Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nars. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nars. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 stycznia 2017

Róż Nars Orgasm i żelowe kredki do powiek Marc Jacobs – bo małe jest piękne!

Cześć Dziewczyny!

W przypadku kosmetyków do makijażu bardzo sobie cenię produkty w formacie mini. Po pierwsze nie zajmują one wiele (tak cennego!) miejsca w kosmetyczce. Po drugie sprawiają, że nie mam poczucia marnotrawstwa gdyż im mniejszy produkt tym większe szanse na wykorzystanie go niemalże w całości bo jak już wiele razy wspominałam kolorówka jest bardzo wydajna, a producenci trochę przesadzają z gramaturą;) Po trzecie są zwyczajnie ładne i praktyczne;) Niejednokrotnie mam chęć na jakiś produkt, ale niekoniecznie czuję potrzebę posiadania pełnowymiarowego opakowania gdyż np. będzie to już któryś z kolei róż do kolekcji i jestem pewna, że do końca życia nie uda mi się go zużyć. Wtedy właśnie z odsieczą mogą przyjść miniaturki:) Na ogół nie pisze się o miniaturkach, ale myślę, że z w/w przyczyn ta zasada nie dotyczy kolorówki. Dlatego dziś napiszę kilka słów na temat słynnego różu NARS Orgasm oraz żelowych kredek do powiek Marc Jacobs. Oba te produkty dostałam w prezencie urodzinowym od Ines.



NARS Orgasm róż do policzków



„Róż do policzków NARS, ikoniczny i będący punktem odniesienia dla tego typu produktów, perfekcyjnie wtapia się w skórę i pokrywa policzki kolorem o modulowanej intensywności”.

Róż NARS Orgasm został umieszczony w czarnym, matowym, jakby gumowym opakowaniu z lusterkiem. Pełnowymiarowe opakowanie zawiera 4,8g różu, a moja wersja mini 3,5g czyli całkiem sporo zważywszy, że to jedynie miniaturka. Róż jest ważny 24 miesiące od momentu otwarcia. Pełnowymiarowego różu w tym przypadku raczej bym nie kupiła, ponieważ jestem sroką i jego opakowanie jest nieco zbyt zwyczajne żeby zachęcić mnie do wydania na niego pieniędzy, ale bardzo cieszę się z racji posiadania wersji mini:) 

Z marką NARS było u mnie tak, że od paru lat widywałam ją na blogach, ale mogła dla mnie nie istnieć. Dlaczego? Z prostego powodu: nie była łatwo dostępna w Polsce, a ja nie miałam ochoty zamawiać kolorówki w ciemno bez uprzednich oględzin w perfumerii;) Wolałam więc postawić na lepiej dostępne i również godne uwagi marki, które mogłam bez problemu obadać przed ewentualnym zakupem. Co oczywiście nie znaczy, że nie zdarza mi się ściągnąć czegoś specjalnie z zagranicy bo bywa i tak, ale tylko wtedy gdy mocno czegoś chcę;) 

