środa, 13 marca 2019

Fenty Beauty Gloss Bomb Diamond Milk!

Kiedy Fenty Beauty by Rihanna weszło do sprzedaży w Polsce, nie wzruszyłam się:) Nie jestem jakąś szczególną fanką muzyki Rihanny, jej wizerunek też za mocno do mnie nie przemawia, więc nie biegłam w pocie czoła do Sephory. Kilka dni po premierze wstąpiłam jednak przy okazji do perfumerii i rzeczywiście szał musiał być ogromny, gdyż niewiele co zostało do kupienia:D Nie przejęłam się tym, bowiem przejrzany online asortyment (a zwłaszcza te żółte rozświetlacze nie wiadomo dla kogo?) w ogóle do mnie nie przemówił;) Jednak tuż przed świętami mimo wyjątkowo niesprzyjającej pogody, nabrałam ochoty na zakup kolczyków i błyszczyk Fenty Beauty żebym miała czym się umalować na święta;) Tak jakbym nie miała;) Ale przemilczmy to:D Tym sposobem trafił do mnie skądinąd słynny już błyszczyk Fenty Beauty Gloss Bomb Diamond Milk:) Jako osoba, która podeszła do tego zupełnie na chłodno, postanowiłam wyrazić dziś swą opinię;)

Fenty Beauty Gloss Bomb Universal Lip Luminizer Diamond Milk

Fenty Beauty Gloss Bomb Universal Lip Luminizer Diamond Milk


Błyszczyk Fenty Beauty otrzymujemy w kartonowym opakowaniu, które wyrzuciłam nie uwieczniając na zdjęciu;) Pojemność wynosi 9ml, więc całkiem sporo. Opakowanie początkowo nie robiło na mnie wrażenia, ponieważ wizualnie za najładniejsze uważam błyszczyki Diora, ale ostatecznie uznałam je za całkiem ładne. Produkt posiada duży aplikator, więc wystarczy jedno pociągnięcie i usta gotowe. Nabiera on jednak trochę zbyt wiele produktu, więc najczęściej wycieram nieco o brzegi opakowania;) Producent opisuje zapach kosmetyku, jako brzoskwiniowo-waniliowy i choć brzmi to jak dziwne połączenie, to po dłuższym czasie stwierdzam, że faktycznie coś w tym jest. Zapach jest według mnie naprawdę przyjemny i wyczuwalny dość długo. Nie każdy zapach produktu do ust mi pasuje, ale ten bardzo polubiłam. Nie posiada on też żadnego przykrego posmaku;) Jest miło!
Fenty Beauty Gloss Bomb błyszczyk aplikator

Błyszczyk Gloss Bomb występuje w 3 odcieniach, które Rihanna uważa za uniwersalne. Jest Fenty Glow w naturalnym odcieniu nude, różowy Fu$$y i drobinkowy Diamond Milk;) Prawdę mówiąc poszłam po Fenty Glow, a wróciłam z Diamond Milk;) Pani w Sephorze powiedziała, że osobiście Diamond Milk uważa za lepszy, a że przed świętami miałam pobłażliwy nastrój to wyjątkowo postanowiłam jej zaufać. Poza tym przypomniałam sobie, że w nude często wyglądam jakoś zbyt ponuro i mało twarzowo;) Choć teraz gdy jeden już poznałam i tak mam chęć na kolejny odcień;) Mogłam oczywiście pomalować się na miejscu, ale szczerze mówiąc brzydziłam się solidnie:D Wypróbowałam tylko na ręce i błyszczyki wydały mi się wtedy bardzo lepkie… Zapytałam więc konsultantki, czy one lepią się na ustach, bo już miałam odejść z kwitkiem;) Zapewniła, że nie i zaufałam;) 
Swoim Fenty Beauty Diamond Milk pomalowałam się zaraz po przekroczeniu Sephory i z radością stwierdziłam, że o żadnej nadmiernej lepkości nie ma mowy. Nie jest to oczywiście produkt o lejącej konsystencji, ale mimo dość gęstej formuły nie skleja ust:) Diamond Milk to taki przezroczysto-mleczny odcień z drobinkami. Nałożony w większej ilości w moim przypadku rozbiela usta, a ja nie przepadam za takim efektem, ponieważ mam wrażenie, że źle komponuje się z moją karnacją nadając jej zbędnego „ochłodzenia”. Z reguły nakładam, więc mniejszą ilość uzyskując tym samym niemal przejrzysty efekt wzbogacony o ładnie rozświetlające drobinki. Zrobiłam zdjęcie, ale niestety praktycznie nic na nim widać. Nie udało mi się bowiem uchwycić owego efektu rozświetlenia za sprawą drobinek:( No nie umiem w selfie:D Ale to już wiecie z mojego Instagrama;) Na swatchu za to wyszedł dość miarodajnie, więc może uda Wam się jakoś to wyobrazić;)
Fenty Beauty Gloss Bomb Diamond Milk swatch

Dużym atutem Gloss Bomb jest według mnie to, że optycznie powiększa usta, bo moje wcale nie należą do dużych;) Trwałość również jest dobra. Za zwyczaj nie liczę czasu, ale np. podczas wspomnianych świąt u rodzinki usta poprawiałam tylko 2 razy, a była to naprawdę wielogodzinna „posiadówka” z suto zastawionym stołem:P I prawie zapomniałabym o najważniejszym:) Błyszczyk Diamond Milk nie podrażnia i nie wysusza moich wrażliwych ust, a nawet je nawilża:) Jestem bardzo zadowolona:) 
Fenty Beauty Gloss Bomb Diamond Milk na ustach

Jedyne na co można aktualnie narzekać to lekka podwyżka ceny do 79zł oraz to, że marki Fenty Beauty praktycznie nigdy nie obejmują promocje i dni VIP. Choć od czasu do czasu zdarzają się szybkie akcje, podczas których jest zniżka obejmująca marki na wyłączność. Trzeba jednak wtedy mieć czas i refleks żeby ową okazję w odpowiednim momencie wyczaić. Niemniej ja swój egzemplarz nabyłam w pełnej cenie, która była wtedy o parę zł niższa i uważam, że warto nawet w pełnej kwocie:)


Znacie błyszczyki Fenty Beauty? Skusiłyście się na jakiś produkt od Rihanny?
Czytaj dalej »

niedziela, 10 marca 2019

Bell Bon Bon limitowana kolekcja makijażowa - swatche produktów!

