Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kredka do powiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kredka do powiek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 stycznia 2017

Delia Cosmetics – przegląd nowości. Pomadki Creamy Glam, kredki do powiek Soft Eye Pencil, Lakiery Trend & Big Brush oraz zmywacz w gąbce

Cześć Dziewczyny!

Na początku grudnia zaskoczyła mnie mikołajkowa niespodzianka od marki Delia Cosmetics.  Paczka była bardzo ładnie zapakowana w ozdobne pudełko z największą dbałością o szczegóły, a wewnątrz znalazłam całkiem pokaźną ilość kosmetyków do makijażu. Kosmetyki te były nie do końca dobrze dla mnie dopasowane gdyż np. do paznokci używam już tylko lakierów hybrydowych i mam ich tyle, że przetestowanie zwykłych byłoby już dla mnie trochę nierealne;) Poza tym hybrydy wkręciły mnie na tyle, że raczej nieprędko sięgnę po jakiekolwiek tradycyjne lakiery. Chyba, że będą obiecywać jakąś naprawdę niesamowitą trwałość;) Drugą kwestią są pomadki w intensywnych odcieniach, po które nie sięgam praktycznie nigdy. Mój blog nie jest blogiem stricte testerskim, ponieważ ja nie testuję dla samego testu, a recenzuję tylko te produkty, których rzeczywiście używam i staram się żeby były to kosmetyki, które w jakimś sensie do mnie pasują i przemawiają. Tak jak to było chociażby w przypadku tuszów tej marki, które naprawdę fajnie się u mnie spisały. O pomadkach w intensywnych odcieniach póki co powiedzieć tego nie mogę, ponieważ nie czuję się w takich komfortowo. A ja makijażu nie traktuję jako przebranie czy kamuflaż. On jest dla mnie czymś w rodzaju sztuki użytkowej, ale tylko takiej, która pomoże podkreślić urodę bez poczucia, że zatracam w tym wszystkim swoją indywidualność. A więc pomadki nie i lakiery też nie, ale było jeszcze coś – kredki do powiek. I tego typu produktów akurat używam:) Po tym nietypowym wstępie zapraszam na krótki przegląd nowości Delia.



Delia, lakiery do paznokci Trend & Big Brush 



„Najnowsza kolekcja lakierów w trendowych kolorach proponowanych w 2016 roku przez Pantone. Zawiera 16 kolorów od perłowych po klasyczne błyszczące kremowe. Kolekcja oparta jest na nowej, szybciej schnącej formule. Została również wzbogacona o nowy płaski, gruby, zaokrąglony pędzelek, dzięki któremu wykonanie manicure jest znacznie szybsze”.


Lakiery przywędrowały do mnie w 3 naprawdę ładnych odcieniach. Gdyby nie to, że hybrydy wciągnęły mnie niczym bagno to na pewno bym je wypróbowała, a tak zostały przekazane w dobre ręce;)

Delia, zmywacz bezacetonowy w gąbce



„Zmywacz z gąbką to innowacyjny sposób na usunięcie lakieru z paznokci. Skutecznie usuwa każdy rodzaj lakieru. Bezacetonowy - nadaje się do paznokci naturalnych, tipsów i arkryli. Niezwykle prosty w użyciu. Sprawia, że zmywanie paznokci staje się przyjemności. Wygodny dozownik nie tylko ułatwia zmywanie paznokci, ale również zapobiega wyciekaniu zmywacza”.

Zmywaczem w gąbce hybrydy niestety nie usunę, a szkoda bo miałam już wcześniej ten zmywacz (nie jestem pewna czy tą wersję czy tą drugą) i mogę Was zapewnić, że to rewelacyjne rozwiązanie. Wszystko to dlatego, że nie trzeba trzeć paznokci wacikami, a wystarczy włożyć palec do środka opakowania i trochę nim pokręcić. Po czym wyjmujmy palec i gotowe – lakier usunięty! Dodatkowo nasze nosy nie są narażone na takie nieprzyjemności jak w przypadku zwykłych zmywaczy. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie zapach takiego typowego zmywacza zawsze był traumą.

