Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peelingi do ust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peelingi do ust. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 listopada 2020

Naturalne kosmetyki i przekąski ze sklepu Bee.pl!

Chyba zgodzisz się ze mną, jeśli napiszę, że u większości z nas pandemia rozbudziła apetyt na zakupy przez internet. Ciągłe nawoływanie o pozostanie w domu zaowocowało tym, że odwiedzam niewiele sklepów stacjonarnych w porównaniu z sytuacją sprzed roku. Zakupy w masce lub przyłbicy nie są dla mnie żadną przyjemnością, więc najczęściej ograniczam się do tych niezbędnych, a resztę zamawiam. W galerii handlowej ostatni raz byłam na początku marca i póki co nie tęsknię. Przez internet zamawiam różne rzeczy i z uwagi na koszty wysyłki niekiedy korzystam z ofert sklepów, które posiadają szeroki asortyment. Do tego typu miejsc należy sklep Bee.pl. W dzisiejszym wpisie pokażę kosmetyki ze sklepu internetowego Bee.pl oraz garść smakołyków, które dla siebie wybrałam;) Część z nich znałam już wcześniej, a inne były dla mnie nowością. 

Tonizujący żel do mycia twarzy marki Bandi Ecofriendly Care

Tonizujący żel do mycia twarzy marki Bandi Ecofriendly Care znałam już wcześniej, ponieważ dostałam go kiedyś w prezencie. Żel zamknięty został w zgrabnej 100ml buteleczce wykonanej z ciemnego szkła. Dodatkowo wyposażony został w sprawnie działającą pompkę. Produkt nie zawiera substancji zapachowych. Posiada dość lekką konsystencję. Nie pieni się, jest bardzo delikatny. Nie podrażnia i nie powoduje żadnych nieprzyjemności. Nie jest zbyt wydajny i nie nada się do demakijażu. Ale jest idealny zarówno do porannego mycia jak i do drugiego etapu oczyszczania. W sam raz dla skór wrażliwych lub podrażnionych.

Organic Shop Peeling do ciała o zapachu soczystej papai ze sklepu internetowego Bee.pl to produkt, którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać! Osobiście nie przepadam za tą marką, ale akurat do peelingów nic nie mam. Jeśli liczysz na tanie, ale skuteczne peelingowanie to spokojnie możesz postawić na jeden z produktów Organic Shop. Ja z pewnych względów mam sentyment do zapachu papai. Choć akurat w tym przypadku woń nie do końca ją przypomina:) Bardziej owocowe landrynki. Jest to peeling cukrowy o gęstej konsystencji, który złuszcza skutecznie, ale nie podrażnia przy tym skóry ciała.

Jestem maniaczką pielęgnacji ust, ale peelingi przeznaczone typowo dla nich nie zawsze są u mnie w użytku. Za to teraz dla odmiany mam otwarte dwa na raz. Jednym nich jest Mokosh peeling do ust malina. Opakowany został w 15ml szklany słoiczek, który jest całkiem wygodny w użytkowaniu. Sam peeling posiada przyjemną konsystencję – trochę jak mus. Pachnie naprawdę miło! Dla mnie akurat nie malinami zerwanymi prosto z krzaczka, ale bardziej wyjętymi ze słoiczka. Typowo jesienny klimacik;) Przyjemnie się rozprowadza i ładnie wygładza oraz nawilża usta. Choć mimo wszystko i tak po użyciu odruchowo sięgam po balsam, bo peeling nie zapewni mi wszystkiego. Nie od tego zresztą jest żeby zastępował balsam do ust;) Peeling do ust Mokosh tłustawy, więc trzeba go dobrze zmyć i skontrolować swój wygląd w lustrze przed ewentualnym wyjściem z domu, bo może zostawiać różową poświatę, jeśli trochę wyjedziemy poza kontur ust. Kolor sam w sobie po nałożeniu na usta ma piękny. Mogłabym mieć taki błyszczyk:)

