Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clarins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clarins. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 kwietnia 2016

Clarins Moisture Replenishing Lip Balm with Essential Rose Wax

Cześć Dziewczyny!

Jestem maniaczką balsamów do ust. Zużywam ich naprawdę mnóstwo. Ile bym nie kupiła tyle zużyję. Jest jednak jeden taki balsam, który gdybym tylko mogła miałabym zawsze w swojej kosmetyczce. Mam tutaj na myśli balsam do ust Clarins. Markę tą zresztą cenię sobie przede wszystkim właśnie za produkty do ust, również te kolorowe. Balsam w niebieskiej tubce bo tak zwykłam go nazywać jest jednak jednym z bestsellerów w ofercie tej francuskiej marki. Produkt ten został mi polecony jakieś 4 lata temu przez znajomą, która nazywała go cudem;) Byłam wtedy sceptycznie nastawiona, ponieważ cena nie nastrajała mnie optymistycznie. Jednak tak go chwaliła, że zachowałam się wtedy nieasertywnie i kupiłam swoją pierwszą tubkę. Spodobał mi się wtedy na tyle, że zużyłam bodajże 3 tubki pod rząd. Później kupowałam go raz na jakiś czas, a następnie założyłam bloga więc zostałam pochłonięta przez chęć testowania innych na-ustnych nowości. Balsam Clarins zawsze jednak wspominałam z rozrzewnieniem m.in. chwaląc go na niektórych blogach, gdy wymieniałam się z innymi dziewczynami spostrzeżeniami na temat produktów do ust. Aż pewnego razu po dłuższej przerwie dostałam tą kolejną już tubkę dobrze znanego mi balsamu w prezencie od blogowej koleżanki Ines. Byłam ciekawa czy nadal jest tak samo skuteczny i na szczęście jego jakość pozostała bez zmian;)


Opis producenta

Regeneracyjny balsam do ust intensywnie pielęgnuje i podkreśla ich naturlaną czerwień. Wosk różany, masło shea olejek ryżowy i ceramidy mineralne łagodzą podrażnienia i nawilżają popękane usta, a specjalny komplekst Maxi-Lip wzmacnia efekt pełnych ust.

Moja opinia

Opakowanie

Produkt otrzymujemy w białym, kartonowym opakowaniu typowym dla marki Clarins. Wewnątrz znajdziemy niebieską tubkę bez dodatkowych ozdobników o pojemności 15ml. Pojemność jest więc dużo większa niż standardowe sztyfty zawierające 4-5g produktu. Tubka została wyposażona w precyzyjny, ścięty aplikator, dzięki któremu bez problemu rozprowadzimy balsam po ustach. Jeśli chodzi o formę opakowania ja preferuję sztyfty. Jednak nie da się ukryć, że tubka z tego typu aplikatorem jest bardziej higieniczna. Wewnątrz opakowania nie zbierają się paproszki i aplikator z łatwością możemy co jakiś czas oczyścić chociażby przy użyciu odrobiny wody z mydłem (pamiętając oczywiście o tym by woda nie dostała się do wnętrza tubki). Na zużycie mamy aż 18 miesięcy od momentu otwarcia, co jest dobrą wiadomością dla tych, którzy zużywają powoli (mnie się jeszcze nie zdarzyło by jakikolwiek produkt wystarczył na tak długo).
Konsystencja i zapach

Balsam posiada jasnoróżową barwę i jakby woskowo-żelową konsystencję. Posiada on w składzie m.in. wosk różany, ale na szczęście w żaden sposób nie przypomina mi on różanego ani tym bardziej pudrowego zapachu. Trudno go do czegoś porównać. Jednak dla mnie ten zapach jest przyjemny i neutralny, nie męczy swą obecnością. Najchętniej wybieram balsamy do ust bezzapachowe albo o delikatnych zapachach więc dla mnie jest to zaletą.