Na początku lutego w sieci sklepów Biedronka pojawiła się nowa walentynkowa kolekcja kosmetyków do makijażu Bell Bon Bon. Tym razem kosmetyki były dość dobrze dostępne, ponieważ nawet w „mojej” nic niemającej Biedronce na początku ubiegłego miesiąca widziałam na półkach pełny albo przynajmniej większą część asortymentu. Spieszyłam się wtedy, więc drapnęłam tylko puder i udałam się do kasy;) Miesiąc później trafiła do mnie cała kolekcja i z racji tego, że kosmetyki oficjalnie mają być dostępne jedynie do końca marca, postanowiłam zrobić taki mały, szybki przegląd z pierwszymi wrażeniami i swatchami;)

Bell Bon Bon edycja limitowana


Bell Bon Bon Beauty-licious Face Powder


Bell Bon Bon Beauty-licious Face Powder

Pachnący puder upiększający posiada delikatnie rozświetlającą oraz optycznie wygładzającą formułę. Minimalizuje widoczność porów i drobnych zmarszczek. Posiada transparentno-brzoskwiniowy odcień, który ma za zadanie zapewnić efekt wypoczętej skóry.
Bell Bon Bon Beauty-licious Face Powder

Puder występuje w dość zwyczajnej plastikowej puderniczce o pojemności 9g. Wewnątrz skrywa jednak bardzo przyjemne dla oka tłoczenie i zapach Mamby;) Ten zapach był mi już znany z kilku wcześniejszych produktów Bell (najczęściej do ust), więc nawet z zamkniętymi oczami poznałabym, że to Bell;) Formuła pudru jest aksamitnie miękka i delikatna. Bardzo fajnie nakłada się go nieco większym pędzlem. 

Tak jak wspomniałam we wstępie, puder jest produktem, którego używam najdłużej, ponieważ pobiegłam po niego, gdy tylko się pojawił;) Zobaczyłam go na Insta Story u Agu Blog i tak jakoś pomyślałam, że chcę go mieć. Choć na niedobór pudrów nie narzekam, oj nie;) Oglądając go w sklepie miałam lekkie zawahanie ze względu na jego brzoskwiniowy odcień, ponieważ tego typu kolory niekiedy dają u mnie efekt świnkowego zaróżowienia, który przy moim ciepłym typie cery jest mocno niepożądany;) Pomyślałam jednak, że to tylko puder wykończeniowy i zaryzykowałam;) Muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Puder totalnie mnie zachwycił i na szczęście nie zauważyłam żeby nadawał mojej skórze jakiejś niechcianej, różowej poświaty. Jest on rzeczywiście transparentny z subtelnie brzoskwiniową mgiełką;) Według mnie jest bardzo uniwersalny. Do tej pory aplikowałam go przede wszystkim, jako puder wykończeniowy dla podkładów w pudrze, ponieważ do podkładu Bell zamierzam wrócić dopiero, gdy będzie cieplej;) Używam go również w celu utrwalenia korektora pod oczy:) We wszystkich przypadkach spisuje się super. Ładnie zmiękcza rysy twarzy i mimo, że jest to puder delikatnie rozświetlający to nie przetłuszcza mojej cery. Mogłabym się po prostu podpisać pod obietnicami producenta:) To jeden z pierwszych moich makijażowych hitów tego roku i muszę przyznać, że przebija wiele pudrów marek selektywnych. Liczę, że będzie dobrze współpracował z podkładem Bell:) Miałam nosa, że poszłam po niego do tej Biedronki, a wiecie jak nie lubię tam zaglądać:D 


Bell Bon Bon Sweet Love Highlighter


Bell Bon Bon Sweet Love Highlighter rozświetlacz

Zestaw intensywnie błyszczących rozświetlaczy ma za zadanie rozpromienić twarz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki oraz wymodelować jej owal.
Bell Bon Bon rozświetlacz

Rozświetlacze to coś, co uwielbiam i czego mam tak dużo, że chyba już nigdy nie zdołam zużyć do dna;) Sweet Love Highlighter podobnie jak puder zamknięty został w plastikowej puderniczce, ale jego wnętrze również jest miłe dla oka. Pojemność zestawu rozświetlaczy to 8g. Przyznaję, że po obejrzeniu tego rozświetlacza w Biedronce, szybko odłożyłam go na półkę, ponieważ najjaśniejszy odcień jest typowo dla Królewny Śnieżki;) Ja z takimi barwami muszę postępować delikatnie, ponieważ potrafią zbyt mocno odróżniać się od mojej ciepłej cery;) Niemniej odcień środkowy jest już bardziej uniwersalny:) Można też oczywiście zmieszać wszystkie razem.


Bell Bon Bon pomadki Long Lasting Mat Lipstick i konturówki Long Lasting Mat Lip Contour


Bell Bon Bon pomadki

W kolekcji Bell Bon Bon znajdziemy też matowe pomadki i konturówki w odpowiadających im odcieniach. Według producenta pomadki występują w nasyconych, ale stonowanych odcieniach. 

