Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baza. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 grudnia 2019

SIN SKIN kosmetyki do makijażu - co warto kupić?

Marka SIN SKIN jest dostępna w drogeriach Rossmann już od dłuższego czasu. Od momentu premiery miałam okazję poznać całkiem niemało asortymentu, ale jeszcze o żadnym z produktów nie udało mi się napisać;) Ciężko byłoby mi podzielić się wrażeniami ze stosowania każdego kosmetyku. Dlatego wybrałam dla Was przegląd tych najnowszych, a dokładnie tych, które zasiliły moją piękną toaletkę w maju:) Co okazało się warte uwagi i czy trafiłam z kolorami? Zapraszam do czytania:)

Sin Skin kosmetyki do makijażu blog

Kosmetyki SIN SKIN występują w czarnych kartonowych opakowaniach. Wewnątrz znajdziemy równie czarne tubki i puderniczki wyposażone w lusterka. Wszystkie prezentują się elegancko. Ogólne wrażenie tych w większości kwadratowych pudełeczek jest zachęcające. Choć niestety bardzo łatwo o nieestetyczne odciski palców na opakowaniach;) Ponadto wypiekane formuły zostawiają dość sporo bałaganu wewnątrz puderniczek i właściwie nie sposób precyzyjnie tego doczyścić. Stąd też trochę nieestetycznego "prochu" na opakowaniach, który osadził się wewnątrz nich już w transporcie;) Data ważności od otwarcia to w większości 12 i 18 miesięcy od otwarcia. Poza korektorem, który należy zużyć w ciągu 6 miesięcy. Zapachy przypominają mi te z serii Dr. Irena Eris ProVoke. 


SIN SKIN MUST HAVE BAKED POWDER N20 SAND i N30 PEACH


Spiekany mineralny puder do twarzy posiada przyjemną aksamitną konsystencję. Nadaje skórze naturalne satynowe wykończenie, delikatnie wyrównując jej kolor i ładnie się z nią stapiając. Można go stosować na podkład lub samodzielnie.

Jako fanka pudrowego makijażu wybrałam ten puder w celu używania go zamiast podkładu:) Przy cerze, która nie wymaga dużego krycia, czyli takiej jak moja – puder nadaje się do tego idealnie. Posiada komfortową aksamitną konsystencję, która gładko się rozprowadza i nie obciąża skóry. W dodatku wypiekana formuła zapewnia wysoką wydajność. Puder rzeczywiście nadaje cerze takie naturalne, satynowe wykończenie. Nie jest błyszczący ani też nadmiernie pudrowy. Trwałość jest bardzo dobra. Fajnie łączy się również z pudrem transparentnym (ja akurat lubię taki myk;)). Niestety nie do końca trafiłam z odcieniami. Za zwyczaj typuję dla siebie takie ciemniejsze albo średnio-ciemne kolory, więc moim pierwszym wyborem był N30 Peach. Ale tym razem to był dla mnie nie peach, a zwyczajny pech;) Po otwarciu kolor nie budził moich podejrzeń, ale niestety okazało się, że na twarzy ciemnieje. Z tego względu nawet u mnie wyglądał pomarańczowo. Nawet przy lekkiej opaleniźnie wydawał mi się jeszcze trochę za ciemny. Zaskoczyło mnie to, ponieważ u mnie zwykle występuje taka anomalia, że kosmetyki po nałożeniu mi jaśnieją albo różowieją. Pomyślałam więc, że skoro tak się sprawy mają to wypróbuję już ten dwa odcienie jaśniejszy, czyli N20 Sand. Ten z kolei okazał się bladziutki. Zbyt jasny zarówno na wiosnę, lato, jesień, jak i zimę;) Trzeba było pomyśleć o N25 Beige i może byłby w sam raz! Wielka szkoda, bo sama jakość produktu naprawdę bez zarzutów:) Kolory wybierałam przez internet i niestety tak średnio odwzorowywały stan faktyczny. 


SIN SKIN MUST HAVE ILLUMINATING CONCEALER


Rozświetlający korektor SIN SKIN doskonale się rozprowadza ukrywając oznaki zmęczenia takie jak cienie i zasinienia pod oczami. Lekka formuła wspomaga aplikację i nie zbiera się w załamaniach skóry. Dodatkowo korektor w składzie zawiera kwas hialuronowy.

Korektor rozświetlający SIN SIN otrzymujemy w niewielkim, poręcznym i oczywiście czarnym opakowaniu. Produkt posiada wygodny wbudowany aplikator w formie pędzelka. Dozujemy go poprzez wykręcanie. Trzeba jednak uważać żeby za bardzo się nie rozkręcić i nie wycisnąć zbyt dużej ilości. I mała uwaga – opakowanie ciężko się zamyka. Korektor ma przyjemną, kremową konsystencję i bardzo dobrze się rozprowadza, zostawiając po sobie takie naturalne, satynowe i gładkie wykończenie. Przyznaję, że nie spodziewałam się aż takiej dobrej jakości. Jeśli chodzi o krycie to jak na produkt w pędzelku, jest ono zaskakująco dobre. Korektor kryje całkiem nieźle i jednocześnie nie obciąża skóry. Nienajlepiej wygląda jedynie w okolicach górnej powieki po wewnętrznej stronie. Prezentuje się tam bardziej sucho. Dlatego w tym miejscu nakładam jak najmniej. Trwałość jest bez uwag, korektor dobrze się trzyma przez większość dnia. Jeśli oczywiście nie majstruje po oczach. To mój ulubiony korektor w tym roku:)


SIN SKIN MUST HAVE SMOOTHING & MATYFYING PRIMER


Matująco-wygładzająca baza pod makijaż ma za zadanie przedłużać trwałość makijażu i ułatwić rozprowadzanie podkładu. Dzięki sferycznym cząsteczkom matującym skutecznie absorbuje sebum. Jednocześnie baza zapobiega wysuszaniu cery.