Delia, pomadki do ust Creamy Glam



„Maksymalnie kremowa i mocno kryjąca pomadka do ust.
Nadaje głęboki i trwały kolor. Dzięki zawartości witaminy E, usta są dodatkowo nawilżone. Eleganckie, wysokiej jakości opakowanie sprawi, że stanie się podstawą Twojej kosmetyczki. Jej zmysłowy charakter, podkreśla niezwykle kobiecy zapach”.

Jak już wspomniałam we wstępie pomadki trafiły do mnie w 3 wyrazistych odcieniach. Dwa z nich mogłabym określić jako normalne dla kobiet, które lubią odważne kolory typu czerwień (118) i bordo (120). Natomiast odcień limitowany, czyli granat wyjątkowo mnie zaskoczył. Myślę, że taki odcień może się sprawdzić na pokazach mody, ale raczej nie u większości statystycznych kobiet. Powiedziałabym nawet, że mało której kobiecie taka niemalże grantowa czerń doda uroku. Taki kolor sprawia, że cera wygląda na poszarzałą i zmęczoną, dodaje lat. Osobiście nie wyszłabym z domu umalowana takim odcieniem;) Uwielbiam granat, ale nie na ustach;) Zostawiłam ją jednak sobie bo być może opakowanie przyda mi się do zdjęć. Warto bowiem podkreślić, że mimo niskiej ceny (ok. 15zł) opakowanie pomadki prezentuje się całkiem przyjemnie i jest dość dobrej jakości. Pomadka bordo poszła w dobre ręce. Natomiast czerwoną sobie zostawiłam. Pachnie ona całkiem przyjemnie i posiada kremową konsystencję lecz efekt jaki pozostawia jest dla mnie zbyt intensywny;)


Delia, kredki do powiek Soft Eye Pencil




„Miękka kredka do powiek z elegancką złotą skuwką. Idealna do wykonania codziennego makijażu. Pozwala na łatwe i szybkie wykonanie kresek wokół oczu. Kreski wykonane kredką Soft Eye Pencil nie rozmazują się i zachowują trwałość przez cały dzień. Dostępne w 5 kolorach, które można dobrać do makijażu lub koloru tęczówki: czarnym, ciemnym brązowym ciemny grafitowym, granatowym i ciemny fioletowym”.


I przechodzimy w końcu do kategorii produktów, która jest typowo moja. Kredek do powiek używam bowiem praktycznie w każdym makijażu. Nie jestem fanką eyelinerów bo przy ich użyciu ciężko mi uzyskać satysfakcjonujący efekt, ale kredki to już inna para kaloszy. Bez podkreślenia oczu kredką czuję się jakaś niemrawa i niedomalowana;) Zatem ta część przesyłki od razu spotkała się z moją wstępną aprobatą. Zacznę od kwestii wizualnych i tutaj muszę powiedzieć, że kredki nie są wykonane zbyt estetycznie. Widać takie zadziorki;) Wszystkie odcienie są stonowane i uniwersalne, ale zarazem dość ciemne. A w przeciwieństwie do makijażu ust, w przypadku odcieni kredek mogłabym trochę zaszaleć. Fajnie więc gdyby kolory były jaśniejsze, bardziej wesołe albo z efektem rozświetlenia. Niemniej uniwersalne kolory jak najbardziej się przydają. A co z jakością? Jest całkiem ok. Kredki nie płatają jakiś szczególnych figli ani się nie rozmazują. Jednak mam już swoich wielkich ulubieńców w tej kategorii, których one nie są w stanie przebić. Po prostu tamte są tak dobre, że byłoby to wręcz niewykonalne;) Ale jeśli szukacie kredek w dobrej cenie to można się im przyjrzeć.


Znacie te produkty? Co sądzicie o ekstrawaganckich kolorach typu ciemno-granatowa pomadka?

Czytaj dalej »

wtorek, 17 stycznia 2017

Róż Nars Orgasm i żelowe kredki do powiek Marc Jacobs – bo małe jest piękne!

Cześć Dziewczyny!

