Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tusz do rzęs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tusz do rzęs. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 grudnia 2019

Makijaż nie za miliony monet! Najlepsze kosmetyki do makijażu 2019!

Pora na makijażowych ulubieńców 2019 roku! W tym roku udało mi się trafić na kilka perełek, które o dziwo można kupić w cenach niebijących po portfelu! Zwłaszcza w promocji, a bywają obniżki rzędu -55%;)

Makijaż nie za miliony monet - ulubieńcy 2019!


Kosmetyczni ulubieńcy makijaż 2019

Christian Laurent Matujący mineralny podkład-serum (39,99zł)


W życiu Romana bym go nie kupiła, bo zacznijmy od tego, że sama z siebie w ogóle nie kupuję podkładów. Kiedy więc w jednej z paczek PR znalazłam podkład Christian Laurent, pomyślałam sobie - meh, po co mie to?:P  Ale gdy któregoś dnia na Instagramie Alineczki wyczytałam, że jest taki lekki i przyjemny to stwierdziłam – a dobra tam, otwieram;) Najwyżej się wkurzę;) No i faktycznie! Lekki, delikatny, ładnie pachnie (choć wolałabym bezzapachowy), dobrze się trzyma. A najciemniejszy kolor jest dla mnie OK na jesień-zimę. Aplikacja nie sprawia problemu. Zwłaszcza z gąbeczką KillyS, która przeszła u mnie wiele sesji w mikrofali i nadal nie wymięka:D Dla mnie w sam raz, bo nie mam wiele do ukrycia i lubię lekkie produkty do makijażu, ale poszukiwaczkom dużego krycia nie będzie odpowiadał;) Jedynie jeśli chodzi o właściwości pielęgnacyjne to muszę się nie zgodzić, ale od tego mam kosmetyki do pielęgnacji, więc nie wymagam tyle od podkładu. Z tego co wiem, skład nie jest też tak „mineralny” jak mogłoby się oczekiwać;) Niemniej w działaniu dla mnie nieoczekiwanie nr. 1:D 


Eveline Cosmetics Mascara False Definition 4D Extension Volume Push Up Volume and Curl (11,99zł)


Zawsze z dystansem podchodziłam do tuszów Eveline, ponieważ wydawały mi się zbyt tanie żeby mogły być dobre, ale skusiłam się podczas wiosennej promocji w Rossmannie na 3 rodzaje i ten żółty zdecydowanie się wyróżnia! Ma fajną łukowatą szczoteczkę, dobrze wydłuża i podkręca rzęsy, jest trwały i wydajny. Zdecydowanie skuszę się na niego ponownie!

AA Wings Of Color serum powiększające usta (22,99zł)


Ten produkt tak naprawdę mogłabym umieścić także w pielęgnacyjnych ulubieńcach, ale że pochodzi z szafy kolorówki to jest tutaj! Ładnie nabłyszcza usta, a do tego solidnie je pielęgnuje.



NYX Glitter Primer (39zł)


Mała rzecz, a cieszy! Zdecydowanie pomocny zarówno przy aplikacji błyszczących cieni jak i normalnych. Bardzo wydajny.


Zobacz wpis: NYX Glitter Primer


Sin Skin korektor rozświetlający (68,99zł)


No może trochę nadszarpuje budżet w porównaniu z resztą kosmetyków, ale w promocji cena jest już zdecydowanie przyjemna. Sama byłam zaskoczona, że tak mi przypadł do gustu:)




Oriflame Giordani Gold kredka do brwi (29,90zł)


To małe czarne coś to resztki mojej drugiej sztuki kredki do brwi z Oriflame. Giordani Gold to taka lepsza seria i naprawdę można znaleźć perełki! Ta jest łatwa w użyciu i bardzo ją polubiłam. Minus tylko za konieczność temperowania.




Bell Bon Bon Beauty-licious Powder (13,99zł) 


Bell Bon Bon Beauty-licious Powder
Niestety była to edycja limitowana, więc nie będę się rozpisywać, ale puder jest świetny! Choć teraz nie jest już taki ładny, bo wydłubałam w nim dziurkę pędzelkiem;)

Zobacz wpis: Bell Bon Bon 

AA Wings of Color puder Dust Matt (34,99zł)


AA Wings of Color puder Dust Matt (34,99zł)
W kategorii pudrów sypkich zwycięża propozycja marki AA Wings of Color i puder Dust Matt. Znajdziecie go w Rossmannie, a czasami nawet jako dodatek do prasy kobiecej;) 

Zobacz wpis: AA Dust Matt

My Secret paleta czterech wypiekanych rozświetlaczy (54,99zł)


My Secret paleta czterech wypiekanych rozświetlaczy
Mam wrażenie, że w tym roku używałam jakoś mniej rozświetlaczy niż w latach ubiegłych, ale nie jest tak żebym nie trafiła na nic fajnego! Wręcz przeciwnie, upolowałam świetnej jakości paletę rozświetlaczy już w styczniu:) Niestety po dziś dzień nie ukazała się żadna recenzja, ale z produktu jestem bardzo zadowolona. Może wydawać się nie taki tani lecz moja pokrętna matematyka każe mi dzielić cenę przez 4 (skoro są 4 rozświetlacze, a nie 1:P). Po drugie ja go kupiłam w promocji za 32zł, a po trzecie teraz jest nawet w promocji po 22,99zł. Także dzieląc przez 4 to już ogóle bajka!:P Rozświetlacze są bardzo wydajne i może nie każdy pasuje mi bezpośrednio na twarz, ale każdy z kolorów wykorzystuję. Nie gwarantuję tylko sukcesu u bladziochów, ponieważ podobno na bardzo jasnych cerach część kolorów jest zbyt ciemna do stosowania na twarz. Może tak być, bo np. dla mnie jeden z kolorów jest tutaj zbyt blady do stosowania powyżej policzków. 

Jakie kosmetyki do makijażu polubiłaś w 2019 roku najbardziej? Masz takich niedrogich ulubieńców? 

Zobacz też: 



Czytaj dalej »

czwartek, 29 sierpnia 2019

AA Wings of Color – pudry, tusz, mgiełka, maska całonocna do ust i serum powiększające usta! Co warto kupić?