Baza matująca marki SIN SKIN występuje w wygodnej czarnej tubce ze zwężoną końcówką ułatwiającą precyzyjną aplikację nawet niewielkiej ilości produktu. Baza pod makijaż nie jest dla mnie kosmetykiem niezbędnym, ale niekiedy jakiś konkretny produkt mnie zainteresuje i o dziwo baz w swojej toaletce mam kilka;) Niektóre potrafią zapewniać całkiem przyjemne efekty. Ta od SIN SKIN posiada jasną barwę i leciutką kremową konsystencję, która jak na bazę przystało świetnie się rozprowadza i szybko wchłania pozostawiając po sobie uczucie wygładzenia. Nie jest ono jednak aż tak spektakularne jak w przypadku niektórych baz. Efekt matujący był u mnie w tym przypadku praktycznie niezauważalny. Nie było dużej różnicy czy nałożyłam podkład lub puder na samą pielęgnację czy tylko na tą bazę. Produkt okazał się więc dla mnie przeciętny.


SIN SKIN MUST HAVE MINERAL LOOSE POWDER 01 TRANSLUCENT


Mineralny puder sypki o delikatnej jedwabistej konsystencji polecany jest do wykańczania zarówno makijażu dziennego jak i wieczorowego. Dopasowuje się do ocienia skóry zapewniając jej świeży i matowy wygląd.

Mineralny puder sypki marki SIN SKIN występuje dla odmiany w okrągłej puderniczce. Wewnątrz znajduje się milutki czarny puszek. Ja jednak nakładam puder pędzlem;) Wieczko pudru nie jest odkręcane, a jedynie otwierane, co według mnie powoduje trudności podczas dozowania. Trochę nie rozumiem fantazji producenta, ponieważ musiałabym przechylić zawartość tak żeby znalazła się na lusterku umieszczonym po wewnętrznej stronie wieczka. A to nieco karkołomne w wykonaniu, gdyż zawsze się coś rozsypie;) Tego nie lubię! Puder muszę więc wysypywać np. na chusteczkę;) To jednak byłoby na tyle jeśli chodzi o wady. Poza tym ideał. Lekki, milutki. Dobrze się rozprowadza i zapewnia skórze naturalny mat (taki nie za mocny, nie za słaby). Dobrze współpracuje zarówno z podkładami jak i pudrami, które zwykłam nakładać zamiast podkładów;) Jego kolor jest dość jasny i bałam się, że zrobi ze mnie trupka (sama typowałam ten drugi odcień, a trafił mi się jaśniejszy), ale nie zmienia koloru pudrów ani podkładów. W ogóle nie sprawia żadnych problemów (z wyjątkiem dozowania). 


SIN SKIN MUST HAVE MINERAL HIGHLIGHTER 043 JOYFULNESS


Rozświetlacz mineralny został wzbogacony o sferyczne drobinki rozświetlające, pozwalające wydobyć ze skóry blask. 

Rozświetlacz mineralny SIN SKIN posiada wypiekaną formułę i taką mozaikową fakturę o nietypowym kolorze. Na skórze wygląda ona jednak złociście i zdrowo. Trzeba jednak zaznaczyć, że drobinek jest w nim sporo i nie każdemu będzie odpowiadał na co dzień. Może też zbyt mocno się odcinać w przypadku bladej karnacji. Do mojej średniej i ciepłej pasuje idealnie. Z trwałością jest w porządku pod warunkiem, że nie dotykam zbyt często twarzy, ponieważ wtedy drobinki potrafią lekko migrować. 


SIN SKIN MUST HAVE MINERAL BRONZING POWDER 022 MAROCO


Mineralny bronzer SIN SKIN nadaje skórze efekt subtelnej opalenizny i rozświetlenia.

Bronzer nazwałabym bardziej złocistym rozświetlaczem z subtelnym efektem skóry muśniętej słońcem. Mimo, że zawiera sporo drobinek to jest jakby stworzony dla mnie. Wygląda u mnie cudownie i świetliście. Zwłaszcza latem! Efekt można łatwo stopniować wzmacniając tym samym intensywność koloru. Jedna warstwa jest u mnie taka niemal przejrzysta z lekko złocistą poświatą. Osoby wymagające konturowania oraz te o bardzo jasnej karnacji nie będą z niego zadowolone. Przy drobnych twarzach takich jak moja blask jest w pełni uzasadniony;) Bardzo go polubiłam.


SIN SKIN MUST HAVE MINERAL BLUSH POWDER 033 RESPECTED


Róż mineralny nadaje skórze subtelny kolor oraz blask. Nie tworzy plam i idealnie stapia się ze skórą.

Mineralny róż marki SIN SKIN 033 posiada dziewczęcy brzoskwiniowo-różowy, świeży odcień. Łatwo się go rozprowadza bez plam i smug. Intensywność można stopniować, ale nie należy do tych bardzo mocno napigmentowanych. Na jego powierzchni znajdują się delikatne złociste drobinki, ale nie są one tak rozświetlające jak w przypadku bronzera. Efekt jest więc satynowy z lekką dozą połysku.  


SIN SKIN LIP STICK 513 DESIRED


Wodoodporna matowa pomadka do ust w kredce pozwala na szybkie wykonanie profesjonalnego makijażu z trwałością do 6h bez efektu wysuszenia.

Pomadka do ust występuje w postaci kredki. Nie jest ona jednak wykręcana, a niestety trzeba ją temperować. W zestawie mamy dołączoną temperówkę i przyznaję, że zmroziło mi to krew w żyłach. Bardzo nie lubię bowiem bawić się w temperowanie. Odcień 513 Desired to intensywny róż, który na swatchu wydaje się wpadać w czerwień, ale na ustach ten róż jest chłodniejszy. Trwałość rzeczywiście jest bardzo dobra. Pomadka wręcz wgryza się w wargi niczym tint;) 
Sin Skin: rozświetlacz, róż, korektor, pomadka
Sin Skin: puder wypiekany N30, puder wypiekany N20, bronzer


Kosmetyki SIN SKIN dostępne są w wybranych drogeriach Rossmann. Pełny asortyment i lista sklepów znajduje się w drogerii online. 