Działanie

Dzięki swojej woskowo-żelowej konsystencji balsam przyjemnie się rozprowadza pozostawiając na ustach wyczuwalną, kojąco-regenerującą warstewkę. Balsam nie barwi ust, ale jeśli dokładnie się przyjrzeć sprawia wrażenie jakby na nich pozostawiał taką zdrową, lekko różową poświatę. Balsam pozostawia również na ustach połysk. Jeśli nałożymy niewielką ilość będzie on subtelny. Natomiast jeśli nałożymy więcej z powodzeniem może nam zastąpić błyszczyk nadając ustom połysk tafli wody;) Wiem, że niektórzy preferują mocno matowe balsamy, zwłaszcza jeśli używają ich pod matowe pomadki. Ja jednak lubię połysk i zależy mi żeby balsam do ust zapewniał mi przynajmniej minimalną dawkę zdrowego blasku, a najlepiej właśnie jeśli można go budować poprzez dodanie kolejnych warstw. Tak właśnie jest w tym przypadku. W mojej ocenie usta pokryte balsamem Clarins są doskonale wypielęgnowane, a jednocześnie ładnie się prezentują. Balsam dość długo pozostaje na ustach. Chyba, że akurat jemy;) Nałożony na noc pozostaje na ustach aż do rana skutecznie je regenerując. Produkt nie posiada naturalnego składu. Jednak jak już kiedyś wspominałam moje testy naturalnych produktów nawilżających do ust rzadko kiedy wypadały pozytywnie. Przestałam więc zwracać na to uwagę i kładę nacisk przede wszystkim na efekty. W przypadku tego produktu niezaprzeczalnie efekty są. Balsam bardzo dobrze nawilża, zmiękcza i wygładza usta. Podczas jego stosowania nigdy nie dręczą mnie suche, nieestetycznie łuszczące się skórki. Jest on w moim odczuciu o wiele lepszy niż przereklamowany (jak dla mnie) balsam Nuxe w słoiczku. Oprócz stosowania w celach typowo pielęgnacyjnych lubię też stosować ten produkt pod niektóre pomadki kolorowe. Zwłaszcza gdy chcę wzmocnić ich połysk. Nakładam wtedy niewielką ilość balsamu pod pomadkę i gotowe;) 


W kwestii działania nie mam temu produktowi nic do zarzucenia, ponieważ dla mnie jest niezawodny i zawsze szczerze polecam wśród znajomych tak samo jak kiedyś został on polecony mi;) Minusem jest oczywiście cena – typowo Clarinsowa. Na iperfumy.pl można go kupić trochę taniej niż w perfumeriach stacjonarnych. Mimo ceny wydajność ze względu na pojemność jest dużo wyższa niż w przypadku standardowych sztyftów. Ja oczywiście i tak zużywam dość szybko, ponieważ zwyczajnie lubię często smarować usta. Jednak wielu osobom przy takim bardziej normalnym użytkowaniu ten balsam wystarcza nawet na więcej niż rok (zrobiłam wywiad wśród znajomych);)


Znacie ten słynny balsam do ust? Jakie balsamy lubicie najbardziej?
Czytaj dalej »

piątek, 4 grudnia 2015

Kosmetyczni ulubieńcy i odkrycia 2015 roku – makijaż i zapachy!

Cześć Dziewczyny!

Być może jeszcze trochę za wcześnie na ulubieńców roku, ale Jury w jednoosobowym składzie podjęło już decyzję w sprawie kosmetycznych ulubieńców oraz odkryć 2015 roku. Wybór był tak oczywisty, że nie miałam z nim żadnych problemów i czekanie do końca roku niewiele by zmieniło;) Niektóre z tych produktów poznałam wiele miesięcy temu. Inne są ze mną znacznie krócej, ale każdy zasłużył na miano ulubieńca lub odkrycia roku;) Ulubieńcy to niejednokrotnie te produkty, których używałam długo i nagminnie. Natomiast odkrycia są ze mną krócej, ale zasłużyły aby znaleźć się w tym zestawieniu, ponieważ od razu połączyła nas nić porozumienia:) W końcu mój blog i moja decyzja:) Produkty, które były już zrecenzowane zostały podlinkowane. Moje recenzje na ogół są na tyle szczegółowe, że nie ma sensu powtarzać tego samego po raz kolejny. Żaden z tych produktów nie jest zupełnie pozbawiony wad, ale każdy z nich sprawił mi wiele przyjemności;)