AA Wings of Color oferuje bogaty wybór kosmetyków do makijażu i nie tylko:) Od wiosny wypróbowałam kilka z nich i dziś przychodzę z moimi wrażeniami. Pora odpowiednia, tym bardziej, że zbliża się jesień, a wraz z nią -55% zniżki na kolorówkę w Rossmannie. Czy warto zainwestować w polskie kosmetyki do makijażu? Pudry, tusz, maska całonocna do ust, a może powiększające serum do ust? Co spośród produktów AA Wings of Color chwyciło mnie za serduszko?;)

AA Wings of Color kosmetyki co warto kupić

AA Wings of Color Silky Smooth 



Jedwabisty puder występuje w skromnej, ale ładnej białej puderniczce wyposażonej w lusterko. Pojemność to 8,5g, więc całkiem w porządku. Do pudru dołączona jest również gąbeczka, ale ja nakładam pędzlem. Mojej uwadze nie umknęło także przyjemne dla oka tłoczenie. Dość szybko zniknęło na skutek użytkowania, ale miło, że tam było;) Puder według mnie nie posiada zapachu i uznaję to za plus, ponieważ zawsze lepszy jest dla mnie bezzapachowy niż np. woń starej pudernicy;) Kosmetyk posiada przyjemną jedwabistą konsystencję. Choć zawsze osiadają mi resztki na jego powierzchni, więc za zwyczaj muszę zdmuchnąć;) Nie pyli jednak zbyt mocno podczas nakładania. 
AA Wings of Color Silky Smooth puder opinie

Puder AA Wings of Color Silky Smooth występuje w 5 odcieniach do wyboru. Najjaśniejszy nr 90 jest transparentny, natomiast najciemniejszy nr 94 jest już przeznaczony do nieco ciemniejszej cery. Ja posiadam właśnie ten 94 Riviera i aktualnie jest dla mnie idealny:) Uprzedzam jednak, że zdecydowanie nie dla bladziochów. Niemniej nie jest to problemem, ponieważ pozostają jeszcze trzy inne odcienie plus jeden transparentny;) W kwestii działania nie mam do czego się przyczepić. Wszystko mi w nim odpowiada. Puder nadaje naturalne jedwabiste wykończenie. Ja stosuję go zamiast podkładu i jestem z niego zadowolona, ponieważ twarz wygląda naturalnie, a jednocześnie lepiej. Miałam lekkie wątpliwości, co do koloru, ponieważ wizualnie wydaje mi się on nieco „czerwony”. Bałam się więc efektu świnki, ale ładnie się dopasowuje do mojej ciepłej cery, nawet jeśli jest opalona tak jak np. ma to miejsce obecnie;) Wprawdzie nie jest to widoczne na moim najnowszym zdjęciu na Insta, ale w rzeczywistości aktualnie jestem niczym Mulatka;) Jeśli chcę zapewnić sobie trochę matu, to nakładam na niego puder sypki. Trwałość makijażu w połączeniu z tym pudrem jest bardzo dobra, ponieważ trzyma się on cały dzień. Jedynie z nosa trochę się ściera w ciągu dnia. Krycie według mnie jest średnie, ale dla mojej cery bez przebarwień i trądziku w pełni wystarczające. W dodatku puder nie wysusza i nie obciąża cery. Ze swojej strony polecam. 

Skład: Talc, Mica, Synthetic Fluorphlogopite, Nylon-12, Magnesium Myristate, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Diisostearyl Malate, Hydrogenated Polyisobutene, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Kaolin, Phenoxyethanol, CI 77492, CI 77491, Caprylyl Glycol, CI 77499, Dimethicone, Hexylene Glycol, Sapphire.

AA Wings of Color Dust Matt Loose Powder



AA Wings of Color Dust Matt Loose Powder blog

Pora na utrwalający, matujący puder sypki wzbogacony o ekstrakt z owoców acai i wyciąg z aloesu. Nie da się ukryć, że puder to jeden z moich ulubionych kosmetyków kolorowych. Chętnie więc sięgam po kolejne w poszukiwaniu nowej jakości;) Kiedyś stawiałam wyłącznie na pudry marek selektywnych, ale zauważyłam, że te drogeryjne radzą sobie coraz lepiej! W porównaniu do tego co było dostępne kiedyś to jak dzień do nocy! Jestem fanką pudrów prasowanych. Tym bardziej, że lubię sobie rzucić sam puder na twarz (zamiast podkładu). Jednak nie pogardzę również dobrym pudrem sypkim. Wszak lubię nałożyć także odrobinę na puder prasowany (jeśli chcę np. zmatowić lub rozświetlić cerę, w zależności od właściwości produktu) lub gdy już ten płynny podkład dostąpi łaski. Co również się zdarza gdy trafię na coś przekonującego;) AA Wings of Color Dust Matt Loose Powder jest podobno polecany na YT. Muszę przyznać, że nie wiem, ponieważ rzadko oglądam kanały urodowe na YT. To już naprawdę potrzebuję mieć nadmiar czasu żeby znaleźć chwilę na tego typu twórczość;) Niemniej moja intuicja podpowiadała, że podobnie jak puder prasowany, może to być coś całkiem do rzeczy:) Puder otrzymujemy w dość standardowym białym opakowaniu o pojemności 10g. Dla mnie taka gramatura jest OK., ponieważ nie lubię pudrów w wielkich 30g opakowaniach;) Na swój użytek nie potrzebuję aż tyle. Zwłaszcza, że zwykle mam otwarty więcej niż 1 puder. Mój odcień to 20 Transparent. W opakowaniu jest on beżowy. Po nałożeniu na opaloną twarz wydaje się przez chwilę lekko zabielać, ale ten efekt zaraz mija i ładnie dopasowuje się nawet do mojej karnacji. Tak więc sądzę, że nikt nie powinien mieć z tym problemów:) Puder jest mięciutki, jedwabisty i bardzo drobno zmielony. Niczym pudrowa chmurka!;) Największą zaletą jest to, że po nałożeniu skóra nie wygląda sucho i ciężko (choć oczywiście ważne żeby zadbać także o pielęgnację przed makijażem). Super współgra z pudrem prasowanym, gdy chcę dodatkowo zmatowić cerę. Dobrze dogaduje się także z podkładem. Nie rozjaśnia go ani nie przyciemnia. Zaraz po aplikacji uzyskujemy mat. Natomiast po paru godzinach cera jest już bardziej satynowa, typowo naturalna. Nie jest to więc puder matujący na mur-beton, ale bardzo dobra opcja dla kobiet ceniących sobie naturalny wygląd skóry bez jej obciążenia i wysuszenia. Nałożony oszczędnie nadaje się również pod oczy. Jeśli chcemy zapewnić skórze matowy wygląd na dłużej, niezbędne będą bibułki matujące.
AA Wings of Color Dust Matt Loose Powder opinie