Znasz kosmetyki SIN SKIN? Masz swoich ulubieńców wśród nich?


Czytaj dalej »

wtorek, 29 stycznia 2019

MIYA nowości do pielęgnacji twarzy – maseczki myBEAUTYexpress, myPUREexpress, krem SecretGLOW i rozświetlacze mySTARlighter!

W drugiej połowie ubiegłego roku marka MIYA obrodziła nie tylko w nowości do pielęgnacji ciała, ale i do twarzy:) Oferta rozszerzyła się o błyskawiczne maseczki myBEAUTYexpress i myPUREexpress, rozświetlający krem all-in-one SecretGLOW i rozświetlacze mySTARlighter w 3 odcieniach do wyboru:) 
Miya Cosmetics nowości do pielęgnacji twarzy, Miya nowość

Wszystkie nowe dzieci MIYA Cosmetics łączy jedno – ma być szybko, wielozadaniowo i skutecznie! Maksymalny czas, jaki musimy poświęcić by zebrać żniwa z zastosowania poszczególnych produktów to 5 minut! Tyle czasu wygospodarują nawet osoby, których terminarz wypełniony jest po brzegi obowiązkami;)
Miya Cosmetics kosmetyki

MIYA Ekspresowe maseczki do twarzy



Należę do osób, które cenią sobie pielęgnację uzupełniającą w postaci maseczek:) Większość dostępnych formuł nie jest mi obca. Stosuję maseczki w płachcie, peel-off, nawilżające, oczyszczające, całonocne, bąbelkujące i pewnie coś by się jeszcze znalazło:D Najczęściej jednak sięgam po gotowe maseczki zmywalne, których nie trzeba trzymać zbyt długo na twarzy;) Na maseczkę w płachcie muszę mieć nastrój i zarezerwowane 20-30 minut lub zaplanować aplikację np. podczas sprzątania bo ciężko mi położyć się z maseczką i bezczynnie czekać na efekty. Natomiast maseczki kremowe pozwalają mi zaoszczędzić czas, gdyż często mogę je stosować nawet pod prysznicem, mając jednocześnie nałożoną maskę do włosów, wykonując peeling ciała czy nawet depilację nóg;) Nie należę do osób, które leżą i pachną. Lubię robić kilka rzeczy jednocześnie. Dlatego też nowe maseczki MIYA były dla mnie iście łakomym kąskiem;) Obie występują w poręcznych 50ml słoiczkach. To dla mnie plus, ponieważ niechętnie sięgam po maseczki w saszetkach.


MIYA myPUREexpress 5 minutowa maseczka oczyszczająca


Miya Cosmetics my pure express

Jest to maseczka oczyszczająca z kompleksem zawierającym 5% kwas azelainowy oraz glicerynę. Ma ona zapewnić ekspresowe oczyszczenie porów i aktywne działanie na niedoskonałości skóry zaledwie w 5 minut. Oprócz kwasu azelainowego i gliceryny w składzie znajdziemy glinkę białą i różową, olej z nasion malin, olej jojoba, witaminę E oraz Prowitaminę B5
Miya Cosmetics mypureexpress

Maseczka myPUREexpress wylądowała na mojej twarzy jako pierwsza;) Wszystko to za sprawą wyjątkowego zapachu, który oczarował mnie zaraz po zdjęciu sreberka chroniącego zawartość;) W moim odczuciu jej zapach jest jakby kwaśny, a jednocześnie świeży, kobiecy i mający w sobie coś z kosmetyków aptecznych (jestem fanką takich aromatów). Kojarzy mi się on z bezpieczeństwem i skutecznością. Do tego niesamowicie mnie relaksuje:) Przy czym nie jest zbyt intensywny i nie utrzymuje się na skórze po zmyciu. 
Miya Cosmetics maseczka z kwasem azelainowym

Maska posiada aksamitnie kremową konsystencję, która błyskawicznie się rozprowadza i równie szybko spłukuje. Z uwagi na zawartość glinek polecam nakładać grubszą warstwą. Zawsze, kiedy ktoś mi mówi, że nie widzi efektów z zastosowania jakiejś maski pytam: a ile nałożyłaś? Kropelkę?;) Warto też dodać, że nie jest to maska agresywna. Przy ustawowym czasie aplikacji nie zasycha i nie powoduje uczucia ściągnięcia skóry. Nie trzeba jej spryskiwać mgiełką w trakcie stosowania. Jak już wspomniałam, najchętniej stosuję ją pod prysznicem:) Maska nie spływa samoistnie ze skóry pod wpływem ciepła parującej wody, więc jest to jak najbardziej wykonalne. 
multimasking czy warto, miya cosmetics

Efekt zastosowania maski rzeczywiście widoczny jest już po 5 minutach. W przypadku cery tłustej lub mocno zanieczyszczonej można wydłużyć czas aplikacji do 10 minut. Moja cera jest mieszana, ale cienka i delikatna. Nie należy do tych mocno zanieczyszczonych, więc nigdy nie przekraczam tych 5 minut. Przyznaję, że z uwagi na przyjemność stosowania najchętniej nakładałabym ją codziennie, ale wiem, że wtedy osiągnęłabym efekt odwrotny od zamierzonego. Ograniczam się więc do 2-3 aplikacji tygodniowo. Po zmyciu maseczki skóra jest dobrze oczyszczona i naturalnie matowa. Pory są ładnie zwężone, a jednocześnie skóra nie jest ściągnięta i podrażniona. Nie trzeba po niej nakładać produktów łagodzących, ale jest to maska oczyszczająca, więc zastosowanie dalszej pielęgnacji jest wskazane. Dobrze oczyszczona skóra jeszcze lepiej chłonie substancje odżywcze zawarte w kremie oraz serum i dla mnie jest to znaczący powód przemawiający za stosowaniem takich masek. Jeśli chodzi o bezpośredni wpływ na niedoskonałości to przyznaję, że moja skóra nie ma nadmiernej tendencji do ich powstawania. Jednak jak wiecie, co jakiś czas pojawiają się u mnie drobne krostki. Staram się ich nie ruszać, ale czasem nie mogę wytrzymać i zaczynam w nich „majstrować”;) Niestety najczęściej powoduje to zaognienie problemu w postaci powiększenia i mocniejszego zaczerwienienia niedoskonałości, a same krostki stają się trudne do usunięcia. Nie jest tak żeby mi się udawało zmyć maskę razem z owymi krostkami, ale po jej użyciu skóra w ich obrębie nie jest już tak zaogniona:) To z pewnością zasługa zawartości kwasu azelainowego, który jest odpowiedni nawet dla osób mających cerę wrażliwą, problematyczną, atopową, skłonną do trądziku i rumienia, a nawet płytko unaczynioną. W dodatku kwas ten nie jest fotouczulający, więc można go stosować nawet latem. Dzięki pozostałym składnikom skóra jest nie tylko oczyszczona i mniej się przetłuszcza, ale jest też delikatnie nawilżona, miękka i miła w dotyku:) Maska reguluje wydzielanie sebum, ale jednocześnie posiada właściwości kojąco-odżywcze.  