Latem ubiegłego roku świat oszalałNARS miał wkroczyć Polski! O mój Boże, Boże - pisały blogerki!:D Niektóre z nich nerwowo odświeżały stronę Sephory w nadziei, że już po północy ich oczom ukażą się Narsowe cukierasy gdyż premiera zapowiadana była na 16.08, czyli tuż po dniu wolnym od pracy;) Ja od razu wiedziałam, że Sephora na pewno nie uzupełni swojej oferty o markę Nars zaraz po północy więc miałam lekką polewkę ze wszystkich nerwowo oczekujących;) I tak się też stało – Sephora potrzymała trochę żądny wrażeń lud w napięciu;) Gdy produkty już się pojawiły, przejrzałam bez emocji i nic nie kupiłam. Wiadomo było bowiem, że od września marka będzie dostępna również w perfumerii w łódzkiej Manufakturze. Gdy już była dostępna też szczególnie nie spieszyłam z wizytą.
Pewnego dnia online pojawiła się oferta specjalna polegająca na tym, że przy zakupach za określoną kwotę klient otrzymywał zestaw miniaturek Nars. Uznałam wtedy, że jest to idealny moment by pozyskać słynny róż Orgasm, ale nie byłam do końca przekonana gdyż reszta miniaturek wydawała mi się niekoniecznie potrzebna, a i pomysłu na wymagany zakup trochę brakowało;) W końcu wymyśliłam co mogłabym kupić, ale po dodaniu kodu do koszyka okazało się, że zestaw miniaturek nie jest już dostępny. Musiałam więc obejść się smakiem choć szczególnie się tym nie przejęłam;) 
Po jakimś czasie mimowolnie wstąpiłam do perfumerii lustrując Narsowy przybytek i po wymacaniu różu stwierdziłam, że może i lepiej bo jego kolor jest jakiś dziwny i nie do końca sobie go wyobrażałam na twarzy;) 
Los jednak sprawił, że niedługo później dostałam mini Orgasm w prezencie i… przepadłam! Przy pierwszym zastosowaniu nakładałam go bardzo powoli i oszczędnie cackając się przy tym niesamowicie;) Wszystko dlatego, że lekko przerażała mnie ilość złotego shimmera zawarta w tym brzoskwiniowym różu;) Obawiałam się, że uzyskam efekt „błyszczącej szyneczki” albo tandetnej lali;) Okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny, ponieważ z tym różem pracuje się bardzo dobrze i ciężko zrobić sobie nim krzywdę. Zależnie od nałożonej ilości można więc uzyskać lekki połysk, subtelny rumieniec z połyskiem lub całkiem wyrazisty kolor:) Ja z reguły preferuję opcję złotego środka, czyli widoczny acz nie dający za mocno po oczach rumieniec. Odcień okazał się być dla mnie bardzo twarzowy zapewne z uwagi na brzoskwiniowy odcień i złocistą poświatą, która wyjątkowo ładnie komponuje się z moją cieplą cerą. Mogę więc napisać – tak, rozumiem fenomen tego różu. Nie bez kozery znalazł się wśród makijażowych ulubieńców roku. Złocista poświata ma jeszcze taką zaletę, że bardzo ładnie rozświetla twarz więc jeśli bardzo się spieszę mogę już zrezygnować z rozświetlacza. Choć z racji mojego zamiłowania do tego typu produktów nieczęsto się to zdarza. Róż jest bardzo wydajny. Po ponad dwóch miesiącach widzę jedynie subtelne „zadrapania” na jego powierzchni;) Trwałość jest bez zarzutów. Róż nie ściera się i nie robi mi żadnych psikusów;) Polecam!

Jakiś czas temu marka Wibo silnie zainspirowała się tym różem wypuszczając Ecstasy Blusher, ale osobiście nie jestem fanką aż tak perfidnego zżynania z innych marek. Szkoda, że wolą kopiować innych zamiast zaskoczyć własnym innowacyjnym pomysłem. Czy pod powiedzeniem „Polak potrafi” zawsze musi kryć się cwaniactwo?;)


Marc Jacobs The High Life zestaw 3 mini żelowych kredek do powiek Highliner



„Odkryj mini kredki, które możesz mieć zawsze przy sobie, aby podkreślić spojrzenie”.


Kiedy wśród prezentów od Ines ujrzałam zestaw żelowych kredek do powiek Marc Jacobs od razu się ucieszyłam gdyż miałam już Highliner w odcieniu (Stone)fox więc wiedziałam, że korzystanie z tych kredek to czysta poezja i przyjemność. W zestawie znajdują się trzy mini kredki w odcieniach: Blackquer (czerń), Sunset (złoto), Ro(cocoa) (błyszczący brąz). Recenzowałam już kiedyś kredkę w odcieniu (Stone)foxKLIK, dodam więc tylko, że odcienie z tego zestawu spisują się równie rewelacyjnie. Są niesamowicie komfortowe w aplikacji, a ich trwałość jest nie do zdarcia. Nie ma mowy żeby zniknęły bez użycia produktu do demakijażu (nawet z ręki). Marc Jacobs to kredki, po które sięgam najczęściej w swoim makijażu. Blackquer oraz Ro(cocoa) nadają się do stosowania zarówno na górną i dolną powiekę, natomiast złocisty Sunset z racji tego, że jest jaśniejszy lepiej komponuje się na górnej powiece lub w połączeniu z cieniami. Jeśli lubicie kredki do powiek (bo wiem, że nie każdy używa) to zdecydowanie polecam zarówno ten zestaw, który zawiera bardzo uniwersalne odcienie, jak i kredki pełnowymiarowe wśród, których znajdziecie również bardziej szalone kolory:)


Znacie róż Nars Orgasm albo żelowe kredki Marc Jacobs? Jakie kosmetyki tych marek polecacie?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Kosmetyczni ulubieńcy i odkrycia 2016 roku – makijaż!

Cześć Dziewczyny!