Skład: Talc, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Aqua, Magnesium Stearate, P-Anisic Acid, Euterpe Oleracea Fruit Oil, CI 77492, CI 77491, CI 77499, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder.

AA Wings of Color Night Repair Lip Mask


AA Wings of Color Night Repair Lip Mask czy warto

Jak wiecie bardzo lubię koreańskie całonocne maski do ust. Na polskim rynku nie ma jednak zbyt wielu odpowiedników. Dlatego maska do ust AA Wings of Color z miejsca mnie zainteresowała;) Maska została opakowana w ładną niebieską tubeczkę o pojemności 10ml;) Posiada ona ścięty aplikator, który w teorii powinien być wygodny. Muszę jednak przyznać, że tak nie jest. Często zdarza mi się wycisnąć zbyt dużo. Być może dlatego, że maska ma nieco nietypową konsystencję. Jest to coś w rodzaju białego kremu, ale takiego trochę rzadkiego, jakby rozwodnionego. Muszę przyznać, że ta maska zupełnie nie przypomina mi tych koreańskich. Dużym minusem jest to, że po nałożeniu zostawia ona po sobie widoczną białą warstwę na ustach. Jest to co prawda produkt do ust na noc, ale inne maski mogłam z powodzeniem nakładać również w ciągu dnia lub zaraz przed wyjściem, a tutaj nie bardzo. Producent deklaruje, że biała warstwa szybko się wchłania, ale nie do końca tak jest. Zajmuje to dobrych kilka minut. Przyznam, że wyjątkowo nie lubię patrzeć na swoje rozbielone usta:D Nietypowe jak na maskę całonocną do ust jest też to, że powoduje ona przejściowe uczucie ciepła i mrowienia. Tego typu efekty wolę raczej w błyszczykach niż w maskach do ust. Plusem jest na pewno zapach, który jest delikatny, lekko kremowy, prawie niewyczuwalny. Gdy już biały nalot odejdzie w niepamięć, na ustach zostaje delikatny połysk. Po nałożeniu grubszej warstwy maska zostaje na ustach aż do rana. Jeśli chodzi o efekty to pomijając lekką uciążliwość w stosowaniu, jest całkiem nieźle. Maska dobrze radzi sobie z nocną pielęgnacją ust. Skutecznie je regeneruje, wygładza i nawilża. 


AA Wings of Color Lip Push – Up Serum


AA Wings of Color Lip Push – Up Serum opinie

Czas na serum powiększające usta;) Tubka i pojemność są identyczne jak w przypadku maski, lecz mamy tu do czynienia ze słodkim różem;) W dodatku zapach samego serum przypomina mi właśnie pączka z różą;) Posiada także subtelnie słodki smak. Taki słodziak z niego. Konsystencja jest tutaj zdecydowanie bardziej komfortowa (przypomina żel) i również aplikacja przebiega sprawniej.  Produkt nie nadaje koloru, ale sprawia, że usta są ślicznie nabłyszczone i wyglądają na bardziej jędrne. Szczególnych właściwości powiększających nie zauważyłam. Jedynie takie jak przy każdym błyszczyku. Niemniej bardzo polubiłam ten produkt. Bardzo dobrze nawilża, regeneruje i wygładza usta, przez co z powodzeniem zastępuje balsam do ust. Warto zwrócić na nie uwagę. W starciu z maską wygrywa właśnie to serum!
AA Wings of Color produkty do ust


AA Wings of Color Hydro Fixer nawilżający


AA Wings of Color Hydro Fixer nawilżający opinie

Bezalkoholowa nawilżająca mgiełka do twarzy występuje w poręcznym 50ml opakowaniu, które bardzo mi się podoba:) Posiada ona atomizer, który niestety niekiedy trochę zbyt mocno dozuje produkt;) Zapach mgiełki jest przyjemny i delikatny. Taki letni. Fixer całkiem ładnie utrwala i odświeża makijaż znosząc jego pudrowość. Ale w moim odczuciu lepiej spisuje się jako nawilżająca baza pod makijaż:) Nie pozostawia po sobie lepkiej warstwy. 


AA Wings of Color tusz X-Treme Wear


AA Wings of Color tusz X-Treme Wear

Nie ma makijażu bez tuszu:) W serii kosmetyków AA Wings of Color znajdziemy kilka propozycji. Ja wypróbowałam wodoodporny pogrubiający tusz do rzęs, który dzięki technologii TUBE zamyka każdą z rzęs w wodoodpornej tubce;) Tusz posiada pojemność 10ml i dość standardowe czarne opakowanie. 
AA Wings of Color tusz X-Treme Wear opinie
Szczoteczka posiada dość tradycyjny kształt, jest ona silikonowa i bardzo giętka. W moim przypadku zapewnia on efekt wydłużenia oraz delikatnego pogrubienia. Zrobiłam zdjęcia, ale wyszły mi dość kosmicznie, więc na dniach spróbuję wykonać je jeszcze raz. Ciekawostką jest to, że mimo wodoodporności, tusz możemy zmyć ciepłą wodą. Ja za zwyczaj zmywam go ciepłą wodą w połączeniu ze ściereczką do demakijażu. Trwa to jednak niestety nieco dłużej niż w przypadku tuszu nie wodoodpornego. Co do trwałości nie mam zastrzeżeń, ale przyznaję, że sama z siebie za zwyczaj używam tych nie wodoodpornych, ponieważ nie mam problemów z ich trwałością ani też nie pływam etc. Rzadko też się wzruszam na tyle żeby się rozmazać:D Test wodoodporności polegał więc na pochlapaniu rzęs wodą;)


Znacie serię AA Wings of Color? Polecacie jakieś kosmetyki tej marki?