Miałam już kiedyś kilka pomadek Bell w takiej formie i muszę przyznać, że są wygodne w użyciu. Choć akurat tutaj mechanizm trochę mi się zacina i czasem muszę przycisnąć główkę pomadki żeby udało mi się ją zakręcić;) Pomadki posiadają przyjemne, delikatne zapachy oraz takie naturalne, nie jaskrawe odcienie. Pomadki mają lekką tendencję do przesuszania, więc trzeba pamiętać o dobrym nawilżeniu ust. Jeśli zaś chodzi o konturówki to muszę przyznać, że często jest mi z tego typu produktami nie po drodze. Chyba jestem trochę za nerwowa na precyzyjne obrysowywanie ust. Mam co prawda naturalnie inny odcień konturu ust niż w obrębie samych ust, więc pewnie częste stosowanie mogłoby być w jakiś sposób korzystne. Ale mi po prostu ta naturalna różnica w kolorycie ust nie przeszkadza. Dlatego nie sięgam po konturówki na co dzień. Plus jednak za dobre dopasowanie do pomadek, ponieważ nie trzeba się martwić czy dobrze wybrałyśmy;)


Bell Bon Bon Black Ink Liner i Gitter Blink Eyeliner


Bell Bon Bon Black Ink Liner i Gitter Blink Eyeliner

Jest też coś, co nada spojrzeniu głębi;) Głęboko czarna konturówka w płynie i eyeliner z brokatem:)


Ja i eyelinery to trudne sprawy:D Choć ostatnio nieźle mi idzie z egzemplarzem Eveline. Muszę jeszcze tylko popracować nad techniką zakończenia kreski, ale na razie jestem pozytywnie zaskoczona i nawet odkryłam co na to wpływa (ale o tym kiedy indziej). Czarny liner Bell nie jest na szczęście wyposażony w typowy miękki, ociekający produktem pędzelek, a coś „sztywniejszego”, dzięki czemu łatwiej go okiełznać. Jest trwały, ale w przeciwieństwie do Eveline jeśli potrzemy po nim palcem zaraz po aplikacji - można go rozmazać. Obsługa również jest nieco trudniejsza (w moim przypadku). Wersja z brokatem posiada już typowo giętki pędzelek, ale ją łatwiej skorygować, więc nie jest to takim problemem jak byłoby w przypadku czerni;) Całkiem ciekawa opcja dodająca makijażowi blasku. Można go nakładać np. na czerń urozmaicając swój make-up;) Przykładowy makijaż możecie zobaczyć u Ani.


Bell Bon Bon Delight Enamel


Bell Bon Bon lakiery

W kolekcji znalazły się też 3 lakiery do paznokci. Przyznam, że te dwa połyskujące widziałabym na swoich paznokciach. Ale niestety jestem team hybryda i nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek pomaluję paznokcie lakierami tradycyjnymi:)
Bell Bon Bon swatche
Od góry: pomadki 01, 02, 03, konturówki 01, 02, 03, eyelinery. Środek: rozświetlacz i puder. Dół: rozświetlacz.

Limitowana kolekcja Bell Bon Bon dostępna jest do 30 marca lub do wyczerpania zapasów. Z tego, co widziałam kolekcja cieszy się ogromnym zainteresowaniem i z tego, co na szybko spojrzałam, u mnie kilka dni temu nie zostało już praktycznie nic. Problem z zakupem może być więc spory, ale jeśli jeszcze gdzieś dojrzycie to zdecydowanie najbardziej polecam puder upiększający Beauty-licious:)
Czytaj dalej »

czwartek, 7 marca 2019

Co trafiło do mojej domowej drogerii w styczniu i w lutym?

Styczeń i luty upłynęły mi intensywnie i dość dziwnie;) W przypadku części spraw musiałam spiąć gacie, a w kilku innych nieco poluzować;) To tak w enigmatycznym skrócie;) Przyznaję też, że co i rusz do szału doprowadzała mnie sytuacja i wydarzenia w kraju. Z polityką jestem na bieżąco od lat i niestety najczęściej nie wpływa to zbyt pozytywnie na moje zdrowie psychiczne:P Żyjemy w najgorszych czasach od lat i niemal każdego dnia ręce mi opadają na wieść o nowych złotych pomysłach rządzących. Przejdźmy jednak do nowości zanim całkiem się zagotuję i napiszę tutaj jakąś epopeję, po której zrobi się naprawdę nieprzyjemnie:D


Pierwszym moim zakupem w styczniu była paletka wypiekanych rozświetlaczy marki My Secret;) Dziewczyny na blogach ją chwaliły, ale narzekały, że 2 kolory w niej zawarte są zbyt ciemne. Uznałam, że skoro tak to akurat dla mnie mogą być w sam raz;) Po sukcesie korektora Maybelline Instant Anti-Age postanowiłam wypróbować jego brata, czyli korektor Maybelline Fit me! Zdecydowałam się na odcień 20, który jest częściowo OK., a częściowo jednak zbyt rozbielony/blady. A niestety był to najciemniejszy dostępny odcień;D Ale póki co daje radę;) Dorzuciłam sobie też puder do brwi Golden Rose w odcieniu 106. Skusiłam się też na roller do masażu twarzy z kwarcu różowego marki Blend It, który był akurat w promocji. Taki wałeczek można kupić taniej na Aliexpress, ale ostatnio na zakupy czekałam 2-3 miesiące (niektóre z 11.11 nadal nie przyszły i ogółem leci do mnie 10 przesyłek), a cierpliwość nie jest moją mocną stroną;) Mam się co prawda czym masować, więc nie był to rozsądny zakup. Ale cóż... kamienie naturalne zawsze lubiłam;) 
gumki Invisibobble
Moje ulubione gumki Invisibobble porozciągały się już do niebotycznych rozmiarów, a reanimacja ich we wrzątku daje efekt na krótko, więc pora było kupić nowe:D Od lat używam wyłącznie gumek "sprężynkowych" i nie wyobrażam sobie już powrotu do zwykłych;) Najczęściej wybieram przezroczyste lub czarne, ale tym razem postawiłam na różowe, które były w promocji;) Włosy związuję i tak jedynie w domu;) Na zewnątrz raczej nie spotka się mnie w kitce;) Chyba dość mocno narzekałam na stan gumek bo nawet siostra, a potem jeszcze mama sprezentowały mi po zestawie:D I teraz gumek ci u mnie pod dostatkiem:P Czarne, szare i bezbarwne są z Sinsay, a niebieskie z jakiegoś sklepu, którego nie znam:)

