A ogólny koloryt był bardziej złocisty tak do 1,5 tygodnia. Średnio więc sięgałam po nie raz na 2-2,5 tygodnia:) Satysfakcjonujące, prawda? Muszę jednak lojalnie uprzedzić, że moja skóra nie dość, że z natury nie należy do bladych to jeszcze jest podatna zarówno na naturalne opalanie jak i to w butelce;) 

I na koniec podzielę się jeszcze moją małą wpadką związaną z zastosowaniem serum Vita Liberata;) Pewnej soboty nałożyłam je rano. Następnie po południu dokładnie zmyłam i przyszło mi do głowy żeby zrobić hennę brwi;) Jak już kiedyś wspominałam, moje brwi są oporne na hennę, więc jeśli już ją robię to nakładam nawet na 1,5h;) Tym razem spotkała mnie niespodzianka w postaci dość intensywnie pomarańczowego górnego konturu brwi:D Albo niedokładnie zmyłam serum na linii brwi albo ono mimo wszystko jeszcze działało i weszło w reakcję z henną;) Nie wiem co mi strzeliło do głowy żeby przeprowadzić oba zabiegi jednego dnia;) Pomarańczowe ślady utrzymały się na linii brwi bity tydzień;) Abstrahując jednak od tego niemądrego pomysłu - w moim odczuciu serum jak najbardziej warte wypróbowania:)


Znacie serum lub inne kosmetyki Vita Liberata?
Czytaj dalej »

środa, 3 kwietnia 2019

Kosmetyki Purito - czy sprawdziły się w mojej pielęgnacji?

Dzisiaj coś dla zwolenników naturalnych i bezpiecznych składów:) Takimi szczyci się koreańska marka Purito:) W ich kosmetykach nie znajdziemy żadnego składnika z listy 20 szkodliwych ani 26 substancji alergennych;) Marka nie testuje również na zwierzętach, a ceny są stosunkowo przystępne;) Kierując się pierwszymi pozytywnymi opiniami klientów na Jolse, w lutym wdrożyłam do swojej porannej i wieczornej pielęgnacji łącznie 5 produktów Purito:) Mamy kwiecień, więc pora na ostateczny rekonesans:) Jest coś do oczyszczania, coś z witaminą C, a także stale zyskująca na popularności wąkrotka azjatycka;) Jak tego wszystkiego używałam i które kosmetyki wypadły najlepiej?

Purito kosmetyki czy warto


Purito Defence Barrier Ph Cleanser

Purito Defence Barrier Ph Cleanser

Żel do oczyszczania twarzy został umieszczony w prostej białej tubie o pojemności 150ml. Produkt jest przezroczysty o rzadkiej, żelowej konsystencji. Ładnie się pieni zarówno przy myciu ręcznym jak i w połączeniu ze szczoteczką do oczyszczania twarzy. Zapach żelu nie należy do najprzyjemniejszych;) Według mnie jest to miks olejku eukaliptusowego z nutą pasty do butów;) Pasta kiwi but ożywi:D Przyznaję, że początkowo mnie od niego odrzucało, ale przywykłam i z każdym dniem czułam go coraz mniej;) Na polskiej stronie Purito wyczytałam, że jest bezzapachowy, ale absolutnie się z tym nie zgodzę. Może chodziło o brak sztucznych dodatków zapachowych, bo sam produkt z pewnością pozbawiony woni nie jest;) Żel nie zawiera alkoholu ani żadnych substancji drażniących. Ma on za zadanie dogłębnie oczyszczać, nie naruszając przy tym naturalnej bariery ochronnej, a nawet wspomagać regenerację skóry i hamować podrażnienia. Żel stosowałam zarówno rano jak i wieczorem po demakijażu. Oczyszcza bardzo dobrze pozostawiając skórę gładką i nienapiętą. Choć właściwości regenerujących w jego przypadku raczej nie zaobserwowałam:)