Czytaj dalej »

niedziela, 5 maja 2019

Maybelline Snapscara! Warta uwagi nowość wśród tuszów?

Ostatnio był u mnie korektor marki Maybelline, więc żeby nie było zbyt różnorodnie (co jak co, ale lubię pewną dozę monotematyczności;)) to dzisiaj Snapscara od Maybelline;) Od początku roku nie udawało mi się trafić na taki tusz, z którego byłabym w pełni zadowolona. Otworzyłam jeden z tuszów Oriflame, Max Factor oraz YSL i nie powiem – poza tym ostatnim, z którym w ogóle mi nie zaiskrzyło, było spoko;) Ale potrzebowałam większego wydłużenia, więc zaczęłam przeczesywać sieć w poszukiwaniu jakiejś nówki sztuki;) Postawiłam na jedną znaną pozycję oraz zupełną nowość Maybelline Snapscara. Wybór przebiegł dość beztrosko. Spojrzałam na wygiętą szczoteczkę, która jest w moim guście, przystępną cenę i wysoką średnią ocen na forum wizaż. To wystarczyło żebym dokonała szybkiego zakupu;) Dopiero później przejrzałam parę z tych opinii i doszło do mnie, że te pochwały to za sprawą testowania;) A już nie raz zauważyłam, że po akcjach testerskich na tej stronie ciężko uświadczyć rzetelne opinie;) Ale stwierdziłam, że przecież i tak rzadko kieruję się opiniami innych, więc tak naprawdę nic nie jest przesądzone. Tym bardziej na fali zadowolenia z korektorów tej marki;)

Maybelline Snapscara blog czy warto

Maybelline Snapscara


Według producenta tusz do rzęs Snapscara stanowi technologiczny przełom zarówno w noszeniu jak i zmywaniu. Zarówno aplikacja jak i usuwanie tuszu mają się kojarzyć tylko i wyłącznie z wygodą. Tusz ma zapewnić długie, pogrubione i wyraziste rzęsy już za jednym pociągnięciem szczoteczki. Żeby zmyć mascarę wystarczy ciepła woda.


Snapscarę otrzymujemy w prostym, ale nowoczesnym opakowaniu. Pojemność tuszu wynosi 9,5ml, czyli całkiem sporo. Przyznaję, że raczej nie zużywam tuszów do końca. Prędzej mi się znudzi albo zaschnie;) Zwłaszcza, że często lubię mieć w użyciu np. dwa na raz. Z kolorówką nie ograniczam się tak jak z pielęgnacją i mało co trzymam na zapas. Snapscara w dużej mierze przyciągnęła mnie swoją nazwą, która kojarzy mi się ze Snapchatem. Choć swoją drogą nigdy nie zarejestrowałam się na tym ustrojstwie;) 
Maybelline Snapscara opinie

Wybrałam dla siebie odcień 01 Pitch Black. Czerń jest intensywna i ładnie podkreśla rzęsy. Konsystencję określiłabym raczej jako nie-problematyczną. Nie jest ani zbyt gęsta ani za rzadka (w moim odczuciu). Kosmetyk jest zmywalny wodą, więc ewentualna korekta pobrudzonych podczas malowania powiek (ja brudzę zawsze i każdym tuszem) idzie gładko nawet przy użyciu patyczka nasączonego wodą;) Szczoteczka od razu przypadła mi do gustu, ponieważ lubię takie wygięte. Wadą jest jedynie jej „ostrość”, potrafi drapnąć w powiekę. Sam efekt właściwie od pierwszego użycia przypadł mi do gustu, ponieważ szybko zauważyłam różnicę miedzy tuszem Snapscara, a moim poprzednim;) Przede wszystkim zyskałam większe wydłużenie oraz podkręcenie, a na tym zawsze zależy mi najbardziej (nakładam jedną warstwę). Snapscara obiecuje też pogrubienie i tu już mniej spektakularnie, ale moje rzęsy są cienkie i żaden tusz nie pogrubia ich mocno. Poza tym na pogrubieniu akurat najmniej mi zależy:) Ciekawa może być dla Was kwestia zmywania samą ciepłą wodą;) Dla mnie to akurat żadna nowość, ponieważ już od paru lat usuwam tusze do rzęs za pomocą ściereczki do demakijażu i wody;) Mam więc tutaj udogodnienie polegające na tym, że ściereczki już nie potrzeba. Ale byłam do niej na tyle przyzwyczajona, że na ogół i tak używałam:) Mogę jednak potwierdzić, że wystarczy ciepła woda. Odbywa się to na takiej zasadzie, że pod wpływem wody tusz stopniowo się kruszy i jak ja to mówię „niteczkuje”;) Minus jest taki, że czasem taka dłuższa niteczka z tuszu wpadnie do oka i trzeba ją wyławiać ręcznie;) Przyznać jednak trzeba, że zmywanie tuszu ciepłą wodą nie jest jakąś szczególnie wyższą technologią, ponieważ miałam już tego typu produkt z Clinique spokojnie dekadę temu;) Ale zapewne nie każdy o tym słyszał. Poza tym według mnie, fajny i godny wypróbowania tusz za niewielką cenę. W moim odczuciu wydłużająco-podkręcający, czyli tak jak oczekiwałam. Spróbuję potem pokazać efekt na Insta.


Lubicie tusze Maybelline? Znacie tusz Snapscara?
Czytaj dalej »

wtorek, 18 grudnia 2018

Najlepsze kosmetyki do makijażu 2018!