Dokupiłam też maseczkę Isana Young Egg White żeby mieć do kompletu z peelingiem i pianką, które zresztą już zużyłam. O serii Isana Egg White przeczytacie TUTAJ. Skusiłam się też na ten mój hitowy szampon przeciwłupieżowy również z Isany. Aktualnie używam go jedynie profilaktycznie na górną część skóry głowy, a resztę włosów myję innym szamponem. To już moja 3 butelka. Po dziś dzień jestem pod wrażeniem jego skuteczności:D Dorzuciłam też poczciwą pomadkę Alterra rumiankową, która pachnie dość swoiście, ale działa jedwabiście:P Lubię ją mieć w zapasach. W moje ręce wpadły też kremy do rąk Bielenda Japan Beauty, które tuż po premierze były akurat w promocji;) Pojemność to jedynie 50ml, więc uznałam, że jako rasowy papracz potrzebuję wszystkich trzech;) Nie pomyliłam się, szybko je zużyłam i nawet opisałam - KLIK.

Już 1 lutego trafiłam na promocję na Miya Cosmetics w Kontigo. Ostro polowałam na tego typu ofertę, a jakoś dwa dni wcześniej mi wykupili, więc ucieszyłam się, że okazja się powtórzyła;) Skusiłam się na maseczki myPUREexpress i myBEAUTYexpress, które miałam już okazję poznać i polubić na tyle żeby nie chcieć z nich zrezygnować;) W Łodzi niestety nie ma sklepów stacjonarnych Kontigo, więc zamówiłam online. Słyszałam wiele niepochlebnych opinii na temat czasu realizacji zamówień i jakości obsługi, więc nastawiałam się bardziej na jakieś promocje w Hebe. Ale zaryzykowałam i zrobiłam pierwsze zakupy w tym przybytku. U mnie obyło się bez problemów i nawet dostałam składany pilniczek gratis:P Dokupiłam jeszcze 3 kremy do rąk Bielenda Japan Beauty Wiśnia+Jedwab, które pachną najładniej z całej serii. Dwa dałam mamie i siostrze;) W moje ręce wpadł także żel pod prysznic Isana Pink Pineapple. Raczej nie pałam miłością do tych żeli, bo podoba mi się może co 10-ty zapach, ale ten zwrócił moją uwagę będąc ostatnim na półce. I tutaj z zapachem trafiłam;) 
Bell Beauty Licious Powder, Bell pachnący puder upiększający, Bell Bon Bon
W znienawidzonej przeze mnie Biedronce pojawiła się walentynkowa limitowana kolekcja makijażowa Bell BON BON. Gdy Agu Blog pokazała na Insta Story puder Bell Bon Bon Beauty Licious, czyli pachnący puder upiększający, poczułam wewnętrzny głos pt: „sprawdzi się” i kupiłam;) Byłam w szoku, że były dostępne w „mojej” Biedronce, w której za zwyczaj nic nie ma:P No i muszę przyznać, że się nie zawiodłam, a nawet zachwyciłam!:) Potem dotarła do mnie jeszcze pełna kolekcja Bon Bon i może puszczę jakiś szybki przegląd na blogu lub Insta. Uciekając przed Kolendą księdza (tak, ich też nie lubię:P) wybrałam się na poranne zakupy do Tesco. To był mój szczęśliwy dzień, bowiem kupiłam kurtkę zimową i bluzkę w mega okazyjnych cenach, a w dodatku było sporo promocji nawet do -70% na różne duperelki. Dla siebie wzięłam peeling Organic Shop Sycylijska pomarańcza w zawrotnej cenie 3,74zł i masło do ciała Gorzka mandarynka za jakieś 6zł. Nie jestem fanką tej marki, więc zawsze szkoda mi było na te kosmetyki, mimo, że same w sobie nie są drogie;) Ale za taką totalnie promocyjną cenę grzechem byłoby nie wziąć;) Powiadam Wam, że masło nie pachniało żadną mandarynką, a przychodnią:D
Ewidentnie miałam jakąś fazę na Isanę, bo podczas kolejnych zakupów skusiłam się na żel Rainbow Cake (choć bardziej pasował do mnie Feel like a bird:D) i odżywkę do włosów Jedwabisty połysk z magnolią i lotosem;) Trochę wcześniej miałam maskę Isana Professional z olejem arganowym i była całkiem do rzeczy, więc uznałam, że dam szansę i tej odżywce;) A kosztowała tyle co nic:P Wpadła mi też do koszyka znajoma odżywka Gliss Kur Liquid Silk. No i peeling Dove o zapachu kiwi proszę państwa;)
Eveline Precise Brush Liner
Któregoś dnia Inga opublikowała wpis na temat Eveline Precise Brush Liner. Co ciekawe przechodziłam wtedy akurat obok drogerii i bezwiednie wrzuciłam go do koszyka:P Może nie byłoby to aż tak dziwne gdyby nie fakt, że jestem ofiarą eyelinerów i od kilku lat zwyczajnie ich nie kupuję:D Ale coś mnie tknęło żeby wziąć i podjąć próbę;) I teraz używam eyelinera:D To był mój dobry dzień, gdyż dodatkowo była promocja na kremy do ciała Isana. Fajnie się u mnie sprawdziła wersja kakao, a że w kwestii balsamów jestem zawsze bardzo potrzebująca (dużo zużywam) to skusiłam się na Isana White Blossom. Był ostatni, więc pomyślałam, że pewnie dobry:P Kilka dni wcześniej przy okazji zamówienia różnych chętnie zażywanych przeze mnie "cukierków z apteki" postanowiłam wypróbować chwalony od jakiegoś czasu balsam do ust Erazaban. No bo wiadomo, ja muszę znać wszystkie potencjalnie dobre balsamy do ust:P Kupiłam też kilka cudnych (mam nadzieję:P) rzeczy, ale wszystkie na prezenty:D No i parę zakupów z Chin nie zdążyło do mnie dolecieć:( Ale jedna jest już blisko:P
Resibo serum normalizujące