Purito Centella Green Level Buffet Serum


Purito Centella Green Level Buffet Serum

Serum otrzymujemy w 60ml buteleczce, która wizualnie bardzo przypomina kosmetyki Benton. Butelka została wyposażona w sprawnie działającą pompkę. Produkt jest bezbarwny i posiada konsystencję rozwodnionego żelu. Rozprowadza się bardzo dobrze. Zapach to w tym przypadku połączenie lawendy ze świeżą nutką bergamotki. Określiłabym go jako całkiem przyjemny, a przecież do fanek zapachu lawendy raczej się nie zaliczam:) Jest on wyczuwalny jedynie w trakcie aplikacji. Serum Buffet stosowałam zawsze w pielęgnacji porannej. Najczęściej po uprzednim zastosowaniu esencji Secret Key. Serum dobrze się wchłania i nie obciąża cery. Zawarta w serum wąkrotka azjatycka łagodzi podrażnienia, zmniejsza przebarwienia, stymuluje syntezę kolagenu i elastyny, a także regeneruje i wygładza zmarszczki. W swoim przypadku zauważyłam przede wszystkim zmniejszenie przetłuszczania się skóry i wygładzenie. 


Purito Centella Green Level Recovery Cream


Purito Centella Green Level Recovery Cream

Krem został umieszczony w miękkiej 50ml tubce ułatwiającej kontrolowanie zużycia produktu;) Szata graficzna przypomina bardziej jakąś apteczną maść niż krem do pielęgnacji twarzy;) Kosmetyk posiada białą barwę i dość lekką kremową konsystencję. Rozprowadza się bardzo sprawnie. Choć lepiej nałożyć kilka mniejszych porcji niż jedną dużą, ponieważ przy większej ilości potrafi lekko bielić podczas aplikacji. 

Zapach jest zdecydowanie delikatniejszy niż w przypadku serum, ale w podobnej nucie. Dość świeży. Co ciekawe, jeśli nie nałożyłam makijażu i po kilku godzinach lekko potarłam skórę, a następnie powąchałam palec, zwykle wyczuwałam taką lekko wapienną nutę;) 

Produkt nie lepi się i nie odciąża skóry. Stanowi dobrą bazę pod makijaż, zwiększając jego trwałość, ponieważ w połączeniu z serum Buffet, na które go nakładałam zdecydowanie ogranicza wydzielanie sebum. Podobnie jak w przypadku serum, w składzie mamy wąkrotkę azjatycką (50% wyciągu z wąkrotki). Jest to krem regenerujący, wzmacniający barierę ochronną skóry, rozświetlający, nawilżający i wygładzający. Ponadto może wspomagać również gojenie się blizn i ran. Choć przyznam, że w tym przypadku nie wróżyłabym mu zbyt dużej skuteczności. Można go stosować zarówno do twarzy jak i ciała. Ale ja smarowałam nim jedynie tradycyjnie twarz, szyję i dekolt. Sporo tych obietnic i powiedziałabym, że spełnione zostały częściowo;) Nie odczuwałam przy nim jakiegoś szczególnego efektu regeneracji. Pewnie dlatego, że również nawilżenie było przeciętne. Krem nawilża, ale sam w sobie ani nawet w połączeniu z serum nie daje efektu fali nawilżenia. Na szczęście wszelkie niedostatki udało mi się uzupełnić stosując pod serum wspomnianą już esencję Secret Key, która w połączeniu z kremem i serum działa naprawdę w porządku. Sam duet Purito miał u mnie bardziej działanie regulujące niż kojąco-nawilżające. Mimo bardzo dobrego składu, jakiegoś składnika musiało mi tu zabraknąć:) Niemniej bardzo fajnie sprawdzał się pod makijaż. Krem przeznaczony jest do każdego rodzaju cery, ale sugerowałabym raczej tłustą i mieszaną. Moja jest co prawda mieszana, ale lubi trochę więcej nawilżenia niż to serwowane przez sam wąkrotkowy duecik sam w sobie. Także stosowanie dodatkowo esencji jak najbardziej wskazane;)