Fluff Balsam-śmietanka do ciała brzoskwinia z karmelem

Nie ma u mnie życia bez nawilżaczy ciała. A tym razem moją uwagę przykuł Fluff Balsam-śmietanka do ciała brzoskwinia z karmelem. Nietypowe połączenie i sama nie wiem co mną kierowało podczas wyboru, ale pachnie całkiem apetycznie:) Balsam ma pomarańczową barwę i kremową konsystencję, a nawilżenie jakie oferuje jest całkiem przyjemne:) 

Przy okazji skusiłam się też na Fluff Balsam pod prysznic Banan&Migdały. Troszkę się oszukałam, ponieważ  nie doczytałam i pierwotnie myślałam, że to taki nawilżający balsam do mycia ciała. A to jednak balsam pod prysznic. Też fajnie, gdyż wieki już nie miałam tego typu produktów. Można go używać na 3 sposoby: balsam pod prysznic, mleczko do kąpieli, balsam do golenia. Opakowanie jest trochę niewygodne z uwagi na duży otwór dozujący, ale sam balsam pachnie super. Jest taki do zjedzenia:) Dla mnie to taki kosmetyk uzupełniający pielęgnację ciała.

Pora na przekąski. Nadal mam żałobę po moim ulubionym i niestety już totalnie nieuchwytnym kremie orzechowym od Snickersa. Nic nie dorównuje jego smakowi, ale nie zrażam się i odkrywam nowe rejony;) 

Basia Basia krem migdałowy

Słyszałam wiele dobrego na temat produktów Basia Basia i w końcu postanowiłam skosztować jednego w nich. Wybrałam Basia Basia krem migdałowy. Wolałabym orzechowy, ale akurat nie był dostępny. Krem charakteryzuje się dobrym składem bez zbędnych dodatków i wzmacniaczy smaku. Gdy spróbowałam go łyżeczką to nawet mi zasmakował. Wydał mi się taki nietypowy. Na kanapkach jednak nie do końca mi leży. Po trzech kromkach miałam już dosyć, ponieważ krem zrobił się nieco mdły. W składzie nie ma nic do zarzucenia, ale ma taki dziwny posmak. Tak jakby był z bułką tartą. Nie tego szukałam;) Ostatecznie wylądował więc w cieście:)

Targroch Pasta orzechowa Crunchy

Musiałam mieć coś z orzechami, więc wybrałam jeszcze Targroch Pasta orzechowa Crunchy. Jest to pasta z kawałkami orzechów, która nadaje się nie tylko do kanapek, ale i ciast, deserów czy przekąsek. Muszę przyznać, że propozycja tej marki również trochę mnie zawiodła. Do kanapek średnio mi smakuje, ponieważ jej smak również jest nieco mdły. Brakuje mi tutaj odpowiednich proporcji między słodkim i słonym. Uprzedzam jednak, że w kwestii tego typu produktów jestem wydziwiaczem i nie tak łatwo mi dogodzić:D Możliwe, że Tobie będzie smakować;)

Ostatnim produktem jadalnym, którego chciałam zakosztować był Bakalland Chrupiąca sałatka. W skład mixu wchodzi słonecznik, dynia i pinia. Można go dodać do sałatki albo innego dania. Uwielbiam słonecznik i pestki dyni, więc zasmakowało mi tak bardzo, że zjadłam pół opakowania na raz;) Tu nie mam żadnych zastrzeżeń;) Prosta rzecz, a bardzo smaczna.

Produkty ze sklepu Bee.pl są dobrze i bezpiecznie opakowane, a asortyment jest naprawdę szeroki. Jedyną wadą jest to, że moje zamówienie ze względu na dostępność produktów zostało podzielone na 3 wysyłki. Na szczęście na każdym etapie realizacji zamówienia byłam o wszystkim informowana.

Znasz sklep Bee.pl? Próbowałaś któregoś z tych produktów?

Czytaj dalej »

niedziela, 21 stycznia 2018

Pielęgnacja ust po koreańsku raz jeszcze! Innisfree oraz A’PIEU!