MIYA myBEAUTYexpress 3 minutowa maseczka wygładzająca


MIYA myBEAUTYexpress

Maseczka wygładzająca zawiera aktywny węgiel kokosowy, który oczyszcza skórę z nadmiaru sebum i zanieczyszczeń, zmniejsza niedoskonałości, matuje i ujednolica koloryt cery, a także odblokowuje i zwęża pory. Działa niczym magnes na zanieczyszczenia skóry. Oprócz tego maska zawiera także białą glinkę, olej z pestek winogron, ekstrakt z kwiatów rumianku, witaminę E oraz prowitaminę B5. Produkt posiada właściwości wygładzające, a dodatkowo koi zaczerwienienia, poprawia ogólny wygląd skóry i wyrównuje jej koloryt. 
Miya Cosmetics maska z węglem kokosowym

Jak na maseczkę węglową przystało myBEAUTYexpress posiada ciemny, niemalże czarny kolor świadczący o wysokiej zawartości jednego z głównych składników i nie jest to barwnik jak w niektórych tego typu kosmetykach;) Jeśli chodzi o zapach to uważam, że myBEAUTYessence w wersji Coco Beauty Juice, myMAGICscrub i myBEAUTYexpress są produktami blisko ze sobą spokrewnionymi. Choć można wyczuć subtelne różnice zarówno w samym zapachu jak i jego intensywności;) Woń maseczki jest najbardziej zbliżona do esencji, czyli mamy tutaj kokosowo-rumiankową nutę. Jest ona jednak zdecydowanie delikatniejsza i mniej długotrwała. Swoją drogą dla wzmocnienia efektów i zapachu można spryskać skórę esencją przed nałożeniem maski lub po jej zmyciu. Zapach tej maseczki ma wielu zwolenników i sama też go lubię, choć na pierwszym miejscu jest u mnie wersja różowa:) 
Miya Cosmetics my beauty express

Konsystencja tej maski jest równie przyjemna i łatwa w aplikacji zarówno pędzelkiem jak i dłońmi. Spłukuje się także bez problemu, ale pamiętajmy o nałożeniu grubszej warstwy. Polecam też kontrolę twarzy w lustrze już po zmyciu:) Ja ze względu na stosowanie w wannie nie jestem w stanie od razu sprawdzić czy zmyłam dokładnie. Przeważnie więc już po wyjściu spod prysznica znajduję resztki maski w nosie:D W przypadku kłopotów z ekspresowym zmyciem, polecam zrobić to przy użyciu gąbeczki (np. dobrze wszystkim znanej Calypso). Zyskujemy wtedy dodatkowy masaż pobudzający krążenie;) 
Miya Cosmetics my beauty express konsystencja

Maseczkę nakładamy na oczyszczoną skórę twarzy na jedyne 3 minuty. W przypadku mojej cery ten czas jej optymalny, ale zdarza mi się trzymać 5 minut, gdy robię multimasking;) Jeśli aplikujemy na te kilka minut, maska nie zasycha i nie powoduje uczucia ściągnięcia skóry. Przy znacznie wydłużonym czasie aplikacji maska przyschnie i trudniej będzie ją zmyć. Aczkolwiek spragnionych mocniejszego oczyszczenia może to nie zrazić;) Choć moim zdaniem, jeśli potrzebujemy silniejszego oczyszczenia, lepiej zrobić wcześniej peeling twarzy niż przeciągać stosowanie. W końcu miało być ekspresowo, a nie mozolnie:D Po pierwszym zastosowaniu wersji oczyszczającej myślałam, że już nie uda się tego przebić, ale czarna maska również pozytywnie mnie zaskoczyła i nie jestem w stanie wybrać, którą lubię bardziej:) Te maski to jest życie… Pierwsze co zauważam zawsze po zmyciu tej maski to silne wygładzenie skóry, dodatkowo cera jest jaśniejsza, rozświetlona i świetnie oczyszczona! Po prostu świeża! Koloryt cery staje się bardziej wyrównany, więc maska jest idealna również przed większym wyjściem lub ważnym spotkaniem:) Trzeba tylko pamiętać żeby dokładnie ją zmyć ze wszystkich zakamarków twarzy;)
Miya Cosmetics maska


Multimasking



Maski możemy stosować indywidualnie na całą twarz, miejscowo lub dowolnie je ze sobą łączyć w myśl idei multimaskingu;) Czasami poszczególne partie twarzy lepiej reagują na niektóre składniki lub wymagają nieco innych efektów. Posiadacze cer mieszanych wiedzą o tym najlepiej:) Warto wtedy nałożyć dwie maski idealnie dopasowując je do potrzeb skóry. Dla przykładu myPUREexpress na czoło i brodę, a myBEAUTYexpress na nos i policzki. W moim przypadku np. zimą nos potrzebuje silniejszego wygładzenia. 