Zaczynamy od tuszów do rzęs bo co to za makijaż bez tuszu? Sądzę, że niezbyt lotny;) W tym roku wypróbowałam wiele tuszów. Najdłużej jest ze mną Dior Iconic Overcurl. Nie wiem jak to się stało, ale nie doczekał się jeszcze osobnego wpisu, pojawi się zatem już w Nowym Roku. Uwielbiam jego wygiętą szczoteczkę, trwałość, design oraz wydłużenie i podkręcenie jakie zapewnia. L’Oreal Volume Million Lashes Feline to najlepszy tusz drogeryjny z jakim miałam w tym roku do czynienia. Givenchy Noir Couture zauroczył mnie nietypową szczoteczką, ładnym wydłużeniem i podkręceniem. Mógłby być tylko bardziej „mokry”.

Bardzo ważnym elementem makijażu jest odpowiednio przygotowana i podkreślona cera. Nie znajdziecie tu tradycyjnych podkładów, ponieważ jak już nieraz podkreślałam jestem pudernicą;) To pudry stanowią najważniejszą część mojego makijażu twarzy, a fluidy nigdy nie były dla mnie koniecznością. Zdecydowanie najczęściej sięgałam po mineralny matujący podkład sypki Annabelle Minerals. W recenzji narzekałam na brak właściwości matujących, które posiadać powinien, ale w połączeniu z rewelacyjnym pudrem transparentnym MUFE HD idealnie daje sobie radę. Grunt to znaleźć idealne dla siebie połączenie produktów;) Czekoladkę Bourjois zdetronizował w tym roku Choco Bronzer Dr Irena Eris Provoke. Uwielbiam go! z kolei mineralny puder brązujący Vita Liberata świetnie spisuje się u mnie jako puder na całą twarz!  Jego jakość jest bez zarzutów, ubolewam tylko nad brakiem zatyczki na sitko, gdyż trochę pudru mi się ostatnio wysypało. Odkryciem jest puder ShyShine Dr Irena Eris Provoke z zimowej kolekcji Nude Glam Look. Jest naprawdę magiczny! Jedyne co mogę mu zarzucić to teb perłowo biały odcień, który w przypadku mojej cery nie jest mile widziany. Poza tym rewelacja. Ulubiony róż to Lily Lolo Just Peachy, jego zapach w opakowaniu jest niezbyt zachęcający (na twarzy niewyczuwalny), nie jest też może najbardziej trwałym różem z mojej kolekcji, ale… jego odcień bardzo mi odpowiada i ma w sobie to coś. Pojawi się osobna recenzja. Jedynym produktem, który się powtarza z tamtego roku i który (o zgrozo!) nadal wygląda jak nowy jest rozświetlacz MAC Soft&Gentle. Używam go namiętnie i nie znam lepszego, przykro mi.

Następnym elementem ulubionych produktów makijażowych są produkty przeznaczone do okolic oczu;) Moje serce skradł rozświetlający korektor Dr Irena Eris Provoke, jest lekki i wygląda u mnie całkiem nieźle mimo, że zadanie ma tak naprawdę niełatwe (a o tym to już wiem tylko ja;)) W dużej mierze przypomina mi on lubiany przeze mnie Lumi Magique L’Oreal. Jest lżejszy niż Dior Star, ale dzięki temu trudno z nim przesadzić. Po wynikach wyszukiwania widzę, że również jesteście ciekawe tego korektora. Bardzo polubiłam też bazę pod cienie Dr Irena Eris Provoke. To najwygodniejsza forma bazy z jaką się spotkałam, a nałożone na nią cienie trzymają się bez zarzutów aż do momentu demakijażu. Najlepsza kredka do powiek to Marc Jacobs w odcieniu Stone(Fox)! Idealna pigmentacja, trwałość, urok. Mimo ceny warto! Niestety od jakiegoś czasu jest problem z dostępnością tych kredek w Sephorze. Mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni, ponieważ mam ochotę na więcej kolorów. Bardzo przydatna okazała się też cielista kredka na linię wodną Max Factor. Niby gadżet, ale jest dobrym dopełnieniem makijażu. Wygląda dużo lepiej niż biała kredka. Moje brwi są tak marne, że aż żal patrzeć, ale ku mojemu zaskoczeniu świetnie się na nich sprawdza kupiony bez przekonania Brow Artist Plumper L’Oreal i to jeszcze w odcieniu medium/dark (wcale nie jest bardzo ciemny, efekt można stopniować). Oczywiście trzeba trochę uważać przy nakładaniu, ponieważ produkt szybko zasycha na brwiach i częściowa korekta rzadko jest możliwa. Brwi są też po nim lekko sztywne i zmywa się takimi odłamkami zupełnie jak tusz Feline, ale wbrew pozorom wcale nie jest trudno go nałożyć i przy odpowiedniej aplikacji (bez szaleństw) efekt jest naturalny i taki jak oczekiwałam;) 