Cześć Dziewczyny!
Znów powracamy do jednych z najczęściej używanych przeze mnie kosmetyków, czyli tych przeznaczonych do pielęgnacji ust:) Tak się złożyło, że w ubiegłym roku odkryłam w tej dziedzinie sporo perełek pochodzących z odległych rejonów. Moim niekwestionowanym hitem wszech-czasów stała się całonocna maska do ust Laneige, a potem odkryłam potencjał marki Innisfree, dlatego zdecydowałam się wypróbować kolejne pomadki, a także peeling do ust marki A’PIEU, która wcześniej była mi znana jedynie ze słyszenia:) Czy jestem zadowolona z tych produktów i czym różnią się poszczególne pomadki Innisfree? Tego wszystkiego dowiedziecie się z mojego dzisiejszego przeglądu 3 koreańskich produktów do pielęgnacji ust:) Zapraszam więc wszystkie maniaczki pielęgnacji tej delikatnej strefy;)


A'PIEU Coffee Lip Scrub Amelipcano

zdjęcie przedstawiające peeling do ust A'PIEU Coffee Lip Scrub Amelipcano

Peeling do ust A’PIEU występuje w dwóch wersjach – Amelipcano oraz Mochalipccino. Ja wybrałam A'PIEU Coffee Lip Scrub Amelipcano choć przyznam, że ten drugi również chętnie bym sobie sprawiła:) Pomadka peelingująca A’PIEU przychodzi do nas w ciemnym, „gumowym” opakowaniu o pojemności 5g. Opakowanie jest dla mnie trochę mało czytelne gdyż nie mogłam się dopatrzeć chociażby daty ważności. Choć przy moich zużyciach to i tak mało istotne;) Mamy za to uroczą filiżankę kawy na pomadce;) Wewnątrz znajdziemy brązowy wyprofilowany sztyft, w którym zatopione zostały drobinki kawy:) Ponadto pomadka zawiera roślinne składniki odżywcze, które mają za zadanie zadbać o nasze usta. Jak pewnie już się domyślacie, wybrałam ten scrub do ust ze względu na kawowy zapach, czyli podobnie jak było w przypadku masek w płachcie Hiddencos:) 
Zapewne wiecie, że jestem wielką entuzjastką pomadki peelingującej Sylveco. Niemalże zawsze mam ją w zapasie i bardzo sobie cenię jej działanie. Jest w niej jednak coś co mogłoby być lepsze. Tym czymś jest oczywiście zapach! Kawowa woń brzmiała dla mnie dużo bardziej zachęcająco, więc kiedy dostrzegłam peeling A’PIEU od razu wiedziałam, że to będzie to! Przechodząc już do działania, z początku konsystencja pomadki jest bardzo delikatna. Po paru użyciach docieramy jednak do drobinek kawy, które skutecznie złuszczają nasze wargi i jednocześnie ich nie podrażniają. Po użyciu i usta są miękkie i nawilżone, a także pozostaje na nich delikatna warstewka ochronna. A zapach? A jakże! Smakowita kawusia! Absolutnie mnie nie zawiódł. Utrzymuje się jeszcze przez jakiś czas po użyciu, ale nie jest męczący i nie pozostawia mydlanego posmaku. Ta pomadka peelingująca jest równie dobra jak Sylveco, ale niestety trochę droższa oraz trudniej dostępna choć akurat to drugie w dzisiejszych czasach nie stanowi szczególnej bariery.



Innisfree porównanie pomadek do ust


Moja przygoda z balsamami do ust Innisfree rozpoczęła się od Innisfree Canola Honey Lip Balm Smooth Care, o której mieliście okazję przeczytać tutaj. Po bardzo pozytywnym obrocie spraw, czyli satysfakcji z działania, postanowiłam sprawdzić dwie pozostałe wersje z tej samej serii - Innisfree Canola Honey Lip Balm Deep Moisture oraz Innisfree Canola Honey Lip Balm. Czym się od siebie różnią i która wypadła u mnie najlepiej?