MIYA secretGLOW Rozświetlający krem z witaminami all-in-one


Miya Cosmetics krem Secret Glow

Ten wielofunkcyjny krem w swoim składzie zawiera witaminy C, B3, E, Prowitaminę B5, kwas hialuronowy, ekstrakt z peonii, pielęgnacyjne oleje (olej z pestek moreli i makadamia) oraz opalizujące drobinki miki

Krem umieszczony został w poręcznej 30ml różowej tubce, która zmieści się nawet w torebce. Dużą zaletą jest tutaj zwężony otwór dozujący, dzięki któremu możemy wycisnąć nawet niewielką ilość wystarczającą na pokrycie drobnych obszarów skóry takich jak np. okolice pod oczami;)


Krem posiada delikatnie kwiatowy, dość długo utrzymujący się zapach. Jego konsystencja jest kremowa i nieobciążająca. 


W secretGLOW zawarto opalizujące drobinki miki, które po wypróbowaniu kremu na dłoni wydają się być dość widoczne. Jednak na twarzy ładnie się układają, prezentując się już subtelniej (nakładamy niewielką ilość). Kosmetyk można stosować, jako rozświetlający krem do twarzy, dekoltu i pod oczy, jako bazę pod makijaż lub jako ekspresową maseczkę bankietową;) Ja lubię go używać w roli rozświetlającego kremu pod oczy na dzień, jako bazy i niekiedy, jako maseczkę. Nałożony pod oczy zapewnia delikatny efekt blur, rozświetla, a jednocześnie wygładza i nawilża. Nadaje się do stosowania pod makijaż. Ale szczególnie docenią go osoby, które nie mają problemów z cieniami pod oczami. Krem jeszcze bardziej podkreśli ich dobrą kondycję skóry w okolicach oczu, a jednocześnie zadziała jak delikatny korektor. W przypadku widocznych cieni (takich jak moje) stanowi dobry grunt pod makijaż. Użyty, jako baza pod makijaż twarzy rozświetla i skutecznie wygładza sprawiając, że produkty ładniej się rozprowadzają. To fajny patent zwłaszcza pod minerały, które wymagają dobrze przygotowanej cery. Jeśli chcemy sobie zrobić szybką rozświetlająco-nawilżającą maseczkę np. przed wyjściem, secretGLOW również jest dobrym rozwiązaniem. Makijaż ładniej się potem trzyma;)


MIYA mySTARlighter rozświetlacze


MIYA mySTARlighter rozświetlacze

Są to upiększające, naturalne rozświetlacze, które nadają skórze zmysłowy blask. 


Rozświetlacze MIYA występują w 3 odcieniach:


Moonlight Gold – ciepłe, jasne opalizujące złoto. Najbardziej uniwersalny odcień.


Rose Diamond – diamentowy, lekko wpadający w róż odcień. Najlepszy dla chłodnych karnacji.


Sunset Glow – opalizujący nasyconym złotem. Najlepszy dla ciepłych karnacji (zwłaszcza średnich i ciemniejszych).
MIYA mySTARlighter rozświetlacze

W mySTARTlighter za rozświetlenie odpowiada mika, którą często można spotkać np. w kosmetykach mineralnych. Zawarte w produkcie oleje, które nieco się różnią zależnie od wariantu oraz witamina E i wosk pszczeli zapewniają nie tylko efekt upiększający, ale i pielęgnujący. Stąd też znalazły się we wpisie z pielęgnacją:) 
Miya Cosmetics my star lighter swatch

Każdy rozświetlacz umieszczony został w poręcznym 4g szklanym słoiczku. Ich kremowa konsystencja pozwala na łatwe nabranie i rozprowadzenie za pomocą palca. Choć z uwagi na długie paznokcie wygodniej pobiera mi się produkt szpatułką, a następnie wklepuję palcami:) Kremowa konsystencja jest przyjemna w dotyku, ale jednocześnie lekko tłustawa ze względu na zawartość olejków. Stosowanie tych rozświetlaczy jest dla mnie nietypowym doświadczeniem, ponieważ wszystkie inne moje rozświetlacze są pudrowe (ja w ogóle pudernica jestem;)). Muszę jednak przyznać, że kremowe rozświetlacze wyglądają na skórze bardziej gładko i naturalnie, nie podkreślają tak ewentualnych nierówności skóry. Można je stosować na makijaż, ale przy zadbanej cerze ładnie wyglądają również nałożone na krem. Ciekawostką jest tutaj także zapach przypominający owocowe Mamby;) 


Rozświetlacze tradycyjnie można aplikować na szczyt kości policzkowych, łuk Kupidyna, powieki, kąciki oczu, pod łukami brwiowymi, a także na ramiona, obojczyki i dekolt. Moim faworytem jest ten najbardziej złocisty – Sunset Glow oraz delikatniejsze złotko Moonlight Gold. Każdy dobierze coś odpowiedniego dla siebie. Rozświetlacze zapewniają naturalny, średni, elegancki blask. Kremowe rozświetlacze są ciekawą i jednocześnie naturalną odmianą w porównaniu z tradycyjnymi pudrowymi. Nie zauważyłam żeby mnie zapychały, ale moja skóra nie ma do tego szczególnych skłonności. Jeśli jednak macie tendencję do tego typu atrakcji, warto przestudiować składy przed ewentualnym zakupem. Każdy rozświetlacz ma w składzie olej kokosowy, który moja skóra lubi, ale niektóre cery nie zawsze go dobrze tolerują. 


Wszystkie kosmetyki MIYA Cosmetics wraz ze szczegółowymi składami znajdziecie na miyacosmetics.com. A oprócz tego w drogeriach Hebe, Super-Pharm, Pigment, Kontigo oraz w wybranych Rossmannach.


Co sądzicie o nowościach do pielęgnacji twarzy marki MIYA? Próbowałyście już może któregoś z produktów?


Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 lipca 2018

Innisfree – My Lip Balm i My Drop!