Teraz już nie zakupy;) W styczniu swoją premierę miał nowy produkt Resibo, czyli serum normalizujące w bardzo ciekawej formie dozowania;) Na zdjęciu załapało się również samoopalające serum do twarzy od Vita Liberata, o którym wspomniałam już trochę na Insta, ale będzie jeszcze wpis. 
Purito kosmetyki
W skład mojej koreańskiej armii do pielęgnacji tym razem weszło 5 reprezentantów marki Purito - Centella Green Level Buffet Serum, Centella Green Level Recovery Cream, Sea Bucktvorn Vital 70 Cream, Defence Barrier PH Cleanser i Pure Vitamin C
Żeby nie było zbyt nudno to postanowiłam wzbogacić pielęgnację Purito o SecretKey Starting Treatment Essence Rose Edition i maskę całonocną Sulwhasoo Overnight Vitalizing Mask EX. Przyznaję, że fajnie to wszystko sobie dobrałam;) Jak zwykle zresztą, bo zawsze długo nad tym medytuję:P Niedługo napiszę co i jak;)
Pixi toniki

Trafiły też do mnie 3 mini toniki PixiRetinol Tonic, Rose Tonic i Glow Tonic, który był mi już znany. Jego recenzję znajdziecie TUTAJ. I podtrzymuję - według mnie wersja Glow jest najlepsza. Właśnie dlatego poświęciłam się i o niej napisałam:D Co ciekawe, zauważyłam, że z wersją Retinol trzeba trochę ostrożniej. Przy dłuższym wieczornym stosowaniu zaczynają się u mnie pojawiać suche skórki na nosie (mam delikatną skórę). Także najlepiej stosować zamiennie.
Pixi cienie do powiek

Następnym prezentem od Pixi był z kolei box zawierający dwie paletki cieni i zestaw 3 pędzli do makijażu powiek w etui. Muszę przyznać, że to bardzo "komplementogenne" cienie, bo ciągle ktoś chwalił mój make-up:D Moim faworytem jest ta cała błyszcząca paletka, czyli Pixi Reflex Light, bo bardziej moje kolory i lepsza pigmentacja:) Fajnie, że do mnie trafiły, bo muszę przyznać, że przez mało spektakularne opakowanie raczej nie zwróciłabym na nie uwagi. Nie da się ukryć, że przy paletkach cieni patrzę na to żeby była ładna okładka, tak jak w przypadku Nabli np. (chyba, że produkt jest tani to wtedy nie oczekuję cudów). Któregoś dnia zostałam zapytana czy moje cienie śmierdzą? Nie wiem czy pisałam, ale zawsze wącham kosmetyki (nawet kolorówkę typu tusz etc). Mój nos jest mega wyczulony i zawsze wyczuje różne dziwne nuty. Co zresztą część z Was zauważa komentując moje wpisy, w których nieraz dość specyficznie określam zapachy:D Tutaj miałam tak, że zaraz po otwarciu paczki całość pachniała nieprzyjemnie. Najintensywniej zaś etui na pędzelki. Cienie same w sobie jednak nie śmierdziały. Przez jakiś czas zapach utrzymywał się jeszcze na samych obudowach, a aktualnie jedynie we wnętrzu etui od pędzelków. Także nie wiem z czego mogą wynikać różnice w zapachu. Może kwestia konkretnej partii produkcyjnej. Wąchałam te cienie z 50 razy:D Jeśli zaś chodzi o pędzelki to największy jest dla mnie zbyt duży do zabawy cieniami. Póki co w miarę polubiłam ten spłaszczony, ale przyznaję, że w kwestii pędzli jestem bardzo niedogodna. Najczęściej cienie nakładam pędzlami LL, a aktualnie czekam jeszcze na inne.

Z Oriflame trafiło do mnie kilka praktycznych produktów, które sama wytypowałam. Takich jak łagodny płyn do higieny intymnej Feminelle, intensywnie nawilżająca maska do stóp Feet Up, ochronny krem do rąk z olejkiem z rokitnika, żel do mycia rąk i ciała kwiat dzikiego bzu i bergamotka Essence&Co oraz perfumowany krem do ciała Giordani Gold Essenza żeby sobie wzmocnić zapach perfum z tej samej linii;) Wrażenia ze stosowania pojawiły się TUTAJ.