Nadeszła pora na jeden z najważniejszych wpisów w roku, czyli kosmetycznych ulubieńców z całego roku!:) Część z Was zapewne pamięta, że taki wpis pojawił się już u mnie w czerwcu. Dotyczył on jednak pielęgnacji, którą postanowiłam podzielić na dwie części (a ostatecznie nawet trzy gdyż pod drodze pojawili się jeszcze ulubieńcy lata). Ostatnia część pielęgnacyjnych ulubieńców pojawi się już wkrótce, a dziś porozmawiamy o makijażu! Które kosmetyki do makijażu najbardziej przypadły mi do gustu w 2016 roku? Już na wstępie mogę wyznać, że te z Was, które czytają mnie regularnie raczej nie będą zaskoczone produktami ujętymi w zestawieniu:) Wszystko dlatego, że większość z tych produktów miało już na moim blogu opływające w zachwyty „5 minut”, a niekiedy również pojawiały się w ulubieńcach danego miesiąca tudzież na Instagramie;) Drugim powodem jest to, że w przypadku kolorówki jestem bardziej wierna:) Po pierwsze dlatego, że kolorówka na ogół jest niesamowicie wydajna więc jak już trafię na świetne produkty to ich używam i używam. Prędzej mi się znudzą i oddam siostrze albo mamie niż zużyję całkowicie;) Ta wydajność niekiedy mnie wręcz załamuje, ale powiadają, że kolorówki się używa, a nie zużywa więc załóżmy, że niech tak będzie;) Z powodu wysokiej wydajności chętnie inwestuję w kosmetyki do makijażu z wyższej półki. Wprawdzie bardzo lubię różnorodność i używam zarówno kolorówki z półki selektywnej, średniej oraz tej nieco niższej, ale koniec końców w przypadku tego typu produktów najczęściej tymi największymi ulubieńcami zostają kosmetyki z wyższej i średniej półki;)



USTA


Zaczniemy od ust i tutaj najbardziej chce mi się śmiać gdyż wszystkie te trzy produkty chwaliłam już chyba z milion razy;) Ale… w końcu to ulubieńcy roku, więc nie sposób żeby się tu nie pojawiły:) Produktami, które mam caluteńki rok są Dior Lip Maximizer i Givenchy Le Rouge a Porter;) Błyszczyk Dior Lip Maximizer uwielbiam za naturalny efekt, przyjemny zapach i delikatne mrowienie. Co ciekawe jeszcze go nie zużyłam, ale to tylko dlatego, że produktów do ust mam już chyba więcej niż ustawa przewiduje i staram się w miarę możliwości używać zamiennie;) Pomadkę Givenchy Le Rouge a Porter posiadam w twarzowym odcieniu Corail Decollete. Tytuł mojej recenzji odnośnie tego kosmetyku zaczynał się od słów: „Moja najlepsza pomadka!” więc chyba nie muszę już nic dodawać, prawda?:) Z powodu zachwytu nad tą pomadką skusiłam się też na wersję w różowej skórce Givenchy Le Rouge Perfecto, która pełni funkcję pomadko-balsamu:) Jak nietrudno się domyślić to też był hit! Wszystkie 3 pomadki zostały już opisane na blogu (każda z osobna);) 


OCZY


Podobno są zwierciadłem duszy więc warto je podkreślić żeby się nie wydało, że jesteśmy bezduszne;) W 2016 roku trafiłam na całkiem sporo dobrych tuszów do rzęs, ale gdybym miała wybrać ten najlepszy to zdecydowanie jest nim L’Oreal False Lash Wings Sculpt. Ujęła mnie jego dziwaczna szczoteczka i dość spektakularny efekt na moich rzęsach:) Drugim świetnym produktem z linii Sculpt okazał się być tusz do brwi L’Oreal Brow Artist Sculpt. Jego aplikator również należy do dość oryginalnych, ale sam produkt bardzo polubiłam i jest prawdopodobne, że kupię ponownie. A bardzo rzadko kupuję dwa razy ten sam produkt z kolorówki:) Ostatnim produktem z kategorii oczy jest korektor pod oczy MUFE Ultra HD. Wprawdzie używanie korektora nie jest dla mnie szczególną przyjemnością, ale mam cienie pod oczami więc niestety jest to wielce wskazane, a ten korektor towarzyszył mi przez wiele miesięcy i jeszcze go nie zużyłam. Nie kryje bardzo mocno, ale za to pozostawia naturalny efekt, a gama kolorystyczna jest bardzo bogata:) Kredek do powiek nie ujęłam w zestawieniu gdyż w dalszym ciągu prym wiodą kredki Marc Jacobs, które były już chwalone w ubiegłym roku.