Purito Pure Vitamin C Serum


Purito Pure Vitamin C Serum

Serum z witaminą C umieszczone zostało w ciemnej 60ml butelce, która ma za zadanie dobrze chronić zawartość. Prawdopodobnie trafiło do mnie jednak nieco uszkodzone opakowanie, gdyż serum ulewało mi się z buteleczki w sposób niekontrolowany. Nawet, gdy stało tylko na półce. Próbowałam mocniej je dokręcić, ale nic to nie dało. Także regularnie wokół zatyczki pojawiało się serum, które utleniało się i zasychało zostawiając po sobie żółte ślady;) Niewątpliwie trochę produktu przez to straciłam, a niestety nie miałam odpowiedniej buteleczki zastępczej. Dobrze, że pojemność jest i tak wyższa niż standardowo;) Warto się nawet podzielić tym serum, ponieważ zaleca się je zużyć jak najszybciej (najlepiej w ciągu 2 miesięcy od otwarcia). Co ciekawe dosłownie parę dni temu czytałam o problemach z buteleczką, a nawet z dozowaniem produktu na innym blogu, więc możliwe, że nie była to jednostkowa sytuacja, a wadliwa partia. Przy moim kłopotów z dozowaniem nie było, ale wyciekanie kosmetyku mnie irytowało. 

Serum posiada lekką, lejącą się konsystencję. Bardzo dobrze się rozprowadza. Choć po aplikacji trochę się lepi i błyszczy. Dlatego najczęściej po zastosowaniu serum najpierw myłam zęby, a dopiero potem nakładałam krem z tej samej linii. Dzięki odczekaniu tych 3 minut lepiej udawało mi się je ogarnąć;) Zapach jest według mnie delikatny i nie powinien nikogo drażnić. Po kilku godzinach pojawia się jednak specyficzna woń typowa dla produktów z witaminą C. Dla niektórych jest ona nieprzyjemna. Ale ja akurat lubię ten swoisty zapach, więc nie było to dla mnie nic złego. Z kolei nad ranem zwykle wyczuwałam taką lekko ziemniaczaną nutę. Choć nie wiem czy zawdzięczałam ją bardziej serum czy kremowi, ponieważ stosowałam je w duecie;) 

Serum z witaminą C stosowałam codziennie wieczorem, z przerwami na maskę całonocną Sulwhasoo, po którą sięgałam co parę dni;) W przeciwieństwie do serum Buffet, to z witaminą C używałam bez uprzedniego zastosowania esencji, ponieważ witamina C lepiej działa zastosowana bezpośrednio na skórę. Także wcześniej robiłam jedynie demakijaż, oczyszczałam cerę i serum nakładałam zaraz po przetarciu skóry tonikiem. Produkt stosowałam na twarz, szyję oraz dekolt i muszę przyznać, że ma on tendencję do brudzenia. Zwykle pojawiały się u mnie żółte ślady wokół dekoltu na bluzce od piżamy. Jeśli chodzi o działanie to przebarwień nie mam, więc ciężko mi się wypowiedzieć w tej kwestii, ale przyznam, że serum bardzo przypadło mi do gustu. Nie jest co prawda tak łatwo wchłaniające się jak serum Buffet, które stosowałam rano, ale za to efekty są bardziej intensywne. Przede wszystkim ładnie rozświetla i uelastycznia cerę, a także delikatnie ją rozjaśnia. Można je stosować również pod oczy wspomagając redukcję cieni pod oczami. Ale niestety mój system aplikacji kosmetyków, a dokładnie kolejność, powodował, że najczęściej o tym zapominałam i nakładałam pod oczy tylko krem.


Purito Sea Buckthorn Vital 70 Cream


Purito Sea Buckthorn Vital 70 Cream

Krem zapakowany został w miękką biało-pomarańczową tubkę o pojemności 50ml. Dokładnie w tym samym stylu, co krem z wąkrotką;) Nic zwracającego uwagę, ale nie mogę powiedzieć żeby opakowanie nie było wygodne;) 

Produkt posiada dość lekką kremowo-żelową konsystencję, która sprawnie się rozprowadza i nie pozostawia po sobie tłustej ani lepkiej warstwy (nakładałam na wstępnie wchłonięte już serum). Jeśli trochę kremu zostanie na tubce to utlenia się pozostawiając po sobie ciemnopomarańczową plamę, ale to naturalne w przypadku produktów z witaminą C. 