Oriflame The One Colour Stylist Ultime
Totalną walentynkową niespodzianką był z kolei pakiecik nowych pomadek Oriflame The One Colour Stylist Ultime. Spośród 24 nowych odcieni trafiły do mnie 22. Wybrałam z nich kilka faworytów dla siebie, a częścią się podzielę, bo nie po wszystkie odcienie bym sięgała:)


Konopie w pielęgnacji jak widać cały czas na topie, czemu dowodzi Laboratorium Joanna ze swoją nową serią do włosów Cannabis Seed, w skład której wchodzi szampon, odżywka i odżywka-wcierka;) 
Eveline Cosmetics Galaxity Gllitter Mask
I jako ostatnie w lutym przybyły do mnie nowości Eveline Cosmetics od Rossmanna. Wśród nich Luksusowy złoty rozświetlacz do ciała i Luksusowa mgiełka samoopalająca do ciała i twarzy z serii Brazilian Body. A także nowe brokatowe maseczki Eveline Galaxity Gllitter Mask, o których pisałam na Instagramie.


I to już chyba wszystkie nowości z dwóch pierwszych miesięcy 2019 roku;) Myślałam o połączeniu z marcowymi, ale to już trochę za dużo jak na jeden wpis. Jak Wam minął styczeń i luty? Znacie coś z tych kosmetyków?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 4 marca 2019

Oriflame – co ciekawego ostatnio poznałam?

Kosmetyki Oriflame znam od bardzo dawna i przyznaję, że przeszło rok temu powróciłam do nich po naprawdę długiej przerwie. Z tego, co zaobserwowałam, część produktów jest stale dostępnych od niepamiętnych czasów:) Ale jak każda marka, Oriflame wprowadza również nowości.  I dziś mam dla Was garść wrażeń odnośnie 4 produktów, które są w ofercie już długo oraz jednej nowości;) Większość to kosmetyki codziennego użytku;)


Oriflame kosmetyki czy warto


Oriflame Ochronny krem do rąk z olejkiem z rokitnika

Oriflame Ochronny krem do rąk z olejkiem z rokitnika


Ochronny krem do rąk już na pierwszy rzut oka przyciąga wzrok swoją energetycznie pomarańczową tubką:) Ja jestem fanką mocnych kolorów, więc przyznaję, że to opakowanie wpływa na mnie bardzo pozytywnie;) Tubka zawiera 75ml kremu, więc jest to taka przeciętna pojemność. Krem posiada jasną barwę i przyjemną kremową konsystencję. Jak zapewne się domyślacie – u mnie funkcjonuje tradycyjny już sposób aplikacji, czyli grubsza warstwa wieczorem plus bawełniane rękawiczki przynajmniej na kilka minut. Taki kompresik wchłania się oczywiście chwilę dłużej, ale byłam tak miła i sprawdziłam także jak zachowuje się przy normalnym zastosowaniu;) I muszę przyznać, że cienka warstwa wchłania się błyskawicznie. Także spokojnie powinien spełnić również oczekiwania osób, które smarują dłonie milion razy w ciągu dnia i zależy im na niezbyt ciężkiej formule. Po użyciu kremu skóra dłoni jest bardzo przyjemna w dotyku, miękka, wygładzona i nawilżona na większość dnia. Niedostatek pojawia się jedynie w obrębie skórek, ale moje są dość skłonne do przesuszenia, a dodatkowo nie dość, że ostatnio nieco brzydko je sobie przycięłam to jeszcze notorycznie zapominam o olejku;) Co do samej skóry dłoni nie mam jednak zastrzeżeń. Co więcej, dużym atutem tego kremu jest śliczny zapach rokitnika. W każdym razie ja jestem fanką:)



Oriflame Feet Up Advanced maska do stóp

Maseczkę do stóp otrzymujemy w plastikowym 100ml słoiczku. Przyznaję, że byłam bardzo pozytywnie zaskoczona jego kompaktowym rozmiarem. Czasami bowiem mimo identycznej gramatury opakowania bywają nadmiernie duże, a ja nie lubię gdy kosmetyk zajmuje mi zbyt wiele miejsca na półce. Zwłaszcza, że tą przeznaczoną na kosmetyki do ciała mam naprawdę kompaktową;) Maseczka posiada dość gęstą, kremową konsystencję i ciężki do określenia zapach. Nie jest on jednak tak ostry jak wiele kosmetyków przeznaczonych do stóp. Maseczkę aplikuję dokładnie tak jak krem do rąk, czyli grubsza warstwa plus zamiast rękawiczek, bawełniane skarpetki;) W takim kompresie w miesiącach jesiennych, zimowych i wiosennych chodzę aż do momentu pójścia spać (wtedy ściągam skarpetki). Latem z kolei zdejmuję je dużo szybciej ze względu na wysokie temperatury. Ale w tym roku niestety jeszcze takich nie doświadczyłam;) Początkowo miałam drobny problem z tą maseczką, ponieważ posiada ona właściwości chłodzące, a ja jestem nad wyraz ciepłolubna;) Przy pierwszych użyciach bardzo skupiałam się na tym chłodzeniu, przez co miałam wrażenie, że chłodzi jeszcze bardziej:D Później zastosowałam siłę perswazji, starając się odsunąć od siebie to uczucie i towarzyszyło mi już o wiele krócej;) Stopy przyjmą wszystko, więc przyznaję, że nie zawsze posiadam dedykowany im produkt. Często wcieram w nie po prostu balsam do ciała. Niemniej, gdy tylko trafia do mnie specjalny produkt do stóp, od razu biorę go w obroty:) I nie da się ukryć, że często zauważam różnicę. Tak jest również w tym przypadku:) Po użyciu tej maseczki skóra stóp jest bardzo gładka i miękka w dotyku, a dodatkowo optymalnie nawilżona. Maseczka dobrze regeneruję skórę po zimie, kiedy to stopy przebywały wiele godzin w grubych skarpetach. Ja wielkich problemów ze skórą na stopach nie mam, więc w moim przypadku efekt jest spektakularny;) Minusik tylko za te chłodzące atrakcje, ale wiem, że dla niektórych będą one zaletą;)