Przyszła pora na ulubieńców 2018 roku w obrębie makijażu:) No może mogłabym się jeszcze wstrzymać, ale już dobrze wiem co polubiłam najbardziej, więc po co to przeciągać;) Kolorówka ma zresztą to do siebie, że szybciej można dostrzec jej potencjał;) Nie będę jednak ukrywać, że część z tych produktów mam od wielu miesięcy. Pod względem makijażu 2018 był dobrym rokiem, choć zdarzyło mi się również trafić na gorsze produkty. Ich wadliwość polegała jednak głównie na tym, że były dla mnie zbyt jasne;) Może nawet pojawi się wpis o rozczarowaniach tego roku. Coś tam się znajdzie, jeśli czas pozwoli;) Na razie skupmy się jednak na tym, co pozytywnie mnie zaskoczyło, czyli na moich top kosmetykach z kolorówki:)

ulubione kosmetyki w 2018 roku

Zacznijmy od makijażu oczu:) Już w ubiegłym roku chwaliłam markę Nabla, a 2018 tylko mnie utwierdził w zachwytach;) Z tego, co zaobserwowałam, w ostatnim czasie marka mocno zyskuje na popularności. Nic w tym dziwnego, ponieważ wypuszcza naprawdę świetne produkty. Bardzo polubiłam paletkę Nabla Dreamy, ale Nabla Posion Garden, którą mam od drugiej połowy listopada wydaje mi się jeszcze lepsza i bardziej napigmentowana. 


Jeśli już jesteśmy przy cieniach to przyda się dobra baza pod nie;) Na miano ulubieńca w tym zakresie zasługuje Smashbox 24 Hour Photo Finish Shadow Primer. To małe oszustwo, ponieważ tą bazę miałam okazję poznać już wcześniej, ale można powiedzieć, że to było dawno i nieprawda. Aktualną tubkę mam od marca i zużyłam coś poniżej połowy, więc jest wydajna. Bardzo dobrze utrzymuje cienie na swoim miejscu nawet na moich tłustych powiekach. Recenzja jeszcze się nie pojawiła, ale jest zaplanowana:)


Najlepszym korektorem na cienie pod oczami w tym roku został Maybelline Instant Anti-Age Eraser Concealer, który miał już swoją recenzję. A jakże:)


A najlepszy tusz do rzęs to już wiecie z niedawnego wpisu Oriflame The One Wonderlash 5w1 XXL. Wyszukana nazwa, ale warto:)
najlepsze kosmetyki do makijażu 2018, Ulubieńcy 2018 roku makijaż

Przejdziemy teraz do twarzyczki i tutaj sytuacja jest nieco bardziej złożona:) Szczerze nienawidzę podkładów, ale w tym roku zdarzył się cud i w końcu trafiłam na coś porządnego, czyli Bell Nude Liquid Powder. Niedrogi, a potrafi dogodzić nawet anty-podkładowej Ewelinie:) Teraz co prawda go nie używam, ponieważ zimą wolę pudry i minerały z uwagi na to, że pozostawiają mniej śladów na tych wszystkich kurtkach i szalikach. Ale z pewnością wrócę do niego wiosną:) Skoro to jedyny podkład, który lubię to chyba mówi samo za siebie;) 

A co zatem z pudrów i minerałów, pełniących u mnie również funkcję podkładów?;) Bardzo dobrze sprawdził się u mnie Oriflame Giordani Gold, którego upodobałam sobie również na krótkie wyjazdy, ponieważ kompaktowa puderniczka nie zajmuje wiele miejsca. Listopad przyniósł natomiast pozytywne zaskoczenie odnośnie pudru Jane Iredale. Wpis na temat 3 produktów tej marki na pewno się pojawi, więc zapraszam ponownie za jakiś czas po więcej informacji;)  

Too Faced Sweetie Pie to takie kombo:) Tak naprawdę może być dla mnie zarówno różem, bronzerem jak i lekkim rozświetlaczem:) W dodatku ładnie pachnie i ma przyjemną formułę;) Tak bardzo tak! 

To małe brązowe ze srebrnym środkiem wyglądające jak jakieś Ufo to nic innego jak rozświetlacz Becca Opal;) Mam go krótko, bo jakoś od drugiej połowy listopada, ale świeci? Świeci… i to jak! Może będzie jakiś wpis, zobaczymy;) 

unicorn nails, zdobienia paznokci, paznokcie jednorożce

chmurki na paznokciach, think blink neonail, lilou pierścionek piórko
Jeśli miałabym napisać coś o paznokciach to latem powróciłam do hybryd i od tego czasu noszę je bez przerwy. Upodobałam sobie przeróżne zdobienia i przekonałam się do długich paznokci, a nawet do zupełnie innego kształtu. Zdjęcia manicure co jakiś czas publikuję na Instagramie. Najbardziej lubię w rękawie:P

Sorki za ten rozmaz gdzieniegdzie na zdjęciach, ale robiłam je w totalnych ciemnościach, a nie mam żadnych lamp, blend i innych wynalazków:D Produkty w przypadku których pojawiły się recenzje są podlinkowane, więc można przeczytać o nich więcej.


I to by było na tyle, jeśli chodzi o makijażowych ulubieńców 2018 roku. A Was co szczególnie ujęło? 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Najlepszy tusz do rzęs 2018! Zaskoczenie!

W tym roku wypróbowałam kilka tuszy do rzęs. Tak się złożyło, że aż 3 z nich były z Oriflame. Jeden z serii Giordani Gold i dwa z z serii The One. Spotkanie z Giordani Gold było udane i pisałam już o nim wiosną. Natomiast z The One Eyes Wide Open nie mogłam się dogadać, mimo jego wyjątkowo zachęcającej, nietypowej szczoteczki (za zwyczaj lubię takie udziwnienia). Jednak największym zaskoczeniem okazał się być dla mnie tusz The One Wonderlash 5 in 1 XXL i to właśnie on całkiem niespodziewanie został tuszem roku!

najlepszy tusz do rzęs 2018

Oriflame The One Wonderlash 5 in 1 XXL


Według producenta tusz zapewnia wyjątkową intensywność koloru i nawet do 49% większą objętość. Szczoteczka Wonder Brush z opatentowaną technologią Dual Core pokrywa rzęsy formułą 5 w 1 nadając im wyjątkowej wyrazistości.
Oriflame The One Wonderlash 5 in 1 XXL