Ogromnym atutem tego kremu jest przepiękny, rokitnikowy zapach. Świeży, soczysty i totalnie optymistyczny. Coś wspaniałego:) Po prostu mniam! Zapach nie utrzymuje się zbyt długo na skórze, a w tym przypadku trochę szkoda:) Ale przynajmniej było miło podczas smarowania. 
Krem w połączeniu z serum to moje ulubione produkty Purito. W przeciwieństwie do serii z wąkrotką, bardzo dobrze nawilżają twarz, szyję i dekolt. Cera staje się rozświetlona, delikatnie jaśniejsza, miękka i gładka. Po prostu promienna:) To bardzo uniwersalny duet, który powinien zrobić dobrą robotę przy większości typów cery:)
Od góry: Purito Centella krem, Purito Pure Vit C serum, Purito Sea Buckthorn Vital 70 krem. Dół: Purito Centella serum i Defence Barrier Cleanser.

Kosmetyki Purito są dostępne w Polsce. Ale jak to zwykle bywa, dużo taniej można je zamówić bezpośrednio z Korei, czyli np. na Jolse. Tym bardziej, że regularnie można trafić na dodatkowe promocje. Często pytacie mnie o czas oczekiwania na przesyłkę i tu warto wspomnieć, że przy odpowiedniej wartości zamówienia paczka dociera do Polski nawet w 3 dni.

Znacie kosmetyki Purito? Lubicie kosmetyki z wąkrotką azjatycką lub z witaminą C?
Czytaj dalej »

niedziela, 31 marca 2019

Oriflame 3 kosmetyczne gadżety, które wypróbowałam!

Należę do osób, które lubią ułatwiać sobie życie i chętnie sięgam po bardziej lub mniej przydatne gadżety;) Być może nie każdy wie, ale w ofercie marki Oriflame znajdziemy nie tylko kosmetyki do pielęgnacji skóry i włosów oraz kolorówkę, ale także akcesoria, dodatki, gadżety, a nawet suplementy diety. Dziś słówko o 3 niepozornych gadżetach, które można znaleźć w katalogu;)

Oriflame kosmetyczne gadżety


Trymer do brwi Remington


Trymer do brwi czy warto

Gdy ponad rok temu przeglądałam katalog Oriflame, dużym zaskoczeniem była dla mnie obecność trymera Remington:) Od razu zdecydowałam się go wypróbować:) Jego atutem jest kompaktowy rozmiar (trymer jest wielkości długopisu) i przyjemny dla oka design;) Urządzenie zasilane jest baterią AAA, która po ponad roku nadal działa. Trymer posiada precyzyjną końcówkę, więc przeznaczony jest do przycinania brwi lub pojedynczych wystających włosków w obrębie twarzy. Podobno niektórzy panowie wykorzystują go też do stylizacji zarostu. Choć ze względu na jego rozmiar wydaje mi się to nieco karkołomne:) U mnie przyrząd miał znaleźć zastosowanie w obrębie łuku brwiowego, ale muszę przyznać, że sprawdza się tylko częściowo. Mogę go używać do przycięcia pojedynczych niesfornych włosków, zwłaszcza tych, które lubią sobie wyrosnąć powyżej wyznaczonego łuku brwiowego, a także pomiędzy jedną a drugą brwią (czyli nad nosem). Jeśli natomiast chodzi o obszar poniżej łuku brwiowego to tutaj jest już trudniej. Po pierwsze, dlatego, że nie wszystkie włoski udaje się usunąć, a po drugie włoski poniżej łuku rosną mi bardzo szybko i w dodatku niektóre trzymają się naprawdę mocno, więc lepiej wyrwać je pęsetą;) Znalazłam jednak dla niego zastępcze zastosowanie – przycinanie wystających włosów z nosa;) Kształt trymera nie jest do tego, co prawda odpowiedni, ale ja bez problemu daję radę. Zwłaszcza, że to trwa tylko sekundkę;) Można też oczywiście zastosować na jakieś pojedyncze niechciane włoski w obrębie twarzy typu wąsik, ale u mnie na szczęście ten problem nie występuje. Naturalnie nie nadaje się on na mocno owłosione obszary, ponieważ szybko będzie się zapychał:) Przez chwilę miałam szatański pomysł żeby wypróbować na psie, ale jak tylko usłyszy dźwięk tego niepozornego trymera – zwiewa jak szalony;) W zestawie mamy jeszcze dodatkową nasadkę i "wymiatacz" do włosów (widoczne na pierwszym zdjęciu).