Innisfree Canola Honey Lip Balm Deep Moisture


zdjęcie przedstawiające balsam do ust Innisfree Canola Honey Lip Balm Deep Moisture

Balsam do ust Innisfree Canola Honey Lip Balm Deep Moisture zdecydowałam się sprawdzić bez wahania, ponieważ deep moisture brzmiało jak coś co na 100% zda egzamin na moich skłonnych do przesuszenia ustach:) Pomadkę otrzymujemy w kartonowym opakowaniu, a jej pojemność to 3,5g. Jak na moje potrzeby to niewiele, ale i tak poczułam misję wypróbowania jej;) 
Czym się różni od wersji Smooth Care? Sztyft posiada jasną barwę i już przy pierwszym zetknięciu z ustami czuć różnicę. Wersja deep moisture jest zdecydowanie bardziej odżywcza i taka otulająca. Ochronna warstewka pozostaje na ustach dłużej, a ja właśnie lubię czuć, że mam nałożony balsam do ust:) W kwestii zapachu jest podobnie, ponieważ ta wersja jest bezzapachowa. Dla mnie to oczywiście plus, gdyż przy tych bezwonnych zdecydowanie szybciej podejmuję decyzję pt. wypróbować czy nie;) A z zapachowymi zawsze jest ryzyko, że woń będzie dokuczliwa;) Konsystencja tej wersji wydaje mi się nieco bardziej miękka niż w przypadku Smooth Care, ale nie ma ona tendencji do roztapiania się;) Pomadka Innisfree w wersji deep moisture działa jak kompres. Nie tylko chroni, ale także silnie odżywia, koi i nawilża usta. Zdecydowanie polecam i od razu zdradzę, że to moim zdaniem najlepsza wersja! 


Innisfree Canola Honey Lip Balm


zdjęcie przedstawiające balsam do ust Innisfree Canola Honey Lip Balm

Balsam do ust Innisfree Canola Honey Lip Balm również otrzymujemy w kartoniku wewnątrz którego znajdziemy pomadkę o pojemności 3,5g. Tak naprawdę cała seria pomadek pielęgnacyjnych Innisfree jest bardzo spójna pod względem wizualnym. Różnią je jedynie kolory opakowań i tak oto w wersji miodowej mamy optymistyczny żółty:) Przy tej wersji zastanawiałam się chwilkę dłużej, ponieważ nie byłam pewna czy miodowa woń nie będzie dla mnie męcząca. Kiedyś co prawda często sięgałam po miodową Niveę, ale miałam przeczucie, że koreańska interpretacja zapachu miodu może być nieco inna. I nie myliłam się. Zapach tej pomadki zupełnie nie przypomina mi znanej mi Nivei. Kojarzy mi się on z miodem kwiatowym i jest zdecydowanie bardziej naturalny. 
W kwestii działania muszę przyznać, że jest ono bardzo podobne jak w przypadku wersji deep moisture. Miodek Innisfree jest odżywczy i bardzo dobrze pielęgnuje. Z tym, że mamy dodatkowo doznania zapachowe, a zapach ten utrzymuje się na ustach około 30minut. Obie wersje są równie dobre, ale ze względu na brak zapachu, wersja deep moisture jest dla mnie bardziej uniwersalna.


Stosujecie peelingi do ust? Znacie balsamy do ust Innisfree?

Czytaj dalej »

wtorek, 31 października 2017

Achae kosmetyki naturalne

Cześć Dziewczyny!
Achae to ręcznie tworzone kosmetyki naturalne. W ofercie znajdziemy m.in. peelingi, masła i balsamy do ciała, a także produkty do ust. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o tym jak się u mnie sprawdziły ich produkty. A miałam do czynienia z peelingami do ciała, z peelingiem do ust oraz masłem lawendowym.




Achae zestaw mini peelingów


Zestawy mini peelingów występują w dwóch wariantach – po 3 saszetki lub po 6 saszetek, każda po 50g. Do mnie dotarły 4 saszetki, więc nieco przewrotnie;) Zapachy jakie miałam okazję wypróbować to Orange, Coconut, Green Tea i Vanilla


Peeling kawowo-kokosowy, wygładzający


Zaczęłam właśnie od niego, gdyż kusił mnie najmocniej. Jego zapach to połączenie kawy i kokosa. Według mnie przyjemny, ale czułam w nim niewiele kokosa. Bardziej kawę. Kokosowy Body Boom jest zdecydowanie mocniej kokosowy według mnie. Całkiem nieźle nawilża i wygładza.