Tusz Oriflame The One Wonderlash 5 in 1 XXL zamknięty został w granatowym opakowaniu o pojemności 8ml. PAO wynosi 6 miesięcy. Plusem jest tutaj dodatkowe szczelne zabezpieczenie tuszu folią ochronną. Pewnie każdej z Was zdarzyło się choć raz trafić na niekoniecznie świeży tusz, a takie pakowanie wyklucza wszelkie poderzenia udziału osób trzecich:D Samo opakowanie wizualnie niczym się nie wyróżnia, ale prezentuje się estetycznie. 
Oriflame The One Wonderlash 5 in 1 XXL szczoteczka

Tusz posiada dość zwyczajną, ponieważ jedynie delikatnie wygiętą silionową szczoteczkę. Przyznaję, że z tego powodu nie spodziewałam się po nim zbyt wiele, ponieważ tak jak wspomniałam – gustuję raczej w bardziej udziwnionych albo mocniej wygiętych. Z drugiej strony wspomniana przeze mnie na wstępie inna wersja (z naprawdę nietypową szczoteczką), nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. Zatem nie zawsze wielkie innowacje są potrzebne. W tym wypadku prostsze okazało się lepsze:) Jedyną wadą szczoteczki jest to, że jest ona nieco twarda i przez to trochę drapie u nasady rzęs. Tusz posiada raczej delikatny, neutralny zapach. Żadnej czekolady i innych tego typu atrakcji. Konsystencja na początku jest rzadka, a z czasem trochę gęstnieje (używam go od października). Trzeba przyznać, że aplikacja tego tuszu nie nastręcza problemów. Choć oczywiście brudzę sobie nim powieki podczas malowania. Tak jak każdym innym, bo to już jest dla mnie poza konkurencją. Nie ma tuszu, którym bym się nie ubrudziła;) No chyba, że zaczęłabym się do tego bardziej przykładać;) Szczoteczka tego tuszu jest jedynie delikatnie wygięta. Jednak powoduje to, że dość łatwo można pokryć większość rzęs tuszem (ja nigdy nie maluję wybitnie dokładnie i często niektóre pomijam, np. te w kącikach i stąd też większość, a nie wszystkie;)). Wygięta szczoteczka zapewnia też mój ulubiony efekt, czyli podkręcenie. Nigdy nie zależy mi na szczególnym pogrubieniu, ale wydłużenie i podkręcenie to już tak! Mam oczywiście zalotkę, ale z niej nie korzystam, bo według mnie jest słaba, więc mogę polegać tylko na tuszu. Ten tusz bardzo fajnie wydłuża i podkręca rzęsy. Nie osypuje się, nie rozmazuje i nie podrażnia oczu. Miałam już wiele nawet kilkakrotnie droższych tuszów, ale ten je przebija! Szczerze polecam! Efektów na rzęsach niestety brak, ponieważ miałam problemy z uchwyceniem, ale spróbuję jeszcze dodać na Instagramie, gdy będzie lepsze światło.


Znacie tusz Oriflame The One Wonderlash 5 in 1 XXL? Jaki tusz spisał się u Was najlepiej w tym roku?
Czytaj dalej »

piątek, 13 kwietnia 2018

Oriflame Giordani Gold czy warto? Tusz, pomadka, puder i podkład – przegląd produktów!

Giordani Gold to taka makijażowa linia premium w obrębie marki Oriflame. Jak już kiedyś wspominałam, dawniej byłam dobrze rozeznana w kosmetykach popularnych „marek katalogowych” i miałam nawet mały epizod „kariery” konsultantki. Już w owych czasach ceniłam sobie serię Giordani Gold, a na początku tego roku miałam okazję zacząć poznawać te kosmetyki na nowo. Jakie są moje wrażenia już jako osoby, która niejednego próbowała?;) Pora na mały przegląd kilku produktów Giordani Gold z Oriflame!

zdjęcie przedstawiające kosmetyki do makijażu Oriflame Giordani Gold

Oriflame Giordani Gold tusz do rzęs Incredible Length


zdjęcie przedstawiające tusz Oriflame Giordani Gold Incredible Length
Oriflame Giordani Gold Incredible Length to tusz do rzęs zawierający mikrowłókna, dzięki którym ma za zadanie zapewnić efekt długich i pięknie rozdzielonych rzęs. Posiada również delikatne właściwości pielęgnacyjne. 
zdjęcie przedstawiające szczoteczkę tuszu Oriflame Giordani Gold Incredible Length

Tusz zapakowany został w elegancki kartonik, wewnątrz którego znajduje się opakowanie utrzymane w barwach czerni i złota. Pojemność tuszu wynosi 8ml, czyli całkiem niemało. PAO wynosi 6 miesięcy. Konsystencja tuszu sprawia wrażenie dość odżywczej, ale produkt ładnie się aplikuje bez osypywania. Tusz posiada również zapach, choć ciężko mi go do czegoś porównać. Jest delikatny. Szczoteczka jest klasyczna, bez szaleństw;) Na tą mascarę „przesiadłam się” z L’Oreal Paradise Extatic, z którego byłam zadowolona, więc oczekiwałam, że i ten okaże się nie gorszy. I muszę przyznać, że polubiłam go od pierwszego użycia. Konsystencja od razu była dobra, więc nie musiałam bezsensownie czekać żeby produkt lekko podeschnął (zresztą nie robię tego nigdy). Tusz okazał się całkiem niezłą konkurencją dla wspomnianego L’Oreala zapewniając mi ładne wydłużenie i lekkie pogrubienie oraz podkręcenie (czyli tak jak lubię). Dodatkowo ujęła mnie jego delikatność dla oczu, ponieważ mimo wytuszowanych rzęs oczy są bardzo „lekkie”, a rzęsy zupełnie nieobciążone i zachowujące swą naturalną elastyczność. Dodatkowo tusz jest trwały, ale bardzo ładnie się zmywa (w moim przypadku przede wszystkim ściereczką do demakijażu). Ten kosmetyk pozytywnie mnie zaskoczył i w przyszłości chętnie poznam drugą wersję. Jedyna wada jest taka, że po ponad 3 miesiącach użytkowania wymaga już wymiany na nowy model, czyli w moim przypadku wysycha szybciej niż większość znanych mi mascar. Wiem jednak, że dla niektórych te 3 miesiące to raczej standard:) 


Oriflame Pomadka Giordani Gold Iconic SPF 15


zdjęcie przedstawiające pomadkę Oriflame Giordani Gold Iconic

Pomadka Giordani Gold Iconic za sprawą eleganckiego złotego opakowania oraz tłoczenia prezentuje się naprawdę jakościowo, niczym produkt rodem z marek selektywnych.