Przyrząd do czyszczenia szczotek do włosów

 
Przyrząd do czyszczenia szczotek do włosów, czym czyścić szczotki do włosów

To niepozorna rzecz, którą od dawna chciałam mieć. A teraz, gdy mam kilka szczotek do włosów, jest mi potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało:D Cóż można powiedzieć o przyrządzie do czyszczenia szczotek? Prosty jak konstrukcja cepa;) Zasady działania też raczej nie trzeba tłumaczyć;) 
jak czyścić szczotki do włosów
Czy działa? A i owszem:) Dużo łatwiej jest usunąć ze szczotek kurz, kłaczki i inne zanieczyszczenia bez zbędnego brudzenia sobie szlacheckich rąk;) Plus również za kompaktowy rozmiar. Jedyna wada jest taka, że podczas „pracy” przyrząd potrafi wyjść z trzonka;) Może to dlatego, że jak ja zacznę pucować to nie ma zmiłuj;) Nie jestem tak delikatna jak mogłoby się wydawać:D Tak czy inaczej polecam. Zwłaszcza, jeśli tak jak ja macie te kilka szczotek do czyszczenia;)

Rękawiczki do nawilżania


rękawiczki dotykowe do nawilżania dłoni

Jeśli kiedykolwiek czytaliście moje recenzje kremów do rąk to na pewno wiecie, że „rękawiczki do kremu” to mój bóg;) Moje must have;) Od lat nie miałam takiej sytuacji żebym nie zakładała rękawiczek przed nałożeniem kremu;) Najczęściej jest to na noc. Choć wcale nie śpię w rękawiczkach przez całą noc;) Często sprowadza się to do kilku minut i naprawdę wystarczy żeby osiągnąć efekt wzmacniający działanie kremu. Każdego kremu do rąk. Rękawiczki regularnie się zużywają, więc najczęściej mam w szufladzie ze 3 pary. Dotychczas używałam zwykłych bawełnianych rękawiczek z różnych firm. Natomiast nowe rękawiczki do nawilżania z Oriflame posiadają dodatkowy bajerek w postaci „funkcji dotykowej”;) Co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że możemy bez przeszkód korzystać ze swojego smartfona;) Opcja wydaje się mało przydatna, ale jakże istotna dla miłośników swoich ajfonów:D Można sobie nasmarować dłonie np. podczas wieczornych seansów z Netflixem lub HBO i w razie potrzeby swobodnie korzystać z telefonu;) Dla miłośników rękawiczek do kremu i technologii - w sam raz;) A tak przy okazji jakie seriale teraz oglądacie? Coś polecacie? 


Używacie jakichś niepozornych kosmetycznych gadżetów?;)
Czytaj dalej »

czwartek, 28 marca 2019

Domowa drogeria - edycja marcowa, czyli wiosenne nowości!

W  marcu nie było żadnej sensownej okazji typu urodziny czy święta, a imieniny dopiero za niecałe dwa miesiące. Ale mimo tego miesiąc sprzyjał kosmetycznym nowościom;) A najśmieszniejsze, że większość z nich trafiła do mnie jednego dnia, co spowodowało niemały chaos;) Pomijając kwestie kosmetyczne, miesiąc obfitujący raczej w dziwne zdarzenia. Pod względem zdrowotnym ciągle stoję w miejscu. I to niekoniecznie w tym, w którym chciałabym stać;) A w dodatku któregoś dnia wszystko leciało mi z rąk i z samego rana udało mi się zalać herbatą biurko komputerowe wraz z lampką, kalendarzem, przyborami do pisania etc. Po południu zaś pacnęłam storczyka zalewając tym samym znów biurko, router i przedłużacz. Potem jeszcze polałam się herbatą. Brawo ja:D 


Na początek moje zakupy;) Trzeba przyznać, że nie próżnowałam i już pierwszego dnia miesiąca wybrałam się po zakup pewnego suplementu. W aptece nie było i tym oto sposobem odkryłam jakiś nowy sklep ze zdrową żywnością etc. Tam też go nie uświadczyłam, ale były nieznane mi niemieckie eko pomadki pielęgnacyjne marki Neobio, paczkowane po 2szt;) Jakieś 2 dni później drapnęłam też masło do ciała i rąk Isana Make me mango, na które czekałam od momentu zapowiedzi;) Ostatnio kremy tej marki nawet mi służyły, więc uznałam, że czemu nie:) Ale wypaprałam je i jednak wolę inne rodzaje;)