Peeling kawowo-waniliowy, odżywiający


Nie należę do szczególnych fanek zapachu wanilii, ale w połączeniu z kawą wypada on naprawdę nieźle. Ma w sobie szczyptę słodyczy i ciepła:) Choć podobnie jak w przypadku wersji kokosowej, nie jest to woń mocna. Ja czułam ją jedynie w opakowaniu.


Solny peeling pomarańczowy, nawilżający


Solny peeling pomarańczowy w przeciwieństwie do dwóch powyżej nie zawiera w sobie kawy, a jego barwa jest jasno-pomarańczowa. Jest nieco delikatniejszy od poprzednich, ale działa równie skutecznie. Zapach ma boski, jak prawdziwa skórka pomarańczy:)


Cukrowy peeling z zieloną herbatą, zmiękczający


Ten peeling posiada zgniło-zieloną dość niespotykaną (jak na peeling) barwę. Pachnie przecudnie i mocno energetycznie! To mój zdecydowany faworyt! Zapach utrzymuje się na skórze jeszcze przez jakiś czas po użyciu. Jest świetny! 

Najbardziej przypadł mi do gustu peeling z zieloną herbatą, ponieważ pachnie cudnie, a do tego skutecznie złuszcza i nawilża będąc zarazem delikatnym dla skóry. Równie przyjemna jest także wersja pomarańczowa. Składy peelingów Achae są naturalne i krótkie, a działanie jest satysfakcjonujące, ponieważ po użyciu skóra jest miękka, gładka i dobrze nawilżona. Choć mimo wszystko w przypadku wersji kawowych to Body Boom w moim odczuciu są lepsze i mocniej pielęgnujące. Na minus są dla mnie mini saszetki, ponieważ są zdecydowanie mniej wygodne niż te duże i trudniej wydobyć z nich produkt. Poza tym miałam problemy z otwarciem każdej z nich. Nie wiem z czego to wynika, ale zamknięcie trzymało się bardzo mocno i z każdą saszetką musiałam siłować się dobre 5 minut. Czytałam też, że peelingi są wydajne, ale chyba żyjemy w jakimś innym świecie, ponieważ mnie jedna saszetka wystarczała na 2 użycia i to takie mocno naciągane dwa;)


Achae Miętowy peeling do ust


Miętowa wersja peelingu do ust na początku nie do końca mnie ucieszyła gdyż bliżej mi do limonkowej. Jednak przypomniałam sobie, że właściwie miałam na oku miętową pomadkę peelingującą Sylveco, więc postanowiłam dać mu szansę;) Szybko okazało się, że zapach jest całkiem przyjemny i odświeżający, ale jednocześnie nie nachalny. 
Konsystencja peelingu jest kremowo-maślana. Na początku powątpiewałam czy rzeczywiście uda mi się wykonać tym peeling ust, ponieważ bardziej przypomina mi balsam do ust aniżeli typowy peeling. Wnet jednak okazało się, że konsystencja to nie problem, a nawet ma swoje zalety. Idealnie nadaje się bowiem do delikatnej skóry ust, nie podrażniając, a jednocześnie robiąc co trzeba:) Po użyciu usta są spektakularnie wygładzone i jednocześnie lekko nawilżone bez nieprzyjemnej lepkiej warstewki. A jeśli nałożyć potem balsam do ust to już w ogóle bajka. Minusem może być słoiczkowa formuła oraz krótka data ważności (3 miesiące), jednak dla mnie akurat nie było to problemem:) Producent rekomenduje nawet codzienne stosowanie, więc jak najbardziej da się zużyć jeszcze szybciej niż w ciągu 3 miesięcy.