Oriflame Giordani Gold Essenza krem do ciała

Oriflame Giordani Gold Essenza krem do ciała

Perfumowany krem do ciała Giordani Gold Essenza występuje w takim dość krągłym 250ml plastikowym słoiczku. Według mnie prezentuje on się całkiem elegancko:)
Oriflame Giordani Gold Essenza krem do ciała
Balsam ten, można powiedzieć, że przeznaczyłam nie typowo do „paprania”, a po to by przy jego użyciu wzmocnić i utrwalić zapach perfum z tej samej linii:) Zapach ten jest moim ulubionym z ze wszystkich perfum Oriflame, ale trwałość nie zawsze jest u mnie wystarczająca. Stąd też pomysł z zastosowaniem balsamu. Muszę przyznać, że ten patent zdaje egzamin ładnie podbijając zapach, a dodatkowo krem delikatnie wygładza i nawilża skórę. Wchłania się dość sprawnie. 


Oriflame Essence&Co Żel do mycia rąk i ciała kwiat dzikiego bzu i bergamotka

Oriflame Essence&Co Żel do mycia rąk i ciała kwiat dzikiego bzu i bergamotka

Żel do mycia rąk i ciała występuje w eleganckiej 300ml butelce wyposażonej w pompkę. We wstępie wspomniałam, że będzie jeden produkt, który wszedł do oferty stosunkowo niedawno i to właśnie on;) Kosmetyk posiada typowo średnio pieniącą się żelową konsystencję i zapach, który określiłabym, jako kwiatowy. W moim odczuciu przeważają w nim nuty bzu. Przeznaczyłam go głównie do mycia rąk, ale niekiedy skorzystało również całe ciało. Produkt dobrze radzi sobie z oczyszczaniem zarówno rąk jak i ciała. Nie zauważyłam przesuszenia, ale nie jest to też produkt typowo nawilżający. Zapach utrzymuje się dłuższą chwilę po użyciu. Zwłaszcza na dłoniach. Przyznaję, że jestem ciekawa również linii z werbeną.


Oriflame Feminelle Łagodny płyn do higieny intymnej


Płyn do higieny intymnej występuje w białej butelce z wygodną pompką. Jego pojemność wynosi 300ml. Miałam już wcześniej inny rodzaj i muszę przyznać, że płyny Oriflame należą do wydajnych. Płyn posiada delikatną kremową formułę i bardzo łagodny zapach. Nie zaobserwowałam u siebie żadnych podrażnień ani dyskomfortu po użyciu, ale przyznaję, że z reguły nie mam do tego skłonności. Niemniej miała go też kiedyś moja mama, którą niektóre kosmetyki potrafią uczulić w sekundzie i również nic złego jej się nie przytrafiło. Płyn dobrze sobie radzi z oczyszczaniem stref intymnych. Nie wysusza.


Znacie któryś z tych produktów marki Oriflame?
Czytaj dalej »

piątek, 1 marca 2019

Foreo Issa 2 Mini – moje wrażenia po 3 miesiącach użytkowania!

Od zawsze pociągało mnie to, co nowatorskie i designerskie. Dlatego ze wszystkich 3 interesujących mnie modeli szczoteczek do zębów finalnie zdecydowałam się na Foreo Issa 2 Mini. Choć tak jak wspominałam, nie wykluczam dokupienia jeszcze jednej w przyszłości dla porównania:) Niemniej to Foreo uznałam za najbardziej pożądaną tu i teraz;) Czas goni jak szalony i 3 miesiące użytkowania już za mną! Pomyślałam więc, że podzielę się pierwszymi wrażeniami ze stosowania tego mojego różowego cuda:)

Foreo Issa 2 Mini



Jest to model przeznaczony dla dzieci oraz osób dorosłych preferujących mniejsze główki. Najnowsza szczoteczka do zębów Foreo Issa Mini 2 została wyposażona w hybrydową główkę, baterię gwarantującą 265 dni działania po jednym ładowaniu oraz dodatkowo ulepszoną moc pulsacji.

Szczoteczkę do zębów Foreo otrzymujemy w plastikowym opakowaniu, które przysporzyło mi naprawdę wielu problemów przy otwieraniu:D Zupełnie nie mogłam się dobrać do mojej wymarzonej szczoteczki, więc konieczne było użycie siły:D Potem było już tylko lepiej;) Przyjemny w dotyku silikon i design, który mnie nie zawiódł;) Wybrałam kolor Wild Strawberry. Jak zapewne się domyślacie, wolałabym intensywny odcień kobaltu. Niestety kolor ten nie występuje w wersji mini. Ale jak przystało na osobę pełną sprzeczności, – mimo, że nie przepadam za różem to nie przeszkadza mi to cieszyć się niektórymi różowymi przedmiotami. I tak też jest w przypadku tej szczoteczki;) Nie mam żadnych zastrzeżeń, co do wyglądu szczoteczki. Wręcz przeciwnie – bardzo mnie on cieszy;) Bardzo pozytywną rzeczą, którą odczułam po zmianie szczoteczki była jej wysokość. Może się to wydać mało istotne albo błahe, ale wielkość mojej poprzedniej szczoteczki Oral-B powodowała, że nie mieściła mi się ona na mojej półce. A nie mogłam jej trzymać na półce, na której znajdują się kubeczki i pasty, gdyż jej konstrukcja jest nieco niestabilna i co jakiś czas ktoś wykona fałszywy ruch powodujący, że część rzeczy spada prosto do wanny albo na podłogę;) A ja jak wiecie dbam o rzeczy;) Dlatego przez wszystkie te lata podczas których korzystałam z poprzedniej szczoteczki, przechowywałam ją w komodzie w pokoju:D Foreo Issa jest na szczęście niższa i dzięki temu mogę ją trzymać w łazience jak każdy normalny człowiek;) Mała wielka zmiana;) 