Kolejne 6 zdjęć zaczynając od powyższego to mój mały maraton zakupowy z 8 marca:D Albowiem poczyniłam wtedy zakupy stacjonarne jak i napłynęły do mnie wcześniej złożone zamówienia z sieci:D Wszystko to się mocno skumulowało i nie zmieści się na jednym zdjęciu;) Wbrew temu co „śpiewałam” na Insta („Jak sobota to…”) Lidla mam raczej nie po drodze, więc rzadko robię tam zakupy. Choć chętnie oglądam bitwy o Wittchen na YT:D Tego dnia miałam jednak coś do załatwienia i przy okazji zawitałam do Galerii, w której znajduje się tenże dyskont;) Nagle bowiem zachciało mi się kremów do rąk Cien Food For Skin. Kremików oczywiście nie było. Został tylko żel, micel i mleczko. Po dłuższym namyśle zdecydowałam się na płyn micelarny w zawrotnej cenie 3,49zł;) Kosmetyki te produkuje Tołpa, więc uznałam, że może i będzie spoko. Miałam ochotę skorzystać z promocji w Rossmannie 2+2 na produkty do włosów, ale nie chciałam robić szczególnych zapasów. Namówiłam, więc na spółkę mamę, która akurat była w potrzebie;) Dla siebie wzięłam szampon i odżywkę Garnier Botanic Therapy Olive. Miałam 3 produkty z tej serii rok temu i dobrze wspominam;) Widoczna na zdjęciu odżywka Garnier Botanic Therapy Coco Milk & Macadamia była z kolei wcześniej kupiona online;) Podobnie jak nawilżacze do ciała, które zawsze muszę mieć w zapasie. A że Mixa nawilżać potrafi to jest tutaj balsam i mleczko;)

Pozostając w temacie włosów, w lutym zamówiłam na Aliexpress tą słynną szczotkę Abody. Zanim zdążyła przyjść, coś mnie napadło i kupiłam jeszcze dwie szczotki – Olivia Garden Ceramic + Ion Supreme Combo i The Wet Brush Padle. Czyn godny pożałowania, bo posiadam teraz kilka szczotek, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że moje włosy od jakiegoś czasu sprawiają mi problemy. Prawdopodobnie zawdzięczam to swojej tarczycy;) Cóż, życie:D

Od początku roku nie zachwycił mnie żaden tusz do rzęs, więc uznałam, że chyba warto poszukać czegoś nowego. Zdecydowałam się na nowość Maybelline Snapscara i wiekowy już L’Oreal Paris Telescopic, którego miałam okazję używać lata temu;) Uznałam też, że do zabawy z cieniami przyda mi się Nyx Glitter Primer. Jeszcze pod koniec zeszłego roku wspominałam, że podobają mi się perfumy Paco Rabanne Pure XS. Po paru miesiącach radośnie stwierdziłam, że jeszcze się zmieszczą w mojej pachnącej szufladzie i oto są;)

Prawie bym zapomniała o zestawie 15 pędzli do makijażu Jessup, które zamówiłam jeszcze w lutym. I tak – również dotarły 8 marca;) Biorąc pod uwagę czas realizacji, zwykle mam pecha do zakupów z Ali. Ale tym razem Chińczyk naprawdę się postarał, ponieważ nie dość, że paczka była u mnie w 11 dni od nadania to jeszcze została wysłana kurierem i doręczona pod same drzwi. W przypadku duperelków z Aliexpress zwykle czeka mnie awizo albo w najlepszym wypadku list w skrzynce, jeśli się mieści i nie waży zbyt wiele;) A tu taka miła niespodzianka;) Nie mogłam ukryć wzruszenia haha. Może coś o nich napiszę;)
Cien Food For Skin kremy do rąk
W przeciwieństwie do mnie, moja siostra akurat zamieszkuje tereny sprzyjające zakupom w Lidlu;) Dlatego postanowiłam zmolestować ją o zakup tych 3 gorąco pożądanych przeze mnie kremików do rąk Cien Food For Skin i udało się;) Niecały tydzień później znów była na nie promocja i zapasy zostały uzupełnione;) W lutym miałam chęć na żel Isana Feel like a bird, ale kupiłam wtedy ten słodki do bólu o zapachu ciasta tęczowego;) W marcu jednak znów spostrzegłam ostatni na półce żel i uznałam, że to znak, że muszę go mieć. Promocja też była, a i owszem. I to tyle w temacie moich hulanek;)
Nuxe nowości