Achae Lawendowe masło do ciała


Lawendowe masło do ciała niestety nie trafiło na dobrą osobę, gdyż zdecydowanie nie jestem fanką tego aromatu. Owszem, zdarzyło mi się nawet pochwalić lawendowy kosmetyk, ale tylko wtedy gdy jego „lawendowość” nie była dla mnie nazbyt dokuczliwa;) Tutaj niestety (a dla fanów lawendy stety) lawenda jest wyczuwalna naprawdę wyraźnie i jej woń pozostaje jeszcze przez dość długi czas na ubraniach. Dla mnie jest to nie do przyjęcia, więc niestety masło lądowało wyłącznie na stopach (a i tak woń była dla mnie bardziej wyczuwalna niż bym chciała. Po prostu zbyt wiele lawendy w lawendzie:D
Masło posiada twardą i zbitą konsystencję typową dla masła shea, które jest wysoko w składzie. Żeby go użyć, trzeba najpierw oderwać kawałek, a następnie rozgrzać w dłoni. Po chwili można już rozprowadzać po skórze, a masło zmienia się w odżywczy, tłustawy olejek. Dla wielu osób może to nie być akceptowalne. Mnie osobiście nie przeszkadzało, ale tak jak już wspomniałam nakładałam wyłącznie na stopy traktując właściwie jak niezmywalną maskę do stóp, ponieważ po aplikacji zakładałam bawełniane skarpetki. I tutaj jeśli chodzi o właściwości to nie mogę nic zarzucić, ponieważ masło wygładza, odżywia i nawilża stópki w sposób spektakularny i długotrwały. Aczkolwiek i tak warto stosować regularnie, ponieważ data ważności to również 3 miesiące (to komentarz do tych, którzy zużywają niczym żółwie bo raczej nie do mnie;)). Bardzo miłym i pozytywnym akcentem jest strojne opakowanie z muffinkami:) Chętnie wypróbowałabym inną wersję zapachową, ponieważ ta nie jest z mojej bajki. Niemniej fani lawendy powinni być w 7 niebie. Ja akurat skorzystałam z okazji, że na czas remontu wprowadziła się siostra i powiedziałam jej, że jeśli chce to może mnie odciążyć i używać tego masła. Jak się okazało jej ten zapach zupełnie nie wzruszył. Stwierdziła, że właściwości świetne, a nawet, że masło wyleczyło jej drobne krostki na dekolcie. Sprawdziłam zresztą, że masło zużyła do cna:)


Kosmetyki dostępne są w sklepie Achae


Znacie naturalne kosmetyki Achae? Co o nich sądzicie?

Czytaj dalej »

niedziela, 19 października 2014

Full Mellow peeling do ust Candy Floss – słodka uczta dla naszych ust:)

Cześć Dziewczyny!

Jakiś czas temu na blogach można było zaobserwować istny wysyp produktów Full Mellow. Moja słaba silna wola sprawiła, że szybko poczyniłam drobne zamówienie. Wśród wybranych przeze mnie produktów znalazł się peeling do ust Candy Floss z linii Boogiesilver. Szczerze mówiąc nie miałam pojęcia któż to taki Boogiesilver, ponieważ bardzo rzadko oglądam vlogi. Zdecydowanie lepiej przyswajam słowo pisane;) Zajrzałam jednak na kanał tej osoby i muszę przyznać, że ma ona dar przekonywania. Ostatecznie skłoniła mnie do poczynienia zakupów w Full Mellow.


Opis Producenta
Dzięki słodkiemu zapachowi waty cukrowej zostaniesz przeniesiona do czasów dzieciństwa. Caster cukier oraz naturalny miód delikatnie wygładzi Twoje usta, a Olejek Jojoba sprawi, że staną się miękkie i nawilżone. Candy Floss ma słodki smak, a nadmiar produktu możesz po prostu zlizać z ust. 


Moja opinia

Opakowanie

To plastikowy słoiczek zawierający aż 30g produktu. Patrząc po peelingu do ust Pat&Rub, którego zostało mi jeszcze trochę po wielu miesiącach używania nie sądzę, że uda mi się zużyć ten peeling przed upływem daty ważności (12.2014). Chyba, ze… go zjem;)

Konsystencja i zapach

Konsystencja jest jakby lżejsza niż w przypadku wspomnianego przeze mnie peelingu Pat&Rub. Full Mellow jest drobniej zmielony, zdarza się, że troszkę produktu ucieknie mi do umywalki. Zapach jest bardzo przyjemny. Według mnie to bardziej guma balonowa (coś w rodzaju różowej Orbit dla dzieci) niż wata cukrowa.