W przypadku kosmetyków do makijażu bardzo sobie cenię produkty w formacie mini. Po pierwsze nie zajmują one wiele (tak cennego!) miejsca w kosmetyczce. Po drugie sprawiają, że nie mam poczucia marnotrawstwa gdyż im mniejszy produkt tym większe szanse na wykorzystanie go niemalże w całości bo jak już wiele razy wspominałam kolorówka jest bardzo wydajna, a producenci trochę przesadzają z gramaturą;) Po trzecie są zwyczajnie ładne i praktyczne;) Niejednokrotnie mam chęć na jakiś produkt, ale niekoniecznie czuję potrzebę posiadania pełnowymiarowego opakowania gdyż np. będzie to już któryś z kolei róż do kolekcji i jestem pewna, że do końca życia nie uda mi się go zużyć. Wtedy właśnie z odsieczą mogą przyjść miniaturki:) Na ogół nie pisze się o miniaturkach, ale myślę, że z w/w przyczyn ta zasada nie dotyczy kolorówki. Dlatego dziś napiszę kilka słów na temat słynnego różu NARS Orgasm oraz żelowych kredek do powiek Marc Jacobs. Oba te produkty dostałam w prezencie urodzinowym od Ines.



NARS Orgasm róż do policzków



„Róż do policzków NARS, ikoniczny i będący punktem odniesienia dla tego typu produktów, perfekcyjnie wtapia się w skórę i pokrywa policzki kolorem o modulowanej intensywności”.

Róż NARS Orgasm został umieszczony w czarnym, matowym, jakby gumowym opakowaniu z lusterkiem. Pełnowymiarowe opakowanie zawiera 4,8g różu, a moja wersja mini 3,5g czyli całkiem sporo zważywszy, że to jedynie miniaturka. Róż jest ważny 24 miesiące od momentu otwarcia. Pełnowymiarowego różu w tym przypadku raczej bym nie kupiła, ponieważ jestem sroką i jego opakowanie jest nieco zbyt zwyczajne żeby zachęcić mnie do wydania na niego pieniędzy, ale bardzo cieszę się z racji posiadania wersji mini:) 

Z marką NARS było u mnie tak, że od paru lat widywałam ją na blogach, ale mogła dla mnie nie istnieć. Dlaczego? Z prostego powodu: nie była łatwo dostępna w Polsce, a ja nie miałam ochoty zamawiać kolorówki w ciemno bez uprzednich oględzin w perfumerii;) Wolałam więc postawić na lepiej dostępne i również godne uwagi marki, które mogłam bez problemu obadać przed ewentualnym zakupem. Co oczywiście nie znaczy, że nie zdarza mi się ściągnąć czegoś specjalnie z zagranicy bo bywa i tak, ale tylko wtedy gdy mocno czegoś chcę;) 