Marka Innisfree w swej ofercie posiada nie tylko skuteczne serie kosmetyków przeznaczone do pielęgnacji twarzy, ale także kolorówkę, bazy pod makijaż i balsamy do ust zarówno te bezbarwne jak i z dawką koloru:) Kusił mnie ich podkład, który jest dość nowatorski, ponieważ można sobie dobrać zarówno poziom krycia jak i stopień nawilżenia;) Jednak nie byłam jeszcze wtedy na niego gotowa (może za jakiś czas;)), więc wybrałam coś bardziej uniwersalnego – My Lip Balm w odcieniu #Ruby Grapefruit Tea i My Drop w wersji Mattifying. Jak się u mnie spisały?

Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea

zdjęcie balsamu do ust Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Innisfree My Lip Balm opakowany został w dość długą i pojemną, bo aż 15g tubkę i wyposażony w ścięty aplikator. Sam w sobie jest on bardzo wygodny, lecz łatwiej by mi się nakładało produkt gdyby był jednak nieco węższy. W moim przypadku przydatne jest, więc lusterko, ale to raczej nie problem, bo po przemeblowaniu luster ci u mnie pod dostatkiem;) Barwa tubki zależy od odcienia balsamu. W moim przypadku jest to nr 10 #Ruby Grapefruit Tea, więc tubka jest biało-czerwona (dobrze, że już po mundialu;)).
zdjęcie przedstawiające Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Wersji My Lip Balm mamy aż 11, także każdy wybierze coś dla siebie:) Pierwsze 3 odcienie są bardzo delikatne, natomiast ja chciałam coś z czerwono-różowym akcentem. 
zdjęcie Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea
Polubiłam Innisfree Glow Tint Lip Balm i tak naprawdę chciałam żeby ten był do niego podobny:) Muszę przyznać, że z koloru jestem bardzo zadowolona:) Jest to moja ulubiona tonacja, ponieważ już jakiś czas temu zauważyłam, że w nude nie wyglądam najlepiej i że lepiej czuję się w nieco żywszych (ale nie przesadnych) kolorach:) Efekt można oczywiście stopniować zależnie od tego jak dużo balsamu nałożymy na usta. Co ciekawe balsam wygląda nieco inaczej zależnie od światła. Wszystkie zdjęcia na twarzy wykonałam tego samego dnia (te z samymi ustami są bez makijażu twarzy, a całościowe już w makijażu) i tak naprawdę na każdym ujęciu odcień prezentuje się nieco inaczej (na niektórych zdjęciach mam nałożone mniej, a na innych więcej). Niemniej w każdej odsłonie go lubię:) Muszę zresztą przyznać, że podczas robienia zdjęć „efektów” pogoda była niestety bardzo kapryśna, a światło chwiejne;) Wszystkie kolory zaprezentowane zostały w sklepie Jolse, aczkolwiek efekt zawsze będzie inny zależnie od wyjściowego koloru ust i z tego co widzę u mnie też wygląda nieco inaczej niż na stronie;)
zdjęcie Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea na ustach
Zarzutów co do tego produktu nie mam żadnych i nie będę udawać, że mnie to zaskakuje bo przerobiłam już kilka balsamów do ust Innisfree i każdy mi odpowiadał:) Nie jest to produkt mocno kryjący tudzież zastygający bo w końcu to koloryzujący balsam do ust. Posiada on więc cechy z pogranicza pomadki i balsamu;) Najlepsze cechy, gdyż zarówno nadaje ustom koloru, czyli je upiększa, a jednocześnie dba o ich kondycję nie dopuszczając do wysuszenia:) Mam jeszcze na oku parę wersji i możliwe, że w przyszłości się skuszę. Konsystencja produktu jest bardzo przyjemna i taka „gładka”. Natomiast zapach bardzo subtelny, prawie niewyczuwalny. Faktycznie jest to coś w rodzaju herbatki grejpfrutowej. Na ustach w ogóle tego zapachu nie czuć. Jeśli jesteście fankami takich nawilżających balsamów do ust z kolorem to szczerze polecam:) Podkreśli kolor ust i jednocześnie zadba o ich kondycję w ciągu dnia.
zdjęcie przedstawiające makijaż z Innisfree My Lip Balm #Ruby Grapefruit Tea

Innisfree My Drop Mattifying


zdjęcie przedstawiające Innisfree My Drop Mattifying
Innisfree My Drop to stosunkowa nowość w ofercie marki, gdyż pojawiła się dopiero kilka miesięcy temu. Mamy do wyboru kilka wersji – nawilżającą, rozświetlającą, olejkową (którą można nakładać również jako bazę pod szminkę), matującą oraz wersje do rozjaśniania lub przyciemniania podkładów. Ja zdecydowałam się na Mattifying, ponieważ latem moja mieszana cera lubi sobie poświecić za dnia, a nie zawsze jest to mile widziane;) 
zdjęcie przedstawiające Innisfree My Drop Mattifying
Sam produkt występuje w opakowaniu, które jakiś czas temu zyskało moją sympatię (dawniej nie znosiłam takich buteleczek z pipetką). Może dlatego, że mój podkład Bell również występuje w podobnym opakowaniu? Jest ono przezroczyste i o niewielkiej lecz w pełni wystarczającej pojemności – 14ml. Takich produktów nie nakładamy bowiem kilogramami. Jeden lub dwa „dropsiki” wystarczą;) 
zdjęcie Innisfree My Drop Mattifying
Produkt posiada białą barwę, a jego konsystencja jest leciutka niczym lotion:) Rozsmarowuje się błyskawicznie nie pozostawiając po sobie lepkiego filmu ani koloru (nie rozbiela podkładu). My Drop jest praktycznie bezzapachowy, co stanowi dla mnie zaletę. 