Pomadek w serii Giordani Gold jest całkiem sporo i dostępne są różne rodzaje wykończenia. Do mnie trafiła szminka Gold Iconic w odcieniu Rose Petal. Nie wiem czy sama zdecydowałabym się na taki odcień, ale ostatecznie wypróbowałam i uznałam go za całkiem ładny. Pomadka posiada przyjemny słodki zapach i kremową konsystencję. Łatwo się rozprowadza i nie wysusza ust, a jej kolor jest delikatny, ale widoczny. Nadaje się do noszenia na co dzień jak i na wieczór jeśli pokryjemy nią usta nieco mocniej.

Oriflame Puder do twarzy Giordani Gold SPF 15


zdjęcie przedstawiające puder Oriflame Giordani Gold w odcieniu natural

W serii Giordani Gold występują dwa rodzaje pudrów prasowanych. Wybrany przeze mnie w 90% oparty jest na formule mineralnej, zawiera antyoksydanty oraz filtr SPF 15. Jego stopień krycia opisywany jest jako od lekkiego do średniego. 
zdjęcie przedstawiające puder Oriflame Giordani Gold w odcieniu natural

Puder tak jak wszystkie kosmetyki z tej serii otrzymujemy w eleganckim kartoniku. Wewnątrz znajdziemy dość płaską i zgrabną puderniczkę wyposażoną w lusterko i gąbeczkę. Pojemność pudru wynosi 9g, a PAO nie jest podane lecz mamy tutaj dokładną datę ważności. Puder Giordani Gold posiada przyjemną konsystencję, która nie jest zbyt miękka ani przesadnie zbita. Dzięki temu nie ma zbytniej tendencji do osypywania się pod wpływem dotyku pędzla i nie muszę szczególnie zdmuchiwać pyłu z jego powierzchni;) Sam produkt jest praktycznie bezzapachowy, a przynajmniej ja niczego nie wyczuwam. W ofercie dostępne są niestety tylko dwa odcienie – Light i Natural. Trudno więc stwierdzić czy każdy znajdzie odpowiedni dla siebie. Ja jasnych odcieni nigdy nie biorę pod uwagę, więc celowałam w ten ciemniejszy – Natural. Muszę przyznać, że ten odcień ładnie wtapia się w moją cerę bo trzeba tutaj zaznaczyć, że ja nie stosuję podkładu, a jedynie puder – całkiem solo tzn. nakładam po zastosowaniu pielęgnacji:) Puder jest więc moim podkładem i w związku z tym musi spełniać nieco inne oczekiwania niż u osób, które chcą nim jedynie wykończyć makijaż:) 
zdjęcie przedstawiające puder Oriflame Giordani Gold w odcieniu natural
Odcień jest całkiem ładny, bez różowych tonów i przede wszystkim nie jest blady. Niestety nie udało mi się perfekcyjnie odwzorować koloru na zdjęciach gdyż w rzeczywistości jest ciemniejszy. Pasuje do typowo średniej karnacji o żółtej, ale nie przesadnie żółtej tonacji. Krycie jakie uzyskuję przy jego użyciu to tak jak producent zapowiedział – od lekkiego do średniego, w zależności od ilości jaką nałożę. Dla mnie z reguły jest to wystarczające. Oczywiście pod warunkiem, że nie wyskoczy mi na twarzy coś co raczę sobie paskudnie rozdrapać:) Wykończenie jakie zapewnia puder to według mnie naturalny mat. Puder posiada dobrą trwałość i raczej nie zdarza mi się poprawiać makijażu. W razie potrzeby używam jedynie bibułek matujących po kilku godzinach od wykonania makijażu. Jestem z tego pudru zadowolona i ciekawa jestem jaka jest różnica między nim, a wersją Jewell:) Poniżej makijaż z użyciem pudru Giordani Gold rzecz jasna bez podkładu, a jedynie w połączeniu z różem i bazą matującą, której akurat w dolnej partii nałożyłam ciut za dużo i nieco mnie rozbieliła;) A mina doskonale obrazuje moją "radość" ze świąt wielkanocnych;)

Oriflame Podkład Giordani Gold Liquid Silk SPF 12

zdjęcie przedstawiające Oriflame Podkład Giordani Gold Liquid Silk SPF 12

Według producenta jest to lekki i płynny podkład zainspirowany subtelnością jedwabiu. Ma on zapewniać perfekcyjny i naturalny efekt, a zarazem pozostawać niewyczuwalny na skórze. Podkład polecany jest do cery normalnej i tłustej.

Podkład umieszczony został w zgrabnej 30ml buteleczce z pipetą, czyli coś na kształt dobrze (prawie) wszystkim znanego podkładu Catrice HD Liquid Coverage. Swoją drogą ciekawa jestem jak długo jest on w ofercie Oriflame, ale wydaje mi się, że naturalnie Catrice był wcześniej jeśli chodzi o tego typu podkłady. 
zdjęcie przedstawiające swatche produktów Oriflame Giordani Gold