Latem ubiegłego roku świat oszalałNARS miał wkroczyć Polski! O mój Boże, Boże - pisały blogerki!:D Niektóre z nich nerwowo odświeżały stronę Sephory w nadziei, że już po północy ich oczom ukażą się Narsowe cukierasy gdyż premiera zapowiadana była na 16.08, czyli tuż po dniu wolnym od pracy;) Ja od razu wiedziałam, że Sephora na pewno nie uzupełni swojej oferty o markę Nars zaraz po północy więc miałam lekką polewkę ze wszystkich nerwowo oczekujących;) I tak się też stało – Sephora potrzymała trochę żądny wrażeń lud w napięciu;) Gdy produkty już się pojawiły, przejrzałam bez emocji i nic nie kupiłam. Wiadomo było bowiem, że od września marka będzie dostępna również w perfumerii w łódzkiej Manufakturze. Gdy już była dostępna też szczególnie nie spieszyłam z wizytą.
Pewnego dnia online pojawiła się oferta specjalna polegająca na tym, że przy zakupach za określoną kwotę klient otrzymywał zestaw miniaturek Nars. Uznałam wtedy, że jest to idealny moment by pozyskać słynny róż Orgasm, ale nie byłam do końca przekonana gdyż reszta miniaturek wydawała mi się niekoniecznie potrzebna, a i pomysłu na wymagany zakup trochę brakowało;) W końcu wymyśliłam co mogłabym kupić, ale po dodaniu kodu do koszyka okazało się, że zestaw miniaturek nie jest już dostępny. Musiałam więc obejść się smakiem choć szczególnie się tym nie przejęłam;) 
Po jakimś czasie mimowolnie wstąpiłam do perfumerii lustrując Narsowy przybytek i po wymacaniu różu stwierdziłam, że może i lepiej bo jego kolor jest jakiś dziwny i nie do końca sobie go wyobrażałam na twarzy;) 
Los jednak sprawił, że niedługo później dostałam mini Orgasm w prezencie i… przepadłam! Przy pierwszym zastosowaniu nakładałam go bardzo powoli i oszczędnie cackając się przy tym niesamowicie;) Wszystko dlatego, że lekko przerażała mnie ilość złotego shimmera zawarta w tym brzoskwiniowym różu;) Obawiałam się, że uzyskam efekt „błyszczącej szyneczki” albo tandetnej lali;) Okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny, ponieważ z tym różem pracuje się bardzo dobrze i ciężko zrobić sobie nim krzywdę. Zależnie od nałożonej ilości można więc uzyskać lekki połysk, subtelny rumieniec z połyskiem lub całkiem wyrazisty kolor:) Ja z reguły preferuję opcję złotego środka, czyli widoczny acz nie dający za mocno po oczach rumieniec. Odcień okazał się być dla mnie bardzo twarzowy zapewne z uwagi na brzoskwiniowy odcień i złocistą poświatą, która wyjątkowo ładnie komponuje się z moją cieplą cerą. Mogę więc napisać – tak, rozumiem fenomen tego różu. Nie bez kozery znalazł się wśród makijażowych ulubieńców roku. Złocista poświata ma jeszcze taką zaletę, że bardzo ładnie rozświetla twarz więc jeśli bardzo się spieszę mogę już zrezygnować z rozświetlacza. Choć z racji mojego zamiłowania do tego typu produktów nieczęsto się to zdarza. Róż jest bardzo wydajny. Po ponad dwóch miesiącach widzę jedynie subtelne „zadrapania” na jego powierzchni;) Trwałość jest bez zarzutów. Róż nie ściera się i nie robi mi żadnych psikusów;) Polecam!

Jakiś czas temu marka Wibo silnie zainspirowała się tym różem wypuszczając Ecstasy Blusher, ale osobiście nie jestem fanką aż tak perfidnego zżynania z innych marek. Szkoda, że wolą kopiować innych zamiast zaskoczyć własnym innowacyjnym pomysłem. Czy pod powiedzeniem „Polak potrafi” zawsze musi kryć się cwaniactwo?;)


Marc Jacobs The High Life zestaw 3 mini żelowych kredek do powiek Highliner



„Odkryj mini kredki, które możesz mieć zawsze przy sobie, aby podkreślić spojrzenie”.


Kiedy wśród prezentów od Ines ujrzałam zestaw żelowych kredek do powiek Marc Jacobs od razu się ucieszyłam gdyż miałam już Highliner w odcieniu (Stone)fox więc wiedziałam, że korzystanie z tych kredek to czysta poezja i przyjemność. W zestawie znajdują się trzy mini kredki w odcieniach: Blackquer (czerń), Sunset (złoto), Ro(cocoa) (błyszczący brąz). Recenzowałam już kiedyś kredkę w odcieniu (Stone)foxKLIK, dodam więc tylko, że odcienie z tego zestawu spisują się równie rewelacyjnie. Są niesamowicie komfortowe w aplikacji, a ich trwałość jest nie do zdarcia. Nie ma mowy żeby zniknęły bez użycia produktu do demakijażu (nawet z ręki). Marc Jacobs to kredki, po które sięgam najczęściej w swoim makijażu. Blackquer oraz Ro(cocoa) nadają się do stosowania zarówno na górną i dolną powiekę, natomiast złocisty Sunset z racji tego, że jest jaśniejszy lepiej komponuje się na górnej powiece lub w połączeniu z cieniami. Jeśli lubicie kredki do powiek (bo wiem, że nie każdy używa) to zdecydowanie polecam zarówno ten zestaw, który zawiera bardzo uniwersalne odcienie, jak i kredki pełnowymiarowe wśród, których znajdziecie również bardziej szalone kolory:)


Znacie róż Nars Orgasm albo żelowe kredki Marc Jacobs? Jakie kosmetyki tych marek polecacie?
Czytaj dalej »

sobota, 22 października 2016

Paese Box jesień 2016

Cześć Dziewczyny!