Może być stosowany jako matująca baza pod makijaż na wybrane partie twarzy lub można zmieszać go z podkładem. Tego drugiego sposobu nie próbowałam, gdyż jak wiecie nie jestem zbyt biegła w aplikacji podkładów i wolałam nie kombinować;) Zdecydowanie wolę stosować tradycyjnie jako bazę pod podkład lub puder. Mój podkład Bell Nude Liquid Powder jest co prawda sam w sobie o pudrowym wykończeniu, ale po jakimś czasie zaczynam się świecić, a gdy przesadzę z pudrem wykończeniowym to moja twarz prezentuje się już zbyt pudrowo. Czasami więc lepszym rozwiązaniem podczas ciepłych lub stresujących dla mnie dni jest nałożenie bazy, a pominięcie już pudru lub aplikacja minimalnej jego ilości;) Muszę przyznać, że ta wersja zdaje u mnie egzamin i twarz pozostaje bez połysku na dłużej. Przy czym nie jest to płaski mat, a po prostu utrzymanie cery w ryzach:) Jestem jeszcze ciekawa tej olejkowej w ramach zastosowania na usta:)

Znacie My Drop lub My Lip Balm z Innisfree?

Czytaj dalej »

poniedziałek, 26 marca 2018

HERA True Wear Twin Cake SPF35 PA+++ i BEAUTY PEOPLE Primer Bbosong Pact!

Pierwszy kontakt z koreańską kolorówką miałam jeszcze na długo, długo przed tym gdy z  blogosfery wyłoniły się przeróżne ekspertki od azjatyckich kosmetyków;) A tak naprawdę zanim w ogóle pojawiły się pierwsze polskie blogi urodowe;) W owym czasie zupełnie jednak nie mogłam sobie poradzić z doborem odpowiednich produktów (zwłaszcza, że dostęp do nich był o wiele bardziej skomplikowany niż teraz). Przy każdej próbie zaliczałam więc wpadkę i trafiałam na bubla. Dziś już wiem jaka była tego przyczyna. Tak to już bowiem jest gdy polega się na rekomendacji kogoś kto posiada zupełnie inny typ i koloryt cery, a także wymagania. Zawsze trafiałam na odcienie, których nie powstydziłaby się córka młynarza albo jakiś zombiak, a do mnie nie pasowały ani trochę. Rozpracowanie koreańskich kosmetyków zajęło mi chyba najwięcej czasu ze wszystkich innych i w pewnym momencie nawet myślałam, że już nigdy nic się u mnie nie sprawdzi. Ale dziś już wiem, że muszę polegać przede wszystkim na swojej intuicji, a opinie innych starannie przefiltrowywać przez swoje potrzeby i nie sugerować się nimi zbyt mocno:) Wtedy właśnie mam szansę na zadowolenie. Jakiś czas temu typowo intuicyjnie dobrałam więc dla siebie kilka produktów. Dwa z nich będą bohaterami dzisiejszego wpisu. Jest to puder HERA True Wear Twin Cake SPF35 PA+++ i BEAUTY PEOPLE Primer Bbosong Pact. Nie znalazłam żadnych opinii na ich temat, ale uznałam, że powinny być dla mnie odpowiednie;) Jak to wypadło w praniu?;)



HERA True Wear Twin Cake SPF35 PA+++



Hera należy do takiej wyższej koreańskiej półki kosmetyków, a ja lubuję się w dobrych pudrach i kompaktach, więc puder HERA True Wear Twin Cake SPF 35 PA+++ żywo mnie zainteresował:) Kusił mnie również cushion z tej marki, ale nie miałam nigdy do czynienia z takim typem produktu i uznałam, że trudniej będzie mi dobrać kolor i nie wiadomo też czy polubię się z taką formułą. Uznałam więc, że najlepiej będzie jeśli na początek wypróbuję coś bezpieczniejszego, czyli taką bardziej tradycyjną pudrową formułę;) A jeśli test kolorystyczny wypadnie pozytywnie to może w przyszłości pokuszę się o wypróbowanie cushion’owego odpowiednika;) 

Zatrzymajmy się jednak najpierw przy typowo technicznych detalach. Puder otrzymujemy w kartonowym opakowaniu, wewnątrz którego znajdziemy elegancką czarną puderniczkę, która bardzo subtelnie mieni się za sprawą złotych drobinek. Niestety wadą jest tutaj to, że zostają na niej ślady palców;) Po otwarciu tej eleganckiej puderniczki wyposażonej w lusterko od razu wiedziałam, że ten design coś mi przypomina. A mianowicie kolorówkę Givenchy;) Lubię tą markę, więc nawet wzięłam to za dobrą kartę licząc na to, że jakość będzie równie dobra. 

Zawartość chroniona jest przez czarną plastikową osłonkę (która właśnie bardzo przypomina mi te z niektórych produktów Givenchy), a pod spodem mamy jeszcze schowek na gąbeczkę. Co więcej, do opakowania została dołączona jeszcze jedna dodatkowa gąbeczka. Gąbeczki są całkiem miłe w dotyku, ale ja do aplikacji preferuję pędzle;) Także zapach pudru jest przyjemny i delikatny. Również kojarzy mi się on z Givenchy, choć zdecydowanie nie jest taki sam;)

Hera oferuje 4 odcienie swego produktu - #17, #21, #23 i #25. Jako osoba o średniej karnacji i zarazem dobrze znająca dość spektakularną jasność koreańskich pudrów i kremów BB, wiedziałam, że dwa pierwsze odcienie nie wchodzą w grę;) Pozostawały więc dwa ostatnie. Ale tutaj miałam lekką zagwozdkę, gdyż dla przykładu krem BB Skin 79 bronze (jako chyba jedyny) okazał się być dla mnie za ciemny. Był więc mimo wszystko cień szansy, że przy najciemniejszej Herze również może mnie to spotkać. Ale z kolei #23 podejrzewałam, że może być za jasny. A u mnie jest tak, że lekko za ciemny produkt umiem sobie odpowiednio rozjaśnić pudrem wykończeniowym. Natomiast w drugą stronę, czyli przyciemnić jest mi już nieco trudniej i mam wrażenie, że wymaga to więcej czasu;) Dlatego mimo wszystko zdecydowałam się na najciemniejszy #25 Amber. Odetchnęłam z ulgą od razu gdy go otworzyłam, ponieważ nie wyglądał mi na zbyt ciemny dla mnie;) Jak się zresztą potem okazało, ładnie wtapia się w skórę. Nie zaszkodziłoby nawet gdyby był odrobinkę ciemniejszy, ponieważ na lato może będzie już ciut dla mnie za jasny. Używam więc póki pogoda nie rozpieszcza:) Odcień najbardziej miarodajnie wygląda na zdjęciu nr 4 choć w rzeczywistości nieco bardziej wpada w żółte tony.