Ostatnim elementem ulubionych produktów makijażu są usta. Jestem maniaczką pielęgnacyjnych produktów do ust, ale to nie znaczy, że nie mam nic z odrobiną koloru. W tej kwestii najbardziej cenię sobie produkty marki Clarins (każdy z nich był już opisany).  Bardzo przypadły mi do gustu olejki do ust z kolekcji wiosennej. Posiadam malinowy i miodowy (na zdjęciu malinowy). Sztandarowym produktem marki i moim hitem jest również Instant Light Natural Lip Perfector (w tubce). Z kolei Clarins Daily Energizer Lovely Lip Balm podpada pod pielęgnację, ale jako że nadaje specjalny, spersonalizowany kolor ustom dla mnie jest "produktem z pogranicza";) Myślę o nim bardziej w kategorii 2w1, kolor+pielęgnacja:) Warto po niego sięgnąć, choć kolor u każdego będzie zupełnie inny, zależnie od naturalnego odcienia ust. MAC Patisserie to moja pierwsza i jak do tej pory jedyna szminka tej marki, jest ze mną już długo i bardzo mi odpowiada! Pomadkę L’Oreal Rouge Caresse w odcieniu Sweet Berry przygarnęłam podczas listopadowej promocji, polubiłam ją od razu za ładny, delikatny kolor i brak wysuszenia:) Więcej zalet przytoczę w recenzji:) 
Na koniec zapachy! Mgiełka Biotherm L’Eau to energetyzujący zapach, który towarzyszył mi przez większość wakacji. Dolce&Gabbana L’Imperatrice z serii Antology to nagłe, ale gorące uczucie! Soczysty owocowo-kwiatowy zapach, o którym więcej napiszę w osobnym wpisie. Yves Saint Laurent Black Opium EDT to ten wymarzony i wyśniony zapach, a jednocześnie wielkie odkrycie i zaskoczenie roku! Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że klasyczne Opium jest dla mnie wręcz nie do przejścia! W Black Opium w wersji EDP też coś nie do końca mi leży (ciekawostka: EDT i EDP ma inne nuty zapachowe), ale wersja Black Opium EDT „uderzyła mnie” już podczas wakacji. Długo się zastanawiałam nad tym zapachem, ponieważ nie jest to zapach typowy dla moich wyborów, ale nie dawał mi o sobie zapomnieć. W końcu dałam mu się oprzeć i jestem bardzo zadowolona. Na pewno pojawi się obszerniejszy wpis na jego temat po Nowym Roku;)


To już wszystko jeśli chodzi o makijaż. Starałam się by choć raz było zwięźle i jak na tak złożony temat chyba nie wyszło najgorzej;) W zestawieniu nie pojawiły się cienie do powiek (nadal często używałam mini paletki Diora która pojawiła się w zestawieniu 2014r, często u mnie gościł również Urban Decay Naked on the Run i cienie Provoke, które nadal nie doczekały się recenzji). W kwestii cieni duże nadzieje pokładam w paletce  Too Faced Semi Sweet, ale mam ją jeszcze trochę zbyt krótko:) Choć myślę, że już mogę o niej subtelnie, cichuteńko wspomnieć, że szykuje się odkrycie;) Póki co jest bardzo dobrze, a paletka naprawdę pachnie czekoladą! Nadaję jej więc specjalną pozakonkursową kategorię: produkt z potencjałem;) 


W osobnym wpisie pojawią się jeszcze ulubieńcy i odkrycia w kategorii pielęgnacji oraz to co tygryski lubią najbardziej czyli pielęgnacyjne gadżety!:)

Znacie któreś z tych produktów? Podzielcie się swoimi tegorocznymi makijażowymi i zapachowymi odkryciami:)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Clarins Instant Light Lip Balm Perfector 02 Coral

Cześć Dziewczyny!