Teraz już prezenty i tak dalej;) I tutaj otwarcie miesiąca zrobiło  NUXE podsyłając mi trio do pielęgnacji twarzy. Aksamitny krem naprawczy Nuxe Creme Prodigieuse Boost miałam już okazję wcześniej poznać i zużyć. Podobnie jak Nuxe Nuxellence Detox. Ale rozświetlający balsam pod oczy Nuxe Nuxuriance Gold to nowość, z którą nie miałam wcześniej do czynienia, a tak się składa, że intrygowała mnie od dnia premiery;) Mam go w użyciu i jak dotąd wrażenia są bardzo pozytywne.
Bell Bon Bon

Trafiła też do mnie limitka Bell Bon Bon, a na blogu pojawił się mały przegląd tych produktów;) 



Tego dnia trafiły do mnie też olejek i maska do włosów od marki Il Salone Milano;) 
Jane Iredale kosmetyki
No i kosmetyki Jane Iredale. Pamiętacie te śliczności? Teraz mam kolejne;) Zestaw do brwi, róż i mgiełka Pommist
Z kolei z Oriflame trafiła do mnie kredka do brwi Giordani Gold, zastępując tym samym Wibo oraz dwa przydatne dla mnie gadżety, czyli przyrząd do czyszczenia szczotek do włosów i rękawiczki do kremu z możliwością korzystania z ajfona;)

I wsio. Miesiąc się co prawda jeszcze nie skończył, ale chyba nic więcej nie przewiduję (najwyżej dokleję:P). 

Jak Wam mija marzec? Oszczędnie czy z rozmachem?:D A może spotkało Was ostatnio coś dziwnego?:P
Czytaj dalej »

poniedziałek, 25 marca 2019

Happiness Boutique biżuteria okiem zaawansowanej sroki;)

Nie da się ukryć, że jestem sroką:) Kocham biżuterię, mam w czym wybierać i dobrze mi z tym;) Chętnie kupuję błyskotki na prezent, jak również z nieskrywaną radością je przyjmuję. Zwłaszcza, gdy jest to coś, co sama miałam na oku;) Nie oznacza to jednak, że łatwo mi dogodzić;) Wręcz przeciwnie, swego czasu regularnie pozbywałam się pieniędzy w salonach Pandora, Tous, Lilou etc., co zaowocowało u mnie sporą wybrednością;) Długo nie wyobrażałam sobie założyć czegoś innego niż srebro, złoto lub kamienie naturalne. Nie interesowała mnie biżuteria z sieciówek, a nawet gdy coś takiego kupiłam to najczęściej wyglądało mi zbyt plastikowo i nie mogłam się potem przekonać by założyć;) Szlachta! Nadal jestem wierna metalom szlachetnym, ale powoli, nieufnie... zaczęłam dopuszczać stal nierdzewną;) Tego typu świecidełka ma w swej ofercie Happiness Boutique;)
Happiness Boutique opakowanie

Happiness Boutique to sklep internetowy z siedzibą w Berlinie. Nie musicie się jednak obawiać, ponieważ strona jest bardzo przejrzysta, a oferowane produkty dokładnie opisane w języku angielskim. Dodatkowym plusem jest bezpłatna przesyłka obejmująca cały świat. Paczki nadawane są listem nierejestrowanym, ale czas oczekiwania nie jest długi. W moim przypadku dostawa zajęła 3 dni, czyli krócej niż niekiedy list priorytetowy nadany w obrębie kraju;) Jedynym minusem było dla mnie to, że listonosz oznaczył przesyłkę, jako zbyt dużą by umieścić ją w skrzynce (choć spokojnie by się zmieściła) i zostawił awizo;) 
Happiness Boutique pudełko
Zamówiona biżuteria pakowana jest w pudełko, a także dodatkowo każdy produkt pojedynczo owinięty w folię bąbelkową. 
Happiness Boutique naszyjniki