Puder Hera posiada bardzo przyjemną, aksamitną konsystencję i równie miło się rozprowadza;) Choć jest dość miękki, więc zawsze o użyciu trzeba zdmuchnąć "pudrowe okruszki", które osadzają się na powierzchni produktu. To właśnie zaliczyłabym do minusów bo muszę uważać by nie zabrudzić sobie zbytnio toaletki bo kto potem będzie sprzątał?;) Nakładam go solo lub w połączeniu z kosmetykiem Beauty People, o którym za chwilę;) Jako że mój makijaż opiera się na formułach pudrowych i nie lubię płynnych podkładów, to każdy mój puder musi być porządnym i komfortowym w użyciu produktem;) Pierwszy lepszy nie wchodzi w grę;) Kosmetyk marki Hera bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, ponieważ rzeczywiście czuć tą jakość:) Ładnie wygląda na skórze, nie obciąża, nie zapycha ani nie podkreśla ewentualnych suchych skórek. Choć te z uwagi na dobrą pielęgnację raczej i tak nieczęsto u mnie występują;) Krycie jakie można uzyskać przy jego użyciu to od lekkiej mgiełki koloru po nieco bardziej intensywne, ponieważ można je trochę nadbudować dodając nieco więcej produktu. Wykończenie na mojej skórze jest naturalne. Ani przesadnie matowe ani błyszczące, dzięki czemu twarz nie wygląda sztucznie. Jest to dokładnie taki efekt o jaki mi chodziło. Muszę przyznać, że jestem z niego bardzo zadowolona i na pewno posłuży mi jeszcze długo, ponieważ jest wydajny. Choć od razu muszę zaznaczyć, że u mnie każdy jest wydajny. Pewnie dlatego, że nie szpachluję się nadmiernie tak jak niektóre insta blogerki;) Trwałość nie budzi zastrzeżeń, gdyż puder pozostaje na mojej twarzy przez większość dnia. Zwłaszcza w połączeniu z kosmetykiem Beauty People. Na zdjęciu makijaż z użyciem pudru Hera, odrobiny rozświetlacza i różu. Bez podkładu i bez primera;)
zdjęcie przedstawiające puder HERA True Wear Twin Cake #25 na twarzy


BEAUTY PEOPLE Primer Bbosong Pact



Kolejnym ciekawym produktem, który możemy z powodzeniem stosować w połączeniu z powyższym pudrem lub podkładem jest BEAUTY PEOPLE Primer Bbosong Pact. Jest to pierwszy mój produkt tej marki i muszę przyznać, że kusiły mnie cushiony, które prezentują się bardzo radośnie i bajkowo;) Miałam jednak podejrzenia, że ich odcienie będą za jasne, więc zdecydowałam się na coś bardziej uniwersalnego. Przynajmniej w przypadku cery mieszanej lub tłustej;) Jest to baza pod makijaż w postaci białego pudru w kompakcie. Posiadam już coś takiego od polskiego producenta kosmetyków mineralnych i jestem zadowolona. Jednak nie ma to jak kosmetyk prasowany, ponieważ zdecydowanie uprzyjemnia to stosowanie;) 

Primer Bbosong Pact zapakowany został w czarno-biały kartonik, wewnątrz którego znajdziemy okrągłą puderniczkę w tych samych barwach. Jest ona matowa, więc nie zostają na niej ślady palców. Pojemność wynosi 8g. Nie mamy podanej na opakowaniu daty przydatności od otwarcia, ale widnieje data ważności. Puderniczka mimo, że nie należy do tych luksusowych to muszę przyznać, że jest zgrabna, wygodna i bardzo poręczna. Wewnątrz znajdziemy plastikową osłonkę chroniącą zawartość oraz gąbeczkę, która jest naprawdę mięciutka. Nawet dla odmiany pokusiłam się o wklepywanie produktu ową gąbeczką gdy nakładam go pod makijaż (bo zdarza mi się też nałożyć trochę na wykończenie i wtedy aplikuję odrobinę pędzlem). 

Według producenta primer ten nie tylko reguluje poziom sebum ale także nie dopuszcza do utraty wilgoci w skórze i rzeczywiście nie zauważyłam żadnego przesuszenia tudzież podrażnienia. Puder posiada delikatną konsystencję, więc bez problemu się aplikuje. Po nałożeniu cera jest zmatowiona oraz delikatnie rozjaśniona. A jej koloryt już wstępnie ujednolicony, dzięki temu szybciej nakłada mi się już ten puder w kolorze. Nie zostawia ciężkiej pudrowej warstwy, więc myślę, że spokojnie można nakładać na niego nawet płynny podkład. Mnie się zdarzyło nałożyć go również solo gdy nie miałam czasu się umalować, a chciałam trochę zmatowić cerę. Puder można stosować także na powieki i okolice dzięki czemu kreski będą się lepiej trzymały albo gdy mamy bardzo tłuste powieki, a zależy nam na dobrym utrwaleniu bazy pod cienie. Tak się właśnie składa, że moje powieki należą do tych tłustych. Zdarzyło mi się nawet, że ktoś zapytał jakim cieniem się umalowałam, a to był błysk mojej skóry:D Także puder bywa przydatny jeśli chcę to zniwelować. Można stosować również na skórę głowy choć akurat tego sposobu nie wypróbowałam, ponieważ ostatnio musiałam się trochę wziąć za tą strefę sięgając po apteczne szampony. W ramach podsumowania dodam, że dzięki temu pudrowi skóra dłużej zostaje matowa. Zobaczymy jak się spisze latem:) 


Kończąc już ten przydługi wywód tradycyjnie zapytam czy znacie te produkty? A może znacie jakieś inne fajne koreańskie pudry?

Czytaj dalej »