Działanie

Peeling mieliście już okazję zobaczyć w moich ulubieńcach września. Produkt świetnie wygładza usta sprawiając, że stają się one miękkie i lekko nawilżone. Po takim peelingu wszelkie balsamy do ust działają intensywniej, a szminki prezentują się lepiej. Produkt jest jadalny, więc zadowoli każdego łasucha:) Smak peelingu jest słodki i przyjemny. Na uwagę zasługuje też naturalny i krótki skład bez zbędnych dodatków. Tutaj oczywiście niektórym zaświeci się lampka pt: sama mogę taki zrobić! Pewnie tak, ale ja akurat nie przepadam za produkcją własną;) Chyba nie mam do siebie aż tyle zaufania. Zdecydowanie wolę zaopatrzyć się w gotowy produkt. Peeling do ust nie należy też do kosmetyków niezbędnych. Można go wykonać przy użyciu cukru lub szczoteczki do zębów. Jednak według mnie nie będzie to już takie przyjemne. Peelingu używam średnio co 2-3 dni, a kiedy mam kaprys nawet codziennie;) Produkt nie podrażnia moich ust. 
Myślę, że Candy Floss zadowoli wszystkie gadżeciary, a w szczególności te które mają świra na punkcie pielęgnacji ust (tak, tak to ja). Wady to przede wszystkim dostępność i długi czas oczekiwania na wysyłkę.


Próbowałyście już Candy Floss?

Lubicie takie gadżety?

Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 września 2014

Sylveco pomadka peelingująca:)

Witajcie!
Peelingująca pomadka marki Sylveco zaciekawiła mnie jak tylko weszła do sprzedaży. Miałam wtedy jednak jeszcze sporą ilość peelingu do ust Pat&Rub (recenzja), więc musiałam się wstrzymać z bólami;) Kilka miesięcy później w czerwcowym Shinyboxie znalazłam swoją wymarzoną pomadkę. Bardzo się wtedy ucieszyłam, gdyż już wcześniej miałam do czynienia z pomadką brzozową, z której byłam bardzo zadowolona. Do nowego nabytku podeszłam więc bardzo optymistycznie, jak na tym wyszłam?

Opis producenta i skład możecie zobaczyć tutaj.



Moja opinia

Opakowanie
Pomadka zapakowana jest w papierowy kartonik, opakowanie jest minimalistyczne, ale estetyczne. Moje nie uległo żadnemu uszkodzeniu.



Konsystencja i zapach
Zapach pomadki przypomina marcepan, którego jeść nie lubię, ale sama jego woń mi nie przeszkadza;) Konsystencja początkowo wydawała mi się twarda, a drobinki były dość ostre. Jednak po pierwszych użyciach była już idealna.
 
Działanie
Jest to produkt typu 2w1, otrzymujemy jednocześnie peeling i pomadkę, dzięki czemu nie musimy przeznaczać wiele czasu na pielęgnację ust. Pomadka bardzo dobrze złuszcza martwy naskórek, pozostawiając usta gładkie i nawilżone, a przy tym ich nie podrażnia. Pomadki używałam niekiedy nawet kilka razy dziennie. Po aplikacji przez chwilę pocieram o siebie górną i dolną wargę dzięki czemu drobinki cukru się rozpuszczają. Po tym zabiegu pozostaje tłustawa warstwa, więc miłośnicy szybko-wchłaniających się pomadek nie będą zachwyceni. Ja jednak lubię zarówno te cięższe i lżejsze pomadki nawilżające, więc mi to nie przeszkadza. Jedynym minusem, który dostrzegam jest krótki czas przydatności – 3miesiąca, ale w przypadku produktu o tak naturalnym składzie to zupełnie normalne.
Koszt takiej pomadki to ok. 8-9zł, więc jak najbardziej w porządku.

Znacie ten produkt?
Używacie peelingów do ust?


Czytaj dalej »