TWARZ


Moimi ulubionymi produktami do makijażu twarzy są oczywiście pudry i rozświetlacze. Bardzo wątpliwe, że kiedykolwiek w ulubieńcach roku pojawi się jakiś tradycyjny podkład gdyż preferuję podkłady w pudrze, a z fluidów jeszcze się nie narodził taki, który by mi w pełni dogodził;) Dzieje się tak dlatego, że nawet jeśli efekt mnie satysfakcjonuje to chociażby odcień nie do końca mi pasuje. W przypadku podkładów w pudrze zdecydowanie łatwiej trafić na coś dobrego:) Moim pudrowym hitem jest Givenchy Teint Couture, czyli długotrwały podkład w pudrze. Jest idealny. Jedynie różowy rozświetlacz zastąpiłabym bardziej złocistym:) Różem, który zrobił na mnie największe wrażenie w tym roku jest słynny Nars Orgasm. Posiadam jedynie miniaturkę, ale jej gramatura jest dla mnie w pełni satysfakcjonująca:) Kiedy oglądałam ten róż w perfumerii lekko przeraziła mnie jego złota poświata i miałam wątpliwości czy aby nie będę wyglądać w nim tandetnie, ale okazało się, że na twarzy wygląda zacnie. Rzeczywiście wszystkie te zachwyty innych blogerek mogę uznać za uzasadnione:) Na koniec przechodzimy do mojego konika, czyli rozświetlaczy;) Mam ich sporo więc tutaj niestety ciężko mi było wybrać jeden jedyny. Dlatego wybrałam 3! Limitowany Dior Diorskin Nude Air Glowing 002 Nude, który nie(stety)? koniecznie musiałam mieć! Jednak nie żałuję, ponieważ nie dość, że wygląda bosko to i korzystanie z niego jest czystą przyjemnością;) Bardzo dobry jest również rozświetlacz Dr Irena Eris Provoke Sun Shimmer z letniej edycji limitowanej Sun Illusion:) Powiedziałabym nawet, że jego jakość jest równie dobra jak w przypadku Diora, a to spory komplement. Ostatnim produktem jest tzw. „mniej znana siostra”, czyli Betty Lou Manizer The Balm. Jest to rozświetlający bronzer, który niestety nie sprawdzi się u każdego (u bladziochów widzę go raczej marnie), ale akurat u mnie sprawdza się bardzo dobrze i niedługo o nim napiszę gdyż obok różu Nars jest to jedyny produkt, który nie miał jeszcze swej recenzji:) Pozostałe produkty były już recenzowane więc makijażowych ulubieńców 2016 roku traktujcie bardziej jak wpis podsumowujący aniżeli recenzję:)

PAZNOKCIE


W tej kategorii dla odmiany nie konkretne produkty, a bardziej słowo klucz#hybryda. Jeśli czytacie mnie nieco dłużej to już na pewno wiecie, że manicure hybrydowy mnie pochłonął:) Wcześniej potrafiłam cały rok nie malować paznokci, a tu proszę… Taka zmiana frontu;) Wypróbowałam już różne marki, ale na razie jeszcze nie jestem pewna, które lubię najbardziej:) Być może za jakiś czas sytuacja się wyklaruje. Pisałam już zarówno o wadach jak i zaletach manicure hybrydowego, ale zalety zdecydowanie przeważają. Na tyle by manicure hybrydowy znalazł się wśród ulubieńców roku:) Muszę jedynie popracować nad tym żeby ładniej malować.


Znacie, któreś z moich makijażowych hitów 2016 roku? Koniecznie podzielcie się swoimi odkryciami! 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 7 listopada 2016

Październikowe nowości!

Cześć Dziewczyny!

W październiku kupiłam praktycznie tylko dwa produkty. Nie skusiła mnie nawet promocja w Rossmannie (kupiłam tylko jedną szminkę, ale to było jeszcze we wrześniu) co jak na mnie jest sporym wyczynem, ponieważ zawsze wychodziłam stamtąd z pełną torbą;) Niemniej jednak dotarło do mnie całkiem niemało nowości. Dlatego też postanowiłam zrobić krótki przegląd;)

ZAKUPY


W październiku kupiłam tylko masło do ciała kokos Bielenda Vegan Friendly i żel pod prysznic Organique z nowej linii Rytuał Kaszmirowy:) Na zdjęciu jeszcze mydło w płynie Isana z limitowanej serii Forbidden Apple, ale mydło to tylko mydło;) Pokazuje tylko dlatego, że to seria limitowana i może kogoś zainteresuje;) 

Czytaj dalej »