Na wiosenną kolekcję Clarins Garden Escape byłam napalona jak szczerbaty na suchary jeszcze na długo przed wprowadzeniem do sprzedaży. Gdy tylko produkty pojawiły się na półkach ochoczo przystąpiłam do zakupu trzech z nich: malinowego i miodowego olejku do ust oraz lip balmu.Miało to miejsce w marcu w trzech szalenie krótkich odstępach czasowych (a potem doszedł jeszcze czwarty produkt). Dziś chciałabym skupić Waszą uwagę na nawilżającym balsamie do ust Instant Light Lip Balm Perfector w odcieniu Coral.


Opis producenta

Nawilżający balsam do ust o żelowej konsystencji.  Pozostawia soczysty kolor i subtelny połysk. Odżywia i wygładza usta dzięki zawartości masła shea i dzikiego mango. Sprawia, że usta są miękkie i gładkie.




Moja opinia

Opakowanie

Produkt zapakowany został w czerwony papierowy kartonik tak jak każdy inny kosmetyk tej marki. Opakowanie jest solidne, estetyczne i przyjemne na oka. Lekko ciężkawe mimo niesłychanie małej gramatury – 1,8g. Sam sztyft jest dość wąski.

Konsystencja i zapach

Konsystencja pomadki jest lekka balsamowo-żelowa, pozwala na szybką i łatwą aplikację. Sztyft gładko sunie po ustach. Zapach jest słodki i przyjemny, typowo „Clarinsowy” (ja wyczuwam karmel i watę cukrową), przez kilka minut utrzymuje się na ustach. Uwielbiam ten zapach!

Działanie

Miałam drobny problem z wyborem odcienia. Jak wiecie na usta nakładam wyłącznie subtelne kolory, więc absolutnie nie brałam pod uwagę np. czerwonego. Najbardziej mój byłby 06 Rosewood, ale mam już trochę produktów w zbliżonych odcieniach więc zdecydowałam się na delikatny Coral. Kolor samego sztyftu wydaje się być intensywny, jaskrawy, ale w rzeczywistości balsam nadaje znikomą ilość koloru. Co ciekawe na moich ustach wpada bardziej w róż niż w koral. Produkt kupowałam bez uprzedniego testowania na ustach (nigdy nie maluję ust testerem) więc zupełnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać;) Podejrzewałam jednak, że kolor na ustach będzie bardziej ciepły, a tu niespodzianka. Mimo tego przypadł mi do gustu. Balsam nadaje bardzo subtelny kolor i ładny połysk (ale nie tak intensywny jak w przypadku olejku do ust). Usta nawilża w stopniu średnim. Moje usta są wymagające więc sam balsam koloryzujący nie zapewnia im długotrwałego nawilżenia (wyjątkiem w tej kwestii jest inny balsam Clarins). Mimo, że i tak całkiem nieźle trzyma je w ryzach. Wychodzę jednak z założenia, że żaden balsam koloryzujący nie nawilży ust tak dobrze jak ten bezbarwny;) Podsumowując balsam ten nie zadowoli miłośniczek mocnego look’u, „naturalsi” mogą jednak rozważyć ewentualny zakup;) Gdybym jednak miała wskazać, który lepszy ten czy balsam koloryzujący podlinkowany parę zdań wyżej bez wahania wskazałabym tamten!
Koszt bez promocji zależnie od miejsca zakupu waha się w granicach 66-75zł. Biorąc pod uwagę wyjątkowo niewielką gramaturę zakup wydaje się być mało opłacalny. Choć z drugiej strony jeśli mamy w swej kolekcji dużo produktów do ust mała gramatura może być odbierana jako zaleta, gdyż mamy wtedy szansę na zużycie całej pomadki w terminie;) Brakuje mi tylko oznaczenia jak długo można używać pomadki od momentu otwarcia, znalazłam jedynie informację, że produkt ważny jest 49 miesięcy od daty produkcji. Produkt wszedł do stałej sprzedaży.


Co sądzicie o wiosennej kolekcji Clarins? Który z produktów przypadł Wam do gustu?

Czytaj dalej »