Lubię różnorodną biżuterię i nie zamykam się w obrębie jednego stylu. Choć czasy, gdy obwieszałam się niczym dziewczyna gangstera minęły mi już (chyba?) bezpowrotnie;) Teraz coraz częściej rezygnuję z Pandory na rzecz czegoś lżejszego;) 
Happiness Boutique biżuteria

Z Happiness Boutique wybrałam dla siebie 3 naszyjniki, które wpisują się w minimalistyczny styl, ale jednocześnie łańcuszki nie są zbyt krótkie, a zawieszki nie są zbyt małe. Rzadko bowiem noszę naszyjniki pod samą szyję, a za mikro wisiorkami też z reguły nie przepadam. Zaraz mi się wydaje, że są zbyt delikatne żeby je nosić;) Wybrałam więc coś, co nie jest nadmiernie okazałe, ale jednocześnie widoczne;) W Happiness Boutique oprócz naszyjników znajdziemy też kolczyki, bransoletki i pierścionki. Ale moje uszy nie wszystko tolerują, więc stawiam głównie na srebro lub ewentualnie srebro z dodatkowym pozłoceniem. A jeśli chodzi o bransoletki i pierścionki to wybór rozmiarów był zbyt standardowy jak na moją moje niestandardowo szczupłe łapki i cieniutkie palce;) A z naszyjnikami takich problemów nie ma:)
Happiness Boutique naszyjnik księżyc i gwiazdki


Happiness Boutique naszyjnik gwiazdki i księżyc
Mimo, że nie byłam jakąś wielką fanką Czarodziejki z Księżyca to motyw gwiazdek zawsze do mnie przemawiał. A modne ostatnio połączenie gwiazdek z księżycem szybko zdobyło moje uznanie:) Na święta dostałam od Anetki śliczne kolczyki Yes z księżycem i gwiazdką:)
Happiness Boutique Star and Moon Pendant Necklace Gold
Happiness Boutique naszyjnik księżyc
Star and Moon Pendant Necklace Gold miał, więc stanowić udane towarzystwo dla nich:) I muszę przyznać, że naszyjnik fajnie się komponuje z kolczykami:) Można go sobie tak ułożyć żeby gwiazdka była bliżej lub dalej księżyca;)
Happiness Boutique naszyjnik księżyc rose gold

Happiness Boutique Half Moon Necklace Rose Gold

Half Moon Necklace Rose Gold to z kolei wybór pt. nie mam zbyt wiele rose gold;) Tutaj księżyc jest już bardziej masywny i w nieco innej fazie - półksiężyca;) Teraz marzy mi się pewien pierścionek rose gold, ale to już pewnie wiecie z mojego Insta;)
naszyjnik monstera


Happiness Boutique Tropical Monstera Leaf Necklace Gold
I nieśmiertelna monstera:) To również z myślą o posiadanych przeze mnie kolczykach – w kształcie monstery;) Muszę przyznać, że uwielbiam ten motyw, nie tylko w biżuterii;) Tropical Monstera Leaf Necklace Gold jest najkrótszy ze wszystkich trzech, ale podobnie jak w przypadku pozostałych naszyjników posiada regulację. 
Happiness Boutique naszyjnik monstera

Wykonanie naszyjników z Happiness Boutique pozytywnie mnie zaskoczyło. Widać tutaj dbałość o detale, szczególnie przypadły mi do gustu ozdobne zakończenia zapięć w kształcie ślimaczków;) Jeśli chodzi o jakość to moim zdaniem najbliżej im do Lilou. Jedynym minusem jest to, że zostały wykonane ze stali nierdzewnej, a nie srebra. Producent zapewnia jednak, że są to wyroby hipoalergiczne oraz odporne na wodę. Można je nosić nawet na basenie i pod prysznicem. Tego jednak nie sprawdzałam, ponieważ zawsze zdejmuję biżuterię do kąpieli jak i np. do snu;) Na niektórych zdjęciach łańcuszki wyglądają na odbarwione, ale całość jest w złocie/różowym złocie - to jedynie wina światła.


Jeśli macie chrapkę na jakieś nowe błyskotki z Happiness Boutique to z kodem secretaddiction przy zakupach powyżej 19€ otrzymacie 10% zniżki


Znacie biżuterię z Happiness Boutique? Jaką biżuterię ostatnio nosicie najchętniej?
Czytaj dalej »