W poniedziałek dotarł do mnie Paese Box, czyli pudełeczko wypełnione 6 pełnowymiarowymi produktami marki Paese o wartości 150zł. W każdym zestawie znajdziemy gwarantowany korektor Clair, kredkę do oczu, lakier oraz podkład z linii Lush plus dodatkowo 2 losowo dobrane produkty. Jeśli jesteście ciekawe co znalazłam w swoim boxie i jak oceniam tą zawartość zapraszam do dalszej części wpisu;)



Kosmetyki otrzymujemy w niewielkim czarnym pudełeczku, które pod względem wizualnym jest bardzo spójne z wizerunkiem marki. Takie pudełka zawsze mi się przydają do przechowywania drobiazgów, zapakowania prezentu lub po prostu do przechowywania kosmetycznych zapasów więc na pewno go nie wyrzucę;) Jeśli chodzi o samo pudełko to tekturka jest bardziej miękka niż np. w przypadku Shinyboxa. Mnie to jednak nie przeszkadza gdyż lubię różnorodność. W ubiegłych latach zdarzało mi się trafić na opinie, że niektóre osoby otrzymały uszkodzone pudełka lub testery zamiast pełnowartościowych produktów. Jednak prawdopodobnie tym razem wszystko było ok. gdyż póki co nie trafiłam na żadną tego typu opinię. Moje pudełko było dobrze zabezpieczone, a każdy kosmetyk nowy, pełnowartościowy i nieużywany.



Paese Box zawartość


Paese Witaminowy podkład rozświetlający Lush Satin, 39zł/50ml - jak wiecie nie jestem fanką płynnych fluidów, ale odkąd mam nowy podkład Catrice (który pomijając nie do końca "mój" kolor jest naprawdę dobry) i wspaniały Beauty Blender zaczęłam patrzeć na nie nieco łaskawszym okiem;) Odcienie podkładów dobierane były losowo i mnie przypadł najjaśniejszy odcień 30 porcelana. W mojej ocenie jest on bardzo blady, a ja akurat do bladziochów nie należę więc nawet go nie otwierałam;) Podejrzewam jednak, że firma chciała dobrze wysyłając mi akurat ten odcień gdyż jak wiadomo blogerki najczęściej narzekają na zbyt ciemne odcienie, a że ja akurat mam odwrotnie to już inna sprawa;) Nie ma jednak tragedii gdyż na instagramie wymieniłam się z inną dziewczyną na odcień 33 złoty beż, który prawdopodobnie będzie w sam raz;) Pojemność jest bardzo duża więc podzielę się z mamą.


Paese Clair korektor rozświetlający, 29zł/6ml – korektor przypadł mi w odcieniu 5 jasny róż, ponieważ moja karnacja jest typowo ciepła i żółta bez krzty różowych tonów będę się musiała zastanowić czy i jak go wykorzystać. Jeśli macie jakieś pomysły chętnie się dowiem.


Paese Puder ryżowy, 45zł/15g – lubię pudry, puder zawsze się przyda więc jestem zadowolona z jego obecności. Z tego co pamiętam na ogół jest on chwalony. 


Paese Linea automatic eyeliner, 27zł – kredek do powiek używam na co dzień więc w mojej ocenie produkt na plus. Trafił mi się odcień Black Glam, czyli klasyka;) Miałam już kiedyś brązową kredkę tej marki i byłam całkiem zadowolona (choć nie jestem pewna czy była z tej samej serii). 


Paese Art Lipgloss, 21,90zł/3,4ml – lubię błyszczyki więc ma u mnie szanse. Jest to wersja rozświetlająca z drobinkami. Trafił do mnie odcień 416. Wydaje mi się on dość odważnym kolorem, ale zamierzam go używać dopasowując ilość tak abym czuła się komfortowo mając go na ustach.


Paese lakier do paznokci, 15,90zł/9ml – jakiś czas temu wyrzuciłam mnóstwo lakierów więc zostało mi ich naprawdę niewiele. W tym przypadku trafił do mnie odcień 114, czyli czerwień. Ciekawa jestem jego trwałości. 