Podczas wzmianki o pudrze wspomniałam, że stosuję jedynie puder solo i nie używam podkładu. A tu nagle podkład;) Otóż podkład wybrałam specjalnie z myślą o przetestowaniu na mojej mamie. Swego czasu bardzo polubiła wspomniany przede mnie podkład Catrice i stwierdziłam, że propozycja Giordani Gold również może przypaść jej do gustu. W ofercie jest 5 odcieni podkładu i z racji tego, że moja mama podobnie jak ja również nie należy do bladziochów to wytypowałam dla niej najciemniejszy – Amber;) Gdybym miała typować dla siebie to pewnie wybrałabym jeden odcień wcześniej, czyli Natural Beige. Jednak moja mama według mnie posiada takie lekko różowe i beżowe tony w skórze, a tamten odcień mógłby być dla niej zbyt żółty lub po prostu za ciepły. Z kolei jaśniejsze zdecydowanie za blade. Wystrzelałam więc dla niej Amber i na szczęście trafiłam z odcieniem, co uważam za sukces, ponieważ nie tak łatwo dobrać odcień w ciemno, a zwłaszcza nie dla siebie;) Podkład posiada przyjemny delikatny zapach oraz lekką, rzadką konsystencję. Spodobała mi się ona na tyle, że może nawet w przyszłości spróbuję go sprawdzić na sobie choć jako rasowa pudernica raczej się do tego nie palę;) Jak pewnie się domyślacie, nie wyciągnęłam z mamy zbyt wiele:D Rzekła przede wszystkim, że jest OK. i że jest zadowolona:) Może się wydawać, że niewiele, ale uwierzcie, że gdy jest niezadowolona to narzekaniom nie ma końca;) Wiem, że przede wszystkim odpowiada jej odcień, ponieważ jej poprzedni (Rimmel) był trochę za ciemny i musiała uważać z ilością oraz to, że jest lekki bo mama podobnie jak ja nie jest fanką ciężkich produktów do makijażu. Na minus można zaliczyć to, że nie daje pełnego krycia plam pigmentacyjnych, które mama niestety posiada. Ale jak zapewne zdajecie sobie sprawę – tego typu ciemne przebarwienia trudno ukryć lekkim podkładem o tak komfortowej formule. Na te bardziej problematyczne partie trzeba by było zastosować raczej kamuflaż. 


Znacie kosmetyki do makijażu Oriflame z linii Giordani Gold?
Czytaj dalej »

niedziela, 4 lutego 2018

L’Oreal Paris Paradise Extatic tusz do rzęs!

Cześć Dziewczyny!
Odnoszę wrażenie, że każda kolejna premiera nowego tuszu marki L’Oreal Paris spotyka się dużym zainteresowaniem kobiet. Trudno się dziwić, ponieważ większość z tych produktów kusi coraz to nowszymi patentami mającymi pomóc pokreślić nasze rzęsy;) Sama również nie mogłam przejść obojętnie obok tuszu L’Oreal Paris Paradise Extatic;) Czy Wy również odnosicie wrażenie, że te nazwy coraz częściej budzą nie do końca makijażowe skojarzenia i taką wręcz nieproporcjonalną ekscytację?;) Ja czasami czytając nazwy i opisy produktów zastanawiam się czy to aby na pewno chodzi tylko o kosmetyk:) Ale nie ważne. Lubię te radosne obietnice producentów;) 

zdjęcie przedstawiające tusz do rzęs L’Oreal Paris Paradise Extatic

L’Oreal Paradise Extatic



Tusz do rzęs L’Oreal Paris Paradise Extatic ma za zadanie rzęsy wydłużyć oraz dodać im większej objętości. 
Produkt otrzymujemy w kartonowym opakowaniu, co jest niezbyt częste w przypadku tuszów marek drogeryjnych. Oceniam to jednak bardzo na plus, gdyż odpowiednie zabezpieczenie daje większą pewność, że otrzymujemy w pełni świeży, przez nikogo nie otwierany produkt. Przyznam, że nie wiedziałam czy ta recenzja w ogóle powstanie, ale na wszelki wypadek zachowałam kartonik i oto jest;) Ostatnio coraz częściej robię zdjęcia produktom, które już całkiem długo sobie poużywałam, a ten mam w użyciu od dłuższego czasu. Opakowanie samego tuszu jest nietypowe jak na markę L’Oreal. Rzekłabym, że wizualnie zupełnie inne niż pozostałe tusze. Wyczytałam na Facebooku, że wielu klientkom ta szata graficzna nie do końca przypadła do gustu i może coś w tym jest. Choć z drugiej strony uważam, że brzydkie nie jest;) 
zdjęcie przedstawiające szczoteczkę tuszu do rzęs L’Oreal Paris Paradise Extatic
Tusz Paradise Extatic wyposażony został w klasyczną szczoteczkę o dość zwyczajnym kształcie. Jak wiecie wolę te bardziej fikuśne, wygięte, ale ciekawość zwyciężyła. 
zdjęcie przedstawiające efekt po użyciu tuszu do rzęs L’Oreal Paris Paradise Extatic
Aplikacja tuszu nie sprawia problemów, a konsystencja jest pośrednia, więc tak naprawdę produkt od razu nadawał się do użycia. Zresztą ja nie mam w zwyczaju czekać aż tusz podeschnie, tak jak robią to niektóre kobiety;) Ma działać tu i teraz;) Przyznam, że tusz już po pierwszym użyciu przypadł mi do gustu i tak też pozostało. Moje rzęsy przede wszystkim wydłuża, zaznacza ich linię (wygląda jakbym namalowała kreskę na górnej powiece mimo, że zrobiłam to tylko na dolnej), a także pogrubia. Oczywiście niektórym zawsze może się wydawać, że pogrubienie nie jest wystarczające, ale zaznaczam, że moje rzęsy są naprawdę cieniuteńkie i ten efekt pogrubienia jest tutaj duży w porównaniu do gołych rzęs;) Tradycyjnie dodam też, że nie jestem mistrzem w uwiecznianiu efektów malowania rzęs, a to zdjęcie zostało zrobione po 3 miesięcznym użytkowaniu kosmetyku. W dodatku wcale nie z myślą o recenzji tuszu, tylko pomadki;) Najzabawniejsze jest to, że był to taki mój makijaż na szybko do lekarza, więc zdjęcie zrobiłam spontanicznie. Tak naprawdę mach, mach i już;) Ja zresztą nigdy nie tuszuję rzęs z należytą precyzją i np. prawie nigdy nie maluję tych w kącikach oczu;) Warto też dodać, że obecnie nie używam odżywek, więc nastało pewne zubożenie w kwestii moich rzęs;) Tak czy inaczej jestem z niego zadowolona. Ma dobrą cenę, jest wydajny i nie sprawia żadnych problemów;)  


Znacie tusz L’Oreal Paradise Extatic? Jaki tusz był Waszym ulubionym w ubiegłym roku?
Czytaj dalej »