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego wybrałam model Issa 2 mini skoro tak mi zależało na kobaltowym kolorze szczoteczki? Z dwóch powodów! Po pierwsze cena, która w przypadku wersji mini jest sporo niższa, a jednocześnie podobnie jak klasyczna Issa 2 posiada hybrydową szczoteczkę. Po drugie główka szczoteczki Issa Mini 2 jest mniejsza w stosunku do swej klasycznej siostry, a ja po wielu latach używania „szczoteczek z okrągłą główką” (czyli Oral-B) byłam przyzwyczajona do kompaktowych rozmiarów:) Niemniej od razu muszę zaznaczyć, że szczoteczka nie jest wcale mikro i jestem przekonana, że jej rozmiar doskonale sprawdzi się u każdego dorosłego. Od Oral-B jest np. dużo większa:) 

Z kwestii technicznych warto dodać, że podobnie jak w przypadku szczoteczki Foreo Luna, szczoteczkę do zębów ładujemy przy użyciu niewielkiego kabelka z wejściem USB. Nie wiem dokładnie jak długo trwa ładowanie, ponieważ w dniu, kiedy dotarła do mnie szczoteczka, podczas ładowania na jakiś czas wysiadł prąd, a ja w międzyczasie musiałam wyjść z domu. Obstawiam jednak, że było to w granicach 1,5h. Drugiego ładowania jeszcze nie było, ponieważ szczoteczka po jednym naładowaniu działa 265 dni, a ja mam ją niecałe 3 miesiące. Dla porównania mój stary model Oral-B ładował się przez 17 godzin i jedno ładowanie wystarczało na kilka dni. Z zabawnych funkcji mamy „uśmieszek” i „smuteczek”. Jeśli myjemy zęby przez 3 minuty to na koniec podświetla się podstawa plus zadowolona minka. Z kolei, gdy szczotkowanie trwało poniżej 3 minut, pojawia się smutna minka. A jeśli od poprzedniego użycia minęło dłużej niż 12 godzin to co jakiś czas na szczoteczce również miga smutna minka, sygnalizująca, że wypadałoby umyć zęby ponownie. Foreo Issa 2 mini tak jak sam producent wskazuje jest szczoteczką dla dorosłych preferujących mniejsze główki oraz dla dzieci, więc opcja z uśmieszkami jest na pewno dobrym patentem dla rodziców chcących przypilnować swoje pociechy;) Dla dorosłych użytkowników takich jak ja, jest to po prostu miły i zabawny akcent;) Szczoteczka do zębów Foreo wyposażona została w technologię pulsacji sonicznej Sonic Pulse oraz wspomnianą już hybrydową główkę, która stanowi połączenie polimerów PBT z włóknami silikonowymi. W pierwszych modelach Issa mieliśmy wyłącznie silikonowe włókna, a modele Issa 2 zostały udoskonalone. Myślę, że to dobre posunięcie i swego rodzaju kompromis między tradycją, a nowoczesnością:) Na pewno łatwiej jest się przyzwyczaić do takiej „mieszanej” szczoteczki do zębów niż do w pełni silikonowej. Ja przyzwyczaiłam się praktycznie od razu, tak jakbym używała tej szczoteczki od lat. Bardzo mi się też podoba, że pracuje ona dosyć cicho. 
Moje ogólne wrażenia z jej użytkowania są jak najlepsze i cieszę się, że się zdecydowałam:) Przede wszystkim szczoteczka jest delikatna dla zębów i dziąseł. Odkąd ją mam ani razu nie wystąpiło u mnie krwawienie dziąseł podczas szczotkowania. A niestety mam bardzo wrażliwe dziąsła. Moja dentystka kiedyś powiedziała, że wystarczy „dotknąć” i już leje się krew:D Także wiecie, moje wizyty u stomatologa za zwyczaj są dość krwawe;) Swoją drogą pytałam w gabinecie o opinię w kwestii tej szczoteczki gdy nad nią myślałam. Ale moja stomatolog nie miała z nią do czynienia. Dostałam komentarz, że zęby można umyć dobrze nawet zwykłą szczoteczką, a na bardziej wyszukane modele po prostu muszą być odpowiedni chętni. I oczywiście trudno się z tym nie zgodzić. Ważna jest przede wszystkim częstotliwość, czas i technika szczotkowania. A te bardziej zaawansowane modele i w ogóle produkty Foreo przeznaczone są do konkretnej grupy docelowej. Ale ja akurat do tej grupy się zaliczam, bo lubię takie nowinki;) Ciężko mi się wypowiedzieć, co do skuteczności w zapobieganiu odkładania kamienia, ponieważ w lutym wykonywałam piaskowanie. A po drugie według stomatolog skłonności do odkładania kamienia w największej mierze zależne są od naszego pH i moje podobno jest wyjątkowo sprzyjające tego typu atrakcjom;) Przyznam, że na początku zastanawiało mnie czy aby na pewno moja szczoteczka czyści zęby dokładnie. Korzystając z okazji podczas wizyty u stomatologa wspomniałam o tym, ale ocena była jak najbardziej pozytywna i okazało się, że nie ma czym się przejmować. Także jak dotąd wybór bardzo trafiony, jestem zadowolona:)


Znacie szczoteczki Foreo Issa lub inne produkty tej marki? Jakich szczoteczek używacie?
Czytaj dalej »