Łączna wartość kosmetyków w cenach regularnych wyniosła w tym przypadku 177,80zł, czyli nawet więcej niż deklarowane przez producenta 150zł. Box kosztuje 49zł, a wysyłka jest bezpłatna. Czy zakup Paese Boxa jest opłacalny? Według mnie wszystko zależy od naszych potrzeb i preferencji. Warto jednak dodać, że w tym pudełku znalazły produkty, z których większość kobiet korzysta na co dzień i które w dużej mierze pomogą nam w stworzeniu takiego codziennego looku. W mojej wersji pojawiły się też dość klasyczne odcienie takie jak czerwień, czerń czy róż.  Ryzyko stanowi jednak to, że odcienie dobierane są losowo więc np. kobieta o bardzo jasnej karnacji może w swoim pudełku znaleźć najciemniejszy podkład, a ta o nieco ciemniejszej może z kolei trafić na najjaśniejszy;) Pomijając tą jedną kwestię w mojej ocenie zawartość jest całkiem ciekawa i zdecydowanie lepsza niż w ubiegłych latach:)


Paese Box można zamówić TUTAJ. Na stronie znajdziecie również pełna ofertę produktową wraz z opisami. Nie wiem jak dokładnie wygląda kwestia szybkości wysyłki gdyż na stronie widnieje informacja, że w związku z ogromnym zainteresowaniem pudełkiem czas wysyłki może się wydłużyć do kilku dni. W moim przypadku wysyłka była szybka gdyż w piątek przekazałam swoje dane firmie, a w poniedziałek rano pudełko już było u mnie.


Słyszałyście o Paese Boxie? Podoba Wam się taka idea boxu z kolorówką czy wolicie pudełka z pielęgnacją? Co sądzicie o zawartości?
Czytaj dalej »

wtorek, 8 grudnia 2015

Dr Irena Eris Provoke eyeliner we flamastrze i automatyczna kredka do powiek

Cześć Dziewczyny!

Wiem, że ostatnio na blogu było sporo Provoke, ale tak to już ze mną jest;) Kto zna mnie dłużej wie doskonale, że kiedyś notorycznie pojawiało się Organique, które nadal kocham, ale czekam aż pojawi się coś nowego, co wpisze się w moje potrzeby:) Dziś dla odmiany za jednym zamachem przedstawię Wam dwa produkty Provoke przeznaczone do makijażu oczu;) Jednym z tych produktów jest eyeliner we flamastrze, a drugim kredka do powiek. Który bardziej przypadł mi do gustu?


Dr Irena Eris Provoke Automatyczna kredka do oczu
Miękka formuła by zapewnić odpowiedni poślizg i precyzyjną kreskę. Efekt półmatowego wykończenia i mocnego krycia by idealnie podkreślić kształt oczu. Rekomendowana również do użycia na linii wodnej jako KOHL KAJAL z końcówką umożliwiającą makijaż SMOKY. Trwała (utrzymuje się powyżej 10 godzin).

Kredka jak każdy produkt z linii Provoke opakowana została w elegancki srebrny kartonik. Wszak Pani Irena to kobieta z klasą;) Przy okazji (tak dla odmiany) polecam Wam interesujący wywiad, który utkwił mi w pamięci, klik!  Wewnątrz znajdziemy kredkę, która również prezentuje się bez zarzutów. Produkt wysuwany jest automatycznie więc na całe szczęście nie trzeba go temperować. Na końcu znajduje się także gąbeczka do rozcierania jeśli zamarzy nam się np. smoky eyes. Wykończenie jakie zapewnia kredka to według producenta „semi matt” i mogę się z tym zgodzić, ponieważ kredka nie jest błyszcząca, ale nie daje też smutnego, posępnego efektu;) Kto mnie zna ten wie, że rzadko można mnie spotkać bez kreski na dolnej powiece;) Bez kreski często czuję, że mój makijaż jest niepełny, a dobre samopoczucie to podstawa. Dlatego też kreskę maluję;) Kredki dostępne są w 5 odcieniach, ja posiadam odcień Silver. Moje ulubione odcienie kredek to właśnie szarości, niebieskości, ewentualnie brązy i złoto;) Pigmentacja kredki Provoke niestety nie jest tak doskonała jak w przypadku kredki Marca Jacobsa. W moim odczuciu kredka Provoke jest bardziej twarda, co utrudnia szybkość i płynność aplikacji. Jedno pociągnięcie nie zapewnia jednolitego koloru, a gdy jeszcze rozetrzemy kreskę przy użyciu gąbeczki znika ona całkowicie. Dlatego dla satysfakcjonującego efektu muszę przeciągnąć powieki kredką 3 razy. Gdy to już uczynię efekt prezentuje się bez zarzutów, a kreska nie ma tendencji do rozmazywania się i blaknięcia w ciągu dnia. Znika dopiero po wieczornym demakijażu albo porannym jeśli towarzyszyła nam w w nocy;) Kredka nie podrażnia powiek i nie powoduje łzawienia moich wrażliwych oczu. Można jej również używać na linię wodną, choć ja do tego celu używam kredki cielistej. 

Cena regularna kredki to 39,90zł, dość często można trafić na promocję w sklepie internetowym.


Dr Irena Eris Provoke Eyeliner we flamastrze

Innowacyjny, miękki aplikator zapewnia precyzyjną kreskę, idealnie podkreślając oczy. Płynna formuła gwarantuje doskonałą trwałość i intensywny kolor. Testowana dermatologicznie i oftalmologicznie.

Moja relacja z eyelinerami brzmi: „to skomplikowane”. Nie dlatego, że trafiam na złe produkty, a dlatego, że moje umiejętności w tym zakresie nie są satysfakcjonujące;) Trochę zganiam to na kształt powiek, które moim zdaniem nie są stworzone do przyjmowania wymyślnych malunków w postaci jaskółek etc. Moje oczy są trochę skośne i nawet jeśli namaluję kreskę według instruktażu to coś mi nie pasuje, coś mnie przytłacza;) To tyle jeśli chodzi o anatomię oka;) Dlatego robię to po swojemu malując cienką kreskę, która ma za zadanie przede wszystkim podkreślić linię rzęs tak aby oczy nie były przytłoczone;) Jako że moje umiejętności eyelinerowe są wątpliwe gdy zamierzam dokonać zakupu tego typu produktu z reguły stawiam na takie, które są stosunkowo łatwe w obsłudze. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepszy liner dla łamagi to taki słoiczkowy w żelu, który można nałożyć przy pomocy cienkiego pędzelka lub we flamastrze/pisaku. Najgorsze dla mnie są te w pędzelku, nie potrafię nimi wyczarować zgrabnej, cienkiej kreski;) Produkty Provoke na ogół wywierają na mnie dobre wrażenie więc zdecydowałam się na eyeliner w pisaku.
Jeśli chodzi o kwestie techniczne eyeliner również zapakowany został w srebrny kartonik. Na moim dodatkowo była informacja – nowa aplikacja, głęboka czerń. Nie wiem czy oznacza to, że mam do czynienia z ulepszoną wersją, ale informacja by na to wskazywała. Sam liner jest czarny i logowany. Jego końcówka jest wygodna i zwężana dzięki czemu można nim zrobić zarówno cienką kreskę (tak jak lubię) oraz grubszą. Tutaj nie ma problemów z aplikacją, jedno pociągnięcie pozostawia po sobie głęboką czerń. Nawet taki antytalent jak ja daje radę więc jest naprawdę nieźle;) Eyeliner nakładam albo na cienie albo na gołą powiekę niepokrytą nawet bazą. W obu zastosowaniach trwałość jest bez zarzutów, namalowana kreska nie ma tendencji do kruszenia się, odbijania na powiece czy też rozmazywania. Chyba, że nie zdąży dobrze wyschnąć i otworzę szeroko oczy, ale schnie szybko więc zdarzyło mi się to tylko raz.

Cena regularna wynosi 45zł, również widuję ten produkt na promocjach zarówno w sklepie internetowym jak i stacjonarnie (moja sztuka pochodzi z Super-Pharm, ale dostępne są również w niektórych Rossmannach). 

Dla odmiany za jakiś czas pojawi się recenzja Dermokapsułek Rewitalizujących z pielęgnacyjnej linii Clinic Way;) 


Znacie te produkty? Pochwalcie się jak tam Wasze „eyelinerowe umiejętności”. Wierzę, że nie tylko ja jestem w tej kwestii trochę ułomna;)
Czytaj dalej »